The Cranberries „No Need To Argue”

Pierwsza myśl: Może tym razem tak po prostu, normalnie?. Kolejne wieści i już wiadomo, że mogło być inaczej. Artyści…
Pozostała muzyka (nawiązując do prezydenckiego „ćwierkania” – też nie wiedziałem, że miała dzieci), a dokładnie jedna bardzo ważna płyta.
Lato roku 1995. Zombie atakowało non stop, z każdej strony. Ale pierwszy egzemplarz, wtedy jeszcze na kasecie, pożyczyłem od kogoś, kto chwilę wcześniej, wręcz z wyrzutem, zapytał: To ty nie znasz tej płyty?!. Mniej więcej tak to wyglądało. Chyba nawet tej kasety nie chciałem oddać. Fajne czasy – potężna potrzeba posiadania muzyki szła w parze z permanentnym brakiem gotówki.
Delikatna, nastrojowa, czarująca, na noc. Pisali i piszą, że związana z matecznikiem zespołu, czyli Irlandią. Ode To My Family, The Icicle MeltsDreaming My Dreams, Daffodil LamentNo Need To Argue… A śpiew Dolores O’Riordan? Grzesiek Kszczotek (Tylko Rock, 1995, nr 4, strona 70; recenzja): Śpiewa jak chyba jeszcze nikt dotąd. Delikatnym, spokojnym głosem, ale nie pozbawionym mocy, nie pozbawionym żaru […], czasem lekko rozmarzonym […], czasem unoszącym się gdzieś tam wysoko […]. Choć jest też i inna strona tego jej śpiewania. […] Jakby melizmatyczne zawodzenie […], jakby podminowane złością łkanie […].
Utonąłem. Nigdy później nie posłuchałem żadnej innej ich płyty. Obawa, że magia The Cranberries pryśnie? Nie było jej w utworach puszczanych przez stacje radiowe, więc – tak.
Od ubiegłego roku, po latach niesłuchania, mam reedycję – The Complete Sessions 1994-1995, z kilkoma dodatkowymi nagraniami. Po latach niesłuchania wyszło, że… No Need To Argue nadal jest piękne. Pomimo tego, że niektóre utwory wydają się już trochę mniej czarujące, wspomnianych bonusów mogłoby nie być, a wraz z wiekiem odeszła potrzeba zarywania nocy dla muzyki.