Kiev Office „Modernistyczny horror”

KIEV OFFICE MODERNISTYCZNY HORROR
2017, NASIONO RECORDS
MICHAŁ MIEGOŃ (WOKAL, GITARY); JOANNA KUCHARSKA (WOKAL, BAS); KRZYSZTOF WROŃSKI (PERKUSJA)
OBRĘBY REWIRY, MAKŁOWICZ W PODRÓŻY, DAJ MU JEŚĆ, ANONIM SPOD ZIEMI, LEKCJA 1, CAFE SANTANA, STREFA SZYBKIEJ SAMOTNOŚCI, JĄDRO MIASTA, 8 LAT W TYBECIE

Polubiłem wydany w 2014 roku Statek Matka, a Modernistyczny horror utwierdził mnie w przekonaniu, że nie była to tylko chwilowa słabość.
Te dwa albumy różni właściwie tylko jedno – Statek Matka brzmi zdecydowanie bardziej garażowo, natomiast najnowsze dzieło gdynian, studyjnie jest bardziej dopracowane. Tak zwany kręgosłup muzyczny został nienaruszony. Michał Miegoń (Najlepsze z obu światów – rozmowa z Robertem Filipowskim, Teraz Rock, 2017, nr 9, strona 70): Płyta jest kolorowa i zaskakująca jak miasto Gdynia. Nie wiem, jaka jest Gdynia, ponieważ nie było mi dane tam mieszkać, ale na pewno kolorowy i zaskakujący jest Modernistyczny horror. Kiev Office bardzo dobrze wychodzi łączenie zgrabnych melodii z rockową zadziornością i klimatem rodem ze świata psychodelii. Potrafią zarówno punkowo „przyłoić” (Lekcja 1), jak i przywołać ducha utworów, kiedy to polska młodzież miała śpiewać polskie piosenki (Cafe Santana) by na koniec oczarować klimatycznym, ponad siedmiominutowym 8 lat w Tybecie.
Muzyczny eklektyzm Kiev Office wart jest poznania!

Iggy Pop „Post Pop Depression”

Do jednego ze sklepów znanej i popularnej w Polsce sieci, wchodzisz po „spożywkę”, a na jednej z półek, wśród kilkunastu niepoukładanych plastikowych pudełek z płytami kompaktowymi w środku, jeden cieniutki – jak to zwykle – digipack ze znajomą okładką. Zapominasz o jedzeniu, całą uwagę skupiasz na tym niespodziewanym odkryciu, ponieważ: 1) czaisz się na ten album od momentu, gdy w radio usłyszałeś kawałek promujący to wydawnictwo, ale chęć poznania hamowała cena produktu w odwiedzanych przez ciebie systematycznie, wręcz nałogowo, sklepów płytowych, 2) cena – niecałe dwie dychy: o jakimkolwiek hamowaniu nie ma już mowy. Kupujesz. Byś był głupi, gdybyś tego nie zrobił! Kas jest kilka, godzina nie na zakupy, więc idzie szybko. Wychodzisz usatysfakcjonowany, wsiadasz do auta, czekasz na wieczór, odpalasz, słuchasz… A gdzieś pomiędzy dźwiękami myśl, właściwie parafraza słów Grabaża: Żyję w czasach kapitalizmu, wszyscy chcą mnie zrobić w [tu miejsce na słowo niecenzuralne, którego nie zdecydowałem się napisać].
Tyle tytułem wstępu.
Iggy Pop. Nie znam jego solowych dokonań (poza The Passenger oczywiście), niekłamaną sympatią pałam do The Stooges, ale to zbyt daleki punkt odniesienia. Chociaż… Lubisz surowe, pozbawione niepotrzebnych ozdobników rockowe granie? Wydany w ubiegłym roku album Post Pop Depression będzie dobrym wyborem.

SBB „Live in Sopot 1978. Extended Freedom” – fan niekonsekwentny

nowyhoryzont.blog.pl (wpis z 15 lipca 2013 roku), o Live Jazz nad Odrą 1975: W związku z tym, że [w] ciągu ostatnich kilkunastu lat zostaliśmy wręcz zasypani wydawnictwami, prezentującymi bogate archiwa SBB, w pewnym momencie postanowiłem nie sięgać już po kolejne tego typu albumy zespołu – po prostu aktywność wydawnicza firm fonograficznych przerosła moje moce przerobowe. W przypadku „Live”… zrobiłem jednak wyjątek. Dlaczego? Dlatego, że bardzo lubię gitarowo-perkusyjno-basowe improwizacje Anthimosa, Piotrowskiego i Skrzeka, a wiadomo, że ten okres w historii grupy bardzo szybko się skończył […].
nowyhoryzont.blog.pl (wpis z 29 grudnia 2014 roku), o Warszawa 1980: Kupiłem i nie żałuję, ponieważ […] to koncert z kilku powodów wyjątkowy. […] SBB na scenie w składzie Skrzek – Anthimos – Piotrowski – Piwowar to zapewne nie tylko dla mnie intrygująca nowość.
nowyhoryzont.blog.pl (wpis z 13 października 2015 roku), o Koncerty w Trójce. SBB & Michał Urbaniak: Jest moc. Jest magia. Jest chemia. Jest przestrzeń. […] Michał Urbaniak – to jego udział w koncercie sprawił, że płytę kupiłem.
Maj 2016, o Hofors 1975„Niepoukładane” muzycznie pierwsze lata istnienia SBB to był wyjątkowo piękny okres w historii zespołu. A każdy utwór podpisany jako dzieło SBB to dla miłośników dłuższych, improwizowanych form gwarancja wyjątkowych wrażeń. Potwierdza to wydany kilka dni temu zapis jednego z koncertów w Szwecji […]. Hofors 1975” […] przywraca wiarę w sens kupowania kolejnych „koncertówek” SBB.
Lipiec 2017: Live in Sopot 1978. Extended Freedom
Tak…
Z powodu wypadku z udziałem ciężarówki wiozącej ich sprzęt, na II Festiwalu Interwizji w Sopocie 27 sierpnia 1978 roku zespół wystąpił bez próby. Z próbą czy bez – nie miało znaczenia. Live in Sopot 1978 to zapis kolejnego porywającego koncertu SBB. Między innymi Freedom With Us, Going Away, Wiosenne chimery (I) i (II) i Follow My Dream, a na deser krótka rozmowa lidera grupy z prowadzącym koncert, Krzysztofem Materną. Album wydany w 2002 roku przez Niezależną Firmę Wydawniczą E-silesia, kilka lat później wznowiony w wersji dwupłytowej – od czerwca tego roku ponownie w sprzedaży (Universal Music Polska).
Podtrzymuję to, co napisałem w przeciągu ostatnich lat – więcej frajdy sprawia mi SBB w kompozycjach autorstwa tria oraz tak zwane koncertówki, po których można się spodziewać czegoś więcej niż tylko muzyki zdominowanej przez Józefa Skrzeka (teraz z utęsknieniem wypatruję płyty z zapisem występu w Filharmonii Szczecińskiej). Wiadomo, że w roku 1978 już od kilku lat klawiszowe imperium lidera zespołu było na pierwszym planie…
Na swoje usprawiedliwienie dodam, że Live in Sopot 1978 chciałem kupić już kilka lat temu, ale SBB mają oddanych fanów i nie zdążyłem tego zrobić.
Tak…
Czy ktoś wspominał o oddanych fanach?

PS. O drugiej płycie w zestawie Live in Sopot 1978. Extended Freedom – innym razem.

Grupa Niemen „Vol. 1” i „Vol. 2”

Są muzycy, którzy przez cały swój żywot artystyczny nie wychodzą poza określone ramy. Albo wychodzą, ale nadal trzymają się swojej ścieżki. Są też artyści, o których powiedzieć, że przekraczają granice, to mało. Niewątpliwie do tej ostatniej grupy  zaliczyć należy Czesława Niemena. Stawiając obok siebie jego debiut płytowy z 1967 roku pod tytułem Dziwny jest ten świat z wydanymi pięć lat później – jednocześnie – Niemen Vol. 1 i Niemen Vol. 2 (znanymi też jako Requiem dla Van Gogha i Marionetki, a w wersji na jednej płycie kompaktowej – Marionetki), przekonamy się, że te dwa (Vol. 1 i Vol. 2 należy traktować jako jedną, nierozłączną całość) dzieła łączy tylko nazwisko artysty i jego głos.
Dyskografię Niemena zacząłem poznawać właśnie od albumów Dziwny jest ten świat oraz Marionetki (w wersji na płycie kompaktowej z 2007 roku). Pierwszy kupiłem pod wpływem opinii, że to dzieło wybitne oraz dla utworów – tytułowego i Wspomnienie, natomiast drugi, ponieważ Niemenowi, Helmutowi Nadolskiemu i Andrzejowi Przybielskiemu wówczas towarzyszyli Apostolis Anthimos, Jerzy Piotrowski i Józef Skrzek (czyli przyszłe SBB).
Tak naprawdę pierwsza z wymienionych płyt – jako całość – zawsze mnie nudziła, a tytułowy utwór zestarzał się szybciej, niż mógłbym się spodziewać. Inaczej Marionetki – od dziesięciu lat wciąż jest to kilkadziesiąt minut muzyki niełatwej, niekomercyjnej, nieprzewidywalnej i fascynującej zarazem. Ze szczególnym wskazaniem na Nadolskiego, jego kontrabas i utwór Requiem dla Van Gogha.
Na swoje potrzeby zawartość Marionetek nazwałem free rockiem. Przyznać też należy, że na tym albumie mamy przedsmak tego, co w 1974 roku słuchaczom zaoferuje trio SBB.
Czesław Niemen (tekst we wkładce do albumu Marionetki; 2007, Polskie Radio SA): Lata siedemdziesiąte były okresem dalszego „pochodu awangardy”. Ultra nowoczesność muzyki konkretnej przestała szokować, zaczęto więc łączyć przysłowiowy ogień z wodą. Kierunek „postępu” zmierzał do pomieszania gatunków, ucieczki przed dyktatem krytyków-klasyfikatorów. To też i muzyka z mojej szufladki, w poszukiwaniu świeżego powietrza wkrótce umknęła jakiejkolwiek klasyfikacji. Uprawiana przeze mnie podkasana „muzyka niepoważna”, jak nazwał ją Roman Waschko, zaczęła poważnieć w takim tempie, że w połowie wspomnianej dekady wyrżnęła czołowo w ścianę niezrozumienia ze strony wielu dotychczasowych zwolenników mojego papugowania… Zanim jednak to się stało, podszepty znudzonego diabełka „modernsnobizmu”, natłoczyły mi do głowy tyle różnobarwnego szumu, że nastroiłem uszy na wszystko, co w muzyce niespotykane… .

Od niedawna jest dostępna reedycja Vol. 1 i Vol. 2, wydana przez Warner Music Poland. Może to początek, a ja doczekam się wznowienia albumów Strange Is This World (1972) oraz Aerolit (1974)?

Roger Waters „Is This the Life We Really Want?”

ROGER WATERS IS THIS THE LIFE WE REALLY WANT?
2017, COLUMBIA
ROGER WATERS – WOKAL, GITARA AKUSTYCZNA, BAS; NIGEL GODRICH – INSTRUMENTY KLAWISZOWE, GITARA; JONATHAN WILSON – GITARA, INSTRUMENTY KLAWISZOWE; GUS SEYFFERT – BAS, GITARA, INSTRUMENTY KLAWISZOWE; JOEY WARONKER – PERKUSJA; ROGER MANNING – INSTRUMENTY KLAWISZOWE; LEE PARDINI – INSTRUMENTY KLAWISZOWE; LUCIUS (JESS WOLFE I HOLLY LAESSING) – WOKAL; (RACHEL AGNEW, JANE BARBE, EMMA CLARKE, CELIA DRUMMOND, KATHY SOMERS I INGRID SCHRAM – RECORDED VOICES)
WHEN WE WERE YOUNG, DÉJÀ VU, THE LAST REFUGEE, PICTURE THAT, BROKEN BONES, IS THIS THE LIFE WE REALLY WANT?, BIRD IN A GALE, THE MOST BEAUTIFUL GIRL, SMELL THE ROSES, WAIT FOR HER, OCEANS APART, PART OF ME DIED

The Wall:
Trzeba było wyrosnąć z lat szczenięcych, żeby pokochać.
Amused To Death:
To była miłość od pierwszego posłuchania.
Is This the Life We Really Want?:
Pięknem poraża już okładka (skojarzenia z The Wall jak najbardziej zasadne). A zawartość? Nie ma sensu pisać czegoś, co inni już napisali. Michał Kirmuć (Teraz Rock, 2017, nr 6, strona 61): Dosadna i piękna płyta. Może mało odkrywcza, może za bardzo nasiąknięta stylem Pink Floyd, ale w końcu kto inny miałby prawo stworzyć taką muzykę, jeśli nie człowiek, który w okresie najwięk­szych sukcesów artystycznych wspomnianego zespołu był głównym motorem napędowym jego działań i od pewnego momentu niemal wyłącznym twórcą w jego szeregach.

Jefferson Airplane „The Woodstock Experience”

Na podstawie tego, co w życiu usłyszałem, śmiem twierdzić, że w muzyce stworzonej przez artystów rockowych ze Stanów Zjednoczonych ery hipisów jest więcej niedopieszczenia, garażowego brudu, luzu i miejsca na improwizację, niż u ich rówieśników z Europy. Szczególnie jest to widoczne na albumach koncertowych z tamtych czasów. W kontakcie z tą częścią muzycznego dorobku świata, mniejsze znaczenie wydają się mieć odpowiednie ustawienie głośników, ilość dodanych bądź ujętych basów, a nawet jakość sprzętu odtwarzającego (no, tu już mnie poniosło) – ważne, żeby było odpowiednio głośno, bo tego ta muzyka potrzebuje.
Jefferson Airplane The Woodstock Experience – na dwóch płytach cd studyjny album Volunteers oraz zapis występu na najważniejszym festiwalu świata.

Yet Another – małpa antysystemowa

Yet Another. Miejsce prób: Klub 2piż., Inowrocław. W składzie: Piotr „Stefo” Stefanowicz – gitara, Adam „Student” Dzikowski – bas, Dominik „Łysy” Rogalski – bębny, Patryk „Stawicha” Stawiszyński – gitara. Na dokładkę Maciej Koźmiński. Dominik Rogalski: Wspiera nas jako muzyk koncertowy, gdy któregoś z chłopaków nie ma.
Zespół powstał w lutym 2016 roku. Dominik Rogalski: Ja oraz „Student” poznaliśmy się na próbie reaktywacyjnej inowrocławskiej grupy Warfare, zaproszeni przez Filipa Osowskiego. Z reaktywacji nic wtedy nie wyszło, ale postanowiłem zwerbować Adama do swojego projektu. Tak to się zaczęło. Miałem mnóstwo pomysłów na materiał, których – z różnych powodów – nie było mi dane realizować w poprzednich zespołach. Około trzech lat nosiłem się z zamiarem zawiązania zespołu, ale nasz region jest ewidentną pustynią jeśli chodzi o ludzi, którzy chcą grać i mają dość konsekwencji, by systematycznie poświęcać temu czas.
Można o nich przeczytać między innymi na ino.online. Na portalu rockarea.eu Ejt Trak DeMo otrzymało 6 na 10 punktów. To ich pierwsze wydawnictwo płytowe, z tego roku. Dominik Rogalski: Nasz największy sukces to bez wątpienia „Ejt Trak DeMo”. W zasadzie już po sześciu miesiącach od pierwszego spotkania mieliśmy zrobiony cały materiał. Traktuję to jako sukces, bo nie zawsze w zespołach da się pracować tak sprawnie. Okładka przedstawia grupę ludzi – przypominają tych z kreskówki Simpsonowie – którzy ścigają małpę. Piotr Stefanowicz: Okładkę przygotował Sebastian Augustyniak według mojego pomysłu na ilustrację do utworu „Monkey’s gone”. Ci goniący ją ludzie są metaforą systemu, który chce nadać ci miejsce, niekoniecznie takie, które będzie ci się podobało. Małpa jednak decyduje się na ucieczkę, a system nie odpuszcza. Jest to jakby przenośnia współczesnego życia, gdzie musisz płacić podatki, masz normy społeczne i tak dalej – jeżeli ktoś łamie te konwenanse, jest często za to „goniony”. Płyta jest już niedostępna. I nie można było jej kupić. Dominik Rogalski: Ją można było jedynie otrzymać w prezencie. To taki nasz myk marketingowy :) i był bardzo skuteczny.


„Ejt Track DeMo” – piguła energetyczna, bez skutków ubocznych

Dwadzieścia trzy i pół minuty, 8 utworów: Zachowaj spokój, Monkey’s gone, Funky Ninja, Aleksander, Płynę, Speluna, Paczka, Stagnacja. Red Hot Chili Peppers, Rage Against The Machine, Flapjack – oto muzyczne inspiracje członków Yet Another. Dominik Rogalski: Muzyka naszej młodości. Mi przypomnieli o tym, że w ostatniej dekadzie wieku XX często słuchałem grupy Kazik Na Żywo i zapoznałem się z Dog Eat Dog oraz Body Count. Piotr Stefanowicz: Na potrzeby określenia stylistyki, „Łysy” wymyślił słowo / slogan „funkywpierdol”, które chyba trafnie opisuje to, co robimy. Gramy muzykę, w której się odnajdujemy i która z nami rezonuje. Można stworzyć zespół na komercyjne granie, i to też będzie OK, jednak staramy się robić rzeczy z serca, a nie z tego, co podpowiada rozum. Podstawą muzyki rozrywkowej jest jazz i blues – to stamtąd wywodzi się hard rock, funk i wszystkie pokrewne. Zdajemy sobie sprawę, ze coraz trudniej o innowacje, ale staramy się nadać naszej muzyce własną ekspresję – to taki jakby własnoręczny podpis, który będzie z nami kojarzony. Na szczęście ludzie dobrze przyjmują naszą muzykę i nawet ci, którzy słuchają innych gatunków, mówią, że coś w tym jest.
Ejt Trak DeMo zarejestrowali w składzie z wokalistą Jakubem „Siwym” Różańskim, który jednak niedawno opuścił szeregi Yet Another. Dominik Rogalski: W chwili obecnej jesteśmy na rozdrożu – szukamy wokalisty. Ale plany się nie zmieniły. Dominik Rogalski: Na jesieni chcielibyśmy wydać pełnoprawny longplay, to znaczy pełne 70 minut muzyki. Obecnie współpracujemy z lokalnymi przedstawicielami sceny hip-hop, ostatecznie może się okazać, że będzie to album, na którym śpiewać będzie kilku, kilkunastu wokalistów, co również dodaje pikanterii takiemu wydawnictwu.
Yet Another żyje, działa, koncertuje, o czym można się przekonać śledząc stronę facebook.com/YetAnotherBand/. Dominik Rogalski: Yet Another dziś jest tak wielowarstwowym bytem, że dla każdego z nas może być czymś innym. Na pewno jest swego rodzaju medium, dzięki któremu mamy szansę przekazać emocje, wartości. Na co dzień jest sposobem na spędzanie czasu z fajnymi ludźmi, szczególnie na koncertach. Czasem jest gwizdkiem, który pozwala na upuszczenie troszkę pary. Bywa również wyzwaniem, radością, irytacją, męczarnią, ale i odskocznią od prozy życia.

Me And That Man „Songs of Love and Death”

ME AND THAT MAN SONGS OF LOVE AND DEATH
2017, WYDAWNICTWO AGORA
ADAM NERGAL DARSKI – WOKAL, GITARA (ELEKTRYCZNA I AKUSTYCZNA); JOHN PORTER – WOKAL, GITARA (ELEKTRYCZNA I AKUSTYCZNA), HARMONIJKA USTNA, BANJO / WOJTEK MAZOLEWSKI – GITARA BASOWA, KONTRABAS; ŁUKASZ KUMAŃSKI – PERKUSJA, INSTRUMENTY PERKUSYJNE
MY CHURCH IS BLACK, NIGHTRIDE, ON THE ROAD, CROSS MY HEART AND HOPE TO DIE, BETTER THE DEVIL I KNOW, OF SIRENS, VAMPIRES AND LOVERS, MAGDALENE, LOVE & DEATH, ONE DAY, SHAMAN BLUES, VOODOO QUEEN, GET OUTTA THIS PLACE, AIN’T MUCH LOVING, CYRULIK JACK (bonus)

Gdzie Adam Nergal Darski – tam Nick Cave, gdzie John Porter – Johnny Cash.
Nazwiska Cave i Cash pojawiły się już w niejednej recenzji tego albumu. Też o tym najpierw przeczytałem. Potem się przekonałem, że to jak najbardziej trafne drogowskazy. I takie „na początek”, bo na Songs of Love and Death im głębiej w las, tym więcej drzew. Niezwykłych i zaskakujących. Największym zaskoczeniem jest fakt, że znany mi tylko i wyłącznie z Behemotha Darski, potrafi tak zagrać i zaśpiewać, a przede wszystkim napisać takie pieśni, jak My Church is Black (jako bonus także w wersji z polskim tekstem Olafa Deriglasoffa), Cross My Heart and Hope To Die czy Ain’t Much Loving.
John Porter jest bliżej swojego muzycznego CV, co nie oznacza, że wypadł mniej atrakcyjnie. Jego utwory pozwalają trochę odsapnąć od mrocznego świata Darskiego. No i ich muzyczne światy „przegryzły się” wybornie.
Skład Me And That Man uzupełnili Wojtek Mazolewski i Łukasz Kumański. Kolejny raz wyszło, że w muzyce nie ma granic. A Songs of Love and Death nie można nie znać!

Kult „Your Eyes”

Kazik Staszewski, Idę tam gdzie idę. Autobiografia (Rozmawia Rafał Księżyk, Wydawnictwo Kosmos Kosmos, Warszawa 2015, strona 189): Weszliśmy do studia niedługo po nagraniu „45/89”, każdy z nas miał świadomość, że ta płyta do udanych nie należy i chcieliśmy poprawić to kolejnym wydawnictwem, a nowe piosenki bardzo nam się podobały. […] Nowy program zrobiliśmy w niespełna dwa tygodnie. […] pomysły wynikały z gitary.
Lata temu zostałem oczarowany tą trochę nie-Kultową płytą Kultu i tak już pozostało. Ogromny ładunek wręcz punkowej energii, gitarowy pazur i melodie, od których nie chcę się uwolnić. Oto Your Eyes. Utwory Czterej głupcy i Zgroza mogłyby się znaleźć w repertuarze Armii z czasów Legendy i pewnie za bardzo by się od reszty nie wyróżniały. A Barrum, Parada wspomnień, Yvette czy Strange znaczą dla mnie więcej niż Polska, Do Ani, Arahja czy Dziewczyna bez zęba na przedzie.
A teraz w nogi, bo mnie ci bardziej krewcy Kult-owcy mogą trochę sponiewierać. :-)

AC/DC „The Razors Edge”

Jakiś czas temu kupowałem albumy, które kształtowały mnie muzycznie, a których „wieki” nie słuchałem. Niestety, nie wszystkie lśnią tym samym blaskiem co przed laty. The Razors Edge to nie dotyczy.
Jeżeli mnie pamięć nie myli, to tę wydaną w 1990 roku płytę nabyłem „w ciemno”, ponieważ chciałem posłuchać metalu. W zamian dostałem porcję soczystego, „ejsidisowskiego” ciężkiego rocka (o czym dowiedziałem się trochę później) z takimi „kilerami”, jak Thunderstruck (uwielbiam te pierwsze sekundy z gitarą samotnie świdrującą narząd słuchu), „świątecznym” Mistress for Christmas czy stadionowym Are You Ready.
The Razors Edge to najjaśniejszy punkt w dorobku AC/DC z wokalistą o nazwisku Brian Johnson w składzie – nie nagrali nic lepszego, nie wyłączając Back in Black.
Powyższy pean nie zmienia jednego – wybieram AC/DC z czasów, kiedy przy mikrofonie stał Bon Scott.

Nirvana „Bleach”

Bleach odstaje od reszty. Na minus. Bo choć debiutancka płyta Nirvany najczęściej miała dobre recenzje, a wraz z upływem czasu zbiera jeszcze wyższe noty, to dla mnie od zawsze była najsłabszym ogniwem w studyjnej części dyskografii zespołu. Brak jej tej popowo-punkowej lekkości artystyczno-kasowego przeboju Nevermind oraz kolejnych albumów. A właśnie tym zespół mnie urzekł w roku 1991.
Będę niekonsekwentny. Bleach jest OK. Bo choć to twór wolno i ciężko zagrany, to jednak swoją wartość ma – utwory nie nużą (w szczególności Blew, Floyd the barber, About a girl, Negative creep i Downer), mocarna gra perkusji robi wrażenie, a posmak garażowego (można zastąpić słowami: alternatywa, underground) grania przyjemnie łechce moje poczucie bycia niezależnym.

The Stooges „The Stooges”

Kolejne muzyczne odmieńce. Tak jak w przypadku The Velvet Underground, przecierałem oczy ze zdumienia, kiedy po raz pierwszy słuchałem ich debiutanckiego The Stooges: Co?! Rok 1969?. Bardziej przypadli do gustu młodym spod znaku no future. Nic dziwnego – The Stooges to jeden z zespołów, które przecierały punk rockowy szlak. Dyskografię też mają iście punkową.
The Stooges. Producent: John Cale. Osiem utworów, a wśród nich 1969, I wanna be your dog i No fun. Niecałe 35 minut, z czego ponad 10 należy zarezerwować na odstające od reszty We will fall – genialnie transowy i mroczny (i najbliższy temu, co się grało w końcu szóstej dekady wieku XX) fragment tego genialnie szorstkiego albumu.

Najarany, zmiażdżony i wniebowzięty

NIRVANA LIVE AT READING (2009, GEFFEN RECORDS)

Najarany. Po Prawdziwej historii czuję się jak ten nastolatek, co to paradował dumnie w koszulce z okładką Nevermind na przedzie.
Zmiażdżony. Zapamiętałem, że album From the Muddy Banks of the Wishkah nie był porywający. Ale dzisiaj ELEKTRYCZNYCH KONCERTÓW NIRVANY – UNIKAĆ! to już nieprawda. Usiąść wygodnie w fotelu? [w rękopisie – kilka niecenzuralnych słów].
Wniebowzięty. Po prostu wniebowzięty. Ponad 78 najkrótszych na świecie minut, Complete set-list, 30 sierpnia 1992 roku. Panowie dziennikarze, mieliście rację – tego dnia byli w kapitalnej formie!

Pszczółka naszego dzieciństwa

PSZCZÓŁKA MAJA. MUSIC BY KAREL SVOBODA
2016, GAD RECORDS
ZBIGNIEW WODECKI: PSZCZÓŁKA MAJA; MARSZ ŻUKÓW, LEĆ MAJU!, ŚWIEŻY JAK PORANEK, KWIECISTA ŁĄKA, GWIEŹDZISTA NOC, ŻYCIE JEST PIĘKNE, PIĘKNE MARZENIE, JAN KOCINIAK: PIOSENKA GUCIA; TARG MOSKITÓW, WSPOMNIENIA, NORNICA, ZAMGLENIA, WARIACJA NA TEMAT MAI, NIE MARTW SIĘ, POŚWIATA, MARSZ MRÓWEK, RZEKI ZE ZŁOTA, ZBIGNIEW WODECKI: PIOSENKA KONIKA POLNEGO; SMUTNA PRZESZŁOŚĆ, CYRK OWADÓW, SMUTNE CHWILE, PORANNA ROSA, PSZCZÓŁKA MAJA

Pszczółka Maja to jedna z bajek mojego dzieciństwa. Lubiłem ją także dlatego, że każdy z odcinków tego serialu nie kończył się tak szybko jak większość ówczesnych telewizyjnych Dobranocek. A to w powszechnie deficytowych polskich latach osiemdziesiątych miało znaczenie.
Jako rodzic Pszczółkę Maję oglądam i dzisiaj, a moją uwagę w znacznym stopniu absorbuje interesująca muzyka. Dzięki GAD Records dziełem Karela Svobody mogę się delektować bez potrzeby śledzenia przygód sympatycznych mieszkańców pewnej łąki.
Oderwana od obrazu Pszczółka Maja została wydana w serii Original TV Series Soundtrack. Nie zgadzam się z opinią wydawcy, że w serialu muzyka została stłamszona na dalszym planie, ale rzeczywiście jej urok w pełni można docenić dopiero teraz. Jedyny mankament to utwory zaśpiewane przez Zbigniewa Wodeckiego i Jana Kociniaka – tak zwane piosenki dziecięce, które burzą smak podróży po tajemniczej krainie stworzonej przez Svobodę.
Ten Soundtrack sprawdza się też jako tło do zabaw z dzieckiem, kiedy chce się posłuchać czegoś co nie jest stricte muzyką dla milusińskich, a jednocześnie kilkulatka nie dość, że nie przestraszy to jeszcze zainteresuje. Nic w tym dziwnego – Pszczółkę Maję zna przecież nie tylko pokolenie dzisiejszych czterdziestolatków.

Październik z Free

FREE FIRE AND WATER (1970, REEDYCJA: 2016; ISLAND RECORD)

Niedziela, po obiedzie. Jak na połowę października przystało – wietrznie, mokro i chłodno. W pokoju równie przyjemnie. Jesienny półmrok współgra z ciepłem bijącym od strony kaloryfera. Delikatnie otwieram plastikowe pudełko i wyciągam srebrny krążek. Za chwilę zniknie we wnętrzu odtwarzacza, a ja – z pilotem w ręku – rozsiądę się wygodnie w fotelu. Zapach zaparzonej kawy, schłodzonej drobiną mleka z dodatkiem cukru wypełnia każdy centymetr sześcienny pomieszczenia. Jest dobrze.
Zresetowany po minionym tygodniu, z planem na kolejne pięć dni spoglądam na okładkę albumu. Jednego z tych sympatycznych, długowłosych młodzieńców za kilka lat nie będzie już wśród żywych… Mhmmm!…, mocniejsza… jak zwykle. Tak, niedziele o tej porze roku zdecydowanie rządzą się swoimi prawami.
Fire and water, Oh i wept, Remember… niby heavy, niby grupa grająca rock z domieszką bluesa… Heavy load, Mr. Big, Don’t say you love me, All right now (Long version)… a jednak czai się w tej muzyce coś jeszcze. Coś, co wręcz idealnie współgra z tą porą dnia i tygodnia. I przede wszystkim z tą porą roku. Free, kawa i ja. W równym, niezbyt spiesznym tempie kroczymy przez to szesnaste popołudnie października roku 2016. I tylko zagrany na finał, niezaprzeczalnie genialny hit trochę odstaje od reszty i psuje nastrój…