Joy Division. Najlepsze przyjemności?

I.
Zaczęło się prawie ćwierć wieku temu. Przykuwające uwagę, wypełnione czernią strony czasopisma z historią Joy Division wpisały się w czas wypełniony poczuciem beznadziei. Ktoś napisał, że Closer to najsmutniejsze czterdzieści minut w rocku, że ponure i lodowate… Nagła, paląca i niecierpiąca zwłoki potrzeba posiadania tego albumu zmaterializowała się w postaci kasety.
Początkowo mogło się wydawać, że zbyt intensywne aplikowanie sobie jej zawartości nie jest dobrym pomysłem. A jednak było potrzebne. Jak wentyl, którym uchodzi niebezpieczny nadmiar czegoś, co może rozsadzić od środka, poprowadzić w niewłaściwym kierunku. Nie rozsadziło. Dzisiaj już nie trzeba niczego uwalniać. „Niekolorowe” widzenie świata chyba od zawsze było częścią kodu DNA, nie męczy oczu i nie drażni zmysłów.

II.
Minęło prawie ćwierć wieku. Joy Division to jeden z nielicznych Najważniejszych Zespołów Świata. A Iana Curtisa, który 36 lat temu postanowił dalej już nie żyć, odbrązowiły przeczytane książki i obejrzane filmy. Pozostała moc muzycznego przekazu. Moc, którą trudno opisać słowami. Bez znaczenia czy z głośników atakuje punk, czy też koi podróż po skutej lodem krainie.

III.
Od prawie ćwierć wieku zaczerpnięte z Unknown Pleasures białe na czarnym jest podstawowym i jedynym w pełni akceptowanym połączeniem kolorów. Jest znakiem rozpoznawczym. I choć na okładce zamieszczona została ilustracja zapisu pierwszego odkrytego pulsara, a nie krzyku umierającej gwiazdy, to przód koperty owych Nieznanych Przyjemności niezmiennie pobudza wyobraźnię…
Inaczej było z muzyką. Album zawsze trochę odstawał od Closer. Na minus. Ale kiedy w ubiegłym roku rozpoczął się mozolny proces typowania dziesięciu najlepszych utworów zespołu, okazało się, że trudno z Unknown Pleasures „wyłuskać” coś szczególnie pięknego. Bo to – niezaprzeczalnie – dzieło genialne. I niesłusznie dotąd w pełni niedoceniane.

IV.
To już prawie ćwierć wieku, a żar nie przygasł. Closer, Unknown Pleasures, a potem także Still i Substance. Wybrać te dziesięć najlepszych utworów? Nie-mo-żli-we! Pięć było trudno. Decades, Ice age, Heart and soul, The sound of music? Disorder, Failures, Insight? A może Sister Ray z repertuaru także ulubionego The Velvet Underground? New dawn fades? Ale przecież zamieszczona na albumie Warszawa. Tribute to Joy Division wersja Jolanty Kossakowskiej robi jeszcze większe wrażenie…

V.
1. The Eternal
2. Atmosphere
3. Transmission
4. She’s lost control
5. Love will tear us apart.
Więcej podejść nie będzie. Amen.

***

Artykuł został opublikowany w jednodniówce Nowy Horyzont. Hałas niszczy zdrowie z 16 czerwca 2016 roku (strona 55).