Yet Another – małpa antysystemowa

Yet Another. Miejsce prób: Klub 2piż., Inowrocław. W składzie: Piotr „Stefo” Stefanowicz – gitara, Adam „Student” Dzikowski – bas, Dominik „Łysy” Rogalski – bębny, Patryk „Stawicha” Stawiszyński – gitara. Na dokładkę Maciej Koźmiński. Dominik Rogalski: Wspiera nas jako muzyk koncertowy, gdy któregoś z chłopaków nie ma.
Zespół powstał w lutym 2016 roku. Dominik Rogalski: Ja oraz „Student” poznaliśmy się na próbie reaktywacyjnej inowrocławskiej grupy Warfare, zaproszeni przez Filipa Osowskiego. Z reaktywacji nic wtedy nie wyszło, ale postanowiłem zwerbować Adama do swojego projektu. Tak to się zaczęło. Miałem mnóstwo pomysłów na materiał, których – z różnych powodów – nie było mi dane realizować w poprzednich zespołach. Około trzech lat nosiłem się z zamiarem zawiązania zespołu, ale nasz region jest ewidentną pustynią jeśli chodzi o ludzi, którzy chcą grać i mają dość konsekwencji, by systematycznie poświęcać temu czas.
Można o nich przeczytać między innymi na ino.online. Na portalu rockarea.eu Ejt Trak DeMo otrzymało 6 na 10 punktów. To ich pierwsze wydawnictwo płytowe, z tego roku. Dominik Rogalski: Nasz największy sukces to bez wątpienia „Ejt Trak DeMo”. W zasadzie już po sześciu miesiącach od pierwszego spotkania mieliśmy zrobiony cały materiał. Traktuję to jako sukces, bo nie zawsze w zespołach da się pracować tak sprawnie. Okładka przedstawia grupę ludzi – przypominają tych z kreskówki Simpsonowie – którzy ścigają małpę. Piotr Stefanowicz: Okładkę przygotował Sebastian Augustyniak według mojego pomysłu na ilustrację do utworu „Monkey’s gone”. Ci goniący ją ludzie są metaforą systemu, który chce nadać ci miejsce, niekoniecznie takie, które będzie ci się podobało. Małpa jednak decyduje się na ucieczkę, a system nie odpuszcza. Jest to jakby przenośnia współczesnego życia, gdzie musisz płacić podatki, masz normy społeczne i tak dalej – jeżeli ktoś łamie te konwenanse, jest często za to „goniony”. Płyta jest już niedostępna. I nie można było jej kupić. Dominik Rogalski: Ją można było jedynie otrzymać w prezencie. To taki nasz myk marketingowy :) i był bardzo skuteczny.


„Ejt Track DeMo” – piguła energetyczna, bez skutków ubocznych

Dwadzieścia trzy i pół minuty, 8 utworów: Zachowaj spokój, Monkey’s gone, Funky Ninja, Aleksander, Płynę, Speluna, Paczka, Stagnacja. Red Hot Chili Peppers, Rage Against The Machine, Flapjack – oto muzyczne inspiracje członków Yet Another. Dominik Rogalski: Muzyka naszej młodości. Mi przypomnieli o tym, że w ostatniej dekadzie wieku XX często słuchałem grupy Kazik Na Żywo i zapoznałem się z Dog Eat Dog oraz Body Count. Piotr Stefanowicz: Na potrzeby określenia stylistyki, „Łysy” wymyślił słowo / slogan „funkywpierdol”, które chyba trafnie opisuje to, co robimy. Gramy muzykę, w której się odnajdujemy i która z nami rezonuje. Można stworzyć zespół na komercyjne granie, i to też będzie OK, jednak staramy się robić rzeczy z serca, a nie z tego, co podpowiada rozum. Podstawą muzyki rozrywkowej jest jazz i blues – to stamtąd wywodzi się hard rock, funk i wszystkie pokrewne. Zdajemy sobie sprawę, ze coraz trudniej o innowacje, ale staramy się nadać naszej muzyce własną ekspresję – to taki jakby własnoręczny podpis, który będzie z nami kojarzony. Na szczęście ludzie dobrze przyjmują naszą muzykę i nawet ci, którzy słuchają innych gatunków, mówią, że coś w tym jest.
Ejt Trak DeMo zarejestrowali w składzie z wokalistą Jakubem „Siwym” Różańskim, który jednak niedawno opuścił szeregi Yet Another. Dominik Rogalski: W chwili obecnej jesteśmy na rozdrożu – szukamy wokalisty. Ale plany się nie zmieniły. Dominik Rogalski: Na jesieni chcielibyśmy wydać pełnoprawny longplay, to znaczy pełne 70 minut muzyki. Obecnie współpracujemy z lokalnymi przedstawicielami sceny hip-hop, ostatecznie może się okazać, że będzie to album, na którym śpiewać będzie kilku, kilkunastu wokalistów, co również dodaje pikanterii takiemu wydawnictwu.
Yet Another żyje, działa, koncertuje, o czym można się przekonać śledząc stronę facebook.com/YetAnotherBand/. Dominik Rogalski: Yet Another dziś jest tak wielowarstwowym bytem, że dla każdego z nas może być czymś innym. Na pewno jest swego rodzaju medium, dzięki któremu mamy szansę przekazać emocje, wartości. Na co dzień jest sposobem na spędzanie czasu z fajnymi ludźmi, szczególnie na koncertach. Czasem jest gwizdkiem, który pozwala na upuszczenie troszkę pary. Bywa również wyzwaniem, radością, irytacją, męczarnią, ale i odskocznią od prozy życia.

„Jak Czerwony Kapturek Zresocjalizowała Wilka, czyli jak naprawiła mu serce i uratowała”

Grzegorz Stręk znany jest z tego, że zawsze ma jakiś – mniej lub bardziej trafiony – pomysł. Ostatnio zrealizowane, o których wiem, to: Stowarzyszenie Różowe Binokle, akcja zbierania podpisów pod wnioskiem o utworzenie na terenie gminy Strzelno ścieżki rowerowej (zainteresowanych tą sprawą odsyłam do Miejskiej Biblioteki Publicznej w Strzelnie) i – wydana przez wspomniane Różowe Binokle – książka Jak Czerwony Kapturek Zresocjalizowała Wilka, czyli jak naprawiła mu serce i uratowała.
Grzegorz napisał, a Marcin Kowalski (też ze Strzelna) – zilustrował. Kolejna wersja kultowego Czerwonego Kapturka – dziewczynka o imieniu Ania wybrała się do babci, po drodze spotkała wilka i uratowała mu życie (opowieść ma swój ciąg dalszy – kto ciekawy, a swojego egzemplarza nie ma, niech o książkę pyta w bibliotekach strzelneńskich; od autora wiem, że poszukuje środków finansowych na wydrukowanie dodatkowych stu egzemplarzy bajki).
Jak Czerwony Kapturek Zresocjalizowała Wilka… – format A4, gruba okładka ilustracje (sympatyczne prace Marcina), na kolorowo. W tej materii poziom bajek dla maluchów – utrzymany. Trochę gorzej z treścią. Pokazanie, że „nie taki wilk straszny” jak najbardziej ma sens, ale owemu Kapturkowi brakuje – że tak to nazwę – „płynności” literackiej.

Me And That Man „Songs of Love and Death”

ME AND THAT MAN SONGS OF LOVE AND DEATH
2017, WYDAWNICTWO AGORA
ADAM NERGAL DARSKI – WOKAL, GITARA (ELEKTRYCZNA I AKUSTYCZNA); JOHN PORTER – WOKAL, GITARA (ELEKTRYCZNA I AKUSTYCZNA), HARMONIJKA USTNA, BANJO / WOJTEK MAZOLEWSKI – GITARA BASOWA, KONTRABAS; ŁUKASZ KUMAŃSKI – PERKUSJA, INSTRUMENTY PERKUSYJNE
MY CHURCH IS BLACK, NIGHTRIDE, ON THE ROAD, CROSS MY HEART AND HOPE TO DIE, BETTER THE DEVIL I KNOW, OF SIRENS, VAMPIRES AND LOVERS, MAGDALENE, LOVE & DEATH, ONE DAY, SHAMAN BLUES, VOODOO QUEEN, GET OUTTA THIS PLACE, AIN’T MUCH LOVING, CYRULIK JACK (bonus)

Gdzie Adam Nergal Darski – tam Nick Cave, gdzie John Porter – Johnny Cash.
Nazwiska Cave i Cash pojawiły się już w niejednej recenzji tego albumu. Też o tym najpierw przeczytałem. Potem się przekonałem, że to jak najbardziej trafne drogowskazy. I takie „na początek”, bo na Songs of Love and Death im głębiej w las, tym więcej drzew. Niezwykłych i zaskakujących. Największym zaskoczeniem jest fakt, że znany mi tylko i wyłącznie z Behemotha Darski, potrafi tak zagrać i zaśpiewać, a przede wszystkim napisać takie pieśni, jak My Church is Black (jako bonus także w wersji z polskim tekstem Olafa Deriglasoffa), Cross My Heart and Hope To Die czy Ain’t Much Loving.
John Porter jest bliżej swojego muzycznego CV, co nie oznacza, że wypadł mniej atrakcyjnie. Jego utwory pozwalają trochę odsapnąć od mrocznego świata Darskiego. No i ich muzyczne światy „przegryzły się” wybornie.
Skład Me And That Man uzupełnili Wojtek Mazolewski i Łukasz Kumański. Kolejny raz wyszło, że w muzyce nie ma granic. A Songs of Love and Death nie można nie znać!

Kult „Your Eyes”

Kazik Staszewski, Idę tam gdzie idę. Autobiografia (Rozmawia Rafał Księżyk, Wydawnictwo Kosmos Kosmos, Warszawa 2015, strona 189): Weszliśmy do studia niedługo po nagraniu „45/89”, każdy z nas miał świadomość, że ta płyta do udanych nie należy i chcieliśmy poprawić to kolejnym wydawnictwem, a nowe piosenki bardzo nam się podobały. […] Nowy program zrobiliśmy w niespełna dwa tygodnie. […] pomysły wynikały z gitary.
Lata temu zostałem oczarowany tą trochę nie-Kultową płytą Kultu i tak już pozostało. Ogromny ładunek wręcz punkowej energii, gitarowy pazur i melodie, od których nie chcę się uwolnić. Oto Your Eyes. Utwory Czterej głupcy i Zgroza mogłyby się znaleźć w repertuarze Armii z czasów Legendy i pewnie za bardzo by się od reszty nie wyróżniały. A Barrum, Parada wspomnień, Yvette czy Strange znaczą dla mnie więcej niż Polska, Do Ani, Arahja czy Dziewczyna bez zęba na przedzie.
A teraz w nogi, bo mnie ci bardziej krewcy Kult-owcy mogą trochę sponiewierać. :-)

Kadrowanie…

…czyli  w folderach archiwalnych szperania ciąg dalszy. Ale tylko połowę z zamieszczonych prac poddałem zabiegowi kadrowania.
Zdjęcia zostały wykonane w latach 2009-2016 (część była już publikowana).


 

 

 

 

 

 

Wierszoklet „Rymka”

Dziewiąty wierszoklet archiwalny (napisany około roku 2002, po latach w znaki interpunkcyjne uzbrojony): Rymka

Chciałbym rymować wiersze całe,
ale talenta mam zbyt małe.
Kochanowskiego, Mickiewicza ambicje
a umiejętności nader pospolite.

Ale ja, panie i panowie,
choć nie jestem poetą co się zowie,
nie przejmuję się wcale
i rymy układam wytrwale.
Bawię się przy tym tak wspaniale,
że zapisałem już kajety trzy szare,
które schowałem głęboko –
toż to szczere złoto!

Wierszoklet „Babcia Marynia”

Ósmy wierszoklet archiwalny (napisany około roku 2000, po latach w znaki interpunkcyjne uzbrojony): Babcia Marynia

Ulica „Piętnastego grudnia”,
czerwone mury,
cisza,
wielkie podwórze,
mały ogródek
i babcia Marynia.
Spokojna jak ta wierzba płacząca,
pod którą na cmentarzu siadała.
Uśmiechnięta,
trochę blada,
zawsze gotowa pomóc,
kochana.

Taka w mojej pamięci została.
Babcia Marynia,
wiecznie zadyszana…

Fotka z koncertu

Sporo zdjęć musiało upłynąć zanim zrozumiałem, że jeżeli obiekt nie mieści się w kadrze lub zabrakło ostrości, nie musi to oznaczać – do kosza. Najczęściej wystarczy drobna korekta kontrastu lub zmiana kolorów na czerń i biel, a zdjęcie może zmienić swą wartość.
Inna sprawa, że zamiar zaopatrzenia się w bardziej profesjonalny sprzęt fotograficzny, w najbliższej przyszłości nie doczeka się realizacji, ponieważ wiem, iż ciągle brakuje mi motywacji, żeby nauczyć się robić dobre zdjęcia dobrym sprzętem (w tym miejscu należy zaznaczyć, że każde
W związku z powyższym pozostaje jedno – przeciętne zdjęcia przeciętnym sprzętem. I zdanie się na przypadek, bo każda z zaprezentowanych poniżej fotek to nie efekt zamierzony, a właśnie przypadek. Do tego drobna korekta (w przypadku zdjęcia numer 9 – znaczna) i fotograf – amator… ma frajdę. :-)


SBB (2014, Blues na Świecie Festival w Świeciu)

 

State Urge (2014, VIII Festiwal Rocka Progresywnego im. Tomasza Beksińskiego w Gniewkowie)

 

Ivo Partizan (2015, Spichlerz Polskiego Rocka w Jarocinie)

 

Ponad Chmurami (2017, Miejska Biblioteka Publiczna w Strzelnie)

 

Within Temptation (2012, Jarocin Festiwal)

 

SBB (2014, Blues na Świecie Festival w Świeciu)

 

Voo Voo (2012, Jarocin Festiwal)

 

Strachy Na Lachy (2012, Dni Strzelna)

 

Ivo Partizan w (2015, Kino Wawrzyn w Mogilnie)

 

Lao Che (2012, Jarocin Festiwal)

AC/DC „The Razors Edge”

Jakiś czas temu kupowałem albumy, które kształtowały mnie muzycznie, a których „wieki” nie słuchałem. Niestety, nie wszystkie lśnią tym samym blaskiem co przed laty. The Razors Edge to nie dotyczy.
Jeżeli mnie pamięć nie myli, to tę wydaną w 1990 roku płytę nabyłem „w ciemno”, ponieważ chciałem posłuchać metalu. W zamian dostałem porcję soczystego, „ejsidisowskiego” ciężkiego rocka (o czym dowiedziałem się trochę później) z takimi „kilerami”, jak Thunderstruck (uwielbiam te pierwsze sekundy z gitarą samotnie świdrującą narząd słuchu), „świątecznym” Mistress for Christmas czy stadionowym Are You Ready.
The Razors Edge to najjaśniejszy punkt w dorobku AC/DC z wokalistą o nazwisku Brian Johnson w składzie – nie nagrali nic lepszego, nie wyłączając Back in Black.
Powyższy pean nie zmienia jednego – wybieram AC/DC z czasów, kiedy przy mikrofonie stał Bon Scott.

Nirvana „Bleach”

Bleach odstaje od reszty. Na minus. Bo choć debiutancka płyta Nirvany najczęściej miała dobre recenzje, a wraz z upływem czasu zbiera jeszcze wyższe noty, to dla mnie od zawsze była najsłabszym ogniwem w studyjnej części dyskografii zespołu. Brak jej tej popowo-punkowej lekkości artystyczno-kasowego przeboju Nevermind oraz kolejnych albumów. A właśnie tym zespół mnie urzekł w roku 1991.
Będę niekonsekwentny. Bleach jest OK. Bo choć to twór wolno i ciężko zagrany, to jednak swoją wartość ma – utwory nie nużą (w szczególności Blew, Floyd the barber, About a girl, Negative creep i Downer), mocarna gra perkusji robi wrażenie, a posmak garażowego (można zastąpić słowami: alternatywa, underground) grania przyjemnie łechce moje poczucie bycia niezależnym.

„10. Polski Top Wszech Czasów”

Głosować można do 28 kwietnia, wyniki – 2 maja w Trójce (szczegóły: lp3.polskieradio.pl).

Oto moje tegoroczne typy:
Armia NIEZWYCIĘŻONY, Big Cyc BALLADA O SMUTNYM SKINIE, Breakout WIELKI OGIEŃ, Brygada Kryzys TO CO CZUJESZ, Chłopcy z Placu Broni KOCHAM WOLNOŚĆ, Daab W MOIM OGRODZIE, De Press BO JO CIE KOCHOM, Dżem SKAZANY NA BLUESA, Happysad ZANIM PÓJDĘ, Hey MIMO WSZYSTKO, Houk TRANSMISSION INTO YOUR HEART, Hurt ZAŁOGA G, Izabela Trojanowska WSZYSTKO CZEGO DZIŚ CHCĘ, Jacek Kleyff HUŚTAWKI, Kult PARADA WSPOMNIEŃ, Lady Pank SZTUKA LATANIA, Lao Che STARE MIASTO, Maanam SZAŁ NIEBIESKICH CIAŁ, Malarze i Żołnierze PO PROSTU PASTELOWE, Marek Grechuta ŚWIECIE NASZ, Maria Peszek SORRY POLSKO, Martyna Jakubowicz KOŁYSANKA DLA MISIAKÓW, Myslovitz TO NIE BYŁ FILM, Paktofonika JESTEM BOGIEM, Pidżama Porno TWOJA GENERACJA, Pustki TCHU MI BRAK, Siekiera MISIOWIE PUSZYŚCI, Skaldowie i Łucja Prus W ŻÓŁTYCH PŁOMIENIACH LIŚCI, Stanisław Soyka TOLERANCJA (NA MIŁY BÓG), Stare Dobre Małżeństwo BIESZCZADZKIE ANIOŁY, T.Love LUCY PHERE, Urszula DMUCHAWCE, LATAWCE, WIATR, Zdrój Jana KIEDY BĘDĘ ŻAŁOWAŁ.

The Stooges „The Stooges”

Kolejne muzyczne odmieńce. Tak jak w przypadku The Velvet Underground, przecierałem oczy ze zdumienia, kiedy po raz pierwszy słuchałem ich debiutanckiego The Stooges: Co?! Rok 1969?. Bardziej przypadli do gustu młodym spod znaku no future. Nic dziwnego – The Stooges to jeden z zespołów, które przecierały punk rockowy szlak. Dyskografię też mają iście punkową.
The Stooges. Producent: John Cale. Osiem utworów, a wśród nich 1969, I wanna be your dog i No fun. Niecałe 35 minut, z czego ponad 10 należy zarezerwować na odstające od reszty We will fall – genialnie transowy i mroczny (i najbliższy temu, co się grało w końcu szóstej dekady wieku XX) fragment tego genialnie szorstkiego albumu.