AlterBiba 2017

AlterBiba 2017 w inowrocławskim Kropa Pub za nami. Może łokciami w tłumie nie trzeba było się rozpychać, a start ileśtamminut po godz. 18:00, kazał spoglądać na zegarek i liczyć, o której się to wszystko skończy, bo w poniedziałek do pracy, ale organizatorzy włosów z głowy rwać nie muszą – wczorajsze spotkanie z muzyką alternatywną z kujawsko-pomorskiego kawałka Polski należy uznać za udane:
MegaraŻ (Grudziądz). Transowy rock z odpowiednią ilością chłodu i monotonii. Interesujące i wciągające, jednak na dłuższą metę – nużące.
Corr (Inowrocław), pomysłodawcy AlterBiby. Mają rękę do melodyjnego grania. I potrafią nieźle przyłoić – odniosłem wrażenie, że coraz bardziej się „metalizują”.
Ivo Partizan (Mogilno). Obecny od jakiegoś czasu saksofon w składzie, nie zatarł różnic pomiędzy gitarowym Ivo Partizan z Leszkiem Duszyńskim jako wokalistą, a klimatycznym, zimnofalowym Ivo Partizan, najczęściej z Maciejem Adamskim przy mikrofonie. Nigdy nie ukrywałem, że – przyparty do muru – wybrałbym to drugie oblicze Partizana.
AlterBiba 2018?

The Ukrainians „A History of Rock Music in Ukrainian”

Jeżeli można rozpoznać pierwowzór i jednocześnie nacieszyć się pomysłową interpretacją, to znaczy, że właśnie posłuchaliśmy dobrze zrobionego utworu zwanego cover. Z drugiej strony, albumy wypełnione coverami z reguły są uznawane (w najlepszym przypadku – wzbudzają takie podejrzenie) za oznakę niemocy twórczej.
The Ukrainians się obronili.
Bo nawet jeżeli ktoś uzna, że ten działający od początku lat dziewięćdziesiątych ubiegłego wieku zespół, dopadło „zmęczenie materiału”, to musi wiedzieć, że The Ukrainians (Anglicy, częściowo z ukraińskimi korzeniami), utwory innych na własną modłę przerabiali właściwie od zawsze. W związku z powyższym A History of Rock Music in Ukrainian ściemą mi nie zapachniała. Ba, zaproponowanej przez zespół w 2015 roku historii rocka, ciągle słucham z rozdziawioną gębą. Dlaczego? Wybór udany (Back in the USSR, Ace of Spades, Smells Like Teen Spirit, The One I Love, Good Vibrations, Immigrant Song, Children of the Revolution, Holidays in the Sun, Hound Dog, I Predict a Riot, California Dreaming / She’s Lost Control, Psycho Killer, The Queen is Dead, The Model, American Idiot, Venus In Furs), a całość w stylu The Ukrainians: rock / punk zagrany na ludową, ukraińską nutę i zaśpiewany w języku naszych południowo-wschodnich sąsiadów.

„Londyn 1967”

Piotr Szarota Londyn 1967 (Wydawnictwo Iskry, Warszawa 2016)

We Wstępie prof. dr hab. Wojciech Józef Burszta określił tę książkę mianem swoisty bedeker (strona 7). Zaczynają The Jimi Hendrix Experience, kończy człowiek o nazwisku Stanley Kubrick i jego film 2001: Odyseja kosmiczna. A w środku rzesza pisarzy, filmowców, muzyków oraz innych znanych / uznanych osób, które miały związek z kulturalno-artystyczno-obyczajowym Londynem w barwnym roku 1967. Dla przykładu: Kwiecień to między innymi The 14 Hour Technicolor Dream, Yoko Ono, Paul McCartney i William S. Burroughs; Październik – Anaïs Nin, Dora Russell, Sheila Rawbotham, Germaine Greer i Theodore Faithfull; Czerwiec w znacznej części został poświęcony modzie (na przykład butik Barbary Hulanicki), natomiast Sierpień – praktykom sadomasochistycznym.
Treść została podzielona na miesiące, jednak Londyn 1967 to nie kalendarium – umiejscowienie w czasie stanowi punkt wyjścia do przybliżenia czytelnikowi danej postaci, dzieła czy wydarzenia. Koncept to już znany, ciągle atrakcyjny, a w przypadku książki Piotra Szaroty dodatkowo przyprawiający o lekki ból głowy, ponieważ potrzeba było aż czterystu stron, żeby – nie rozpisując się za bardzo – przedstawić to, co było warte odnotowania.

PS. A gdyby tak napisać Strzelno 2001?

„AlterBiba”. Pierwiastek alternatywny

Jakieś plany na pierwszy niedzielny wieczór listopada? Proszę zanotować: aleja Niepodległości w Inowrocławiu (budynek Hali widowiskowo-sportowej), Kropa Pub, godz. 18:00 – Ivo Partizan, Corr i MegaraŻ.
AlterBiba to inicjatywa członków grupy Corr. Za całość odpowiada basista, Wojciech „Pająk” Krzyżanowski:
Od dłuższego czasu kołatała się w mojej głowie myśl, aby organizować w naszym mieście cykl koncertów, podczas których mogłyby się zaprezentować również młode zespoły z naszego regionu. Koncertów, na które zapraszane byłyby kapele grające muzykę inną niż ta, którą usłyszeć można na co dzień w radio czy w telewizji. Stąd pomysł, aby w nazwie był pierwiastek alternatywny.
Bardzo dobra współpraca z inowrocławskim klubem Kropa Pub, w którym odbędzie się koncert, zapowiada bardzo interesujące wydarzenie.
Póki co, obyło się bez sponsorów i wsparcia ze strony różnych instytucji. Kiedy spotka się na skrzyżowaniu dróg kilku zapaleńców, pozytywnie zakręconych szaleńców, to może się zdarzyć, że zrobią wszystko, aby znowu coś wykombinować [śmiech]. A tak poważnie, to dzięki osobom, które poświęcają swój czas oraz fundusze, istnieje możliwość, aby organizować tego typu imprezy. Zawsze w takim momencie ktoś jest pominięty, ale chciałbym podziękować w szczególności Oskarowi oraz Brynolowi.
Na koniec to, co najważniejsze – zespoły. Kapele, które wystąpią podczas tego koncertu, reprezentują bardzo podobne nurty. Gatunki, w których się obracają bardzo dobrze się uzupełniają. MegaraŻ to ogromna dawka energii, potężna sekcja, ostre, gitarowe riffy, vintage’owy bas. Corr – psychodeliczna gitara połączona z ciężkim brzmieniem oraz delikatny, kobiecy wokal, mieszanka wybuchowa. No i gwiazda wieczoru – Ivo Partizan, legenda alternatywnej sceny, laureat jarocińskiego festiwalu w 1985 roku. Pojawią się znane utwory, jak „Mengele” czy „Zabij ten czas” oraz te współczesne, na przykład „Kobieta żul”, czy „Ezoteryczna”. Klimat jaki stworzą na pewno zostanie w naszych głowach przez długi czas.


SZA! – prawie wszystko w jednym

KARIERA
Wiosną 2016 roku gośćmi jednego z odcinków programu Tej! Poranek w TVP3 Poznań byli członkowie SZA!. Pierwsze pytanie dotyczyło kariery. Odpowiedział Tomasz YomaY Kapitańczyk: Kariera… […] Nie wiadomo, co to znaczy. Karierę można robić dla pieniędzy, chęci pokazania się. Nam chyba nie chodzi o to – nam chodzi o koncertowanie, żeby przekazać swoje emocje, swoją muzykę, swoje słowa szerszej publiczności. Jeśli koncertowanie porównać do kariery, to tak, chcielibyśmy ją zrobić. Później jeszcze dodał: Festiwale są takim naszym celem i tam gdzieś jesteśmy zauważani. Wiadomo, na niektórych bardziej, na niektórych – mniej. Czytaj dalej SZA! – prawie wszystko w jednym

„Krzysztof Klenczon. Historia jednej znajomości”

Alicja Klenczon, Tomasz Potkaj: Krzysztof Klenczon. Historia jednej znajomości (Wydawnictwo WAM, 2017)

Około 1/3. Mniej więcej o tyle bym odchudził tę książkę, żeby skupić się na historii znajomości Alicji Klenczon i jej męża, Krzysztofa Klenczona. I życiu muzyka Czerwonych Gitar oraz Trzech Koron opowiedzianego nie z perspektywy sceny, a domowego zacisza. Niestety, w tej Historii jednej znajomości autorzy za często z pola widzenia tracą tytułowego Klenczona, poświęcając miejsce innym – jego rodzicom (przykład: „Z członków podziemnej organizacji nie znam nikogo”. Proces Czesława Klenczona w rekonstrukcji Tomasza Potkaja; Listy do Ameryki – żeby chociaż zostały uzupełnione listami syna i synowej z Ameryki, zakładam, że się nie zachowały) czy samej Alicji (przykład: Bilet na Titanica).
Obstawiłem, że to będzie moja Książka Roku 2017. Nie będzie.

Kiev Office „Modernistyczny horror”

KIEV OFFICE MODERNISTYCZNY HORROR
2017, NASIONO RECORDS
MICHAŁ MIEGOŃ (WOKAL, GITARY); JOANNA KUCHARSKA (WOKAL, BAS); KRZYSZTOF WROŃSKI (PERKUSJA)
OBRĘBY REWIRY, MAKŁOWICZ W PODRÓŻY, DAJ MU JEŚĆ, ANONIM SPOD ZIEMI, LEKCJA 1, CAFE SANTANA, STREFA SZYBKIEJ SAMOTNOŚCI, JĄDRO MIASTA, 8 LAT W TYBECIE

Polubiłem wydany w 2014 roku Statek Matka, a Modernistyczny horror utwierdził mnie w przekonaniu, że nie była to tylko chwilowa słabość.
Te dwa albumy różni właściwie tylko jedno – Statek Matka brzmi zdecydowanie bardziej garażowo, natomiast najnowsze dzieło gdynian, studyjnie jest bardziej dopracowane. Tak zwany kręgosłup muzyczny został nienaruszony. Michał Miegoń (Najlepsze z obu światów – rozmowa z Robertem Filipowskim, Teraz Rock, 2017, nr 9, strona 70): Płyta jest kolorowa i zaskakująca jak miasto Gdynia. Nie wiem, jaka jest Gdynia, ponieważ nie było mi dane tam mieszkać, ale na pewno kolorowy i zaskakujący jest Modernistyczny horror. Kiev Office bardzo dobrze wychodzi łączenie zgrabnych melodii z rockową zadziornością i klimatem rodem ze świata psychodelii. Potrafią zarówno punkowo „przyłoić” (Lekcja 1), jak i przywołać ducha utworów, kiedy to polska młodzież miała śpiewać polskie piosenki (Cafe Santana) by na koniec oczarować klimatycznym, ponad siedmiominutowym 8 lat w Tybecie.
Muzyczny eklektyzm Kiev Office wart jest poznania!

„Extermination, Zagłada czy coś takiego”

Pewnego dnia Maciej Piechocki trafił na stronę nowyhoryzont.blog.pl. A dokładnie na szóstą z kolei rozmowę w ramach projektu Złota era rocka w Strzelnie  – ze Sławomirem Tarczewskim. Sławek był między innymi członkiem grupy Extermination, w której udzielał się też… Maciej Piechocki. Efekt? Maciej udostępnił kilka zdjęć. Dołożyłem jedno ze zbiorów Sławka Tarczewskiego i… po raz kolejny wspominamy Extermination.
Niestety, nie od wszystkich członków grupy udało się uzyskać zgodę na opublikowanie wizerunku.


W tle: fragment Parku 750-lecia w Strzelnie (fot. ze zbiorów Macieja Piechockiego)

Jacek Łuczak (Strzelno: rozmowa pierwsza. Jacek Łuczak – „Był moment, że Strzelno słynęło z tych koncertów”, nowyhoryzont.blog.pl, wpis z 4 czerwca 2013 roku): […] ze Sławkiem Tarczewskim założyliśmy zespół – Sławek na wokalu, ja na perkusji, Robert Szczepaniak na gitarze i jeszcze jeden chłopak, Piechocki chyba się nazywał […], taki długowłosy, metalowiec klasyczny – on na basie grał. Nazwaliśmy się, to chyba Sławek Tarczewski wymyślił – Extermination, Zagłada czy coś takiego. To był taki epizod – końcówka Liceum, klasa maturalna, graliśmy może z pół roku. Też mieliśmy próby, w Kinie były jakieś koncerty. Pamiętam, że w Amfiteatrze był taki dzień punkowy czy coś takiego, poprzyjeżdżały zespoły punkowe z Mogilna, z Inowrocławia i my też wystąpiliśmy.

Sławomir Tarczewski (Strzelno: rozmowa szósta. Sławomir Tarczewski – „okładka z Baphometem”, nowyhoryzont.blog.pl. wpis z 29 sierpnia 2013 roku): W moim wieku był Robert Szczepaniak. Ja go poznałem przez Darka Piechockiego, który wtedy siedział w środowisku mogileńskim – on z Mogilna pochodził, a jego ojciec się tu przeprowadził, bo był nadzorcą i zarazem pracownikiem Mogileńskiej Fabryki Mebli [….], mającej zakład koło Kina. A Mogilno miało większy dostęp do muzyki przez to, że tam linia kolejowa i Poznań raz dwa był. Darasa w Strzelnie spotkałem tak jakoś przypadkiem. Oni się dowiedzieli, że ja jestem na Śląsku, że mam tę muzykę – coś tak było, nie pamiętam dokładnie. Oni siedzieli w Venom. Ja też Venom znałem, ale to był taki łomot, że ja jeszcze nie byłem zdolny tego słuchać, a oni naprawdę Venom lubili (śmiech). W pewnym momencie mówią – Jesteśmy tutaj, w Strzelnie, dalej – zakładamy kapelę. Darek Piechocki był na perkusji, Robert Szczepaniak na gitarze, ja na wokalu i Jacek Łuczak na perkusji – nasz pierwszy koncert z Jackiem.


Fot. ze zbiorów Macieja Piechockiego

Sławomir Tarczewski (Strzelno: rozmowa szósta…): Nawet w paru fanzinach informacje są – mam gdzieś te wszystkie artykuły. W Liceum, w takiej sali na górze, nagraliśmy tak zwane Official Rehearsal, czyli Oficjalna taśma demo z próby. To były 4 utwory, okładka z Baphometem – obraz Francesko Goi Sabat czarownic. Gdzieś to mam – muszę w piwnicy poszukać, bo mam takie teczki. W fanzinach też to jest, bo demo wysyłaliśmy do fanzinów, wtedy tylko do polskich fanzinów, bo za granicę nigdzie nie wysyłałem. Ukazały się jakieś recenzje. To nie było nic oryginalnego, takie pierwsze granie. Solówek oczywiście żadnych, bo żadnego warsztatu chłopaki nie mieli na gitarach. Teksty sam pisałem. Raz przerobiłem jedną z pieśni kościelnych, pogrzebowych właściwie – Anielski orszak (śmiech). W ogóle te pieśni kościelne, jak się to odpowiednio zaaranżuje, to jest taki doom metal, że aż się w głowie nie mieści. Na tym się wzorują do dzisiaj najlepsze zespoły, na przykład Black Sabbath czy grupy japońskie typu Church Of Misery.


Fot. ze zbiorów Macieja Piechockiego

Sławomir Tarczewski (Strzelno: rozmowa szósta…): Właściwie było tak, że Jacek Łuczak niechętnie z nami występował. Gdy przyszło do koncertu to, nie wiem czy to można tak mówić, ale ktoś mu nie pozwolił grać, albo coś takiego. Jak zagraliśmy w Amfiteatrze to pani Maria Nowak, co uczyła muzyki […], była zszokowana i odeszła, tak ostentacyjnie nawet, a ludzie słuchali sobie, brawo bili… Pamiętam jej minę, jak patrzyła (śmiech)… A pan Kwiatkowski, wtedy dyrektor Domu Kultury, nam pogratulował, mówi – Jak pan może tak się drzeć? (śmiech). […] Wtedy jeszcze mój ojciec żył – to musiał być gdzieś ’90 rok. Graliśmy my, grał zespół „Zygi” i Macieja Michalaka, ten bluesowy [Strzelno. Rozmowa osiemnasta. Maciej Michalak: „Blues! Przede wszystkim”, nowyhoryzont.blog.pl, wpis z 20 marca 2016 roku] – oni covery Dżemu grali, różne takie rzeczy, potem jeszcze parę innych zespołów, pan Kotecki ze swoim repertuarem – była potańcówa. My ze swoim metalem otwieraliśmy koncert, darłem się w niebogłosy. Fajnie było. Przyjechali ludzie z Mogilna, pierwsze pogo w Strzelnie chyba wtedy było (śmiech), bo kto to miał robić wcześniej (śmiech) – szaleli, pierwsze naszywki na plecach, takie dżinsowe bezrękawniki. Darek Piechocki wtedy był na perkusji, jego kuzyn z Mogilna przyjechał pomóc nam na basie – Maciej Piechocki się nazywał. A Jacek nie pojechał chyba z nami na żaden koncert, może raz do Janikowa… Nie pamiętam, czy on się wtedy odważył, ale chyba pojechał do Janikowa, do Ośrodka Kultury – była taka wymiana między Domami Kultury w Strzelnie i w Janikowie. To też był dobry koncert, taki typowo metalowy. Grał zespół z Janikowa, Nostradamus się nazywał, potem jeszcze jakiś inny, ale już nie pamiętam nazwy. My graliśmy, zdaje się, jako gwiazda, czyli na końcu. Wyskoczyliśmy coverem szwajcarskiego Samaela. Byliśmy zainspirowani nowymi kapelami, jakie się pojawiły – Samael czy Paradise Lost, a chłopaki potrafili zrobić klimat tego ciężkiego brzmienia i tej surowości. Na scenie zresztą adrenalina działała, człowiek dawał z siebie wszystko, mimo że to było na pewno amatorskie. W ogóle zagraliśmy może z 5 koncertów. W Strzelnie na pewno były 2. Próby mieliśmy w budynku Straży Pożarnej […] i w Kinie. Oczywiście nie chcieli nas słuchać, bo za głośno hałasowaliśmy (śmiech). […].
Mieliśmy właściwie 4-5 utworów, cały czas je graliśmy… Z Extermination, tak jak ze wszystkimi kolejnymi zespołami – widać, że nie dane mi było zostać muzykiem i tyle (śmiech). Chłopaki na pewno chcieli grać, najbardziej Darek Piechocki. Ja na wokalu, bo mi to najbardziej pasowało. Próbowałem też się uczyć na basie […].

Maciej Piechocki: Powstanie grupy Extermination to owoc potężnej, bardzo zbuntowanej, krystalicznej pasji. Pasji do muzyki oraz całego powiewu świeżości i mądrości, którą ze sobą niosła. Kraina czarów, w której lądowałeś po zapodaniu pierwszych nut w głośnikach.
Wiedzy jak grać i dobierać dźwięki nie mieliśmy za grosz, ale po co komu wiedza, kiedy muzyka wypełnia całe Twoje życie.
Ja miałem gitarę. Często siedziałem z nią u Krzyśka Małeckiego, który to uczył i ujawniał, o co w tym chodzi. Krzysztof wyprzedzał nas o lata świetlne jeśli chodzi o umiejętności gitarowe.
Graliśmy u Krzyśka w domu albo u mnie na działce. Pojawiał się Darek i perka. Kilka prób mieliśmy w Mogileńskim Domu Kultury.
Pożyczaliśmy też sprzęt od Ryśka Kiercza (Ivo Partizan) – cały garaż sprzętu za butelkę wina (he he).
Darek zamieszkał w Strzelnie. Po negocjacjach ze swoim ojcem garaż mieliśmy do dyspozycji. Perka, gitara, ja i Darek. Po jakimś czasie pojawił się Robert – miły człowiek, który dokooptował na próby lampową Vermone (ogień!). Próby przeniosły się do remizy, kina.
W tym czasie wyłania się następna postać – Sławek – sympatyczna postać. Potrafił zaskoczyć – mieć muzykę, której w Mogilnie jeszcze nie mieliśmy (pierwsza płyta Sarcofago!). Wynikało to chyba z jego szkolnych kontaktów w Tychach, gdzie – jak pamiętam – pobierał naukę. W podejściu do muzyki wnosił trochę innego światła.
Zagraliśmy wspólnie koncert w Janikowie w 1990 lub 1991 roku. Sławek –  vocal, Robert – bass, Darek – perka, ja – gitara. Pamiętam, że graliśmy jako ostatni band (gwiazdy, he he). Przyjechało z 30 osób z Inowrocławia  (Czarny, Tytus … i tak dalej. Później ich poznałem, zresztą z Tytusem za jakiś czas udało mi się uczęszczać do jednaj klasy – pozdrawiam przy okazji, gdziekolwiek jest). W czasie naszego występu wyglądało to bardzo sympatycznie. Chłopaki dali czadu pod sceną. Rzucali piórami i tak dalej.
Wiesz, ja miałem 15 lat – to musiało robić wrażenie.
Później koncert w Strzelnie, przyjechałem z odpowiednim składem z Mogilna. Niestety nie grałem (nie pamiętam dlaczego), ale za to poskakaliśmy troszkę z chłopakami pod sceną, co w połączeniu z rodzajem hałasu wydobywającego się z głośników spowodowało opuszczenie koncertu przez większość gawiedzi tubylczej. Udali się do swych spokojnych domostw, co my uznaliśmy za bardzo dobry znak.
Był to przedziwnie kolorowy czas, czas magiczny, w którym obowiązywały bardzo konkretne zasady. Mieliśmy swój kodeks i swoją muzykę. Mieliśmy Pasję.
Później pojawiły się kobiety…


Fot. ze zbiorów Sławomira Tarczewskiego

SKUUND żyje

Zespół powstał jesienią 2005 roku w Kruszwicy i przez kolejne trzy lata tworzył, nagrywał i koncertował. Później przystopowali, ale w tym roku znowu żyją, czego dowodem opublikowany na stronie skuund.bandcamp.com utwór Ostatni dzień zimy.
Oficjalnie wiadomo, że dzisiaj SKUUND to duet: Łukasz Nawrot i Artur Łuczak, który pracuje nad niedokończonymi wcześniej utworami; być może będą też koncerty.  Czytaj dalej SKUUND żyje

Z dziennika pewnego zgreda: Quebonafide i inni w Mogilnie

W.O.E.K., Rockin’ Style Crew, Musiel / Emce, Huku + LiveBand, Quebonafide
Amfiteatr w Mogilnie, 24 sierpnia
Organizatorzy: Mogileński Dom Kultury, Mogileńskie Porozumienie Społeczne, Młodzi Demokraci
Patronat honorowy: Burmistrz Mogilna Leszek Duszyński

Zróbcie hałas!, Zróbcie dla nas hałas!, Zróbcie ogromny hałas! i tym podobne. Albo: Od lewej, do prawej, od lewej do prawej, od lewej do prawej. Rzadziej: Zróbcie światło (tego się już nie robi zapalniczkami). I jeszcze – to już bardziej uniwersalne: Łapy w góreeee!!!!.
Nie ma sensu wskakiwać w buty Statlera i Waldorfa z The Muppet Show – każda muza ma swoje rytuały, a każde pokolenie swoją muzę. W.O.E.K., czyli mogilnianin Krystian Wołek już na samym początku wykrzyczał: Pieprzę twoje hejty, jeśli miałbym być szczery. Wyłącz to jak chceszdroga wolna, bardzo proszę. Koniec, kropka.
Zgadza się, pchany ciekawością nie czułem się dobrze w kilkutysięcznym tłumie nastolatków. Ale prawdą jest też to, że nie wszystko z tego, co zobaczyłem i usłyszałem mi się nie podobało: W.O.E.K. w utworze ze słowem „szepty” w tekście. Musiel / Emce z towarzyszeniem rockowego Free Road. Huku + LiveBand z Wiktorem Mazurkiewiczem w składzie – gra na perkusji gościa zespołu, Mikołaja Toczko (syn Krzysztofa „pARTyzanta” Toczko) i wręcz blacksabbathowy kawałek na zakończenie.


Teraz już wiem, co odpowiedzieć, gdy przy okazji jakiegoś spotkania czy uroczystości ktoś spyta – „Gdzie jest młodzież?”: Na koncercie Quebonafide i tych, którzy grają przed nim

Muszla Fest 2017

Jeden dzień na Muszla Fest 2017 (18-19 sierpnia, Bydgoszcz, Myślęcinek). Wybór niełatwy, bo w programie kilka zespołów, które chciałoby się na festiwalowej scenie zobaczyć. Przesądziło zaplanowane na sobotę spotkanie z perkusistą Dezertera, Krzysztofem Grabowskim. Było o SS-20, Dezerterze, napisanych przez Grabowskiego dla tego zespołu tekstach, wolności, polityce, anarchii, no future: Od początku to było źle odbierane przez młodzież. Nie chodziło o to, żeby się z powodu tego, że nie ma przyszłości, położyć pod topór i zakończyć. Dla mnie „no future” to hasło, taki zapalnik do działania: jest przesrane i nie ma przed nami nic, to zróbmy coś, nie siedźmy, nie poddawajmy się. Więcej takich atrakcji na Muszla Fest! 
Spotkanie z Krzysztofem Grabowskim zostało zorganizowane w Wake Park Bydgoszcz, a zakończył je występ artysty, który ukrył się pod pseudonimem Marszałek Pizduski One Man Band.


Muszla Fest 2017 to między innymi też „XXX lat na fali czyli benefis Dariusza Paczkowskiego”

Koncerty. Niemożliwe, żeby przez około dziesięć godzin – z uwzględnieniem kilkunastominutowych przerw pomiędzy kolejnymi koncertami – być niedaleko sceny festiwalowej. (Czy na festiwalach zawsze musi być tak, że przebywanie w części gastronomicznej nie gwarantuje odpoczynku od muzyki?). W związku z powyższym:
O koncertach zespołów Unbeaten, Lowtide, Schizma i Leniwiec nie napiszę.
El Banda. W pierwszym utworze skojarzyli mi się z The Doors. Później było już tak, jak w zapowiedzi, czyli bardziej punkowo. Świetny koncert, choć wokalistka, która częściej była wśród publiczności niż na scenie, trochę przesadziła z eksponowaniem swojej niechęci (to chyba odpowiednie słowo) do męskiej części widowni. Dostało się też organizatorom: Mimo, że bardzo dużym szacunkiem darzę organizatorów, to nie jest to super fajne, żeby na punkowych festiwalach grać przez eliminacje.


El Banda. Wokalistka zespołu zaczęła od ułożenia na ziemi mandali, w centrum której pojawiło się hasło nawiązujące do tego, co się teraz wyrabia w Puszczy Białowieskiej (w sobotę nie tylko ona o tym mówiła). Jak widać na zdjęciu – w trakcie koncertu mandala uległa zniszczeniu

Uliczny Opryszek. Głównie zagrali utwory z repertuaru mniej znanych polskich kapel punkowych z lat osiemdziesiątych. Sytuacji nie zmienił zaprezentowany na koniec Burdel Dezertera – do grona miłośników Ulicznego Opryszka zaliczyć mnie nie można.
Kat & Roman Kostrzewski. Odpowiednia dawka metalu na wysokim poziomie.
Ignite. Sunday Bloody Sunday na melodyjno-zadziorno-punkową nutę rodem z Kalifornii? Jasne! Cały koncert był taki – lubię kalifornijskiego punk rocka.
Muszla Fest 2017. Za rok też tam będę. Może będzie mniej wykonawców i nie będzie dylematu, kogo wybrać? Może organizatorzy zaproponują coś miłośnikom nie tylko punk rocka, hardcore i metalu? Może ktoś wpadnie na to, żeby jednak jakoś oświetlić drogę z parkingu na pole festiwalowe?

Iggy Pop „Post Pop Depression”

Do jednego ze sklepów znanej i popularnej w Polsce sieci, wchodzisz po „spożywkę”, a na jednej z półek, wśród kilkunastu niepoukładanych plastikowych pudełek z płytami kompaktowymi w środku, jeden cieniutki – jak to zwykle – digipack ze znajomą okładką. Zapominasz o jedzeniu, całą uwagę skupiasz na tym niespodziewanym odkryciu, ponieważ: 1) czaisz się na ten album od momentu, gdy w radio usłyszałeś kawałek promujący to wydawnictwo, ale chęć poznania hamowała cena produktu w odwiedzanych przez ciebie systematycznie, wręcz nałogowo, sklepów płytowych, 2) cena – niecałe dwie dychy: o jakimkolwiek hamowaniu nie ma już mowy. Kupujesz. Byś był głupi, gdybyś tego nie zrobił! Kas jest kilka, godzina nie na zakupy, więc idzie szybko. Wychodzisz usatysfakcjonowany, wsiadasz do auta, czekasz na wieczór, odpalasz, słuchasz… A gdzieś pomiędzy dźwiękami myśl, właściwie parafraza słów Grabaża: Żyję w czasach kapitalizmu, wszyscy chcą mnie zrobić w [tu miejsce na słowo niecenzuralne, którego nie zdecydowałem się napisać].
Tyle tytułem wstępu.
Iggy Pop. Nie znam jego solowych dokonań (poza The Passenger oczywiście), niekłamaną sympatią pałam do The Stooges, ale to zbyt daleki punkt odniesienia. Chociaż… Lubisz surowe, pozbawione niepotrzebnych ozdobników rockowe granie? Wydany w ubiegłym roku album Post Pop Depression będzie dobrym wyborem.

Metal strzelneńsko-mogileński

Kojarzycie ludzi i miejsce? Mimo tego, że zdjęcie słabej jakości, miejsce łatwo odgadnąć – mur poklasztorny na Wzgórzu św. Wojciecha w Strzelnie (od strony ul. Parkowej). Z tymi długowłosymi postaciami może być już trudniej.
To Extermination.
Zespół powstał około roku 1990. W składzie młodzi ludzie ze Strzelna i Mogilna: Sławek Tarczewski, Darek Piechocki, Robert Szczepaniak, Jacek Łuczak, Maciej Piechocki. Zainspirowani między innymi grupami Venom, Paradise Lost i Samael, zagrali kilka koncertów, na koncie mają również Official Rehearsal („Oficjalna taśma demo z próby”).


Na tle muru stoją (niekoniecznie w takiej kolejności): Maciej, Sławek, Darek, Robert oraz Tomasz Fabiszewski. Maciej Piechocki: „Na jednym dodatkowo jest Tomasz Fabiszewski z Mogilna, ale nigdy nie zawitał na stale w składzie” (fot. ze zbiorów Macieja Piechockiego)

Wiktor Mazurkiewicz: „To wszystko idzie na żywo”

Co nowego u Wiktora Mazurkiewicza?

***

Ciągle uprawiasz to swoje prog metalowe poletko, a głównym drogowskazem jest Dream Theater?
Doszło Riverside. Przez to, że znam dobrze Maćka Mellera, który teraz gra w tym zespole na gitarze za zmarłego Piotrka Grudzińskiego, to wszedłem w nich trochę głębiej – kiedyś znałem może dwie płyty, a teraz całą dyskografię mam w głowie. Zespół Haken też śledzę. To, co Mike Portnoy robi, chociażby trasę The Shattered Fortress na swoją pięćdziesiątkę – to jest mistrzostwo świata. Iamthemorning – rosyjska wokalistka, w duecie z pianistą (oni będą na Ino Rock Festival 2017). Oczywiście Meller Gołyźniak Duda – ich płyta Breaking Habits to dla mnie kosmos. Z tego też czerpię.

Dzisiaj zagrałeś [19 lipca 2017 roku, Amfiteatr Letni w Parku Miejskim w Mogilnie] kilka utworów z zapowiadanej swojej trzeciej płyty. Różnią się od tego, co nagrywałeś do tej pory – są bardziej nastrojowe, jest w nich więcej tak zwanego klimatu.
Tak.

Zapowiedziałeś, że to będzie album dwupłytowy.
Jeszcze nie jestem o tym do końca przekonany, ale na 85% tak będzie.

Mogę spodziewać się płyty na długie wieczory?
Może powiem tak: część płyty będzie zupełnie inna. Pierwsza dotyczyć będzie jednego dnia, a druga – już dłuższego okresu czasu. To będzie płyta inspirowana militariami i konfliktem na Bliskim Wchodzie, co dzisiaj było słychać – przy pierwszym utworze (Week Trial) pojawił się wojskowy marsz, oczywiście też w polirytmii. Postaram się zrobić orkiestrację. Oczywiście, możliwości nie pozwalają mi na nagranie tego z całą orkiestrą symfoniczną – jadę na wtyczkach.


 

Wiesz już jak zatytułujesz ten album? Kiedy się ukaże?
Tytuł: Some Steps to Terrible Nightmare. Kiedy się ukaże? Nie mam pojęcia, bo chciałbym powalczyć… [chwila zastanowienia] bo to jest płyta, do której chciałem dorosnąć. Pierwsze utwory powstawały zaraz po wydaniu Home, ale uznałem, że to jest dla mnie tak potężny projekt, że potrzeba czasu. Nie chcę powiedzieć, że to będzie za pół roku czy rok, bo może być za pięć lat. Chcę wydać dojrzały album, który będzie naprawdę perfekcyjny, taki jak to sobie ja wymarzę. No i też nie mam na to aż tyle czasu.

Some Steps to Terrible Nightmare planujesz wydać jak dwie poprzednie płyty, czyli własnym sumptem, czy rozglądasz się za wydawcą?
Chciałbym już mieć legal. Będę uderzał do kliku rockowych wytwórni w Polsce, a może nawet zagranicznych. Kto wie, może się uda.

W trakcie dzisiejszego koncertu wspomniałeś o wyróżnieniu, jakie zdobył twój drugi album –  Carpie Diem.
To był plebiscyt stworzony przez pana Grzegorza Bryka, felietonistę Magazynu Gitarzysta. Na blogu Półka z winylami zrobił takie zestawienie najlepszych polskich albumów roku 2016. Niestety, nie wygrałem, ale byłem w ścisłej czołówce. I to jest dla mnie zaszczyt, bo w tym zestawieniu znaleźli się Meller Gołyźniak Duda za Breaking Habits czy Tides From Nebula za Safeheaven.

Zacne grono. Autor Półki z winylami przygotował zestawienie, a czytelnicy głosowali?
On oceniał. Napisał krótką recenzję dotyczącą albumu. To nie było zestawienie tylko wielkich płyt, które były wyczekiwane, które miały jakąś swoją otoczkę medialną, ale też płyt zwykłych gitarzystów, takich jak ja, którzy nagrywają sobie gdzieś w domu, w małym mieście, wydają własnym sumptem czterdzieści czy pięćdziesiąt egzemplarzy i rozprowadzają między znajomymi.

 

Półkowy Polski Album Roku 2016 (polkazwinylami.blogspot.com, wpis z 14 stycznia 2017 roku; wynotowane 27 lipca 2017 roku): Może i Wiktorowi Mazurkiewiczowi okładka do „Carpie Diem” nie wyszła, ale muzycznie to bez kozery fajne granie. Sporo wychodzi u nas takich płyt. W sensie od gitarzystów, którzy wszystko montują sami, a materiał nagrywają w zaciszu własnego pokoju, gdzie na ścianie wisi plakat Satrianiego albo Johna Petrucciego z lśniącą od potu klatą. To już pasja granicząca z szaleństwem, a przede wszystkim miłość do gitary, bo Wiktor Mazurkiewicz to właśnie jeden z tych świrów, którzy biorą do łapy gitarę i wyczyniają na jej gryfie kosmiczne rzeczy, które można by zawrzeć w granicach gitarowego rocka progresywnego. „Carpie Diem” to właśnie jeden z tych domowych produktów. Wchodzi gładko, bez popity, ryja nie wykrzywia, a momentami potrafi nawet przyprawić o ciarki na plecach. Graj i nagrywaj dalej Wiktor, bo świetnie ci to wychodzi!

 

Od roku mnóstwo czasu spędzasz w Poznaniu, bo tam studiujesz. Tam też jesteś aktywny muzycznie. Opowiedz o tym, bo to twoje „poznańskie granie” stylistycznie różni się od tego, co robisz pod szyldem „Wiktor Mazurkiewicz”.
Poszedłem w hip-hop. To nie jest taki typowy rap, ponieważ mamy własny liveband. Świetna ekipa, każdy z chłopaków jest profesjonalistą. Nasz raper Huku jest bardzo uzdolniony muzycznie. Z wykształcenia jest realizatorem dźwiękowym, kiedyś grał z Kamilem Bednarkiem (kiedy Kamil nie był jeszcze aż tak znany), bo jest też beatboxerem, był wokalistą w zespole Element Dekoracyjny Miasta. Jeśli chodzi o rap, Huku jest dla mnie mistrzem świata. Szkoda, że przez innych trochę niedocenionym. Jest Jarek, perkusista – bardzo doświadczony muzyk (on pewnie gra dłużej, niż ja żyję). Podobnie basista Piotrek. Mamy jeszcze DJa Michała, który też świetnie sobie radzi. Jest Łukasz, który jest „hypemanem”, czyli podbija Huka.
W ogóle to wszystko zaczęło się w Mogilnie [śmiech]. W sierpniu ubiegłego roku Huku grał tu przed Quebonafide, a ja wystąpiłem z Musielem, Emce i KreTem. I wtedy chłopaki mnie zauważyli. To też fajna historia [śmiech]. Chciałem do nich pisać, ale dopiero po pierwszym roku studiów, żeby tak okrzepnąć w Poznaniu, bo to wszystko nowe – samodzielne mieszkanie i tak dalej. A oni napisali do mnie już w grudniu. Propozycję odrzuciłem. Wzięli jakiegoś gitarzystę, ale zdaje się, że po dwóch próbach z niego zrezygnowali. W styczniu napisali do mnie jeszcze dwa czy trzy razy. No to odpisałem: Jasne, na jedną próbę mogę [śmiech]. Po pierwszej próbie, kiedy to znałem trzy utwory promujące płytę Arka na YouTube, byliśmy już fajnie zgrani, taką chemię załapaliśmy.

Najbliższy koncert Wiktora Mazurkiewicza solo?
Nie ma. To wszystko idzie na żywo, w środę dostaję telefon, że za dwa tygodnie gram. Na razie nie myślę o tym, bo się skupiamy na Huku – planujemy trasę koncertową, ale dopiero jesteśmy na początku ustalania wszystkiego.

(lipiec 2017)