„Rock n’Sfera Vol. 1”

Rock n’Sfera Vol. 1 (2018, Studio AiMix)

Studio AiMix: Rock n’Sfera Vol. 1. jest wyjątkową płytą. Wiecie dlaczego? Dlatego że spot[…]kali się na niej twórcy oddaleni od siebie o setki kilometrów. Każdy z twórców wniósł tutaj swój pomysł na swoją muzykę. Każdy twórca dał z siebie wszystko, aby nie zawieść swoich słuchaczy.
Pierwsi odpadli metalowcy, szczególnie ci spod znaku „death”, ponieważ nie lubię takiego grania. Grupa Bardark wykluczyła się sama – ich Krzyk sprawiedliwości to przykład fajnej muzyki (rodem ze ścieżki dźwiękowej do westernu) zepsutej nieodpowiednim wokalem. Z przyjemnością słucham:

  • Arias Bezsilni:
    Zespół przepadł wraz ze wspomnianymi metalowcami, jednak szybko się zreflektowałem – Bezsilni to bardziej „prog”, do tego świetny utwór.
  • Koty Tumbrl:
    Najbardziej odstający od reszty fragment płyty. Rock, funk, jazz.
  • The Corners I See Your Reaction!, Patologia Atomowa śmierć, Koniec Listopada Psie Sny, Terapolka Palec Maryi:
    Czy to w wersji amerykańskiej, czy też klasycznej – niech punk nigdy nie umiera.
  • AVE Rewolucja:
    Soczyste, gitarowe granie. Bardzo im się udała ta Rewolucja.
  • Łan Tajm Uśmiech rodzi uśmiech:
    Pozytywnie rozbujane. Bartosz Tomczak: Brzmienie Łan Tajm przywodzi na myśl legendy polskiego rocka, takie jak Róże Europy, Kobranocka czy IRA […].
  • Synesthesia Do I Know?:
    Pierwsze skojarzenie – młody Hey, drugie – Soundgarden. Ale to chyba nie do końca właściwy kierunek.
  • Romantic Soul Rebel Ściemnia się LIVE, Pod Prąd Moja dziewczyna:
    Ściemnia się bluesuje (żeński wokal skojarzył mi się z Natalią Sikorą), a Moja dziewczyna, też z koncertu, zapuszcza się w folkowe rejony. W uszy trochę kłuje garażowa jakość nagrań.

Płyta kompaktowa, digipack, książeczka z drukowaną informacją o każdym z dziewiętnastu zespołów. Pomysłodawcom Rock n’Sfery należą się słowa uznania za to, że w erze Internetu chce im się promować muzykę w tak szlachetnie archaiczny sposób. Już zapowiedzieli Vol. 2.

Wieczór z „Wish You Were Here”

„Wish You Were Here”. Światło, muzyka, słowa
Czytelnia Miejskiej Biblioteki Publicznej w Strzelnie, 21 III, od godz. 19:00 z minutami
Pomysł i realizacja: Jacek Łuczak i Wiesław Woźnica

Światło, muzyka, słowa – odsłona druga. Wątku „Pink Floyd” – ciąg dalszy. Koncept ten sam – laserowa oprawa świetlna, tłumaczenia tekstów i to, co najważniejsze, czyli muzyka. Znajomych twarzy – więcej. Nowe miejsce – czytelnia Miejskiej Biblioteki Publicznej. Głośność – odpowiednia. Album – wybitny. Wieczór – udany. Propozycja na przyszłość – jeżeli kolejny raz ta sama miejscówka, to zasłonić okna i zlikwidować rząd stołów zabierających przestrzeń.
O The Dark Side of the Moontutaj.

Hugo Race & Michelangelo Russo „John Lee Hooker’s World Today”

Hugo Race & Michelangelo Russo John Lee Hooker’s World Today (2017, Gusstaff Records)

– Człowieku, zrób coś z tym krzesłem!
– Taaa, może jutro…
Ma rację. Mi też się zdarza dźwięki wydawane przez tego grata pomylić z tym, co proponują panowie Hugo i Michelangelo. Ale już nic nie mówię. Tak naprawdę, najchętniej w ogóle bym się nie odzywał. Za to bardzo lubię to krzesło, ten zadaszony kawałek świata z widokiem na niebo i pustkę po horyzont, a także… sączy się, jeszcze chłodne… do ich grania wyśmienicie pasuje…
– Bob, proszę, przestań się bujać.
Jakby to skrzypienie miało jakieś znaczenie. Hugo i Michelangelo na pewno nie mieliby nic przeciwko temu. Czy oni w ogóle by zauważyli, że jest tu ktoś jeszcze? Tną tego swojego trans-Hookera, jak to w bluesie, na jedno kopyto, ale jakby wolniej, bardziej klimatycznie, monotonnie, duszno. A kowbojki uwierają, koszula lgnie do ciała, nie ma czym oddychać… Rzut oka na horyzont – błyska się, będzie burza…

PS Podziękowania dla Artura Łuczaka, który polecił mi ten album.

New Order „Movement”

To znana historia. Samobójcza śmierć Iana Curtisa stała się też końcem żywota Joy Division. Ale nie zakończyła muzycznej aktywności pozostałych członków zespołu. Bernard Sumner: Wszyscy byliśmy zaskoczeni tym, co stało się z Ianem. Nagle musieliśmy myśleć o przyszłości. I nie mieliśmy żadnych odpowiedzi. Ale wiedzieliśmy, że uwielbiamy być w grupie i tworzyć muzykę, grać koncerty i dobrze się bawić … Wiesz, byliśmy młodymi facetami. […] Pytanie brzmiało: kim będziemy? Joy Division bez Iana? Czy to zadziała? (fragment tekstu z książeczki dołączonej do reedycji albumu Movement, seria the Factory years; 2008, London Records).
Świat zawojowali takimi hitami, jak Blue Monday, czyli muzyką do tańczenia przy stroboskopach, w klubach wypełnionych ludźmi, którzy chcą odreagować tydzień. Czy tak by brzmiało Joy Division w latach osiemdziesiątych? Zakładam, że nie, jednak zamieszczony na składance Substance utwór As You Said nie pozwala być tego pewnym.
Zanim nastał ów właściwy New Order, byli krytykowani za to, że są kopią Joy Division. Nie trzeba mieć słuchu absolutnego, by zauważyć, iż Movement (1981, Factory Records) to to samo brzmienie, ten sam klimat, te same patenty muzyczne i Bernard Sumner – wokalista, który podąża drogą wytyczoną przez Curtisa. Znaczy, do kosza?
Może jednak spróbować posłuchać tego albumu bez druzgocącego obciążenia magią Unknown Pleasures czy Closer?
A gdyby nigdy nie było Joy Division?

Ciszy nie było

Koncert z okazji Dnia Kobiet: Cisza Jak Ta
9 marca 2018 roku, Dom Kultury w Strzelnie
Organizatorzy: Burmistrz Strzelna, Miejsko Gminny Ośrodek Kultury oraz Komitety Osiedlowe Nr 2, 3 i 4 w Strzelnie

Istnieją piętnaście lat, wydali jedenaście płyt, zagrali dziewięćset koncertów. Dziewiątego marca zawitali do Strzelna. Cisza Jak Ta.
Lubię te koncerty z okazji Dnia Kobiet – są na poetycką nutę (w ubiegłym roku wystąpił zespół Nie-Toperz), dobrze wpasowują się w akustyczne możliwości sali strzelneńskiego Domu Kultury, mogą zainteresować zarówno miłośnika rocka, jak i disco, bo przecież każdemu z nas potrzebna jest w życiu choćby odrobina poezji.
Skrzypce (altówka?), flet poprzeczny, perkusja elektroniczna, gitary elektroakustyczne, bas. Sześć osób (imiona i nazwiska wszystkich członków grupy na stronie ciszajakta.art.pl). Wokalnie udzielał się każdy, nie zaśpiewał tylko basista. Szczególnie spodobał mi głos Ilony Ejsmont (skrzypce / altówka) oraz Mateusza Wyzińskiego – perkusisty, który w jednym utworze zagrał też na gitarze. Mów do mnie jeszcze Kazimierza Przerwy – Tetmajera w jego wykonaniu nie chce mi wyjść z głowy. Podobnie Dziewczyna z portretu do słów Jonasza Kofty, z mocnym śpiewem Ilony Ejsmont – tak mógłby wyglądać efekt współpracy Renaty Przemyk z Kapelą Ze Wsi Warszawa.
Koncert zacząłem z przekonaniem, że czeka mnie wędrówka po „krainie łagodności”. Na to wskazywało te kilka utworów, których posłuchałem wcześniej oraz słowa Michała Łangowskiego (gitara): Chcielibyśmy państwa zabrać w podróż w krainę wrażliwości poetyckiej. Motyw przewodni: miłość. Zaczęli od Byle nie o miłości Agnieszki Osieckiej, Wieczorem Krzysztofa Kamila Baczyńskiego i skocznego Pożegnalnego wieczoru Jonasza Kofty. Później dominował repertuar autorski, między innymi z wydanego w ubiegłym roku albumu Nieobecność. Już wspomnianym Pożegnalnym wieczorem udowodnili, że ich „kraina wrażliwości poetyckiej” to jednak nie tylko ballady. W dwóch piosenkach zespołowi towarzyszył nawet gitarzysta elektryczny (niestety, nie zanotowałem nazwiska), który nie tylko wyglądem, ale i miejscem zamieszkania jest związany z Jarocinem – w utworze Żółte tulipany przyłoił niczym muzyk jakiejś kapeli metalowej.
Super koncert, ponad dziewięćdziesiąt minut grania, bardzo dobra frekwencja, bis po wykrzyczanym przez publiczność: Cisza! Cisza! Cisza!. I pech, ponieważ nie miałem przy sobie portfela…


Godra & Brüno „Kuro”

Godra & Brüno Kuro (2017, Fuffa Recordz)

Ścieżka dźwiękowa do opowieści o mrocznej, nieprzyjaznej, pełnej beznadziei, budzącej lęk krainie? Jak najbardziej. Wrażenie potęguje zatopione w czerni, zawierające minimum informacji opakowanie, z tajemniczymi symbolami na froncie. Co znaczy „kuro”? Bronisław „Brüno” Ehrlich: Kuro to smutek, czerń…
Cztery utwory, ponad czterdzieści minut muzyki. Medium i Martwa Natura to klimat dokonań Bronisława Ehrlicha, znanego też jako Bruno Światłocień, a Non-Terrestial Officers (w porównaniu z pozostałymi – wręcz sielankowe) i Bayek to już nieznany mi Godra. Dwa pasujące do siebie światy – surowo i przestrzennie.
Zimna fala, trans, post-rock, czy nawet space post-rock (jeżeli takie określenie w ogóle istnieje), ambient, industrial. Gustujesz w którejś z tych etykiet? W takim razie sięgnij po Kuro i posłuchaj…

***

ROZMOWA Z BRONISŁAWEM EHRLICHEM

Kto to jest Godra? I jak nawiązałeś tę współpracę?
Godra to nazwa projektu muzycznego Jacka Pełki. Poznałem go kiedyś w Gdyni. Pojechałem na koncert Jeniferever ze Szwecji. Jako support grał tam polski post-rokowy zespół Keira Is You, gdzie Jacek grał na perkusji. Po latach współpracy z kapelą KIY ich drogi się rozeszły. A ja utrzymywałem z Jackiem kontakt przez Facebooka i postanowiłem podjąć próbę nagrania wspólnego materiału.

W książeczce jest też wymieniony Neithan…
Neithan to znajomy Jacka, muzyk, akustyk. Naprawdę nazywa się Michał Kiełbasa, prowadzi Studio Antisound w Tarnowskich Gorach, gdzie nagrywaliśmy materiał na epkę.

Co oznaczają symbole na okładce waszej płyty?
Jako że Jacek jest głównym producentem naszej epki, w tym stronę finansową wziął na siebie, postanowiłem pozostawić mu wszelkie nazewnictwo, symbolikę… Symbole na płycie, to – jego zdaniem – dwie postacie widziane z góry, ojciec i syn.

W dołączonej do płyty książeczce znalazła się między innymi informacja: † Andrzej Pełka? To jemu jest poświęcony ten album?
Andrzej Pełka to ojciec Jacka, zmarły w okresie między naszą obecnością w studio, a premierą epki. Myślę, że to dlatego w tytule i symbolice nawiązał do utraty ojca, do czasu utraconego.

Na Kuro są cztery utwory. Dwa pierwsze to klimat Bruno Światłocienia, natomiast trzeci i czwarty – to już chyba Godra.
Tak, dwa pierwsze to utwory z mojego solowego projektu Bruno Światłocień, które zamierzam nagrać ponownie w aranżacji typowej już dla Bruno Światłocienia. Bas i głos są moje, perkusja Jacka, elektronika Neithana. Dwa pozostałe numery to praca Jacka z Neithanem bez mojego udziału.

W opisie ostatniego jest pomyłka – utwór trwa znacznie dużej niż podane 7:15. To błąd techniczny czy raczej pomysł na niespodziankę dla słuchacza?
A wiesz, że nawet nie wiedziałem o błędach w opisie… Hmmmm… może Jacek celowo, w odniesieniu do śmierci ojca, rozsunął czasy – stare umiera, a młode żyje.

Jako Godra & Brüno planujecie kolejne albumy?
Z mojej strony – jestem otwarty. Ale mnie i Jacka dzieli około 600 km. Już nagranie płyty to spory koszt i praca. Na jesień planujemy koncerty w dużych miastach i może we Włoszech.

Należy oczekiwać kolejnych płyt Bruno Światłocienia?
Tak. Pracuję nad trzema płytami. Dwie płyty to mój protest przeciwko chorej ideologii, teorii krytycznej, takich ludzi jak Antonio Gramsci czy Altiero Spinelli. Chcę też podjąć próbę odkręcenia zakłamanej historii Polski. Trzecia płyta to już typowy Bruno… w wersji: pewnego dnia, ona i ja, śliczna panna, melancholia…
Staram się nie planować przyszłości. U mnie w kapeli grało ze dwadzieścia osób. Byli to muzycy rockowi – wszyscy odeszli zakładając własne kapele. Ja skupiam się na mistyce, sacrum.

(marzec 2018)

AVE. Jazda po polsku

Rozmowa z Mariuszem Michałowskim, wokalistą grupy AVE z Inowrocławia.

***

Redaktor naczelny Teraz Rocka niedawno docenił waszą debiutancką płytę (szczegóły tutaj). To chyba dobrze?
To bardzo dobrze! Znakomita wiadomość, która pokazuje, że próby dotarcia do tak postawionych, znaczących w naszym świecie osób mają sens. Naprawdę, sprawiło nam to dużą przyjemność.

Wiesław Weiss napisał o was w przedostatnim numerze wspomnianego miesięcznika. Sądziłem, że Ave to nowość, a okazało się, że płyta wyszła półtora roku temu. Czyli ciągle z tym materiałem staracie się dotrzeć do ludzi.
To tyle trwa, ponieważ nie mieliśmy żadnego promotora, żadnego wydawcy, nikogo, kto by nas mógł wspierać – płyta została nagrana, ale promocja została w naszych rękach. Działamy intuicyjnie, siłą przesyłania płyty do osób, które się na tym znają i ewentualnie będą chciały nas ocenić. Pomału zaczęło to iść w taką stronę, że na dziś płyta jest dostępna w wielu sklepach internetowych. To też zasługa Darka Kowalskiego z Hard Rock Pamela w Toruniu, który jest przychylny wobec naszej muzyki i zechciał nam pomóc, popromować tę płytę. Darek zapraszał nas do grania w swoim klubie, wykorzystał również moce, jakie posiada dzięki temu, że już dziesięć lat ma firmę wydawniczą. Pomimo tego, że nie jesteśmy w jego stajni.

Jesteście również obecni w różnych stacjach radiowych, gdzie wasze utwory odnoszą sukcesy. Na przykład: Radio Malbork – odkrycie roku 2016, Radio Orbit – w zestawieniu najlepszych utworów roku 2017. Jesienią ubiegłego roku byłeś gościem Piotra Kaczkowskiego w Trójce.
Może to zabrzmi nieskromnie, ale w miejsca, do których dotarła nasza muzyka, spodobała się ona na tyle, że ktoś zechciał się temu przyjrzeć, opisać lub puścić w danej rozgłośni. A ludzie chętnie na nie głosują. Na przykład w Czwórce Polskiego Radia nasza muzyka jest obecna już kilkanaście miesięcy.

Płyta zebrała i zbiera dobre recenzje. W jednej z nich (rockarea.eu) przeczytałem zdanie, z którym się zgodzę: Obcowanie z muzyką zawartą na krążku grupy AVE nie należy do odprężających. Bawiąc się w porównania: gitary w Credo skojarzyły mi się z Led Zeppelin, a w Zdeptać koronę – z Hendrixem; Skalpel – z The Clash, Eugenika – z zimną falą. Skąd ten eklektyzm w waszej muzyce?
Niełatwa sprawa ująć to w kilku zdaniach. Po prostu to szczerość, która wypływa bez głównego zamierzenia – kierujemy się tym, co w nas siedzi i co w danym momencie nami kieruje. A skojarzenia? Są dla nas bardzo chwalebne, i miło słyszeć tak wielkie nazwy i nazwiska. Wiemy, że mogą być zauważalne, nie bronimy się, nie walczymy o nowe trendy, nie kopiemy nowego tunelu w muzyce, bo nie w tym rzecz.

Na swojej stronie – www.facebook.com/avezespol/ – już rok temu wspominaliście o przygotowaniach do wydania drugiej płyty. Kiedy się ukaże?
Cały czas nad nią pracujemy. Mamy sporo nowych piosenek, które już prezentujemy na koncertach. Zanosi się na lato tego roku, ale nie chciałbym tak decyzyjnie rzucać datami – mam nadzieję, że w tym roku wszystko się dopnie do końca i płytę będziemy trzymać w rękach.

Obecnie na topie jest jeden z waszych najnowszych utworów, świetna Rewolucja. Znajdzie się na przygotowywanym albumie, czy będzie dostępna tylko w Internecie i na składance Rock N’Sfera. Vol. 1, która ma się ukazać w połowie marca?
Wszystko wskazuje na to, że zostanie na płycie. A składanka to taki bonus, który przyszedł do nas ze stacji Radio Bon Ton, audycji Wieczorna ROCKosfera, gdzie udzielaliśmy wywiadu i była prezentowana cała nasza płyta.
Dla mnie to ważne, że ludzie wykazują się tak ogromną pasją, zaangażowaniem, bo to kosztuje – zrobić audycję, zebrać tyle zespołów, nagrać, promować w Internecie, a teraz wydać płytę. Cieszymy się, że zaprosili nas na tę składankę, bo to wszystko robią rzetelnie. Ma być w nakładzie 1000 sztuk. Zamysł jest taki, żeby tę płytę wysyłać do stacji radiowych, które będą chciały to zaprezentować.

Na drugim albumie też zaśpiewasz tylko po polsku?
To nie jest żadne wzbranianie się, zdarza mi się śpiewać po angielsku, może w mocniejszej, metalowej konwencji, ale to są tylko jakieś poboczne rzeczy. W AVE jedziemy po polsku.

W AVE jesteś również autorem tekstów. Nie ma w nich, że się tak wyrażę, pitolenia – jest konkretnie, na temat, mocno i kontrowersyjnie. Na przykład Rewolucja. Pisząc te słowa nie myślałeś, że ktoś, kiedyś może złapać ten kamień i nim rzucić?
To jest już któreś z rzędu zapytanie w tę stronę. Może to wykazać się mało profesjonalne, ale jeśli bym to teraz pominął, byłbym nieszczery – muszę powiedzieć, że to światełko zapala się we mnie teraz. Utwór powstał, został zagrany i wrzucony do Internetu, ale nie z taką intencją. Nie zakładam, żeby ktoś za piosenką szedł w aż taką ekstremę, ale gdybym musiał się bronić, bo coś takiego by nastąpiło, to: na pewno nie było założeniem, żeby budować fizyczną przemoc. Ta pięść w górze i rzucenie kamienia, i rewolucja, jest, może nie bezsilnością, co zareagowaniem – jeśli nie można w inny sposób zareagować, czas się przebudzić siłowo. Ale to jest tylko, że tak to ujmę, artystyczne.

Artystyczne, ale jednak wpisuje się w to, co się dzisiaj dzieje w Polsce.
Jeśli patrzeć w tę stronę – bardzo. Dzisiaj jest to na topie. Jeśli ktoś by chciał zwrócić na to uwagę i przyszyć to dla siebie, w sensie: skoro facet napisał, żeby tak robić, to rzeczywiście można to robić. Ale ja nie chciałbym nikogo namawiać do przemocy. Oczywiście, jeśli stanęlibyśmy teraz w obliczu sytuacji, która by mogła zagrażać najważniejszym duchowym, rodzinnym, czy patriotycznym sprawom, to nie należę do osób, które by podwinęły ogon. Ale też w ostatnim momencie chciałbym gdziekolwiek podnieść tę pięść w górę.

W Diamentach dostało się Budce Suflera, Maryli Rodowicz i jeszcze kilku innym topowym polskim wykonawcom. Utwór powstał jeszcze przed wydaniem waszej debiutanckiej płyty, ale na nią nie trafił. Autocenzura?
Został pominięty świadomie. Tak jak Raz Dwa Raz Dwa Maanamu, które było robione na zasadzie takiego odpoczynku od naszych piosenek. Kowerowo nie jesteśmy chętni, nie paramy się tym, nie ma nawet na to czasu, ale ten Maanam przyszedł do mnie – może z dzieciństwa gdzieś mi wróciło? Chciałem się zmierzyć z tym szybkim śpiewaniem, a wyszło, że zupełnie skrzywiliśmy ten kawałek.
A wracając do Diamentów:
Szczerze powiem, że byłoby idiotyzmem tak myśleć. Można nie lubić Budki Suflera czy Kombi, ale nie mieć do nich szacunku za to, co robili? Dla mnie jest to bezsensowne. Jeśli w ogóle kiedykolwiek ktoś z nich chciałby tego posłuchać czy by usłyszał, to tak naprawdę muszą to brać na klatę. Ja na ich miejscu bym się z tego śmiał, bo to właśnie miało być takie – przychodzi pan Nikt i, choć jego głos jest ograniczony, bardziej to melodeklamacja, śpiewa, że jest gwiazdą, a Maryla się kiwa i tak dalej.

Czyżby trochę autoironii?
To nie jest tak, że ktoś jest ociemniały i wydaje mu się, że błyszczy na kupie kamieni jako jedyny diament. To bzdura. Tych diamentów jest cały kopiec – wspaniałych, różnych, nieokiełznana rzeka dźwięków i zespołów. Ale nie można się non stop patrzeć z góry na tę rzekę, tylko trzeba mieć świadomość, że jednym z płynących tym potokiem produktów jesteśmy my – zwarci i gotowi do tego, żeby pokazać, że też tu płyniemy, że to, co robimy jest fajne, przynajmniej dla nas [śmiech].

Debiutancką płytę nagraliście w składzie: Maciej Zamczała – gitara, Robert Sadowski – gitara, Krzysztof Kosiński – bas i ty – wokal i perkusja. Perkusista Mateusz Senderowski zagrał gościnnie w kilku utworach, a teraz jest już stałym członkiem grupy. To wszyscy z podstawowego składu w historii AVE?
Od początku był ze mną Krzysztof i Maciej. Na starcie był z nami inny gitarzysta, ale później tak się potoczyło, że nie mógł dalej kontynuować tej współpracy. Każdy miał inny pomysł na siebie – zwyczajnie, w pogodny sposób się rozstaliśmy. Później przyszedł Robert, z którym wcześniej współpracowałem w grupie Flame – taka perełka, bo facet jest po prostu ogarnięty.
Mamy już tyle lat i tyle czasu gramy, że nie byłoby już miejsca na jakieś rozpoczynanie emdekowskie, tłumaczenie czegoś, komuś… Tu wszystko się dzieje skrótowo i optymalnie jest pozapinane. To ogromny komfort współpracować z takimi ludźmi.
Lwią robotę, tę techniczną, w której ja jestem nie w pełni rozwinięty [śmiech], robi Krzysztof. Ma ogromne doświadczenie. Jeśliby AVE rozłożyć na czynniki pierwsze, to bez pracy, którą Krzychu wkłada, bylibyśmy kilka kroków w tył. Nie w sensie rozwoju zespołu, tylko tego, że te piosenki są nagrane, że coś jest w Internecie i że to wszystko jest dopracowane. To jest potężna sprawa, która pozwoliła nam, po niespełna roku istnienia, wystrzelić z płytą. Rzecz dla niektórych nieosiągalna.

AVE za dziesięć lat…
[śmiech] AVE za dziesięć lat? Szósta płyta, siedem Fryderyków. Na stałe wbici we wszystkie dobre festiwale. Dużo odnóg, różne gatunki muzyczne. Ogólnie – rozpoznawalny, sztampowy, awangardowy [śmiech].

***

Wspomniane Flame, czy też Staff, GrAm, Nie-Toperz… Członkowie AVE byli lub są związani z wieloma innymi zespołami. Mariusz Michałowski wspomina death metalowe Mystification:

Fragment recenzji jednej z kaset grupy Mystification („Tylko Rock”, 1994, nr 4, strona 58)

Mystification… To był zespół młodości. Czas kserówek, czas prób, gdzie się obcinało palce przy rękawiczkach, bo na próbie było minus 3. Wysyłanie demówek – kapitalne zwroty. Zaangażowanie i taka chęć grania, że przed pierwszą próbą nie siedziałem nigdy nad całym zestawem bębnów, a na tę próbę jechałem wiedząc, że będę grał na perkusji.
Też pisałem teksty, dużo się przykładałem do tego, jak te utwory mają wyglądać.
Świetny gitarzysta – i Piotr Matecki, i Adam Polański.
Dwie taśmy ukazały się nakładem Loud Out Records. Wtedy nie było płyt, tylko kasety, więc były to oficjalne wydawnictwa. Na tyle dobrze się sprzedały, że na dwa tygodnie wynajęli nam studio w Gdańsku. Mieliśmy otwarty sklep pana Łosowskiego z Kombi [śmiech]. Zaprosił nas: Chłopaki, wybierajcie sobie gitary i piece do grania na próbę. Pan ze Skawalkera przyjechał, rozłożył mi bębny i mówi: Będziesz sobie grał te dwa tygodnie na tych bębnach. Dla chłopaków z Inowrocławia, którzy grali na Eltronach, w piwnicy, to był szok.
Po tym nagraniu mieliśmy zaproszenie do Jarocina. To było w 1993 roku, totalna rozpierducha. Widziałem to na własne oczy, uciekałem przed kamlotami. Ale zdążyliśmy zagrać. Na szczęście, bo to było dla nas historyczne granie. Wcześniej wystąpiliśmy w paru miejscach – w Toruniu, w Gnieźnie, we Włocławku. Kiedyś się ekipy przemieszczały z koncertu na koncert. Ekipa włocławska nas polubiła i zapamiętała. W Jarocinie ktoś nam powiedział, że jak publiczność będzie rzucać, to mamy spierdalać. Mam nadzieję, że Piotr Matecki by się o to nie pogniewał [śmiech]: on miał słabszy wzrok, myślał, że na scenie leży tyle kostek od gitar, a to były po prostu butelki porozpierdzielane, bo wiara rzucała. Zaczęliśmy grać, a ludzie z Włocławka, którzy też tam byli, nas poznali – w tym tłumie ta grupka ludzi zaczęła krzyczeć: Mystification!, Mystyfication!. I się ruszyło. Przyszedł jakiś człowiek i pyta:
Ile macie jeszcze kawałków?
No, mamy jeszcze cztery.
Grajcie wszystko.
Dla nas to był sztos.
Już w tamtych czasach czułem, że trzeba ludziom siebie dawać i przed koncertami dwie reklamówki kaset nagrywaliśmy w domu, kserowaliśmy okładki i albo sprzedawaliśmy, albo ludziom, którzy przez cały nasz set trzepali łbami, te kasety po prostu dawałem.
W okresie, kiedy graliśmy w Jarocinie, w składzie Mystification były trzy osoby. To był ten power, dzisiaj nie do pomyślenia – bez basisty?! A my chcieliśmy grać, nie ma, że nie było basisty, gramy! [śmiech].

(luty 2018)

„Złota era” na papierze

Już zapomnieliście o Złotej erze rocka w Strzelnie? Otwieraniu lodówki nie towarzyszy obawa, że zamiast smacznego posiłku, przyjdzie wam zmierzyć się z kolejną porcją wspomnień? O, nie, nie! Złota era ponownie puka do drzwi. Ale tym razem macie szczęście – nie będzie to kolejna rozmowa, dwadzieścia wystarczy.
Na dzisiaj zahasłowany nowyhoryzont.blog.pl niebawem zostanie unicestwiony. To dobry moment, żeby wrócić do pomysłu przelania Złotej ery na papier. Niezawodna, nieliczna i nieobliczalna Nieformalna Inicjatywa Prywatna NIE-SPOŁECZNICY poczyniła już pewne działania, mające na celu zrealizowanie tego pomysłu. Czyli jednak możecie spać spokojnie…
Czerwiec 2013: Kto się interesuje muzyką rockową i w latach dziewięćdziesiątych XX wieku chodził na koncerty organizowane przez strzeleński Miejsko-Gminny Ośrodek Kultury i Rekreacji, zgodzi się ze mną, że ostatnia dekada minionego stulecia to „złota era rocka w Strzelnie”.
Jacek Łuczak, Sławomir Sobczak, Piotr Barczak, Jacek Jackowski, Leszek Iwiński, Sławomir Tarczewski, Daniel Iwiński, Krzysztof Łuczak, Marcin Przybylski, Ryszard Nowak, Arkadiusz Kubiak, Marian Przybylski, Sławomir Antkowiak, Marcin Adamski, Grzegorz Swendrowski, Maciej Nowak, Krzysztof Sendłak i Maciej Michalak. Robert Wesołowski i Przemysław Witczak – już na stronie zapiskimuzyczne.pl.
W oczekiwaniu na słowo drukowane można też przeczytać rozmowę ze Sławomirem Antkowiakiem – jest na jego blogu (siants.wordpress.com/interview/).

Jarocin punkowo zmotywowany

Punk to postawa. Punk to nie muzyka, natapirowane włosy, irokez czy skórzana kurtka. To są klisze. Chcesz być punkiem, nie naśladuj tego, co wymyślono 20, 30 lat temu. Nie dawaj sobie wmówić, co masz robić i jak masz wyglądać. Bądź niezależny, szczery, oryginalny, a nie podrabiaj tego, co zrobili inni. Nie kopiuj wzorców, bo równie punkowa jak garażowy zespół może być orkiestra symfoniczna. Jeśli jesteś punkiem, bierzesz sprawy w swoje ręce i nie wciskasz kitu innym. Jesteś niezależny. Punk to dusza, serce, szczerość, oryginalność.

To John Lydon (Public Image Ltd./Sex Pistols. Jak meteoryt, Teraz Rock, 2013, nr 10, strona 65; rozmawiał Jacek Nizinkiewicz), człowiek, który został uhonorowany MOTYWEM tegorocznego Jarocin Festiwal (Rottenowi i jego twórczości będzie poświęcony każdy festiwalowy element – od kina, przez wystawy i spotkania, aż po książki i wystrój miasta. Wszystko to ma przybliżyć i uhonorować sylwetkę Johna Lydona na festiwalu, który w latach 80-tych XX wieku dał rodowód polskiemu punk rockowi). „Johnny Rotten” jest też AMBASADOREM, a jego grupa PiL zagra w Jarocinie.


Drugi AMBASADOR to Wojtek Mazolewski (Rola Ambasadora to także współkreacja festiwalowych projektów specjalnych, spotkania i panele tematyczne oraz aktywności pozamuzyczne). Na festiwalu nie tylko z projektem PunkFreud Army.
JF’18 odbędzie się w dniach 13-15 lipca, wzorem ubiegłego roku – w mieście. Do 20 lutego, do godziny 23:59 można zgłosić zespół do Jarocińskich Rytmów Młodych. Na stronie konkursu, w zakładce zespoły, można znaleźć między innymi AVE z Inowrocławia. O ich płycie, zatytułowanej Ave, Wiesław Weiss napisał: […] alternatywnie, chwilami jazzująco. Oryginalnie, intrygująco, niepokojąco (Teraz słucham, Teraz Rock, 2018, nr 2, strona 6).
Więcej informacji:
jarocinfestiwal.pl
rytmy.jarocinfestiwal.pl

***

Cytaty w nawiasach oraz logo MOTYW: ROTTEN – jarocinfestiwal.pl/media/materialy-prasowe

pARTyzant w Mogilnie

pARTyzant
10 lutego 2018 roku, Sala Widowiskowa Mogileńskiego Domu Kultury

Przemysław Iwo Gronkowski – ukulele, bodajże w dwóch utworach. Waldemar Krystkowiak (bas) i Maciej Krystkowiak (gitara) – goście na finał koncertu. Krzysztof „Partyzant” Toczko (gitary, wokal) i Mikołaj Toczko (perkusja, ołówki) – pARTyzant. Fragment ulotki, jaką otrzymałem po koncercie: Duet porusza się płynnie pomiędzy różnymi stylistykami, nie brakuje mocnych rockowych riffów, bluesowych smaczków, humoru i zabawy przeplatanej zadumą. Ważnym, nieodzownym elementem koncertów jest interakcja z publicznością oraz nieskrępowana improwizacja. Dokładnie tak było w Sali Widowiskowej Mogileńskiego Domu Kultury. 
Utwory z wydanej w ubiegłym roku płyty Kenopsja wymieszali z klasyką muzyki popularnej. Mikołaj Toczko, na przemian, pieścił perkusję, by po chwili walić w zestaw jak oszalały. A znany mi do wczoraj jedynie ze współpracy z grupą Dżem Krzysztof Toczko wywijał na gitarze, popisując się umiejętnością gry techniką tappingu.
Zaprezentowany repertuar autorski to granie z pogranicza rocka i bluesa, w którym nie brakowało charakterystycznego dla reggae bujania i punkowej zadziory; często w klimacie dokonań Voo Voo. Wypadło cholernie interesująco – własną Kenopsję już mam.
Z klasyki na pierwszy ogień – Smells Like Teen Spirit, później Layla, Always Look on the Bright Side of Life i jeszcze kilka innych kilerów. Wszystkie w wersjach instrumentalnych. Na ile było to tylko wykonanie cudzych kompozycji, a na ile potraktowanie ich jako punktu wyjścia do zrealizowania własnego pomysłu na muzykę? Brawo!
Inny fragment tej samej ulotki: Gitarzysta do perfekcji opanował trudną i widowiskową technikę tappingu oburęcznego, która umożliwia mu niezależne granie na dwóch gitarach jednocześnie. One z repertuaru grupy Metallica zagrane na gitarze dwugryfowej – niech żałują ci, którzy jeszcze tego nie widzieli.
A co z tymi ołówkami? Utwór Medad ha (z Kenopsji) panowie Toczko zagrali siedząc na krzesłach, z gitarą na kolanach – ojciec śmigał palcami po gryfie, a syn potraktował struny ołówkami. Kolejny przykład potwierdzający muzyczną kreatywność pARTyzanta.

PS Podziękowania dla Wiktora Mazurkiewicza – gdyby nie on, pewnie bym się nie dowiedział, że duet zagra w Mogilnie.
partyzant.eu (na dzisiaj: Witryna w przebudowie).

Vangelis „1492. Conquest of Paradise”

Nie potrafię fachowo pisać o rocku, a co dopiero o twórczości Vangelisa. Ale jak tu nie poświęcić choćby kilkunastu centymetrów bloga na tekst o jednej z dosłownie kilku płyt na bezludną wyspę, kolejną, którą nasiąkł nieśmiały, strachliwy, z kompleksami, a zarazem myślący o sobie jako o kimś wyjątkowym nastolatek?
To nie jest najwyżej oceniany album w bogatym dorobku Vangelisa. Zapewne nie jest to też jedna z najważniejszych na świecie ścieżek dźwiękowych do filmu. Jednak kiedy w jednej ze stacji radiowych usłyszałem utwór Conquest of Paradise, stało się jasne, że zadziało się coś wyjątkowego. I poszło. Setki godzin, najczęściej ze słuchawkami na uszach, niezapamiętanej marki, pożyczonymi, które wyposażone w króciutki kabel powodowały drętwienie ciała (fotela nie można było, a może nie chciało mi się przysuwać na odpowiednią odległość).
Dzisiaj warunki są już bardziej komfortowe, a brzmienie zdecydowanie lepsze. Ale to nie ma znaczenia. Elektronika Vangelisa. Mandolina. Hiszpańska gitara. Skrzypce. Flety. English Chamber Choir. Niepokój. Zwątpienie. Wiara. Niepewność. Marzenia. Upór. Radość. Rozgoryczenie. To wszystko tu jest. I to się czuje. Za każdym razem.
1492. Conquest of Paradise. Każdy może podbijać własne raje. Nie potrzeba filmu, choć warto go obejrzeć.

The Cranberries „No Need To Argue”

Pierwsza myśl: Może tym razem tak po prostu, normalnie?. Kolejne wieści i już wiadomo, że mogło być inaczej. Artyści…
Pozostała muzyka (nawiązując do prezydenckiego „ćwierkania” – też nie wiedziałem, że miała dzieci), a dokładnie jedna bardzo ważna płyta.
Lato roku 1995. Zombie atakowało non stop, z każdej strony. Ale pierwszy egzemplarz, wtedy jeszcze na kasecie, pożyczyłem od kogoś, kto chwilę wcześniej, wręcz z wyrzutem, zapytał: To ty nie znasz tej płyty?!. Mniej więcej tak to wyglądało. Chyba nawet tej kasety nie chciałem oddać. Fajne czasy – potężna potrzeba posiadania muzyki szła w parze z permanentnym brakiem gotówki.
Delikatna, nastrojowa, czarująca, na noc. Pisali i piszą, że związana z matecznikiem zespołu, czyli Irlandią. Ode To My Family, The Icicle MeltsDreaming My Dreams, Daffodil LamentNo Need To Argue… A śpiew Dolores O’Riordan? Grzesiek Kszczotek (Tylko Rock, 1995, nr 4, strona 70; recenzja): Śpiewa jak chyba jeszcze nikt dotąd. Delikatnym, spokojnym głosem, ale nie pozbawionym mocy, nie pozbawionym żaru […], czasem lekko rozmarzonym […], czasem unoszącym się gdzieś tam wysoko […]. Choć jest też i inna strona tego jej śpiewania. […] Jakby melizmatyczne zawodzenie […], jakby podminowane złością łkanie […].
Utonąłem. Nigdy później nie posłuchałem żadnej innej ich płyty. Obawa, że magia The Cranberries pryśnie? Nie było jej w utworach puszczanych przez stacje radiowe, więc – tak.
Od ubiegłego roku, po latach niesłuchania, mam reedycję – The Complete Sessions 1994-1995, z kilkoma dodatkowymi nagraniami. Po latach niesłuchania wyszło, że… No Need To Argue nadal jest piękne. Pomimo tego, że niektóre utwory wydają się już trochę mniej czarujące, wspomnianych bonusów mogłoby nie być, a wraz z wiekiem odeszła potrzeba zarywania nocy dla muzyki.

Lux Vera – kolędy i pastorałki w Wilczynie

Lux Vera
Koncert kolęd i pastorałek
28 stycznia 2018 roku, Gminny Ośrodek Kultury w Wilczynie

Iwona Jasińska (śpiew), Piotr Barczak (puzon, śpiew), Andrzej Kortas (klarnet, śpiew), Adam Szymański (klawisze), Leszek Iwiński (gitara basowa), Arkadiusz Kubiak (perkusja), Maciej Nowak (gitara akustyczna). Lux Vera. Konsekwentnie pielęgnują swoje pastorałkowe poletko, a robią to w sposób – jak dla mnie – trudny do zaszeregowania. Być może powinienem jeszcze sporo muzyki w życiu posłuchać, może jednak jest tak, że ich granie skutecznie wymknie się każdej próbie umieszczenia w tak zwanej muzycznej szufladce. Proponuję nie przegapić następnej okazji i wybrać się na koncert Lux Very, bo warto. Przedwczoraj w Wilczynie było niewiele ponad trzydzieści osób. Nie uważam, że to mało, ale nie można nie zwrócić uwagi na fakt, że zespół nie promował tego wydarzenia w Strzelnie (zakładam, że GOK skupił się na mieszkańcach Wilczyna i okolic).
Prawie sześćdziesiąt minut. Zaprezentowali utwory z wydanych w 2015 roku Pastorałek, w tym klimatyczny, najlepszy na płycie i zarazem chyba najbardziej mroczny fragment w twórczości grupy – Ach biada Herodowi. Piotr Barczak: Teraz doszliśmy do apogeum naszego koncertu, czyli nie będzie to ani pastorałka, ani kolęda. Tak prawdę mówiąc, nie wiadomo, co to będzie, bo będzie się krew tu lała. Ale – niestety – taka historia Bożego Narodzenia też jest, że mamy tego Heroda złego i on wysyła te wojska […].

Lux Vera Pastorałki
2015 (wydawnictwo własne)

Chciałoby się rzec: nareszcie! Po  trzech latach od dokonania  pierwszych nagrań u Zbyszka Florka w Inowrocławiu, opublikowania w Internecie i grania na koncertach, pastorałki strzelneńskiej Lux Very są dostępne na cd.
Dzięki Pastorałkom ten przedświąteczny czas (za trzy dni Boże Narodzenie 2015), upływa mi szczególnie sympatycznie. Po pierwsze dlatego, że muzykują tu moi znajomi (Iwona Jasińska – śpiew, Andrzej Kortas – klarnet i śpiew, Piotr Barczak – puzon i śpiew, Maciej Nowak – gitara, Leszek Iwiński – bas, Arkadiusz Kubiak – perkusja, gościnnie: Michał Witkowski – gitara), a w Strzelnie nieczęsto wydaje się płyty z dokonaniami rodzimych artystów. Po drugie dlatego, że nie muszę się silić, żeby przetrwać te siedem utworów, zaczerpniętych z wydanego krótko po drugiej wojnie światowej śpiewnika, ale – zarówno w warstwie tekstowej, jak i muzycznej – znacznie poprzerabianych. Bo propozycja Lux Very to muzyka świątecznie niesztampowa, dobra alternatywa do znanych, a często już ogranych piosenek bożonarodzeniowych (nie mam tu na myśli kolęd). Ze względów finansowych CD z prawie (tylko) półgodzinną zawartością (W Betlejem przy drodze, A to co ziemianie, Nuż my bracia pastuszkowie, Wszystek świat, Ach biada Herodowi, Cieszmy się, Pasterze paśli), zostało zapakowane w kopertę z równie niesztampową, co muzyka okładką – bez lampek, stroików, czy wnętrza świątecznie wystrojonego kościoła.

(Nowy Horyzont. Hałas niszczy zdrowie, jednodniówka pierwsza / 16.01.2016, strona 18)

Były też pastorałki, których próżno szukać na albumie. Żywiołowe Kaczka pstra oraz ta z wplecionym fragmentem z Igora Strawińskiego i innych kompozytorów (Piotr Barczak: Przeróbka przeróbki i przeróbki jeszcze),  nastrojowe Jezu, śliczny kwiecie i Śliczna panienka, trochę zepsuta przez – buczący przez cały koncert – bas (urok naszych sal koncertowych). Wypadły świetnie. Czas na Pastorałki II.
Grane przez Lux Verę utwory zostały zaczerpnięte z pewnego śpiewnika, o czym zespół przypomina przy każdej nadarzającej się okazji. Ale dopiero w Wilczynie dowiedziałem się, że… nieuczciwość Piotra uratowała tę książkę przed unicestwieniem. Piotr Barczak (cała konferansjerka – jak zawsze – pełna charakterystycznych „zacięć” i humoru): Ten zbiór jest bardzo stary, bo z 1946 roku. Pikanterii dodaje fakt, że on został uzyskany ze spalonej biblioteki. Proszę sobie wyobrazić, jak biblioteka płonie, płomienie sięgają już trzeciego piętra, a ja tam wchodzę i ten zbiór zabieram… Tylko że to wszystko jest nieprawda. Po prostu ja z tej biblioteki pożyczyłem tę książkę i trzy lata nie oddawałem. W drugim roku nieoddawania mojego, spłonęła ta biblioteka. A u mnie się szczęśliwie ta książka zachowała.
W programie koncertu były też kolędy. Trzy: Dzisiaj w Betlejem, Cicha noc, święta noc oraz zagrane w duchu dixielandowym Przybieżeli do Betlejem pasterze.

PS soundcloud.com/luxvera

Agnieszka Twardowska w „Skarbach regionu”

Strzelneński Oddział Polskiego Towarzystwa Turystyczno-Krajoznawczego idzie na całość. W minionym roku kilkudziesiąt różnych wydarzeń (między innymi rajdy rowerowe, wyjazdy autokarowe, prelekcje) dla ponad dwa i pół tysiąca osób! I nie ma to żadnego związku z przypadającymi na rok 2017 obchodami sześćdziesięciolecia Oddziału. Zbigniew Domański, prezes PTTK w Strzelnie (M. Lachowicz, 70 wydarzeń dla 2.500 uczestników, Pałuki i Ziemia Mogileńska, 2018, nr 2, strona 23): Pragnieniem naszym jest, aby we wszystkich, zaplanowanych na 2018 rok wydarzeniach brało udział jeszcze więcej mieszkańców miasta i okolicy, a szczególnie liczymy na młodzież. Brawo, brawo, brawo!
Ze strzelneńskim PTTK owocnie współpracuje znany nam wszystkim Damian Rybak, czego dowodem – skrupulatnie odnotowane w publikacji Skarby regionu. Strzelno, Mogilno, Inowrocław i okolice… – wydawnictwa Oddziału z ostatnich kilku lat.
Skarby regionu to najnowsza publikacja autorstwa Damiana, wydana przez strzelneńskie PTTK im. Antoniego Słowińskiego w Strzelnie oraz Muzeum – Romański Ośrodek Kultury im. Ottona i Bolesława (Bydgoszcz/Strzelno 2017). O ten bogato ilustrowany, przygotowany z okazji wspomnianego jubileuszu przewodnik turystyczno-krajoznawczy po Strzelnie i regionie, z historią Oddziału PTTK w Strzelnie i krótką Fotorelacją z wydarzeń organizowanych przez PTTK w jubileuszowym roku, można pytać w siedzibie PTTK przy pl. Św. Wojciecha w Strzelnie, we wtorki i piątki, godz. 10:00-11:00.
Przewodnik był też rozdawany przed ostatnią w 2017 roku sesją strzelneńskiej Rady Miejskiej (tak, tak, warto chodzić na sesje).
Jedną z pierwszych rzeczy, na które zwróciłem uwagę, to zestawienie znanych ludzi związanych ze Strzelnem. Nie przypominam sobie, żeby regułą było wychodzenie poza – nie ma co tu ukrywać – oklepany zbiór nazwisk. A Damian przybliżył sylwetki nie tylko tych z kanonu (między innymi Cieślewicz, Michelson, Dałkowski), ale również Jana Harasimowicza, abp. Stanisława Gądeckiego, o. Wojciecha Popielewskiego OMI, sportowców Arkadiusza Sobkowiaka i Radosława Hyżego oraz Agnieszki Twardowskiej. Tak trzymać!
Co o Agnieszce? Strona 14:  Agnieszka Twardowska (ur. 1993), wokalistka, od 6 roku życia występuje na scenie i śpiewa wygrywając wiele konkursów, obecnie jest stałym gościem wielu stacji telewizyjnych, była uczestniczką 5 edycji programu „Twoja twarz brzmi znajomo” oraz „The voice of Poland”, koncertuje ze swoim zespołem oraz solo po całej Polsce, w tym roku zadebiutowała na Festiwalu w Opolu.

Najlepsze z roku 2017

ALBUM:
Roger Waters Is This the Life We Really Want?
Trupa Trupa Jolly New Songs

KONCERT:
Ponad Chmurami, 9 lutego, Miejska Biblioteka Publiczna w Strzelnie

KSIĄŻKA:
Jarosław Sawic Budka Suflera. „Memu miastu na do widzenia”. Muzyka/miasto/ludzie

ODKRYCIE:
Trupa Trupa
SZA!

UTWÓR:
Ivo Partizan Sajgon (z repertuaru innej grupy z Mogilna – Bunkier)

ŻYCZENIE NA ROK 2018:
album z zapisem koncertu SBB w Filharmonii im. Mieczysława Karłowicza w Szczecinie

***

Zdarzyło się w roku 2016

„Budka Suflera. Memu miastu na do widzenia. Muzyka/miasto/ludzie”

Jarosław Sawic Budka Suflera. „Memu miastu na do widzenia”. Muzyka/miasto/ludzie (Prószyński i S-ka, Warszawa 2017)

Jarosław Sawic wykonał kawał (ponad 750 stron) dobrej roboty – w Memu miastu na do widzenia jest wszystko to, czego o Budce Suflera chciałem się dowiedzieć. A nawet więcej, bo Suflerów zupełnie nie kojarzyłem – na przykład – z Teatrem Wizji i Ruchu Jerzego Leszczyńskiego (współpraca z SBB przy Malczewskim).
Pełne zapału początki, różne oblicza rocka; przyjaźnie, sympatie, różnice zdań, rozstania i powroty; utwory, płyty, koncerty; podróż „budkowym” szlakiem po Lublinie; zakończenie działalności (okładka: Inspiracją dla książki był pożegnalny koncert Budki Suflera w Lublinie 18 września 2014 r.); artystyczne wzloty i muzyczna proza życia… Około strony siedemdziesiątej książkę postanowiłem czytać tematycznie, a nie „jak leci”, ponieważ wymieszanie ze sobą kolejnych części Muzyki, Miasta i Ludzi wydało mi się rozwiązaniem mało przejrzystym, tym bardziej, że Memu miastu na do widzenia to także fragmenty, które nie mieszczą się w zaakcentowanym w tytule książki układzie (przede wszystkim kolejne odsłony Bridge i Za miastem. Z dalekich wypraw). To była dobra decyzja, a jak się później okazało – zgodna z intencją Jarosława Sawica (strona 471: […] to ma być coś à la muzyczna „Gra w klasy”, czytać ją będzie można na różne sposoby… choćby alternatywnie…).

Pink Freud „PunkFreud Army”

Pink Freud PunkFreud Army (2017, Wydawnictwo Agora)

W 2017 roku nie planowałem już kolejnych płyt, ale w sklepie wzrok przykuła okładka – na białym tle para glanów i czerwono-czarny napis: PINKFREUD PUNKFREUD ARMY. Czytałem o tym wydawnictwie… Rzut oka na zawartość, między innymi: Spytaj milicjanta, To co czujesz to co wiesz, Centrala, Niewidzialna armia
Koncert zarejestrowany w październiku tego roku w Trójce. Jedenaście utworów, wśród feat. najczęściej Tomek Lipiński i Robert Brylewski, w trzech odsłonach – Robert Materna, w dwóch – Tomasz Budzyński.
Mam od wczoraj. Posłuchałem trzy razy. Już wiadomo, że „chwyciło”. Czy wytrzyma próbę czasu – się zobaczy.
Wydanej dziesięć lat temu PunkFreud – nie znam. PunkFreud Army: Muzyka artystów rodem z punk rocka spotkała nie-prostotę jazzu, do którego już się  chyba nigdy nie przekonam.  Dobrze, że to drugie nie przysłoniło pierwszego, choć muszę przyznać, że… punk jazz ma rację bytu!