„Światło, muzyka, słowa”

„Ciemna strona księżyca”. Światło, muzyka, słowa
Biblioteka Szkoły Podstawowej z Oddziałami Dwujęzycznymi w Strzelnie, 15 grudnia, od godz. 17 z minutami
Jacek Łuczak i Wiesław Woźnica (przy wsparciu Miejskiej Biblioteki Publicznej w Strzelnie i Szkoły Podstawowej z Oddziałami Dwujęzycznymi w Strzelnie)


Zainicjowane i przygotowane przez pasjonatów spotkanie osób, które się znają. Tak to właściwie trzeba nazwać. Żeby po raz kolejny w swoim życiu posłuchać jednej z najważniejszych płyt w historii rocka. Kameralnie, w przyjaznym miejscu, o odpowiedniej porze… a kiedy na początku On the run „zaatakowało” światło, stało się jasne, że tym razem w wyjątkowej oprawie (lasery i Moonflower – jakże to odpowiednia sceneria dla tej bardzo kosmicznej płyty!).
Nie zabrało tłumaczonych na język polski tekstów oraz słowa wstępnego. Wiesław Woźnica:
„Uśmiechy do rozdania i łzy do wypłakania, przedmioty, które można brać w dłonie, dotykać, obmacywać, łudząc się ich posiadaniem, no i to, co w zasięgu wzroku… Oto życie, nasze życie, w całym jego bogactwie.
Tak wiele obiecujemy sobie i światu, póki beztroska młodości pozwala nie zastanawiać się nad treścią i sensem istnienia. Tak wiele oczekujemy od życia. A potem stajemy do wyścigu, do morderczych zawodów o liche trofea. Albo wyciągamy ręce po te, których dosięgnąć nie będziemy w stanie. A czas płynie, płynie nieubłaganie i kres coraz bliżej. Ale my nie przyjmujemy myśli o śmierci do wiadomości. Łudzimy się, że nas ominie, oszczędzi, że dla nas zrobi wyjątek. Chociaż spostrzegamy, że każdy kolejny rok jest jakby krótszy niż poprzedni, że czasu coraz mniej. Chociaż wiemy już, że nie zdążymy powiedzieć tego, co powiedzieć chcieliśmy. W dalszym ciągu gromadzimy majątek, którym cieszyć się będziemy nie dłużej, niż przewiduje to księga losu. Nadal gotowi jesteśmy posunąć się do zdrady – może do zbrodni – aby tylko powiększyć stan posiadania.
Jakże ochoczo zgłaszamy swój udział w grze, w walce o władzę, o panowanie nad innymi, w grze która w obliczu wieczności nie ma kompletnie znaczenia. Wdajemy się w rozgrywki polityków i w spory ideologów – służymy bożkom, a nie Bogom. W końcu jednak gubimy się w tych potyczkach o błyskotki, namiastki i złudne zaszczyty. Tracimy wiarę w sens wszelkich poczynań. Próbujemy jeszcze dostrzec jakiś punkt, do którego warto by zmierzać, ale mgła wokół gęstnieje.
Nie umiemy żyć. Poruszamy się po omacku nie widząc celu, nie znając i nie mając powołania. Chociaż wszystko, co pod Słońcem, współistnieje w doskonałej harmonii, my – wpatrzeni w blade oblicze księżyca – nie jesteśmy w stanie dostrzec Słońca…”.
„Dark side of the moon”. Ciemna strona księżyca. Gorzki to utwór i ponury. Rogera Watersa zainspirowała powieść Johna Updike’a „Uciekaj króliku”. Taką sugestię zawiera fragment utworu zatytułowany „Breathe” (Oddech).
Updike pozostawiał czytelnikowi jednak nadzieję. Zachęcał do ucieczki przed egzystencją jałową, nijaką. Autor tekstu „Ciemnej strony księżyca”, Roger Waters, dał w nim wyraz przeświadczenia o daremności wszelkich prób nadania życiu głębszej treści.
Jakim więc sposobem utwór tak rozpaczliwie pesymistyczny stał się przebojem? Nie potrafię odpowiedzieć na to pytanie. I chyba nikt inny również.

Było za głośno, to fakt. I momentami zdecydowanie za dużo dymu wypełniało salę (tak, tak – dymu). Ale z niecierpliwością czekam na sygnał, że będzie ciąg dalszy.

***

Ilustracja: fot. Paweł Lachowicz, obróbka – erbe

Kapela Ze Wsi Warszawa „Wiosna ludu”

Kapela Ze Wsi Warszawa Wiosna ludu (2001, Orange World)

Co łączy muzykę ludową z takich regionów, jak: lubelskie, suwalskie, radomskie, chełmskie, Kurpie i Mazowsze? Zapewne niejedno, jednak najważniejsze to Wiosna ludu Kapeli Ze Wsi Warszawa. Grupa wzięła na warsztat muzykę i teksty ze wspomnianych regionów Polski i przyrządziła z nich coś tak wyjątkowego, że przez kolejnych kilkanaście lat nie odważyłem się poznać nic, co swą nazwą firmuje KZWW.
Krótko: muzyka ludowa + energia i surowość dokonań Sex Pistols czy The Stooges + rytm = Wiosna ludu.

PS. Na początek przyszłego roku zapowiedziano wydanie re:akcji mazowieckiej. Na płycie zagrają wspólnie członkowie KZWW i – jak można przeczytać na stronie zespołu (warsawvillageband.net, wynotowane 14 grudnia 2017 roku) – jedni z ostatnich prawdziwych wiejskich muzykantów z terenu Mazowsza. Brzmi zachęcająco.

Artur Rojek „Koncert w NOSPR”

Artur Rojek Koncert w NOSPR (2017, Wydawnictwo Agora)

Dwudziesty dziewiąty dzień listopada roku 2015, siedziba Narodowej Orkiestry Symfonicznej Polskiego Radia w Katowicach. Artur Rojek (Inny charakter, Teraz Rock, 2017, nr 12, strona 24; rozmawiał Robert Filipowski): Wiedziałem, że to będzie wyjątkowe wydarzenie, koncert odbywał się w mieście, z którym dużo mnie łączy. To moje miejsce pracy, realizacji OFF Festivalu, a koncert zamykał trasę, promującą moją pierwszą solową płytę po prawie 20 latach w zespole Myslovitz. Jedyny raz na trasie śpiewałem z orkiestrą. Cały repertuar musiał być też przygotowany pod kątem specyfikacji sali.
Koncert w NOSPR. Nie trzeba kochać Myslovitz, Lenny Valentino czy Artura Rojka solo – wystarczą słabość do łączenia muzyki popularnej z symfonikami, skłonność do popadania w melancholię oraz potrzeba koncertów w odpowiednio przygotowanych do tego miejscach.

Nirvana „Incesticide”

Nirvana Incesticide (1992, DGC)

Zbiór nagrań niepublikowanych. Wydany z dwóch powodów: 1) w 1992 roku nie było widoków na nowe wydawnictwo studyjne Nirvany, 2) po oszałamiającym sukcesie Nevermind, zespół postanowił niejako zweryfikować fanów swojej twórczości (Nirvana. Historia prawdziwa, strona 419). Jak to ujął Igor Stefanowicz (Tylko Rock, 1993, nr 12, strona 32): […]  jakby takie „przepraszam” w kierunku zagorzałych fanów nieco zawiedzionych ugrzecznionymi produkcjami z „Nevermind”.
Piętnaście utworów z lat 1988-1992. W większości proste, melodyjne „garaże” oraz „punkroki”, z jakich do dzisiaj słynie stan Kalifornia. Sliver, Stain, Been a son, (New wave) Polly, Aneurysm czy kowery Turnaround, Molly’s lips i Son of a gun rozruszają nawet najbardziej niemrawych miłośników rocka, lubujących się w punku i alternatywie. Gorzej Beeswax, Mexican seafood, Hairspray queen, Areo zeppelin, Big long now i Downer. Wyłączając ostatni z wymienionych utworów – mniej udana próba grania znanego z albumu Bleach.
Incesticide nigdy nie zdobędzie uznania, jakim cieszą się pozostałe albumy Nirvany, wydane za życia zespołu. Ale „zapchajdziurą” na pewno nie jest.

Trupa Trupa „Jolly New Songs”

Trupa Trupa Jolly New Songs (2017, Blue Tapes/X-Ray Records i Ici d’ailleurs)

Bez cienia wątpliwości – moje muzyczne odkrycie roku 2017.
Są z Polski, z Gdańska, zna i ceni ich świat.
Od kilku dni też jestem po stronie mocy Trupa Trupa. Nie może być inaczej, skoro na wydanej niedawno Jolly New Songs odnalazłem klimat muzycznych dokonań Pink Floyd z okresu ich debiutu płytowego, psychodeliczno-dojrzałych The Beatles, nieobliczalnych Gong, surowych The Velvet Underground oraz post rockową melancholię. A całość nie zalatuje tak zwaną sceną vintage.

PS. trupatrupa.com

AlterBiba 2017

AlterBiba 2017 w inowrocławskim Kropa Pub za nami. Może łokciami w tłumie nie trzeba było się rozpychać, a start ileśtamminut po godz. 18:00, kazał spoglądać na zegarek i liczyć, o której się to wszystko skończy, bo w poniedziałek do pracy, ale organizatorzy włosów z głowy rwać nie muszą – wczorajsze spotkanie z muzyką alternatywną z kujawsko-pomorskiego kawałka Polski należy uznać za udane:
MegaraŻ (Grudziądz). Transowy rock z odpowiednią ilością chłodu i monotonii. Interesujące i wciągające, jednak na dłuższą metę – nużące.
Corr (Inowrocław), pomysłodawcy AlterBiby. Mają rękę do melodyjnego grania. I potrafią nieźle przyłoić – odniosłem wrażenie, że coraz bardziej się „metalizują”.
Ivo Partizan (Mogilno). Obecny od jakiegoś czasu saksofon w składzie, nie zatarł różnic pomiędzy gitarowym Ivo Partizan z Leszkiem Duszyńskim jako wokalistą, a klimatycznym, zimnofalowym Ivo Partizan, najczęściej z Maciejem Adamskim przy mikrofonie. Nigdy nie ukrywałem, że – przyparty do muru – wybrałbym to drugie oblicze Partizana.
AlterBiba 2018?

The Ukrainians „A History of Rock Music in Ukrainian”

Jeżeli można rozpoznać pierwowzór i jednocześnie nacieszyć się pomysłową interpretacją, to znaczy, że właśnie posłuchaliśmy dobrze zrobionego utworu zwanego cover. Z drugiej strony, albumy wypełnione coverami z reguły są uznawane (w najlepszym przypadku – wzbudzają takie podejrzenie) za oznakę niemocy twórczej.
The Ukrainians się obronili.
Bo nawet jeżeli ktoś uzna, że ten działający od początku lat dziewięćdziesiątych ubiegłego wieku zespół, dopadło „zmęczenie materiału”, to musi wiedzieć, że The Ukrainians (Anglicy, częściowo z ukraińskimi korzeniami), utwory innych na własną modłę przerabiali właściwie od zawsze. W związku z powyższym A History of Rock Music in Ukrainian ściemą mi nie zapachniała. Ba, zaproponowanej przez zespół w 2015 roku historii rocka, ciągle słucham z rozdziawioną gębą. Dlaczego? Wybór udany (Back in the USSR, Ace of Spades, Smells Like Teen Spirit, The One I Love, Good Vibrations, Immigrant Song, Children of the Revolution, Holidays in the Sun, Hound Dog, I Predict a Riot, California Dreaming / She’s Lost Control, Psycho Killer, The Queen is Dead, The Model, American Idiot, Venus In Furs), a całość w stylu The Ukrainians: rock / punk zagrany na ludową, ukraińską nutę i zaśpiewany w języku naszych południowo-wschodnich sąsiadów.

„Londyn 1967”

Piotr Szarota Londyn 1967 (Wydawnictwo Iskry, Warszawa 2016)

We Wstępie prof. dr hab. Wojciech Józef Burszta określił tę książkę mianem swoisty bedeker (strona 7). Zaczynają The Jimi Hendrix Experience, kończy człowiek o nazwisku Stanley Kubrick i jego film 2001: Odyseja kosmiczna. A w środku rzesza pisarzy, filmowców, muzyków oraz innych znanych / uznanych osób, które miały związek z kulturalno-artystyczno-obyczajowym Londynem w barwnym roku 1967. Dla przykładu: Kwiecień to między innymi The 14 Hour Technicolor Dream, Yoko Ono, Paul McCartney i William S. Burroughs; Październik – Anaïs Nin, Dora Russell, Sheila Rawbotham, Germaine Greer i Theodore Faithfull; Czerwiec w znacznej części został poświęcony modzie (na przykład butik Barbary Hulanicki), natomiast Sierpień – praktykom sadomasochistycznym.
Treść została podzielona na miesiące, jednak Londyn 1967 to nie kalendarium – umiejscowienie w czasie stanowi punkt wyjścia do przybliżenia czytelnikowi danej postaci, dzieła czy wydarzenia. Koncept to już znany, ciągle atrakcyjny, a w przypadku książki Piotra Szaroty dodatkowo przyprawiający o lekki ból głowy, ponieważ potrzeba było aż czterystu stron, żeby – nie rozpisując się za bardzo – przedstawić to, co było warte odnotowania.

PS. A gdyby tak napisać Strzelno 2001?

„AlterBiba”. Pierwiastek alternatywny

Jakieś plany na pierwszy niedzielny wieczór listopada? Proszę zanotować: aleja Niepodległości w Inowrocławiu (budynek Hali widowiskowo-sportowej), Kropa Pub, godz. 18:00 – Ivo Partizan, Corr i MegaraŻ.
AlterBiba to inicjatywa członków grupy Corr. Za całość odpowiada basista, Wojciech „Pająk” Krzyżanowski:
Od dłuższego czasu kołatała się w mojej głowie myśl, aby organizować w naszym mieście cykl koncertów, podczas których mogłyby się zaprezentować również młode zespoły z naszego regionu. Koncertów, na które zapraszane byłyby kapele grające muzykę inną niż ta, którą usłyszeć można na co dzień w radio czy w telewizji. Stąd pomysł, aby w nazwie był pierwiastek alternatywny.
Bardzo dobra współpraca z inowrocławskim klubem Kropa Pub, w którym odbędzie się koncert, zapowiada bardzo interesujące wydarzenie.
Póki co, obyło się bez sponsorów i wsparcia ze strony różnych instytucji. Kiedy spotka się na skrzyżowaniu dróg kilku zapaleńców, pozytywnie zakręconych szaleńców, to może się zdarzyć, że zrobią wszystko, aby znowu coś wykombinować [śmiech]. A tak poważnie, to dzięki osobom, które poświęcają swój czas oraz fundusze, istnieje możliwość, aby organizować tego typu imprezy. Zawsze w takim momencie ktoś jest pominięty, ale chciałbym podziękować w szczególności Oskarowi oraz Brynolowi.
Na koniec to, co najważniejsze – zespoły. Kapele, które wystąpią podczas tego koncertu, reprezentują bardzo podobne nurty. Gatunki, w których się obracają bardzo dobrze się uzupełniają. MegaraŻ to ogromna dawka energii, potężna sekcja, ostre, gitarowe riffy, vintage’owy bas. Corr – psychodeliczna gitara połączona z ciężkim brzmieniem oraz delikatny, kobiecy wokal, mieszanka wybuchowa. No i gwiazda wieczoru – Ivo Partizan, legenda alternatywnej sceny, laureat jarocińskiego festiwalu w 1985 roku. Pojawią się znane utwory, jak „Mengele” czy „Zabij ten czas” oraz te współczesne, na przykład „Kobieta żul”, czy „Ezoteryczna”. Klimat jaki stworzą na pewno zostanie w naszych głowach przez długi czas.


SZA! – prawie wszystko w jednym

KARIERA
Wiosną 2016 roku gośćmi jednego z odcinków programu Tej! Poranek w TVP3 Poznań byli członkowie SZA!. Pierwsze pytanie dotyczyło kariery. Odpowiedział Tomasz YomaY Kapitańczyk: Kariera… […] Nie wiadomo, co to znaczy. Karierę można robić dla pieniędzy, chęci pokazania się. Nam chyba nie chodzi o to – nam chodzi o koncertowanie, żeby przekazać swoje emocje, swoją muzykę, swoje słowa szerszej publiczności. Jeśli koncertowanie porównać do kariery, to tak, chcielibyśmy ją zrobić. Później jeszcze dodał: Festiwale są takim naszym celem i tam gdzieś jesteśmy zauważani. Wiadomo, na niektórych bardziej, na niektórych – mniej. Czytaj dalej SZA! – prawie wszystko w jednym

„Krzysztof Klenczon. Historia jednej znajomości”

Alicja Klenczon, Tomasz Potkaj: Krzysztof Klenczon. Historia jednej znajomości (Wydawnictwo WAM, 2017)

Około 1/3. Mniej więcej o tyle bym odchudził tę książkę, żeby skupić się na historii znajomości Alicji Klenczon i jej męża, Krzysztofa Klenczona. I życiu muzyka Czerwonych Gitar oraz Trzech Koron opowiedzianego nie z perspektywy sceny, a domowego zacisza. Niestety, w tej Historii jednej znajomości autorzy za często z pola widzenia tracą tytułowego Klenczona, poświęcając miejsce innym – jego rodzicom (przykład: „Z członków podziemnej organizacji nie znam nikogo”. Proces Czesława Klenczona w rekonstrukcji Tomasza Potkaja; Listy do Ameryki – żeby chociaż zostały uzupełnione listami syna i synowej z Ameryki, zakładam, że się nie zachowały) czy samej Alicji (przykład: Bilet na Titanica).
Obstawiłem, że to będzie moja Książka Roku 2017. Nie będzie.

Kiev Office „Modernistyczny horror”

KIEV OFFICE MODERNISTYCZNY HORROR
2017, NASIONO RECORDS
MICHAŁ MIEGOŃ (WOKAL, GITARY); JOANNA KUCHARSKA (WOKAL, BAS); KRZYSZTOF WROŃSKI (PERKUSJA)
OBRĘBY REWIRY, MAKŁOWICZ W PODRÓŻY, DAJ MU JEŚĆ, ANONIM SPOD ZIEMI, LEKCJA 1, CAFE SANTANA, STREFA SZYBKIEJ SAMOTNOŚCI, JĄDRO MIASTA, 8 LAT W TYBECIE

Polubiłem wydany w 2014 roku Statek Matka, a Modernistyczny horror utwierdził mnie w przekonaniu, że nie była to tylko chwilowa słabość.
Te dwa albumy różni właściwie tylko jedno – Statek Matka brzmi zdecydowanie bardziej garażowo, natomiast najnowsze dzieło gdynian, studyjnie jest bardziej dopracowane. Tak zwany kręgosłup muzyczny został nienaruszony. Michał Miegoń (Najlepsze z obu światów – rozmowa z Robertem Filipowskim, Teraz Rock, 2017, nr 9, strona 70): Płyta jest kolorowa i zaskakująca jak miasto Gdynia. Nie wiem, jaka jest Gdynia, ponieważ nie było mi dane tam mieszkać, ale na pewno kolorowy i zaskakujący jest Modernistyczny horror. Kiev Office bardzo dobrze wychodzi łączenie zgrabnych melodii z rockową zadziornością i klimatem rodem ze świata psychodelii. Potrafią zarówno punkowo „przyłoić” (Lekcja 1), jak i przywołać ducha utworów, kiedy to polska młodzież miała śpiewać polskie piosenki (Cafe Santana) by na koniec oczarować klimatycznym, ponad siedmiominutowym 8 lat w Tybecie.
Muzyczny eklektyzm Kiev Office wart jest poznania!

„Extermination, Zagłada czy coś takiego”

Pewnego dnia Maciej Piechocki trafił na stronę nowyhoryzont.blog.pl. A dokładnie na szóstą z kolei rozmowę w ramach projektu Złota era rocka w Strzelnie  – ze Sławomirem Tarczewskim. Sławek był między innymi członkiem grupy Extermination, w której udzielał się też… Maciej Piechocki. Efekt? Maciej udostępnił kilka zdjęć. Dołożyłem jedno ze zbiorów Sławka Tarczewskiego i… po raz kolejny wspominamy Extermination.
Niestety, nie od wszystkich członków grupy udało się uzyskać zgodę na opublikowanie wizerunku.


W tle: fragment Parku 750-lecia w Strzelnie (fot. ze zbiorów Macieja Piechockiego)

Jacek Łuczak (Strzelno: rozmowa pierwsza. Jacek Łuczak – „Był moment, że Strzelno słynęło z tych koncertów”, nowyhoryzont.blog.pl, wpis z 4 czerwca 2013 roku): […] ze Sławkiem Tarczewskim założyliśmy zespół – Sławek na wokalu, ja na perkusji, Robert Szczepaniak na gitarze i jeszcze jeden chłopak, Piechocki chyba się nazywał […], taki długowłosy, metalowiec klasyczny – on na basie grał. Nazwaliśmy się, to chyba Sławek Tarczewski wymyślił – Extermination, Zagłada czy coś takiego. To był taki epizod – końcówka Liceum, klasa maturalna, graliśmy może z pół roku. Też mieliśmy próby, w Kinie były jakieś koncerty. Pamiętam, że w Amfiteatrze był taki dzień punkowy czy coś takiego, poprzyjeżdżały zespoły punkowe z Mogilna, z Inowrocławia i my też wystąpiliśmy.

Sławomir Tarczewski (Strzelno: rozmowa szósta. Sławomir Tarczewski – „okładka z Baphometem”, nowyhoryzont.blog.pl. wpis z 29 sierpnia 2013 roku): W moim wieku był Robert Szczepaniak. Ja go poznałem przez Darka Piechockiego, który wtedy siedział w środowisku mogileńskim – on z Mogilna pochodził, a jego ojciec się tu przeprowadził, bo był nadzorcą i zarazem pracownikiem Mogileńskiej Fabryki Mebli [….], mającej zakład koło Kina. A Mogilno miało większy dostęp do muzyki przez to, że tam linia kolejowa i Poznań raz dwa był. Darasa w Strzelnie spotkałem tak jakoś przypadkiem. Oni się dowiedzieli, że ja jestem na Śląsku, że mam tę muzykę – coś tak było, nie pamiętam dokładnie. Oni siedzieli w Venom. Ja też Venom znałem, ale to był taki łomot, że ja jeszcze nie byłem zdolny tego słuchać, a oni naprawdę Venom lubili (śmiech). W pewnym momencie mówią – Jesteśmy tutaj, w Strzelnie, dalej – zakładamy kapelę. Darek Piechocki był na perkusji, Robert Szczepaniak na gitarze, ja na wokalu i Jacek Łuczak na perkusji – nasz pierwszy koncert z Jackiem.


Fot. ze zbiorów Macieja Piechockiego

Sławomir Tarczewski (Strzelno: rozmowa szósta…): Nawet w paru fanzinach informacje są – mam gdzieś te wszystkie artykuły. W Liceum, w takiej sali na górze, nagraliśmy tak zwane Official Rehearsal, czyli Oficjalna taśma demo z próby. To były 4 utwory, okładka z Baphometem – obraz Francesko Goi Sabat czarownic. Gdzieś to mam – muszę w piwnicy poszukać, bo mam takie teczki. W fanzinach też to jest, bo demo wysyłaliśmy do fanzinów, wtedy tylko do polskich fanzinów, bo za granicę nigdzie nie wysyłałem. Ukazały się jakieś recenzje. To nie było nic oryginalnego, takie pierwsze granie. Solówek oczywiście żadnych, bo żadnego warsztatu chłopaki nie mieli na gitarach. Teksty sam pisałem. Raz przerobiłem jedną z pieśni kościelnych, pogrzebowych właściwie – Anielski orszak (śmiech). W ogóle te pieśni kościelne, jak się to odpowiednio zaaranżuje, to jest taki doom metal, że aż się w głowie nie mieści. Na tym się wzorują do dzisiaj najlepsze zespoły, na przykład Black Sabbath czy grupy japońskie typu Church Of Misery.


Fot. ze zbiorów Macieja Piechockiego

Sławomir Tarczewski (Strzelno: rozmowa szósta…): Właściwie było tak, że Jacek Łuczak niechętnie z nami występował. Gdy przyszło do koncertu to, nie wiem czy to można tak mówić, ale ktoś mu nie pozwolił grać, albo coś takiego. Jak zagraliśmy w Amfiteatrze to pani Maria Nowak, co uczyła muzyki […], była zszokowana i odeszła, tak ostentacyjnie nawet, a ludzie słuchali sobie, brawo bili… Pamiętam jej minę, jak patrzyła (śmiech)… A pan Kwiatkowski, wtedy dyrektor Domu Kultury, nam pogratulował, mówi – Jak pan może tak się drzeć? (śmiech). […] Wtedy jeszcze mój ojciec żył – to musiał być gdzieś ’90 rok. Graliśmy my, grał zespół „Zygi” i Macieja Michalaka, ten bluesowy [Strzelno. Rozmowa osiemnasta. Maciej Michalak: „Blues! Przede wszystkim”, nowyhoryzont.blog.pl, wpis z 20 marca 2016 roku] – oni covery Dżemu grali, różne takie rzeczy, potem jeszcze parę innych zespołów, pan Kotecki ze swoim repertuarem – była potańcówa. My ze swoim metalem otwieraliśmy koncert, darłem się w niebogłosy. Fajnie było. Przyjechali ludzie z Mogilna, pierwsze pogo w Strzelnie chyba wtedy było (śmiech), bo kto to miał robić wcześniej (śmiech) – szaleli, pierwsze naszywki na plecach, takie dżinsowe bezrękawniki. Darek Piechocki wtedy był na perkusji, jego kuzyn z Mogilna przyjechał pomóc nam na basie – Maciej Piechocki się nazywał. A Jacek nie pojechał chyba z nami na żaden koncert, może raz do Janikowa… Nie pamiętam, czy on się wtedy odważył, ale chyba pojechał do Janikowa, do Ośrodka Kultury – była taka wymiana między Domami Kultury w Strzelnie i w Janikowie. To też był dobry koncert, taki typowo metalowy. Grał zespół z Janikowa, Nostradamus się nazywał, potem jeszcze jakiś inny, ale już nie pamiętam nazwy. My graliśmy, zdaje się, jako gwiazda, czyli na końcu. Wyskoczyliśmy coverem szwajcarskiego Samaela. Byliśmy zainspirowani nowymi kapelami, jakie się pojawiły – Samael czy Paradise Lost, a chłopaki potrafili zrobić klimat tego ciężkiego brzmienia i tej surowości. Na scenie zresztą adrenalina działała, człowiek dawał z siebie wszystko, mimo że to było na pewno amatorskie. W ogóle zagraliśmy może z 5 koncertów. W Strzelnie na pewno były 2. Próby mieliśmy w budynku Straży Pożarnej […] i w Kinie. Oczywiście nie chcieli nas słuchać, bo za głośno hałasowaliśmy (śmiech). […].
Mieliśmy właściwie 4-5 utworów, cały czas je graliśmy… Z Extermination, tak jak ze wszystkimi kolejnymi zespołami – widać, że nie dane mi było zostać muzykiem i tyle (śmiech). Chłopaki na pewno chcieli grać, najbardziej Darek Piechocki. Ja na wokalu, bo mi to najbardziej pasowało. Próbowałem też się uczyć na basie […].

Maciej Piechocki: Powstanie grupy Extermination to owoc potężnej, bardzo zbuntowanej, krystalicznej pasji. Pasji do muzyki oraz całego powiewu świeżości i mądrości, którą ze sobą niosła. Kraina czarów, w której lądowałeś po zapodaniu pierwszych nut w głośnikach.
Wiedzy jak grać i dobierać dźwięki nie mieliśmy za grosz, ale po co komu wiedza, kiedy muzyka wypełnia całe Twoje życie.
Ja miałem gitarę. Często siedziałem z nią u Krzyśka Małeckiego, który to uczył i ujawniał, o co w tym chodzi. Krzysztof wyprzedzał nas o lata świetlne jeśli chodzi o umiejętności gitarowe.
Graliśmy u Krzyśka w domu albo u mnie na działce. Pojawiał się Darek i perka. Kilka prób mieliśmy w Mogileńskim Domu Kultury.
Pożyczaliśmy też sprzęt od Ryśka Kiercza (Ivo Partizan) – cały garaż sprzętu za butelkę wina (he he).
Darek zamieszkał w Strzelnie. Po negocjacjach ze swoim ojcem garaż mieliśmy do dyspozycji. Perka, gitara, ja i Darek. Po jakimś czasie pojawił się Robert – miły człowiek, który dokooptował na próby lampową Vermone (ogień!). Próby przeniosły się do remizy, kina.
W tym czasie wyłania się następna postać – Sławek – sympatyczna postać. Potrafił zaskoczyć – mieć muzykę, której w Mogilnie jeszcze nie mieliśmy (pierwsza płyta Sarcofago!). Wynikało to chyba z jego szkolnych kontaktów w Tychach, gdzie – jak pamiętam – pobierał naukę. W podejściu do muzyki wnosił trochę innego światła.
Zagraliśmy wspólnie koncert w Janikowie w 1990 lub 1991 roku. Sławek –  vocal, Robert – bass, Darek – perka, ja – gitara. Pamiętam, że graliśmy jako ostatni band (gwiazdy, he he). Przyjechało z 30 osób z Inowrocławia  (Czarny, Tytus … i tak dalej. Później ich poznałem, zresztą z Tytusem za jakiś czas udało mi się uczęszczać do jednaj klasy – pozdrawiam przy okazji, gdziekolwiek jest). W czasie naszego występu wyglądało to bardzo sympatycznie. Chłopaki dali czadu pod sceną. Rzucali piórami i tak dalej.
Wiesz, ja miałem 15 lat – to musiało robić wrażenie.
Później koncert w Strzelnie, przyjechałem z odpowiednim składem z Mogilna. Niestety nie grałem (nie pamiętam dlaczego), ale za to poskakaliśmy troszkę z chłopakami pod sceną, co w połączeniu z rodzajem hałasu wydobywającego się z głośników spowodowało opuszczenie koncertu przez większość gawiedzi tubylczej. Udali się do swych spokojnych domostw, co my uznaliśmy za bardzo dobry znak.
Był to przedziwnie kolorowy czas, czas magiczny, w którym obowiązywały bardzo konkretne zasady. Mieliśmy swój kodeks i swoją muzykę. Mieliśmy Pasję.
Później pojawiły się kobiety…


Fot. ze zbiorów Sławomira Tarczewskiego

SKUUND żyje

Zespół powstał jesienią 2005 roku w Kruszwicy i przez kolejne trzy lata tworzył, nagrywał i koncertował. Później przystopowali, ale w tym roku znowu żyją, czego dowodem opublikowany na stronie skuund.bandcamp.com utwór Ostatni dzień zimy.
Oficjalnie wiadomo, że dzisiaj SKUUND to duet: Łukasz Nawrot i Artur Łuczak, który pracuje nad niedokończonymi wcześniej utworami; być może będą też koncerty.  Czytaj dalej SKUUND żyje