Iggy Pop „Post Pop Depression”

Do jednego ze sklepów znanej i popularnej w Polsce sieci, wchodzisz po „spożywkę”, a na jednej z półek, wśród kilkunastu niepoukładanych plastikowych pudełek z płytami kompaktowymi w środku, jeden cieniutki – jak to zwykle – digipack ze znajomą okładką. Zapominasz o jedzeniu, całą uwagę skupiasz na tym niespodziewanym odkryciu, ponieważ: 1) czaisz się na ten album od momentu, gdy w radio usłyszałeś kawałek promujący to wydawnictwo, ale chęć poznania hamowała cena produktu w odwiedzanych przez ciebie systematycznie, wręcz nałogowo, sklepów płytowych, 2) cena – niecałe dwie dychy: o jakimkolwiek hamowaniu nie ma już mowy. Kupujesz. Byś był głupi, gdybyś tego nie zrobił! Kas jest kilka, godzina nie na zakupy, więc idzie szybko. Wychodzisz usatysfakcjonowany, wsiadasz do auta, czekasz na wieczór, odpalasz, słuchasz… A gdzieś pomiędzy dźwiękami myśl, właściwie parafraza słów Grabaża: Żyję w czasach kapitalizmu, wszyscy chcą mnie zrobić w [tu miejsce na słowo niecenzuralne, którego nie zdecydowałem się napisać].
Tyle tytułem wstępu.
Iggy Pop. Nie znam jego solowych dokonań (poza The Passenger oczywiście), niekłamaną sympatią pałam do The Stooges, ale to zbyt daleki punkt odniesienia. Chociaż… Lubisz surowe, pozbawione niepotrzebnych ozdobników rockowe granie? Wydany w ubiegłym roku album Post Pop Depression będzie dobrym wyborem.