„Extermination, Zagłada czy coś takiego”

Pewnego dnia Maciej Piechocki trafił na stronę nowyhoryzont.blog.pl. A dokładnie na szóstą z kolei rozmowę w ramach projektu Złota era rocka w Strzelnie  – ze Sławomirem Tarczewskim. Sławek był między innymi członkiem grupy Extermination, w której udzielał się też… Maciej Piechocki. Efekt? Maciej udostępnił kilka zdjęć. Dołożyłem jedno ze zbiorów Sławka Tarczewskiego i… po raz kolejny wspominamy Extermination.
Niestety, nie od wszystkich członków grupy udało się uzyskać zgodę na opublikowanie wizerunku.


W tle: fragment Parku 750-lecia w Strzelnie (fot. ze zbiorów Macieja Piechockiego)

Jacek Łuczak (Strzelno: rozmowa pierwsza. Jacek Łuczak – „Był moment, że Strzelno słynęło z tych koncertów”, nowyhoryzont.blog.pl, wpis z 4 czerwca 2013 roku): […] ze Sławkiem Tarczewskim założyliśmy zespół – Sławek na wokalu, ja na perkusji, Robert Szczepaniak na gitarze i jeszcze jeden chłopak, Piechocki chyba się nazywał […], taki długowłosy, metalowiec klasyczny – on na basie grał. Nazwaliśmy się, to chyba Sławek Tarczewski wymyślił – Extermination, Zagłada czy coś takiego. To był taki epizod – końcówka Liceum, klasa maturalna, graliśmy może z pół roku. Też mieliśmy próby, w Kinie były jakieś koncerty. Pamiętam, że w Amfiteatrze był taki dzień punkowy czy coś takiego, poprzyjeżdżały zespoły punkowe z Mogilna, z Inowrocławia i my też wystąpiliśmy.

Sławomir Tarczewski (Strzelno: rozmowa szósta. Sławomir Tarczewski – „okładka z Baphometem”, nowyhoryzont.blog.pl. wpis z 29 sierpnia 2013 roku): W moim wieku był Robert Szczepaniak. Ja go poznałem przez Darka Piechockiego, który wtedy siedział w środowisku mogileńskim – on z Mogilna pochodził, a jego ojciec się tu przeprowadził, bo był nadzorcą i zarazem pracownikiem Mogileńskiej Fabryki Mebli [….], mającej zakład koło Kina. A Mogilno miało większy dostęp do muzyki przez to, że tam linia kolejowa i Poznań raz dwa był. Darasa w Strzelnie spotkałem tak jakoś przypadkiem. Oni się dowiedzieli, że ja jestem na Śląsku, że mam tę muzykę – coś tak było, nie pamiętam dokładnie. Oni siedzieli w Venom. Ja też Venom znałem, ale to był taki łomot, że ja jeszcze nie byłem zdolny tego słuchać, a oni naprawdę Venom lubili (śmiech). W pewnym momencie mówią – Jesteśmy tutaj, w Strzelnie, dalej – zakładamy kapelę. Darek Piechocki był na perkusji, Robert Szczepaniak na gitarze, ja na wokalu i Jacek Łuczak na perkusji – nasz pierwszy koncert z Jackiem.


Fot. ze zbiorów Macieja Piechockiego

Sławomir Tarczewski (Strzelno: rozmowa szósta…): Nawet w paru fanzinach informacje są – mam gdzieś te wszystkie artykuły. W Liceum, w takiej sali na górze, nagraliśmy tak zwane Official Rehearsal, czyli Oficjalna taśma demo z próby. To były 4 utwory, okładka z Baphometem – obraz Francesko Goi Sabat czarownic. Gdzieś to mam – muszę w piwnicy poszukać, bo mam takie teczki. W fanzinach też to jest, bo demo wysyłaliśmy do fanzinów, wtedy tylko do polskich fanzinów, bo za granicę nigdzie nie wysyłałem. Ukazały się jakieś recenzje. To nie było nic oryginalnego, takie pierwsze granie. Solówek oczywiście żadnych, bo żadnego warsztatu chłopaki nie mieli na gitarach. Teksty sam pisałem. Raz przerobiłem jedną z pieśni kościelnych, pogrzebowych właściwie – Anielski orszak (śmiech). W ogóle te pieśni kościelne, jak się to odpowiednio zaaranżuje, to jest taki doom metal, że aż się w głowie nie mieści. Na tym się wzorują do dzisiaj najlepsze zespoły, na przykład Black Sabbath czy grupy japońskie typu Church Of Misery.


Fot. ze zbiorów Macieja Piechockiego

Sławomir Tarczewski (Strzelno: rozmowa szósta…): Właściwie było tak, że Jacek Łuczak niechętnie z nami występował. Gdy przyszło do koncertu to, nie wiem czy to można tak mówić, ale ktoś mu nie pozwolił grać, albo coś takiego. Jak zagraliśmy w Amfiteatrze to pani Maria Nowak, co uczyła muzyki […], była zszokowana i odeszła, tak ostentacyjnie nawet, a ludzie słuchali sobie, brawo bili… Pamiętam jej minę, jak patrzyła (śmiech)… A pan Kwiatkowski, wtedy dyrektor Domu Kultury, nam pogratulował, mówi – Jak pan może tak się drzeć? (śmiech). […] Wtedy jeszcze mój ojciec żył – to musiał być gdzieś ’90 rok. Graliśmy my, grał zespół „Zygi” i Macieja Michalaka, ten bluesowy [Strzelno. Rozmowa osiemnasta. Maciej Michalak: „Blues! Przede wszystkim”, nowyhoryzont.blog.pl, wpis z 20 marca 2016 roku] – oni covery Dżemu grali, różne takie rzeczy, potem jeszcze parę innych zespołów, pan Kotecki ze swoim repertuarem – była potańcówa. My ze swoim metalem otwieraliśmy koncert, darłem się w niebogłosy. Fajnie było. Przyjechali ludzie z Mogilna, pierwsze pogo w Strzelnie chyba wtedy było (śmiech), bo kto to miał robić wcześniej (śmiech) – szaleli, pierwsze naszywki na plecach, takie dżinsowe bezrękawniki. Darek Piechocki wtedy był na perkusji, jego kuzyn z Mogilna przyjechał pomóc nam na basie – Maciej Piechocki się nazywał. A Jacek nie pojechał chyba z nami na żaden koncert, może raz do Janikowa… Nie pamiętam, czy on się wtedy odważył, ale chyba pojechał do Janikowa, do Ośrodka Kultury – była taka wymiana między Domami Kultury w Strzelnie i w Janikowie. To też był dobry koncert, taki typowo metalowy. Grał zespół z Janikowa, Nostradamus się nazywał, potem jeszcze jakiś inny, ale już nie pamiętam nazwy. My graliśmy, zdaje się, jako gwiazda, czyli na końcu. Wyskoczyliśmy coverem szwajcarskiego Samaela. Byliśmy zainspirowani nowymi kapelami, jakie się pojawiły – Samael czy Paradise Lost, a chłopaki potrafili zrobić klimat tego ciężkiego brzmienia i tej surowości. Na scenie zresztą adrenalina działała, człowiek dawał z siebie wszystko, mimo że to było na pewno amatorskie. W ogóle zagraliśmy może z 5 koncertów. W Strzelnie na pewno były 2. Próby mieliśmy w budynku Straży Pożarnej […] i w Kinie. Oczywiście nie chcieli nas słuchać, bo za głośno hałasowaliśmy (śmiech). […].
Mieliśmy właściwie 4-5 utworów, cały czas je graliśmy… Z Extermination, tak jak ze wszystkimi kolejnymi zespołami – widać, że nie dane mi było zostać muzykiem i tyle (śmiech). Chłopaki na pewno chcieli grać, najbardziej Darek Piechocki. Ja na wokalu, bo mi to najbardziej pasowało. Próbowałem też się uczyć na basie […].

Maciej Piechocki: Powstanie grupy Extermination to owoc potężnej, bardzo zbuntowanej, krystalicznej pasji. Pasji do muzyki oraz całego powiewu świeżości i mądrości, którą ze sobą niosła. Kraina czarów, w której lądowałeś po zapodaniu pierwszych nut w głośnikach.
Wiedzy jak grać i dobierać dźwięki nie mieliśmy za grosz, ale po co komu wiedza, kiedy muzyka wypełnia całe Twoje życie.
Ja miałem gitarę. Często siedziałem z nią u Krzyśka Małeckiego, który to uczył i ujawniał, o co w tym chodzi. Krzysztof wyprzedzał nas o lata świetlne jeśli chodzi o umiejętności gitarowe.
Graliśmy u Krzyśka w domu albo u mnie na działce. Pojawiał się Darek i perka. Kilka prób mieliśmy w Mogileńskim Domu Kultury.
Pożyczaliśmy też sprzęt od Ryśka Kiercza (Ivo Partizan) – cały garaż sprzętu za butelkę wina (he he).
Darek zamieszkał w Strzelnie. Po negocjacjach ze swoim ojcem garaż mieliśmy do dyspozycji. Perka, gitara, ja i Darek. Po jakimś czasie pojawił się Robert – miły człowiek, który dokooptował na próby lampową Vermone (ogień!). Próby przeniosły się do remizy, kina.
W tym czasie wyłania się następna postać – Sławek – sympatyczna postać. Potrafił zaskoczyć – mieć muzykę, której w Mogilnie jeszcze nie mieliśmy (pierwsza płyta Sarcofago!). Wynikało to chyba z jego szkolnych kontaktów w Tychach, gdzie – jak pamiętam – pobierał naukę. W podejściu do muzyki wnosił trochę innego światła.
Zagraliśmy wspólnie koncert w Janikowie w 1990 lub 1991 roku. Sławek –  vocal, Robert – bass, Darek – perka, ja – gitara. Pamiętam, że graliśmy jako ostatni band (gwiazdy, he he). Przyjechało z 30 osób z Inowrocławia  (Czarny, Tytus … i tak dalej. Później ich poznałem, zresztą z Tytusem za jakiś czas udało mi się uczęszczać do jednaj klasy – pozdrawiam przy okazji, gdziekolwiek jest). W czasie naszego występu wyglądało to bardzo sympatycznie. Chłopaki dali czadu pod sceną. Rzucali piórami i tak dalej.
Wiesz, ja miałem 15 lat – to musiało robić wrażenie.
Później koncert w Strzelnie, przyjechałem z odpowiednim składem z Mogilna. Niestety nie grałem (nie pamiętam dlaczego), ale za to poskakaliśmy troszkę z chłopakami pod sceną, co w połączeniu z rodzajem hałasu wydobywającego się z głośników spowodowało opuszczenie koncertu przez większość gawiedzi tubylczej. Udali się do swych spokojnych domostw, co my uznaliśmy za bardzo dobry znak.
Był to przedziwnie kolorowy czas, czas magiczny, w którym obowiązywały bardzo konkretne zasady. Mieliśmy swój kodeks i swoją muzykę. Mieliśmy Pasję.
Później pojawiły się kobiety…


Fot. ze zbiorów Sławomira Tarczewskiego