„Londyn 1967”

Piotr Szarota Londyn 1967 (Wydawnictwo Iskry, Warszawa 2016)

We Wstępie prof. dr hab. Wojciech Józef Burszta określił tę książkę mianem swoisty bedeker (strona 7). Zaczynają The Jimi Hendrix Experience, kończy człowiek o nazwisku Stanley Kubrick i jego film 2001: Odyseja kosmiczna. A w środku rzesza pisarzy, filmowców, muzyków oraz innych znanych / uznanych osób, które miały związek z kulturalno-artystyczno-obyczajowym Londynem w barwnym roku 1967. Dla przykładu: Kwiecień to między innymi The 14 Hour Technicolor Dream, Yoko Ono, Paul McCartney i William S. Burroughs; Październik – Anaïs Nin, Dora Russell, Sheila Rawbotham, Germaine Greer i Theodore Faithfull; Czerwiec w znacznej części został poświęcony modzie (na przykład butik Barbary Hulanicki), natomiast Sierpień – praktykom sadomasochistycznym.
Treść została podzielona na miesiące, jednak Londyn 1967 to nie kalendarium – umiejscowienie w czasie stanowi punkt wyjścia do przybliżenia czytelnikowi danej postaci, dzieła czy wydarzenia. Koncept to już znany, ciągle atrakcyjny, a w przypadku książki Piotra Szaroty dodatkowo przyprawiający o lekki ból głowy, ponieważ potrzeba było aż czterystu stron, żeby – nie rozpisując się za bardzo – przedstawić to, co było warte odnotowania.

PS. A gdyby tak napisać Strzelno 2001?

„Krzysztof Klenczon. Historia jednej znajomości”

Alicja Klenczon, Tomasz Potkaj: Krzysztof Klenczon. Historia jednej znajomości (Wydawnictwo WAM, 2017)

Około 1/3. Mniej więcej o tyle bym odchudził tę książkę, żeby skupić się na historii znajomości Alicji Klenczon i jej męża, Krzysztofa Klenczona. I życiu muzyka Czerwonych Gitar oraz Trzech Koron opowiedzianego nie z perspektywy sceny, a domowego zacisza. Niestety, w tej Historii jednej znajomości autorzy za często z pola widzenia tracą tytułowego Klenczona, poświęcając miejsce innym – jego rodzicom (przykład: „Z członków podziemnej organizacji nie znam nikogo”. Proces Czesława Klenczona w rekonstrukcji Tomasza Potkaja; Listy do Ameryki – żeby chociaż zostały uzupełnione listami syna i synowej z Ameryki, zakładam, że się nie zachowały) czy samej Alicji (przykład: Bilet na Titanica).
Obstawiłem, że to będzie moja Książka Roku 2017. Nie będzie.

„Voo Voo. Dzień dobry wieczór”

Piotr Metz: Voo Voo. Dzień dobry wieczór (Wydawnictwo Agora, ART2 Music; Warszawa 2016)

Karnawał, Łobi jabi i Nim stanie się tak jak gdyby nigdy nic nie było z Kasią Nosowską. Dotąd niezrealizowany zamysł zakupu albumu Voo Voo. Przeświadczenie, że Klaus Mitffoch to Janerka i Waglewski. „Afrykański” – niespecjalnie porywający – koncert na Przystanku Woodstock w 1999 lub 2001 roku, Jarocin Festiwal 2012 i występ w gnieźnieńskim Młynie w tym samym roku. Albumy Koncert w Łodzi (jeszcze na kasecie), Tischner. Trebunie-Tutki + Voo Voo-Nootki, Nowa Płyta i Suwałki Blues Festival 2015 – Bielszy Odcień Bluesa. Do tego Koledzy duetu Waglewski – Maleńczuk, Pamiętnik z powstania warszawskiego Mateusza Pospieszalskiego do słów Mirona Białoszewskiego, Kołysz mnie Martyny Jakubowicz i I Ching.
A kolejnym ważnym wydarzeniem w historii tego luźnego, ale wciąż trwającego związku jest książka Metza.
To chyba właśnie Piotr Metz jakiś czas temu powiedział (albo napisał), że książka o Voo Voo temu zespołowi należy się jak psu buda. Sam porozmawiał z obecnymi członkami grupy, czego efektem Voo Voo. Dzień dobry wieczór.
Najwięcej powiedział Waglewski, trochę więcej mógł powiedzieć Pospieszalski. Swoje dodali Bryndal i Martusewicz, przy czym na wyróżnienie zasługuje rozmowa z basistą – przykład potwierdzający tezę, że jak się bardzo chce, to marzenia się spełniają.
Bardzo interesująca lektura. A teraz czekam na papierową biografię zespołu, bo takowa… nam wszystkim należy się jak psu buda.

„Nirvana. Prawdziwa historia”

Everett True: Nirvana. Prawdziwa historia (In Rock, Czerwonak 2014)

Everett True (dziennikarz muzyczny) nie pozwala czytelnikowi zapomnieć o fakcie, że był jedną z osób z bliskiego otoczenia Nirvany, w szczególności Courtney Love i Kurta Cobaina, a zamieszczone w książce wątki autobiograficzne i przedstawianie siebie jako dorównującego topowym muzykom rockowym „załoganta”, po prostu wkurzały. Do strony 539: Kurt był akurat najsłynniejszym z moich przyjaciół-samobójców. Najtrudniej było go opłakiwać. […] Dodatkowo dręczyła mnie dwuznaczność mojej roli, jako przedstawiciela podglądackiej prasy rockowej. Czy w jakiś sposób przyłożyłem rękę do śmierci Kurta? Może przyjaźniłem się z nim tylko po to, by móc świecić jego odbitym blaskiem i zdobyć choć namiastkę sławy, o której zawsze marzyłem. W tym momencie autor Nirvana The True Story (tytuł oryginału) zyskał moją sympatię, a jedyny minus tej biografii stracił na znaczeniu.
Prawdziwa historia albo The True Story. Nieważne. Książka uświadomiła mi, że żarliwe uczucie, jakim obdarzyłem Nirvanę ponad ćwierć wieku temu – nie osłabło. A może osłabło, a ta książka rozpaliła je na nowo? To też nie ma znaczenia. Po latach znowu zacząłem odkrywać piękno ich muzyki, znowu zaczęły się liczyć nie tylko Unplugged in New York oraz punkowa części Incesticide.
W całej tej historii wkurza mnie jeszcze jedno – dzieło Everetta True kupiłem ze dwa lata temu, a przeczytałem dopiero teraz…

Historia Pink Floyd

Mark Blake: Prędzej świnie zaczną latać. Prawdziwa historia Pink Floyd (Wydawnictwo Sine Qua Non, Kraków 2012)

Książka warta każdej minuty czytania. I zarazem potwierdzenie pewnej znanej w muzycznym świecie reguły:
strona 33 (pierwsza połowa lat sześćdziesiątych): […] zaczęli sprzeciwiać się sztywnym zasadom obowiązującym uczniów w Cambridge. Rock and roll stał się wyrazem buntu, był niczym odtrutka wobec poddanej  ścisłym regułom rzeczywistości.
strona 320-321 (rok 1977): Basista [The Damned], Captain Sensible, wspominał: „Nick Mason na pewno nie był nieprzyjemnym facetem. Ale my co rano tłukliśmy się metrem, by dojechać do studio i mówiliśmy: »Kurwa, Nick, dzisiaj prawie złapał mnie kanar«, a on mógł odpowiedzieć tylko: »Ja tam przyjechałem moim ferrari«. To były po prostu dwa różne światy”.
strona 503 (rok 2005): Po raz pierwszy od niemal dwudziestu pięciu lat wszyscy muzycy klasycznego składu Pink Floyd stanęli wspólnie przed publicznością. Nastąpiło zwieszenie broni. Choć raz pozwy, wzajemne oskarżenia, różnice osobowości i utarczki przestały mieć znaczenie. Przez kilkanaście cudownych minut chodziło tylko o muzykę.

Kolory świata hippisów

Jerzy Jarniewicz: All you need is love. Sceny z życia kontrkultury (Wydawnictwo Znak, Kraków 2016)

Rzut oka okładkę – tytuł, kształt liter, pacyfka wpisana w literę „o” – i wszystko jasne. All you need is love to zbiór scen ze świata młodych ludzi, którzy z „kwiatami we włosach” przemaszerowali przez drugą połowę lat sześćdziesiątych XX wieku.
Dlaczego ta epoka, a nie na przykład punkowa część lat siedemdziesiątych? Jerzy Jarniewicz: Tamta kontrkultura służy często za miarę, podług której ocenia się i opisuje późniejsze ruchy kontestacyjne, a jest ich wiele, choć żaden z nich nie ma tak powszechnego, globalnego charakteru ani nie sili się na stworzenie programu całościowego przeorientowania zastanej kultury. Ruchy te są ograniczone lokalnie i czasowo, a zmiany, których się domagają i które próbują wprowadzić, dotyczą wybranych obszarów życia społecznego. Nie spaja ich poczucie pokoleniowej przynależności, dzięki któremu kontrkultura sprzed półwiecza była tak masowa i skuteczna (strona 298).
Londyn. Haight-Ashbury – hippisowska dzielnica San Francisco. Ruch Provo w Amsterdamie. Paryż 1968 w hasłach z graffiti (Paryskie graffiti. Studenci i sytuacjoniści – z powodu przyjętej przez autora koncepcji jest to mniej interesująca część Scen z życia kontrkultury). Berliński kolektyw Kommune 1. Czasopismo News of the world i policja w posiadłości gitarzysty The Rolling Stones. Musical Hair. Orkiestra Klubu Samotnych Serc Sierżanta Pieprza, All you need is love i inne wątki z życia The Beatles. Lennon. Dylan. Cohen. Poniedziałkowe dzieci – Patti Smith i Robert Mapplethorpe. Marsz na Pentagon w 1967 roku. Festiwal Życia i proces tak zwanej „ósemki z Chicago”. Walka o park w Berkley. Woodstock. Terroryści z Weathermen / Weather Underground. Od „yippies” do „yuppies”.
Oto sceny z życia owej kontrkultury lat sześćdziesiątych. Układają się w nie zawsze pozytywnie kolorowy świat hippisów.

Do literata przyszedł blues

Bogdan Loebl: Słucham głosu serca. Rozmawia Jarosław Sawic (Grupa M-D-M, Warszawa 2015)

Z tym bluesem było tak. Pewien młody człowiek zaczął pisać. Pierwszy wiersz był pracą domową zadaną przez nauczyciela języka polskiego. Ale nie można winić szkoły, każdy z nas ma w sobie jakiegoś demona, czasami demona – literata. Młody poeta w roku 1955 zadebiutował wierszami Kosiarze, Nocą i Chciałbym. Kolejne lata to kolejne prace, autorskie tomiki. A wraz z twórczością – „wsiąkanie” w środowisko skupiające jemu podobnych ludzi, Związek Literatów Polskich, od 1964 roku prowadzenie Klubu Literackiego w Rzeszowie. Pisanie stało się sposobem na życie.
Rzeszów to ważny punkt w życiorysie naszego bohatera. To tam pojawiły się piosenki. Zawinił Stanisław Guzek (dzisiaj bardziej znany jako Stan Borys), który poprosił o napisanie czegoś dla grupy Blackout. Lawina ruszyła. Przyszedł do mnie blues Niebiesko-Czarnych, Dla kogo Perfectu, Blues nocy bieszczadzkiej Starego Dobrego Małżeństwa, To będzie syn Tadeusza Woźniaka i wiele, wiele innych. W Słucham głosu serca odnotowano ponad 250 tekstów. Znaczna część tego zbioru to współpraca z Tadeuszem Nalepą, Mirą Kubasińską i grupą Breakout. Pan Bogdan „ubrał” w słowa między innymi albumy Blues, Karate i Ogień. Efekt? Bogdan Loebl: Ja od bardzo dawna nie napisałem żadnego wiersza… Wydaje mi się, że teksty bluesów mnie zjadły. […] że po prostu mnie wyeksploatowały – pochłonęły pomysły na metafory, porównania, pointy… Zapewne dlatego, że zarówno wiersze, jak i teksty bluesów są kroniką mojego życia (s. 217).
I na tym koniec? Absolutnie, jest jeszcze proza. Tak jak wiersze będąca czymś w rodzaju kroniki jego życia. Bogdan Loebl: Mnie wymyślanie fikcji przychodzi z trudem, praktycznie cała moja proza jest autobiograficzna (s. 23). W 1960 roku w Odrze ukazał się utwór Powrót, zestawienie zamykają Śpiąca Jasnowłosa (2012) oraz Rzeka dzieciństwa i Kres moich kresów (2013). Mnie szczególnie zainteresowała wydana w 1966 roku powieść Katarakta – o literatach, którzy… nie piszą, tylko zajmują się bajaniem o swoim pisaniu.
Książka interesująca. I ważna, ponieważ obala zasiedziały w mojej głowie mit, że Bogdan Loebl pisał bluesy, a poezja i proza przyszły później. A przecież było zupełnie inaczej…

Od zainteresowania do…

Andrzej Kaczkowski, Bolesław Traczewski: Ja, hipis – Narkoman. Od fascynacji do degrengolady (Trzecia strona, Warszawa 2015)

Strona 82 z ponad czterystu. Dalej postanowiłem nie czytać. Czuję się oszukany, nie tego się spodziewałem. We wstępie Andrzej „Kaczor” Kaczkowski – człowiek, którego można spotkać na różnych festiwalach rockowych, postanowił opisać dwadzieścia lat ze swojego życia (1978-1998), kiedy to był czynnym narkomanem. Zrobił to w formie dziennika, ale stworzonym dopiero w latach 2012-2014. We wstępie zaznaczył, że wszystkie przedstawione w książce zdarzenia są prawdziwe, a odtworzył je z pamięci.
Pierwszy wpis w owym „dzienniku” pochodzi z 5 maja 1978 roku – w swoje trzynaste urodziny „Kaczor” „posmakował” budaprenu. Ciąg dalszy to kontakty ze środowiskiem hipisów, fascynacja kolejnymi środkami uzależniającymi, inicjacja seksualna podczas wakacji w górach, wyjazd na Jarocin ‘80 i zlot hipisów w Częstochowie w tym samym roku. Wszystko przedstawione z detalami, pieczołowicie odtworzonymi dialogami.
Co dalej – nie wiem, ponieważ książkę odłożyłem na półkę. Co tu jest faktem, a co fikcją literacką? Tego też nie wiem. Nie wierzę, że Andrzej Kaczkowski, człowiek z dwudziestoletnim „stażem” narkotykowym, piszący swój „dziennik” po latach, był w stanie tak szczegółowo zapamiętać to, co zdarzyło się  ponad trzydzieści lat temu. To niemożliwe.
Być może do książki kiedyś wrócę. Ale z nastawieniem, że chcę przeczytać powieść biograficzną.