SZA! – prawie wszystko w jednym

KARIERA
Wiosną 2016 roku gośćmi jednego z odcinków programu Tej! Poranek w TVP3 Poznań byli członkowie SZA!. Pierwsze pytanie dotyczyło kariery. Odpowiedział Tomasz YomaY Kapitańczyk: Kariera… […] Nie wiadomo, co to znaczy. Karierę można robić dla pieniędzy, chęci pokazania się. Nam chyba nie chodzi o to – nam chodzi o koncertowanie, żeby przekazać swoje emocje, swoją muzykę, swoje słowa szerszej publiczności. Jeśli koncertowanie porównać do kariery, to tak, chcielibyśmy ją zrobić. Później jeszcze dodał: Festiwale są takim naszym celem i tam gdzieś jesteśmy zauważani. Wiadomo, na niektórych bardziej, na niektórych – mniej. Czytaj dalej SZA! – prawie wszystko w jednym

„Extermination, Zagłada czy coś takiego”

Pewnego dnia Maciej Piechocki trafił na stronę nowyhoryzont.blog.pl. A dokładnie na szóstą z kolei rozmowę w ramach projektu Złota era rocka w Strzelnie  – ze Sławomirem Tarczewskim. Sławek był między innymi członkiem grupy Extermination, w której udzielał się też… Maciej Piechocki. Efekt? Maciej udostępnił kilka zdjęć. Dołożyłem jedno ze zbiorów Sławka Tarczewskiego i… po raz kolejny wspominamy Extermination.
Niestety, nie od wszystkich członków grupy udało się uzyskać zgodę na opublikowanie wizerunku.


W tle: fragment Parku 750-lecia w Strzelnie (fot. ze zbiorów Macieja Piechockiego)

Jacek Łuczak (Strzelno: rozmowa pierwsza. Jacek Łuczak – „Był moment, że Strzelno słynęło z tych koncertów”, nowyhoryzont.blog.pl, wpis z 4 czerwca 2013 roku): […] ze Sławkiem Tarczewskim założyliśmy zespół – Sławek na wokalu, ja na perkusji, Robert Szczepaniak na gitarze i jeszcze jeden chłopak, Piechocki chyba się nazywał […], taki długowłosy, metalowiec klasyczny – on na basie grał. Nazwaliśmy się, to chyba Sławek Tarczewski wymyślił – Extermination, Zagłada czy coś takiego. To był taki epizod – końcówka Liceum, klasa maturalna, graliśmy może z pół roku. Też mieliśmy próby, w Kinie były jakieś koncerty. Pamiętam, że w Amfiteatrze był taki dzień punkowy czy coś takiego, poprzyjeżdżały zespoły punkowe z Mogilna, z Inowrocławia i my też wystąpiliśmy.

Sławomir Tarczewski (Strzelno: rozmowa szósta. Sławomir Tarczewski – „okładka z Baphometem”, nowyhoryzont.blog.pl. wpis z 29 sierpnia 2013 roku): W moim wieku był Robert Szczepaniak. Ja go poznałem przez Darka Piechockiego, który wtedy siedział w środowisku mogileńskim – on z Mogilna pochodził, a jego ojciec się tu przeprowadził, bo był nadzorcą i zarazem pracownikiem Mogileńskiej Fabryki Mebli [….], mającej zakład koło Kina. A Mogilno miało większy dostęp do muzyki przez to, że tam linia kolejowa i Poznań raz dwa był. Darasa w Strzelnie spotkałem tak jakoś przypadkiem. Oni się dowiedzieli, że ja jestem na Śląsku, że mam tę muzykę – coś tak było, nie pamiętam dokładnie. Oni siedzieli w Venom. Ja też Venom znałem, ale to był taki łomot, że ja jeszcze nie byłem zdolny tego słuchać, a oni naprawdę Venom lubili (śmiech). W pewnym momencie mówią – Jesteśmy tutaj, w Strzelnie, dalej – zakładamy kapelę. Darek Piechocki był na perkusji, Robert Szczepaniak na gitarze, ja na wokalu i Jacek Łuczak na perkusji – nasz pierwszy koncert z Jackiem.


Fot. ze zbiorów Macieja Piechockiego

Sławomir Tarczewski (Strzelno: rozmowa szósta…): Nawet w paru fanzinach informacje są – mam gdzieś te wszystkie artykuły. W Liceum, w takiej sali na górze, nagraliśmy tak zwane Official Rehearsal, czyli Oficjalna taśma demo z próby. To były 4 utwory, okładka z Baphometem – obraz Francesko Goi Sabat czarownic. Gdzieś to mam – muszę w piwnicy poszukać, bo mam takie teczki. W fanzinach też to jest, bo demo wysyłaliśmy do fanzinów, wtedy tylko do polskich fanzinów, bo za granicę nigdzie nie wysyłałem. Ukazały się jakieś recenzje. To nie było nic oryginalnego, takie pierwsze granie. Solówek oczywiście żadnych, bo żadnego warsztatu chłopaki nie mieli na gitarach. Teksty sam pisałem. Raz przerobiłem jedną z pieśni kościelnych, pogrzebowych właściwie – Anielski orszak (śmiech). W ogóle te pieśni kościelne, jak się to odpowiednio zaaranżuje, to jest taki doom metal, że aż się w głowie nie mieści. Na tym się wzorują do dzisiaj najlepsze zespoły, na przykład Black Sabbath czy grupy japońskie typu Church Of Misery.


Fot. ze zbiorów Macieja Piechockiego

Sławomir Tarczewski (Strzelno: rozmowa szósta…): Właściwie było tak, że Jacek Łuczak niechętnie z nami występował. Gdy przyszło do koncertu to, nie wiem czy to można tak mówić, ale ktoś mu nie pozwolił grać, albo coś takiego. Jak zagraliśmy w Amfiteatrze to pani Maria Nowak, co uczyła muzyki […], była zszokowana i odeszła, tak ostentacyjnie nawet, a ludzie słuchali sobie, brawo bili… Pamiętam jej minę, jak patrzyła (śmiech)… A pan Kwiatkowski, wtedy dyrektor Domu Kultury, nam pogratulował, mówi – Jak pan może tak się drzeć? (śmiech). […] Wtedy jeszcze mój ojciec żył – to musiał być gdzieś ’90 rok. Graliśmy my, grał zespół „Zygi” i Macieja Michalaka, ten bluesowy [Strzelno. Rozmowa osiemnasta. Maciej Michalak: „Blues! Przede wszystkim”, nowyhoryzont.blog.pl, wpis z 20 marca 2016 roku] – oni covery Dżemu grali, różne takie rzeczy, potem jeszcze parę innych zespołów, pan Kotecki ze swoim repertuarem – była potańcówa. My ze swoim metalem otwieraliśmy koncert, darłem się w niebogłosy. Fajnie było. Przyjechali ludzie z Mogilna, pierwsze pogo w Strzelnie chyba wtedy było (śmiech), bo kto to miał robić wcześniej (śmiech) – szaleli, pierwsze naszywki na plecach, takie dżinsowe bezrękawniki. Darek Piechocki wtedy był na perkusji, jego kuzyn z Mogilna przyjechał pomóc nam na basie – Maciej Piechocki się nazywał. A Jacek nie pojechał chyba z nami na żaden koncert, może raz do Janikowa… Nie pamiętam, czy on się wtedy odważył, ale chyba pojechał do Janikowa, do Ośrodka Kultury – była taka wymiana między Domami Kultury w Strzelnie i w Janikowie. To też był dobry koncert, taki typowo metalowy. Grał zespół z Janikowa, Nostradamus się nazywał, potem jeszcze jakiś inny, ale już nie pamiętam nazwy. My graliśmy, zdaje się, jako gwiazda, czyli na końcu. Wyskoczyliśmy coverem szwajcarskiego Samaela. Byliśmy zainspirowani nowymi kapelami, jakie się pojawiły – Samael czy Paradise Lost, a chłopaki potrafili zrobić klimat tego ciężkiego brzmienia i tej surowości. Na scenie zresztą adrenalina działała, człowiek dawał z siebie wszystko, mimo że to było na pewno amatorskie. W ogóle zagraliśmy może z 5 koncertów. W Strzelnie na pewno były 2. Próby mieliśmy w budynku Straży Pożarnej […] i w Kinie. Oczywiście nie chcieli nas słuchać, bo za głośno hałasowaliśmy (śmiech). […].
Mieliśmy właściwie 4-5 utworów, cały czas je graliśmy… Z Extermination, tak jak ze wszystkimi kolejnymi zespołami – widać, że nie dane mi było zostać muzykiem i tyle (śmiech). Chłopaki na pewno chcieli grać, najbardziej Darek Piechocki. Ja na wokalu, bo mi to najbardziej pasowało. Próbowałem też się uczyć na basie […].

Maciej Piechocki: Powstanie grupy Extermination to owoc potężnej, bardzo zbuntowanej, krystalicznej pasji. Pasji do muzyki oraz całego powiewu świeżości i mądrości, którą ze sobą niosła. Kraina czarów, w której lądowałeś po zapodaniu pierwszych nut w głośnikach.
Wiedzy jak grać i dobierać dźwięki nie mieliśmy za grosz, ale po co komu wiedza, kiedy muzyka wypełnia całe Twoje życie.
Ja miałem gitarę. Często siedziałem z nią u Krzyśka Małeckiego, który to uczył i ujawniał, o co w tym chodzi. Krzysztof wyprzedzał nas o lata świetlne jeśli chodzi o umiejętności gitarowe.
Graliśmy u Krzyśka w domu albo u mnie na działce. Pojawiał się Darek i perka. Kilka prób mieliśmy w Mogileńskim Domu Kultury.
Pożyczaliśmy też sprzęt od Ryśka Kiercza (Ivo Partizan) – cały garaż sprzętu za butelkę wina (he he).
Darek zamieszkał w Strzelnie. Po negocjacjach ze swoim ojcem garaż mieliśmy do dyspozycji. Perka, gitara, ja i Darek. Po jakimś czasie pojawił się Robert – miły człowiek, który dokooptował na próby lampową Vermone (ogień!). Próby przeniosły się do remizy, kina.
W tym czasie wyłania się następna postać – Sławek – sympatyczna postać. Potrafił zaskoczyć – mieć muzykę, której w Mogilnie jeszcze nie mieliśmy (pierwsza płyta Sarcofago!). Wynikało to chyba z jego szkolnych kontaktów w Tychach, gdzie – jak pamiętam – pobierał naukę. W podejściu do muzyki wnosił trochę innego światła.
Zagraliśmy wspólnie koncert w Janikowie w 1990 lub 1991 roku. Sławek –  vocal, Robert – bass, Darek – perka, ja – gitara. Pamiętam, że graliśmy jako ostatni band (gwiazdy, he he). Przyjechało z 30 osób z Inowrocławia  (Czarny, Tytus … i tak dalej. Później ich poznałem, zresztą z Tytusem za jakiś czas udało mi się uczęszczać do jednaj klasy – pozdrawiam przy okazji, gdziekolwiek jest). W czasie naszego występu wyglądało to bardzo sympatycznie. Chłopaki dali czadu pod sceną. Rzucali piórami i tak dalej.
Wiesz, ja miałem 15 lat – to musiało robić wrażenie.
Później koncert w Strzelnie, przyjechałem z odpowiednim składem z Mogilna. Niestety nie grałem (nie pamiętam dlaczego), ale za to poskakaliśmy troszkę z chłopakami pod sceną, co w połączeniu z rodzajem hałasu wydobywającego się z głośników spowodowało opuszczenie koncertu przez większość gawiedzi tubylczej. Udali się do swych spokojnych domostw, co my uznaliśmy za bardzo dobry znak.
Był to przedziwnie kolorowy czas, czas magiczny, w którym obowiązywały bardzo konkretne zasady. Mieliśmy swój kodeks i swoją muzykę. Mieliśmy Pasję.
Później pojawiły się kobiety…


Fot. ze zbiorów Sławomira Tarczewskiego

SKUUND żyje

Zespół powstał jesienią 2005 roku w Kruszwicy i przez kolejne trzy lata tworzył, nagrywał i koncertował. Później przystopowali, ale w tym roku znowu żyją, czego dowodem opublikowany na stronie skuund.bandcamp.com utwór Ostatni dzień zimy.
Oficjalnie wiadomo, że dzisiaj SKUUND to duet: Łukasz Nawrot i Artur Łuczak, który pracuje nad niedokończonymi wcześniej utworami; być może będą też koncerty.  Czytaj dalej SKUUND żyje

Metal strzelneńsko-mogileński

Kojarzycie ludzi i miejsce? Mimo tego, że zdjęcie słabej jakości, miejsce łatwo odgadnąć – mur poklasztorny na Wzgórzu św. Wojciecha w Strzelnie (od strony ul. Parkowej). Z tymi długowłosymi postaciami może być już trudniej.
To Extermination.
Zespół powstał około roku 1990. W składzie młodzi ludzie ze Strzelna i Mogilna: Sławek Tarczewski, Darek Piechocki, Robert Szczepaniak, Jacek Łuczak, Maciej Piechocki. Zainspirowani między innymi grupami Venom, Paradise Lost i Samael, zagrali kilka koncertów, na koncie mają również Official Rehearsal („Oficjalna taśma demo z próby”).


Na tle muru stoją (niekoniecznie w takiej kolejności): Maciej, Sławek, Darek, Robert oraz Tomasz Fabiszewski. Maciej Piechocki: „Na jednym dodatkowo jest Tomasz Fabiszewski z Mogilna, ale nigdy nie zawitał na stale w składzie” (fot. ze zbiorów Macieja Piechockiego)

Yet Another – małpa antysystemowa

Yet Another. Miejsce prób: Klub 2piż., Inowrocław. W składzie: Piotr „Stefo” Stefanowicz – gitara, Adam „Student” Dzikowski – bas, Dominik „Łysy” Rogalski – bębny, Patryk „Stawicha” Stawiszyński – gitara. Na dokładkę Maciej Koźmiński. Dominik Rogalski: Wspiera nas jako muzyk koncertowy, gdy któregoś z chłopaków nie ma.
Zespół powstał w lutym 2016 roku. Dominik Rogalski: Ja oraz „Student” poznaliśmy się na próbie reaktywacyjnej inowrocławskiej grupy Warfare, zaproszeni przez Filipa Osowskiego. Z reaktywacji nic wtedy nie wyszło, ale postanowiłem zwerbować Adama do swojego projektu. Tak to się zaczęło. Miałem mnóstwo pomysłów na materiał, których – z różnych powodów – nie było mi dane realizować w poprzednich zespołach. Około trzech lat nosiłem się z zamiarem zawiązania zespołu, ale nasz region jest ewidentną pustynią jeśli chodzi o ludzi, którzy chcą grać i mają dość konsekwencji, by systematycznie poświęcać temu czas.
Można o nich przeczytać między innymi na ino.online. Na portalu rockarea.eu Ejt Trak DeMo otrzymało 6 na 10 punktów. To ich pierwsze wydawnictwo płytowe, z tego roku. Dominik Rogalski: Nasz największy sukces to bez wątpienia „Ejt Trak DeMo”. W zasadzie już po sześciu miesiącach od pierwszego spotkania mieliśmy zrobiony cały materiał. Traktuję to jako sukces, bo nie zawsze w zespołach da się pracować tak sprawnie. Okładka przedstawia grupę ludzi – przypominają tych z kreskówki Simpsonowie – którzy ścigają małpę. Piotr Stefanowicz: Okładkę przygotował Sebastian Augustyniak według mojego pomysłu na ilustrację do utworu „Monkey’s gone”. Ci goniący ją ludzie są metaforą systemu, który chce nadać ci miejsce, niekoniecznie takie, które będzie ci się podobało. Małpa jednak decyduje się na ucieczkę, a system nie odpuszcza. Jest to jakby przenośnia współczesnego życia, gdzie musisz płacić podatki, masz normy społeczne i tak dalej – jeżeli ktoś łamie te konwenanse, jest często za to „goniony”. Płyta jest już niedostępna. I nie można było jej kupić. Dominik Rogalski: Ją można było jedynie otrzymać w prezencie. To taki nasz myk marketingowy :) i był bardzo skuteczny.


„Ejt Track DeMo” – piguła energetyczna, bez skutków ubocznych

Dwadzieścia trzy i pół minuty, 8 utworów: Zachowaj spokój, Monkey’s gone, Funky Ninja, Aleksander, Płynę, Speluna, Paczka, Stagnacja. Red Hot Chili Peppers, Rage Against The Machine, Flapjack – oto muzyczne inspiracje członków Yet Another. Dominik Rogalski: Muzyka naszej młodości. Mi przypomnieli o tym, że w ostatniej dekadzie wieku XX często słuchałem grupy Kazik Na Żywo i zapoznałem się z Dog Eat Dog oraz Body Count. Piotr Stefanowicz: Na potrzeby określenia stylistyki, „Łysy” wymyślił słowo / slogan „funkywpierdol”, które chyba trafnie opisuje to, co robimy. Gramy muzykę, w której się odnajdujemy i która z nami rezonuje. Można stworzyć zespół na komercyjne granie, i to też będzie OK, jednak staramy się robić rzeczy z serca, a nie z tego, co podpowiada rozum. Podstawą muzyki rozrywkowej jest jazz i blues – to stamtąd wywodzi się hard rock, funk i wszystkie pokrewne. Zdajemy sobie sprawę, ze coraz trudniej o innowacje, ale staramy się nadać naszej muzyce własną ekspresję – to taki jakby własnoręczny podpis, który będzie z nami kojarzony. Na szczęście ludzie dobrze przyjmują naszą muzykę i nawet ci, którzy słuchają innych gatunków, mówią, że coś w tym jest.
Ejt Trak DeMo zarejestrowali w składzie z wokalistą Jakubem „Siwym” Różańskim, który jednak niedawno opuścił szeregi Yet Another. Dominik Rogalski: W chwili obecnej jesteśmy na rozdrożu – szukamy wokalisty. Ale plany się nie zmieniły. Dominik Rogalski: Na jesieni chcielibyśmy wydać pełnoprawny longplay, to znaczy pełne 70 minut muzyki. Obecnie współpracujemy z lokalnymi przedstawicielami sceny hip-hop, ostatecznie może się okazać, że będzie to album, na którym śpiewać będzie kilku, kilkunastu wokalistów, co również dodaje pikanterii takiemu wydawnictwu.
Yet Another żyje, działa, koncertuje, o czym można się przekonać śledząc stronę facebook.com/YetAnotherBand/. Dominik Rogalski: Yet Another dziś jest tak wielowarstwowym bytem, że dla każdego z nas może być czymś innym. Na pewno jest swego rodzaju medium, dzięki któremu mamy szansę przekazać emocje, wartości. Na co dzień jest sposobem na spędzanie czasu z fajnymi ludźmi, szczególnie na koncertach. Czasem jest gwizdkiem, który pozwala na upuszczenie troszkę pary. Bywa również wyzwaniem, radością, irytacją, męczarnią, ale i odskocznią od prozy życia.

Piotr Barczak: Poturba, Lux Vera, Dixie Team

Siódmego kwietnia minął termin nadsyłania zgłoszeń do XX Konkursu Muzyki Folkowej Polskiego Radia Nowa Tradycja. Konkurs jest integralną częścią festiwalu folkowego o tej samej nazwie. Gdy na portalu polskieradio.pl znalazłem informację o naborze, w głowie zakołatało pytanie: czy Piotr Barczak czegoś nie kombinuje w tym kierunku? Bo Nowa Tradycja kojarzy mi się właśnie z nim – w końcu lat dziewięćdziesiątych,  wraz ze strzelneńskim zespołem Do Widzenia spróbował swoich sił w tym konkursie, a festiwal nierzadko przewija się w muzycznych rozmowach z Piotrem.
Spytałem go o Poturbę, bo ten zespół folkiem stoi. Głównym problem w zespole Poturba są próby, a raczej ich brak. Wiedzieliśmy o naborze do „Nowej Tradycji”, ale brak spotkań, a co za tym idzie wyćwiczenia programu spowodował, że nagrany w Inowrocławiu materiał był dość słabej jakości i zdecydowaliśmy go nie wysyłać. Co zarejestrowali? Nagraliśmy cztery nasze stare opracowania pieśni kujawskich, głównie ze zbiorów Kolberga.
Poturba to Andrzej Kortas i Mirosław Marczyński (obaj z Inowrocławia) oraz Piotr Barczak (Strzelno). Czyli od niezapomnianego koncertu w rotundzie św. Prokopa w Strzelnie sprzed prawie roku, kiedy to wystąpili – nie pierwszy i nie ostatni raz – wspólnie z zespołem ludowym Kruszowianki, nic się nie zmieniło. Plany mamy takie, aby ćwiczyć, bo ostatnio nic razem nie gramy – chcemy nowe utwory zrobić. Planów koncertowych nie ma (chyba że coś wpadnie). Płyta? Na razie nie planujemy, bo materiał wymaga dobrego wyćwiczenia.
Tyle Nowa Tradycja.
Wiadomo, że Poturba to niejedyna grupa z Piotrem Barczakiem w składzie. Skorzystałem więc z okazji i w naszej – prowadzonej za pośrednictwem Internetu – rozmowie pojawił się wątek grup Lux Vera (Strzelno) i Dixie Team (Mogilno).
Z Lux Vera działamy prężniej. Po odejściu Waldka Krystkowiaka na jego miejsce wskoczył Adam Szymański [klawisze – przyp. RB]. Cały czas robimy nowe piosenki do słów księdza Łabińskiego. Może będzie ich tyle, że jakąś płytę będzie można zrobić. Kłopot jest, gdzie tą muzykę grać, bo nie jest ona łatwa i przyjemna (takie wiersze, co zrobić), a jednocześnie nie na tyle awangardowa, żeby na przykład w Mózgu w Bydgoszczy ją zagrać.
O tym, że twórczość grupy nie należy do nurtu „muzyka łatwa i przyjemna”, przekonałem się na koncercie w kościele św. Trójcy w Strzelnie, w październiku 2016 roku (o koncercie tutaj). Nie oznacza to jednak, że grać przestali. W grudniu – z okazji rocznicy stanu wojennego – zagraliśmy koncert z opracowanymi przez zespół utworami patriotycznymi (między innymi Kaczmarski, Pietrzak), a w świątecznym czasie trzy koncerty z naszymi pastorałkami. A jeśli chodzi o plany na przyszłość to w maju może się uda z innymi zespołami (wstępne rozmowy już zostały przeprowadzone) zorganizować koncert pieśni maryjnych z okazji objawień fatimskich. Może to być nawet kilka koncertów w różnych miejscach.
A Dixie Team? Grupa działa, koncertuje, ale… już bez Piotra Barczaka w składzie – na dzisiaj dla niego to rozdział zamknięty. Ale różne rzeczy się w jazzie tradycyjnym zdarzają, bo – na przykład – z Old Dixieland Players też przy końcu lat dziewięćdziesiątych odszedłem, ale około 2010 roku ponownie byłem w składzie tego zespołu.

Ivo Partizan. „Klimat zimowego poranka”

Dla mogileńskiego Ivo Partizan rok 2016 był bardzo udany. Przede wszystkim – płyty.  Po ponad trzydziestu latach od powstania, grupa wydała album studyjny (Zabij Ten Czas), ukazał się też zapis chyba  ich najważniejszego w minionym roku koncertu (Rock Na Bagnie 2. lipca 2016). Czy to przełożyło się na coś więcej, niż radość płynącą z grania? Dariusz Ruciński (menedżer): Faktycznie, miniony rok był naprawdę udany. Fajne koncerty, udany występ na festiwalu RnB, a co za tym idzie płytka koncertowa z tego właśnie festiwalu. To wszystko na pewno w pewien sposób przełożyło się na nowe kontakty i jakieś tam propozycje grania. Choć nie jest ich tak wiele jak mogłoby się wydawać. Wiesz… Powiem ci, że właściciele klubów, w których graliśmy mówią, że obecnie jest kryzys frekwencji na rockowych koncertach. Młodzi wolą obecnie słuchać disco polo. Straszne!!! Tak obserwuje nasze koncerty i… stwierdzam, że w większości przychodzą na nie ludzie w naszym wieku lub blisko tego. Byłem w ubiegłym roku na koncercie Dezertera i dokładnie to samo. Młodych fanów można było policzyć na palcach. Dziwnych czasów dożyliśmy. Ale dzięki festiwalowi RnB zyskaliśmy wielu nowych fanów, którzy zaszczycili nas ponownie swoją obecnością na koncertach w Białymstoku i Łodzi. To bardzo miłe. Czytaj dalej Ivo Partizan. „Klimat zimowego poranka”

Golden Girls

Audycja Myśliwiecka 3/5/7 nie należy do moich ulubionych, ale to właśnie Piotr Stelmach najczęściej potrafi zaskoczyć czymś wyjątkowym, zupełnie nieznanym.
Zapamiętałem tylko nazwę.
– Jak, jak? Golden Girl?
W Internecie odnalazłem Golden Girls: Australia, Melbourne, goldengirls82.bandcamp.com.

Monotonia. Melancholia. Niepokój.
Noc, która mogłaby nie mieć końca.
Uczta dla miłośników post-rocka? A może muzyki spod znaku 4AD?

Zespół

Są związani z Miejsko-Gminnym Ośrodkiem Kultury i Rekreacji w Strzelnie. Jeszcze się nie nazwali, choć na próbie spotkali się już na początku ubiegłego roku, a intensywnie zaczęli grać przed swoim jedynym jak dotąd koncertem (Dni Strzelna).
W repertuarze utwory Dżemu, Erica Claptona, Kings of Leon, Power of Trinity oraz Dorosłe dzieci Turbo, od którego zaczęli wspólne granie. Arek: Adaś przyszedł na pierwszą próbę, szukaliśmy numerów. W biurze osłuchałem Turbo i mówię: „O, to jest numer dla Adasia”. On fajnie śpiewa, ma fajną barwę głosu.
Kompozycje własne? Adam: Na pewno będę coś robił w tym kierunku.
A zaczęło się tak:
Adam: Pewnego dnia przyszedłem do Arka [do Domu Kultury, miejsca pracy gitarzysty – przyp. RB]. I tak powstał zespół.
Bartek: Właściwie zespół już był [śmiech].
Arek: Przyszedłeś i powiedziałeś, że grasz na klawiszach i chcesz pograć muzykę bluesową. Mówię, że mam basistę, mam bębniarza, ja też mogę pograć na gitarze. No i umówiliśmy się na pierwszą próbę.
Po pewnym czasie zawiesili działalność z powodu wyjazdu basisty. Bartek: Teraz próbujemy ruszyć od nowa. Na ósmy dzień lutego 2017 roku w składzie: Adam Szymański (śpiew), Arkadiusz Kubiak (gitara), Bartłomiej Kubiak (bas), Krzysztof Wrzesiński (perkusja).


Od lewej: Arkadiusz Kubiak, Adam Szymański, Bartłomiej Kubiak. Tego dnia z Krzysztofem Wrzesińskim nie było mi dane się spotkać

Falarek Band. Trans-Czołg miażdżący idoli

Rok 1996 dla zespołu Falarek Band wydawał się być tym przełomowym. Ich długogrający debiut fonograficzny został doceniony przez czytelników Tylko Rocka. W zestawieniu Tylko najlepsi ’96. Tu, w kategorii Płyta/kaseta, dzieło zatytułowane po prostu Falarek zamykało zestawienie dziesięciu najlepszych polskich albumów wydanych w tym roku. W jednym szeregu z Acid Drinkers (The State Of Mind Report), Nosowską (Puk Puk…) Kultem (Tata Kazika 2) czy Myslovitz (Sun Machine)? Wystarczy posłuchać choćby otwierającego album utworu Freex, żeby stwierdzić, iż dzisiaj byłoby to niemożliwe! A to nie koniec niespodzianek. Falarek Band zostali także jedną z Nadziei roku 1996. Ustąpili miejsca grupom Rotary, Blenders, Sirrah i Myslowitz, a wyprzedzili Quidam, Tuff Enuff, Funny Hippos, Yokashin i Pivo. Piękne były te lata dziewięćdziesiąte… Czytaj dalej Falarek Band. Trans-Czołg miażdżący idoli

Inne oblicze hip-hopu

Robert „Żaba” Żuchowski. Strzelneński artysta, znany z duetu PJWNR oraz bliskich rockowi FonoFuzji oraz All Not Done, wydał swoją drugą płytę solową, a pierwszą – tak jak zapowiedział dwa lata temu (Strzelno. „Świetnie spędzony czas” – rozmowa z Robertem Żuchowskim, nowyhoryzont.blog.pl, wpis z 23 sierpnia 2014 roku) – w tak zwanej formie fizycznej, czyli płyta kompaktowa, opakowanie a dodatkowo również materiały promocyjne. „Żaba”: Plakat i dwie naklejki. Stwierdziłem, że jednak fajnie jest dać coś więcej od siebie niż tylko płytę.


Czytaj dalej Inne oblicze hip-hopu

Joy Division. Najlepsze przyjemności?

I.
Zaczęło się prawie ćwierć wieku temu. Przykuwające uwagę, wypełnione czernią strony czasopisma z historią Joy Division wpisały się w czas wypełniony poczuciem beznadziei. Ktoś napisał, że Closer to najsmutniejsze czterdzieści minut w rocku, że ponure i lodowate… Nagła, paląca i niecierpiąca zwłoki potrzeba posiadania tego albumu zmaterializowała się w postaci kasety.
Początkowo mogło się wydawać, że zbyt intensywne aplikowanie sobie jej zawartości nie jest dobrym pomysłem. A jednak było potrzebne. Jak wentyl, którym uchodzi niebezpieczny nadmiar czegoś, co może rozsadzić od środka, poprowadzić w niewłaściwym kierunku. Nie rozsadziło. Dzisiaj już nie trzeba niczego uwalniać. „Niekolorowe” widzenie świata chyba od zawsze było częścią kodu DNA, nie męczy oczu i nie drażni zmysłów.

II.
Minęło prawie ćwierć wieku. Joy Division to jeden z nielicznych Najważniejszych Zespołów Świata. A Iana Curtisa, który 36 lat temu postanowił dalej już nie żyć, odbrązowiły przeczytane książki i obejrzane filmy. Pozostała moc muzycznego przekazu. Moc, którą trudno opisać słowami. Bez znaczenia czy z głośników atakuje punk, czy też koi podróż po skutej lodem krainie.

III.
Od prawie ćwierć wieku zaczerpnięte z Unknown Pleasures białe na czarnym jest podstawowym i jedynym w pełni akceptowanym połączeniem kolorów. Jest znakiem rozpoznawczym. I choć na okładce zamieszczona została ilustracja zapisu pierwszego odkrytego pulsara, a nie krzyku umierającej gwiazdy, to przód koperty owych Nieznanych Przyjemności niezmiennie pobudza wyobraźnię…
Inaczej było z muzyką. Album zawsze trochę odstawał od Closer. Na minus. Ale kiedy w ubiegłym roku rozpoczął się mozolny proces typowania dziesięciu najlepszych utworów zespołu, okazało się, że trudno z Unknown Pleasures „wyłuskać” coś szczególnie pięknego. Bo to – niezaprzeczalnie – dzieło genialne. I niesłusznie dotąd w pełni niedoceniane.

IV.
To już prawie ćwierć wieku, a żar nie przygasł. Closer, Unknown Pleasures, a potem także Still i Substance. Wybrać te dziesięć najlepszych utworów? Nie-mo-żli-we! Pięć było trudno. Decades, Ice age, Heart and soul, The sound of music? Disorder, Failures, Insight? A może Sister Ray z repertuaru także ulubionego The Velvet Underground? New dawn fades? Ale przecież zamieszczona na albumie Warszawa. Tribute to Joy Division wersja Jolanty Kossakowskiej robi jeszcze większe wrażenie…

V.
1. The Eternal
2. Atmosphere
3. Transmission
4. She’s lost control
5. Love will tear us apart.
Więcej podejść nie będzie. Amen.

***

Artykuł został opublikowany w jednodniówce Nowy Horyzont. Hałas niszczy zdrowie z 16 czerwca 2016 roku (strona 55).

Młodość w nurcie czarnej rzeki

CUDOWNY CZWARTEK POPIÓŁ
2016, WYDAWNICTWO WŁASNE
MARCIN SORDYL – ŚPIEW, ARTUR DUDA – AKORDEON, INSTRUMENTY KLAWISZOWE, WITOLD ŁOCHOWSKI – GITARA, DAWID JANCZAK – GITARA, SZYMON SŁAWIŃSKI – BAS, RYSZARD NOWAK – PERKUSJA
KONCERT W RADIU MERCURY: INTRO, MŁODOŚĆ, MIASTO, PUSTE NOCE, NOCNA EKSPEDYCJA, MIŁOŚĆ, MARNOŚĆ, TANIEC W STUDNI, PRZESILENIE, PIEŚŃ WĘGLARZA, PRZEŹROCZYSTY PTAK, WRONY, YESTERDAY IS HERE (BY TOM WAITS), COLD, COLD GROUND (BY TOM WAITS); MATERIAŁY STUDYJNE: WCZORAJ W POŁUDNIE, ŚMIERĆ, CZARNA RZEKA, NA WSCHÓD, TEN TANIEC, PAN PIES (BONUS TRACK)

I. Był sobie zespół. Ludzie młodzi, studenci. Akordeon, człowiek od poezji i jeszcze kilka innych osób. Koncerty, festiwale, informacje w prasie, telewizji. I tak dalej, i tak dalej. Znali się na tym, co robili, wychodziły im zapadające w pamięć kawałki – ludziom musiało się podobać. Co grali? Ktoś, kto dopiero po latach poznał ich twórczość, stwierdził że to piosenka poetycka / studencka. Po usłyszeniu kilku utworów zawyrokował też, że Raz Dwa Trzy i The Doors to będą dobre punkty orientacyjne dla niezorientowanych. I choć wraz z poznawaniem Popiołu te porównania stawały się coraz mniej oczywiste, nadal nie są bez pokrycia. Toć wystarczy na przykład posłuchać śpiewu Marcina Sordyla z 1999 roku – często przypomina Morrisona.
II. Przypuszczalnie bardziej bliższe prawdy będą porównania z artystą o nazwisku Tom Waits. Nie ma przypadku w tym, że zespół zagrał jego dwa utwory (Yesterday is here, Cold, cold ground). Jednak nie wszyscy piszący o albumie Popiół są w stanie to zweryfikować. Z jakże prozaicznego względu – nieznajomości twórczości Waitsa. Cóż, tak to często bywa, że domorośli recenzenci, którzy pozakładali sobie blogi silą się i pocą, żeby błysnąć, a nie mają żadnego rozeznania, słuchu i predyspozycji do tego, żeby pisać o muzyce.
III. W 1999 roku, w poznańskim Radiu Mercury został nagrany koncert Cudownego Czwartku, który najpierw – w drobnych fragmentach – ukazał się na ich pierwszej „pośmiertnej” płytce zatytułowanej po prostu Cudowny Czwartek, a teraz – w dużo większej dawce – na albumie Popiół. Bo pomimo upływającego czasu członkowie zespołu o swojej muzycznej przygodzie nie zapomnieli. Potwierdzeniem tego faktu jest też ciąg dalszy płyty – zbiór nagrań studyjnych zarejestrowanych na przełomie października i listopada 2009 roku.
IV. Podróż sentymentalna? Album dla tych, którzy – nie bójmy się tego powiedzieć – byli fanami Cudownego Czwartku? Nie tylko. Dzięki Popiołowi muzyka zespołu ma szansę dotrzeć do nowych odbiorców. O, fajne to. Nie znałem ich.
V. Dobrze jest podzielić sobie ten Popiół na dwie części. Choćby ze względu na czas – 79 minut (cecha charakterystyczna wszystkich składanek i zbiorów nagrań archiwalnych, która niejednego miłośnika muzyki może przerazić i zirytować jednocześnie). Bardziej istotne jest jednak coś innego – koncert oraz nagrania studyjne dzieli dziesięć lat. To szmat czasu, który nie mógł nie odcisnąć swojego piętna na ich muzyce. Można spróbować udowodniać, że jedna część jest lepsza od drugiej, ale czy to ma jakiś sens? Każdy ma swoje za uszami i różnie odbiera otaczający go świat. Szczególnie polubiłem nagrania ze studia – ten trochę zmęczony śpiew Marcina Sordyla, zdecydowanie mniej studencko-poetycki klimat i unoszący się gdzieś w tle duch… Strachów Na Lachy i – w jednym przypadku – Pidżamy Porno (Śmierć).
VI. Szkoda, że na płycie zabrakło jednego z najjaśniejszych punktów w twórczości Cudownego Czwartku – psychodeliczno-„doorsowskiego” Bluesa. Jednak ten brak z powodzeniem rekompensują inne perełki, których na Popiele nie brakuje. Kolejno: Młodość, Miasto, Miłość, Marność, Wrony, Wczoraj w południe, Śmierć, Czarna rzeka, Ten taniec.
VII. Czy Popiół może być powodem rozlewającego się po całym ciele żalu? Jeżeli 17 lat temu ktoś wiedział tylko tyle: Rycha Nowaka nie ma już w Strzelnie, teraz gra w Poznaniu, w takim dość znanym zespole, to dzisiaj żałuje, że nie było mu dane zobaczyć ich na żywo. Ale Popiół daje nadzieję, że to się może jeszcze zmienić. W oczekiwaniu na ten dzień, zainspirowany słowami Marcina Sordyla każdego ranka nucę sobie: Wszyscy jesteśmy tak bardzo młodzi / że aż ta młodość z nas wychodzi (Młodość).