Vangelis „1492. Conquest of Paradise”

Nie potrafię fachowo pisać o rocku, a co dopiero o twórczości Vangelisa. Ale jak tu nie poświęcić choćby kilkunastu centymetrów bloga na tekst o jednej z dosłownie kilku płyt na bezludną wyspę, kolejną, którą nasiąkł nieśmiały, strachliwy, z kompleksami, a zarazem myślący o sobie jako o kimś wyjątkowym nastolatek?
To nie jest najwyżej oceniany album w bogatym dorobku Vangelisa. Zapewne nie jest to też jedna z najważniejszych na świecie ścieżek dźwiękowych do filmu. Jednak kiedy w jednej ze stacji radiowych usłyszałem utwór Conquest of Paradise, stało się jasne, że zadziało się coś wyjątkowego. I poszło. Setki godzin, najczęściej ze słuchawkami na uszach, niezapamiętanej marki, pożyczonymi, które wyposażone w króciutki kabel powodowały drętwienie ciała (fotela nie można było, a może nie chciało mi się przysuwać na odpowiednią odległość).
Dzisiaj warunki są już bardziej komfortowe, a brzmienie zdecydowanie lepsze. Ale to nie ma znaczenia. Elektronika Vangelisa. Mandolina. Hiszpańska gitara. Skrzypce. Flety. English Chamber Choir. Niepokój. Zwątpienie. Wiara. Niepewność. Marzenia. Upór. Radość. Rozgoryczenie. To wszystko tu jest. I to się czuje. Za każdym razem.
1492. Conquest of Paradise. Każdy może podbijać własne raje. Nie potrzeba filmu, choć warto go obejrzeć.