Z dziennika pewnego zgreda: Quebonafide i inni w Mogilnie

W.O.E.K., Rockin’ Style Crew, Musiel / Emce, Huku + LiveBand, Quebonafide
Amfiteatr w Mogilnie, 24 sierpnia
Organizatorzy: Mogileński Dom Kultury, Mogileńskie Porozumienie Społeczne, Młodzi Demokraci
Patronat honorowy: Burmistrz Mogilna Leszek Duszyński

Zróbcie hałas!, Zróbcie dla nas hałas!, Zróbcie ogromny hałas! i tym podobne. Albo: Od lewej, do prawej, od lewej do prawej, od lewej do prawej. Rzadziej: Zróbcie światło (tego się już nie robi zapalniczkami). I jeszcze – to już bardziej uniwersalne: Łapy w góreeee!!!!.
Nie ma sensu wskakiwać w buty Statlera i Waldorfa z The Muppet Show – każda muza ma swoje rytuały, a każde pokolenie swoją muzę. W.O.E.K., czyli mogilnianin Krystian Wołek już na samym początku wykrzyczał: Pieprzę twoje hejty, jeśli miałbym być szczery. Wyłącz to jak chceszdroga wolna, bardzo proszę. Koniec, kropka.
Zgadza się, pchany ciekawością nie czułem się dobrze w kilkutysięcznym tłumie nastolatków. Ale prawdą jest też to, że nie wszystko z tego, co zobaczyłem i usłyszałem mi się nie podobało: W.O.E.K. w utworze ze słowem „szepty” w tekście. Musiel / Emce z towarzyszeniem rockowego Free Road. Huku + LiveBand z Wiktorem Mazurkiewiczem w składzie – gra na perkusji gościa zespołu, Mikołaja Toczko (syn Krzysztofa „pARTyzanta” Toczko) i wręcz blacksabbathowy kawałek na zakończenie.


Teraz już wiem, co odpowiedzieć, gdy przy okazji jakiegoś spotkania czy uroczystości ktoś spyta – „Gdzie jest młodzież?”: Na koncercie Quebonafide i tych, którzy grają przed nim

Muszla Fest 2017

Jeden dzień na Muszla Fest 2017 (18-19 sierpnia, Bydgoszcz, Myślęcinek). Wybór niełatwy, bo w programie kilka zespołów, które chciałoby się na festiwalowej scenie zobaczyć. Przesądziło zaplanowane na sobotę spotkanie z perkusistą Dezertera, Krzysztofem Grabowskim. Było o SS-20, Dezerterze, napisanych przez Grabowskiego dla tego zespołu tekstach, wolności, polityce, anarchii, no future: Od początku to było źle odbierane przez młodzież. Nie chodziło o to, żeby się z powodu tego, że nie ma przyszłości, położyć pod topór i zakończyć. Dla mnie „no future” to hasło, taki zapalnik do działania: jest przesrane i nie ma przed nami nic, to zróbmy coś, nie siedźmy, nie poddawajmy się. Więcej takich atrakcji na Muszla Fest! 
Spotkanie z Krzysztofem Grabowskim zostało zorganizowane w Wake Park Bydgoszcz, a zakończył je występ artysty, który ukrył się pod pseudonimem Marszałek Pizduski One Man Band.


Muszla Fest 2017 to między innymi też „XXX lat na fali czyli benefis Dariusza Paczkowskiego”

Koncerty. Niemożliwe, żeby przez około dziesięć godzin – z uwzględnieniem kilkunastominutowych przerw pomiędzy kolejnymi koncertami – być niedaleko sceny festiwalowej. (Czy na festiwalach zawsze musi być tak, że przebywanie w części gastronomicznej nie gwarantuje odpoczynku od muzyki?). W związku z powyższym:
O koncertach zespołów Unbeaten, Lowtide, Schizma i Leniwiec nie napiszę.
El Banda. W pierwszym utworze skojarzyli mi się z The Doors. Później było już tak, jak w zapowiedzi, czyli bardziej punkowo. Świetny koncert, choć wokalistka, która częściej była wśród publiczności niż na scenie, trochę przesadziła z eksponowaniem swojej niechęci (to chyba odpowiednie słowo) do męskiej części widowni. Dostało się też organizatorom: Mimo, że bardzo dużym szacunkiem darzę organizatorów, to nie jest to super fajne, żeby na punkowych festiwalach grać przez eliminacje.


El Banda. Wokalistka zespołu zaczęła od ułożenia na ziemi mandali, w centrum której pojawiło się hasło nawiązujące do tego, co się teraz wyrabia w Puszczy Białowieskiej (w sobotę nie tylko ona o tym mówiła). Jak widać na zdjęciu – w trakcie koncertu mandala uległa zniszczeniu

Uliczny Opryszek. Głównie zagrali utwory z repertuaru mniej znanych polskich kapel punkowych z lat osiemdziesiątych. Sytuacji nie zmienił zaprezentowany na koniec Burdel Dezertera – do grona miłośników Ulicznego Opryszka zaliczyć mnie nie można.
Kat & Roman Kostrzewski. Odpowiednia dawka metalu na wysokim poziomie.
Ignite. Sunday Bloody Sunday na melodyjno-zadziorno-punkową nutę rodem z Kalifornii? Jasne! Cały koncert był taki – lubię kalifornijskiego punk rocka.
Muszla Fest 2017. Za rok też tam będę. Może będzie mniej wykonawców i nie będzie dylematu, kogo wybrać? Może organizatorzy zaproponują coś miłośnikom nie tylko punk rocka, hardcore i metalu? Może ktoś wpadnie na to, żeby jednak jakoś oświetlić drogę z parkingu na pole festiwalowe?

Iggy Pop „Post Pop Depression”

Do jednego ze sklepów znanej i popularnej w Polsce sieci, wchodzisz po „spożywkę”, a na jednej z półek, wśród kilkunastu niepoukładanych plastikowych pudełek z płytami kompaktowymi w środku, jeden cieniutki – jak to zwykle – digipack ze znajomą okładką. Zapominasz o jedzeniu, całą uwagę skupiasz na tym niespodziewanym odkryciu, ponieważ: 1) czaisz się na ten album od momentu, gdy w radio usłyszałeś kawałek promujący to wydawnictwo, ale chęć poznania hamowała cena produktu w odwiedzanych przez ciebie systematycznie, wręcz nałogowo, sklepów płytowych, 2) cena – niecałe dwie dychy: o jakimkolwiek hamowaniu nie ma już mowy. Kupujesz. Byś był głupi, gdybyś tego nie zrobił! Kas jest kilka, godzina nie na zakupy, więc idzie szybko. Wychodzisz usatysfakcjonowany, wsiadasz do auta, czekasz na wieczór, odpalasz, słuchasz… A gdzieś pomiędzy dźwiękami myśl, właściwie parafraza słów Grabaża: Żyję w czasach kapitalizmu, wszyscy chcą mnie zrobić w [tu miejsce na słowo niecenzuralne, którego nie zdecydowałem się napisać].
Tyle tytułem wstępu.
Iggy Pop. Nie znam jego solowych dokonań (poza The Passenger oczywiście), niekłamaną sympatią pałam do The Stooges, ale to zbyt daleki punkt odniesienia. Chociaż… Lubisz surowe, pozbawione niepotrzebnych ozdobników rockowe granie? Wydany w ubiegłym roku album Post Pop Depression będzie dobrym wyborem.

Metal strzelneńsko-mogileński

Kojarzycie ludzi i miejsce? Mimo tego, że zdjęcie słabej jakości, miejsce łatwo odgadnąć – mur poklasztorny na Wzgórzu św. Wojciecha w Strzelnie (od strony ul. Parkowej). Z tymi długowłosymi postaciami może być już trudniej.
To Extermination.
Zespół powstał około roku 1990. W składzie młodzi ludzie ze Strzelna i Mogilna: Sławek Tarczewski, Darek Piechocki, Robert Szczepaniak, Jacek Łuczak, Maciej Piechocki. Zainspirowani między innymi grupami Venom, Paradise Lost i Samael, zagrali kilka koncertów, na koncie mają również Official Rehearsal („Oficjalna taśma demo z próby”).


Na tle muru stoją (niekoniecznie w takiej kolejności): Maciej, Sławek, Darek, Robert oraz Tomasz Fabiszewski. Maciej Piechocki: „Na jednym dodatkowo jest Tomasz Fabiszewski z Mogilna, ale nigdy nie zawitał na stale w składzie” (fot. ze zbiorów Macieja Piechockiego)

Wiktor Mazurkiewicz: „To wszystko idzie na żywo”

Co nowego u Wiktora Mazurkiewicza?

***

Ciągle uprawiasz to swoje prog metalowe poletko, a głównym drogowskazem jest Dream Theater?
Doszło Riverside. Przez to, że znam dobrze Maćka Mellera, który teraz gra w tym zespole na gitarze za zmarłego Piotrka Grudzińskiego, to wszedłem w nich trochę głębiej – kiedyś znałem może dwie płyty, a teraz całą dyskografię mam w głowie. Zespół Haken też śledzę. To, co Mike Portnoy robi, chociażby trasę The Shattered Fortress na swoją pięćdziesiątkę – to jest mistrzostwo świata. Iamthemorning – rosyjska wokalistka, w duecie z pianistą (oni będą na Ino Rock Festival 2017). Oczywiście Meller Gołyźniak Duda – ich płyta Breaking Habits to dla mnie kosmos. Z tego też czerpię.

Dzisiaj zagrałeś [19 lipca 2017 roku, Amfiteatr Letni w Parku Miejskim w Mogilnie] kilka utworów z zapowiadanej swojej trzeciej płyty. Różnią się od tego, co nagrywałeś do tej pory – są bardziej nastrojowe, jest w nich więcej tak zwanego klimatu.
Tak.

Zapowiedziałeś, że to będzie album dwupłytowy.
Jeszcze nie jestem o tym do końca przekonany, ale na 85% tak będzie.

Mogę spodziewać się płyty na długie wieczory?
Może powiem tak: część płyty będzie zupełnie inna. Pierwsza dotyczyć będzie jednego dnia, a druga – już dłuższego okresu czasu. To będzie płyta inspirowana militariami i konfliktem na Bliskim Wchodzie, co dzisiaj było słychać – przy pierwszym utworze (Week Trial) pojawił się wojskowy marsz, oczywiście też w polirytmii. Postaram się zrobić orkiestrację. Oczywiście, możliwości nie pozwalają mi na nagranie tego z całą orkiestrą symfoniczną – jadę na wtyczkach.


 

Wiesz już jak zatytułujesz ten album? Kiedy się ukaże?
Tytuł: Some Steps to Terrible Nightmare. Kiedy się ukaże? Nie mam pojęcia, bo chciałbym powalczyć… [chwila zastanowienia] bo to jest płyta, do której chciałem dorosnąć. Pierwsze utwory powstawały zaraz po wydaniu Home, ale uznałem, że to jest dla mnie tak potężny projekt, że potrzeba czasu. Nie chcę powiedzieć, że to będzie za pół roku czy rok, bo może być za pięć lat. Chcę wydać dojrzały album, który będzie naprawdę perfekcyjny, taki jak to sobie ja wymarzę. No i też nie mam na to aż tyle czasu.

Some Steps to Terrible Nightmare planujesz wydać jak dwie poprzednie płyty, czyli własnym sumptem, czy rozglądasz się za wydawcą?
Chciałbym już mieć legal. Będę uderzał do kliku rockowych wytwórni w Polsce, a może nawet zagranicznych. Kto wie, może się uda.

W trakcie dzisiejszego koncertu wspomniałeś o wyróżnieniu, jakie zdobył twój drugi album –  Carpie Diem.
To był plebiscyt stworzony przez pana Grzegorza Bryka, felietonistę Magazynu Gitarzysta. Na blogu Półka z winylami zrobił takie zestawienie najlepszych polskich albumów roku 2016. Niestety, nie wygrałem, ale byłem w ścisłej czołówce. I to jest dla mnie zaszczyt, bo w tym zestawieniu znaleźli się Meller Gołyźniak Duda za Breaking Habits czy Tides From Nebula za Safeheaven.

Zacne grono. Autor Półki z winylami przygotował zestawienie, a czytelnicy głosowali?
On oceniał. Napisał krótką recenzję dotyczącą albumu. To nie było zestawienie tylko wielkich płyt, które były wyczekiwane, które miały jakąś swoją otoczkę medialną, ale też płyt zwykłych gitarzystów, takich jak ja, którzy nagrywają sobie gdzieś w domu, w małym mieście, wydają własnym sumptem czterdzieści czy pięćdziesiąt egzemplarzy i rozprowadzają między znajomymi.

 

Półkowy Polski Album Roku 2016 (polkazwinylami.blogspot.com, wpis z 14 stycznia 2017 roku; wynotowane 27 lipca 2017 roku): Może i Wiktorowi Mazurkiewiczowi okładka do „Carpie Diem” nie wyszła, ale muzycznie to bez kozery fajne granie. Sporo wychodzi u nas takich płyt. W sensie od gitarzystów, którzy wszystko montują sami, a materiał nagrywają w zaciszu własnego pokoju, gdzie na ścianie wisi plakat Satrianiego albo Johna Petrucciego z lśniącą od potu klatą. To już pasja granicząca z szaleństwem, a przede wszystkim miłość do gitary, bo Wiktor Mazurkiewicz to właśnie jeden z tych świrów, którzy biorą do łapy gitarę i wyczyniają na jej gryfie kosmiczne rzeczy, które można by zawrzeć w granicach gitarowego rocka progresywnego. „Carpie Diem” to właśnie jeden z tych domowych produktów. Wchodzi gładko, bez popity, ryja nie wykrzywia, a momentami potrafi nawet przyprawić o ciarki na plecach. Graj i nagrywaj dalej Wiktor, bo świetnie ci to wychodzi!

 

Od roku mnóstwo czasu spędzasz w Poznaniu, bo tam studiujesz. Tam też jesteś aktywny muzycznie. Opowiedz o tym, bo to twoje „poznańskie granie” stylistycznie różni się od tego, co robisz pod szyldem „Wiktor Mazurkiewicz”.
Poszedłem w hip-hop. To nie jest taki typowy rap, ponieważ mamy własny liveband. Świetna ekipa, każdy z chłopaków jest profesjonalistą. Nasz raper Huku jest bardzo uzdolniony muzycznie. Z wykształcenia jest realizatorem dźwiękowym, kiedyś grał z Kamilem Bednarkiem (kiedy Kamil nie był jeszcze aż tak znany), bo jest też beatboxerem, był wokalistą w zespole Element Dekoracyjny Miasta. Jeśli chodzi o rap, Huku jest dla mnie mistrzem świata. Szkoda, że przez innych trochę niedocenionym. Jest Jarek, perkusista – bardzo doświadczony muzyk (on pewnie gra dłużej, niż ja żyję). Podobnie basista Piotrek. Mamy jeszcze DJa Michała, który też świetnie sobie radzi. Jest Łukasz, który jest „hypemanem”, czyli podbija Huka.
W ogóle to wszystko zaczęło się w Mogilnie [śmiech]. W sierpniu ubiegłego roku Huku grał tu przed Quebonafide, a ja wystąpiłem z Musielem, Emce i KreTem. I wtedy chłopaki mnie zauważyli. To też fajna historia [śmiech]. Chciałem do nich pisać, ale dopiero po pierwszym roku studiów, żeby tak okrzepnąć w Poznaniu, bo to wszystko nowe – samodzielne mieszkanie i tak dalej. A oni napisali do mnie już w grudniu. Propozycję odrzuciłem. Wzięli jakiegoś gitarzystę, ale zdaje się, że po dwóch próbach z niego zrezygnowali. W styczniu napisali do mnie jeszcze dwa czy trzy razy. No to odpisałem: Jasne, na jedną próbę mogę [śmiech]. Po pierwszej próbie, kiedy to znałem trzy utwory promujące płytę Arka na YouTube, byliśmy już fajnie zgrani, taką chemię załapaliśmy.

Najbliższy koncert Wiktora Mazurkiewicza solo?
Nie ma. To wszystko idzie na żywo, w środę dostaję telefon, że za dwa tygodnie gram. Na razie nie myślę o tym, bo się skupiamy na Huku – planujemy trasę koncertową, ale dopiero jesteśmy na początku ustalania wszystkiego.

(lipiec 2017)

Reflection w Przyjezierzu

Wczoraj w Przyjezierzu zagrał zespół działający pod egidą strzelneńskiego Miejsko-Gminnego Ośrodka Kultury i Rekreacji. Koncert został zorganizowany na terenie Zakładu Aktywności Zawodowej.
Arkadiusz Kubiak – gitara, Adam Szymański – wokal, Krzysztof Wrzesiński – perkusja, Bartłomiej Kubiak – bas. Od tegorocznych Dni Strzelna funkcjonują pod nazwą Reflection (o zespole więcej tutaj i tutaj).


Reflection w Przyjezierzu (fot. Magdalena Lachowicz)

Powidz Jam Festiwal 2017: piątek, 21 lipca

Co można zorganizować dla siebie, mieszkańców oraz przyjezdnych, którzy urlop letni zdecydowali się spędzić nad jeziorem? Na przykład Powidz Jam Festiwal. Bardzo dobry pomysł. I atrakcja przyciągająca kolejnych wczasowiczów.
Powidz Jam Festiwal 2017 (20-23 lipca): cztery dni wypełnione muzyką, pięć miejsc festiwalowych, w programie zdecydowana przewaga zespołów mniej lub zupełnie nieznanych, bezpłatna wejściówka (wyjątek: zaplanowany na ostatni dzień koncert Ani Dąbrowskiej), dodatkowe – niemuzyczne – atrakcje.
Dwadzieścia pięć minut. Tyle czasu potrzebowałem, żeby do Powidza dojechać. Aż wstyd, że w tym roku to był mój pierwszy raz. W tym miejscu prośba do organizatorów: Powidz to nie Warszawa, ale jakaś strzałeczka z napisem „PJF – scena główna” dla tych, którzy pierwszy raz, tylko na festiwal i z tradycyjnym telefonem wyposażonym w sporo przycisków (tak, tak, na świecie są jeszcze ludzie, którzy mają właśnie taki sprzęt), by się jednak przydała.
Wybrałem piątek, ponieważ tego dnia na scenie głównej wystąpili Fisz Emade. Ich twórczość znałem tylko z radia, czyli tak naprawdę nie znałem. Spora dawka wgniatających w ziemię dźwięków, na czele z wybornym utworem ze słowami słońce spali ziemię nam. Na uzupełnienie płytoteki albumami nagranymi przez synów Wojciecha Waglewskiego się nie zdecyduję, ale jeżeli będzie okazja, to na kolejny koncert się wybiorę.
Przed gwiazdą drugiego dnia festiwalu zagrali: Disco Pogo, SZA!, Naliah, Fleszar/Qlhead, Big Up.
Disco Pogo. Zdążyłem na ostatni utwór, napisany przez wokalistę zespołu, perkusistę grupy Strachy Na Lachy oraz Kamila Durskiego z Lilly Hates Roses. My name is Jeżyce – melodyjny, w klimacie nagrań obu wymienionych zespołów.
SZA!. Przed koncertem zapowiedź, że nie można ich zaszufladkować. Oj, nie można. Oni grali, ja między innymi zanotowałem: folk, zimna fala, industrial, space, flet, Lao Che, wciągająca, hipnotyzująca, Tilt, trans. Polecam! Niestety, potęgę ich grania osłabiło światło słoneczne.
Naliah. Skojarzenia – reggae i ska. Mnie do swojego grania nie przekonali.
Fleszar/Qlhead. To ten Gabriel Fleszar, który w końcu ubiegłego wieku zaśpiewał Kroplą deszczu? Jeżeli tak, to dzisiaj jest w zupełnie innym, zdecydowanie bardziej interesującym miejscu. Gitara i wokal (Fleszar) plus laptop i ta cała elektroniczna reszta (Qlhead). Ludzie tańczyli, bawili się.
Big Up. Do reggae nie mam serca, a i nagłośnienie chyba zaszwankowało.
Piątek 21 lipca na Powidz Jam Festiwal 2017: piwo festiwalowe i sporo przypadkowych ludzi (jak to na koncertach bezpłatnych), a przede wszystkim przegląd zespołów, do których zapewne nigdy bym nie dotarł i myśl, że może za rok… tak na kilka dni…

PS. Nie wiem, co kryje się pod nazwą Brodacze Live Act – Fisz Emade skończyli dziesięć minut po godzinie pierwszej w sobotę, nie zostałem.


SZA!

 

Fleszar/Qlhead

Mogilno: Gorczyca i Przyjaciele / Wiktor Mazurkiewicz

Łukasz Gorczyca: Zapraszamy na kilka chwil z muzyką ilustracyjną z płyty „Gorczyca i przyjaciele”. Kuba Szturm (gitara), Tomek Dominik (perkusja) i wspomniany Łukasz Gorczyca (bas) zaprezentowali między innymi utwory Utor utor i Luxury Hotel. Jazz, funk, trochę bluesa, gitara i bas – na zmianę – pełniły rolę instrumentów prowadzących. Warto poznać ten wydany w ubiegłym roku album.
Druga część koncertu to Szturm – Dominik – Gorczyca z gośćmi. W pewnym momencie wokalista Arek Kłusowski powiedział: Ma nadzieję, że co niektórzy to znają, a jeśli nie, to my dzisiaj jesteśmy takim wehikułem czasu. Ma facet poczucie humoru. Gary Moore i jego Still Got The Blues, Oh Pretty Woman, Parisienne Walkways – ktoś nie zna? Zdaje się, że Jack Moore zagrał na gitarze odziedziczonej po swoim ojcu.
Na koniec utwór projektu stworzonego przez wymienionych muzyków (nie wiem, czy dobrze zapisuję nazwę) – EMG. Zmiana klimatu, ale nie potrafię znaleźć żadnego skojarzenia. Arek Kłusowski: Niedługo na Spotify, YouTube i tych różnych wszystkich dziwnych rzeczach, platformach online będzie można posłuchać utworu. Nie pozostało nic innego, jak poczekać.
Był też bis. I kolejny klasyk – No Woman No Cry.
Przed Gorzycą i jego Przyjaciółmi wystąpił Wiktor Mazurkiewicz. Między innymi utwory z dorobku jego ulubionych artystów: Scene Two: I. Overture 1928 Dream Theater oraz coś z dorobku gitarzysty zespołu, Johna Petrucciego. A także kilka kompozycji z przygotowywanego przez gitarzystę z Mogilna trzeciego albumu solowego – i tu już usłyszeliśmy nie tylko prog metal, z którym jest on kojarzony (więcej na ten temat – na Zapiskach Muzycznych już niebawem).
Koncert w Amfiteatrze Letnim w Parku Miejskim w Mogilnie został zorganizowany przez Mogileński Dom Kultury (sponsor strategiczny – Gas Storage Poland). Sympatyczny 19 wieczór lipca roku 2017. Kiedy kolejne?


Od lewej: Jack Moore, Kuba Szturm, Łukasz Gorczyca

 

Wiktor Mazurkiewicz

Jarocin Festiwal 2017

To już staje się tradycją – kolejny koncert w tym roku, na który miałem się wybrać, ale tak się nie stało. Właściwie koncerty, dużo fajnych koncertów, o czym w tekście Artura Łuczaka, który wyjazd na Jarocin zaplanował i plan ów zrealizował:

Dobiegł końca tegoroczny Jarocin Festiwal. W nowej formie i świeżym spojrzeniu na muzykę pozyskał zwolenników jak i zdecydowanych przeciwników. Jedni starali się mówić o festiwalu, którym żył cały Jarocin (kilka scen usytuowanych w różnych częściach miasta), inni zarzucali tej formule festiwalu zbyt wielką „festynowość” i zatracenie legendy Jarocina sprzed lat. To co pewne i o czym chciałbym mówić to to, co dla Jarocińskiego festiwalu powinno być najważniejsze – czyli MUZYKA.
Motywem przewodnim tegorocznego festiwalu była osoba Czesława Niemena, który przed 30 laty zagrał swój koncert, który przeszedł do historii tegoż festiwalu. Stąd też Pan Czesław uwieczniony na wielkich fotografiach spoglądał na festiwalowiczów z okien kamienicy na rynku, po stawie pływały czarne kapelusze, a koncertem finałowym kończącym tegoroczny „Jarocin” był „projekt: Zalewski / Niemen”.
Zacznijmy jednak od początku.  Czytaj dalej Jarocin Festiwal 2017

Powidz zalany muzyką!

W bogatej ofercie festiwalowej z różnych powodów giną nam te mniejsze, a raczej – te mniej znane. Przykładem Powidz Jam Festiwal. W najbliższy czwartek rusza już czwarta edycja, a nie przypominam sobie, żeby w przeszłości ktoś chociażby wspominał mi, że takowy festiwal się odbywa. Sam na informację o tym, organizowanym właściwie za miedzą święcie muzyki trafiłem w roku ubiegłym, kiedy to do Powidza zawitali między innymi Lao Che.
Hasło festiwalu brzmi: Zalejemy Miasteczko Muzyką. Tak będzie i w tym roku. Na pięciu scenach wystąpi ponad 200 muzyków, zaplanowano 30 koncertów. Gwiazdą Powidz Jam Festiwal 2017 będą Fisz Emade Tworzywo, a Good Taste Production zorganizuje koncert Ani Dąbrowskiej (jedyny biletowany występ).
Festiwal to także imprezy towarzyszące. Szczegóły w harmonogramie i w Się wydarzy.


SBB „Live in Sopot 1978. Extended Freedom” – fan niekonsekwentny

nowyhoryzont.blog.pl (wpis z 15 lipca 2013 roku), o Live Jazz nad Odrą 1975: W związku z tym, że [w] ciągu ostatnich kilkunastu lat zostaliśmy wręcz zasypani wydawnictwami, prezentującymi bogate archiwa SBB, w pewnym momencie postanowiłem nie sięgać już po kolejne tego typu albumy zespołu – po prostu aktywność wydawnicza firm fonograficznych przerosła moje moce przerobowe. W przypadku „Live”… zrobiłem jednak wyjątek. Dlaczego? Dlatego, że bardzo lubię gitarowo-perkusyjno-basowe improwizacje Anthimosa, Piotrowskiego i Skrzeka, a wiadomo, że ten okres w historii grupy bardzo szybko się skończył […].
nowyhoryzont.blog.pl (wpis z 29 grudnia 2014 roku), o Warszawa 1980: Kupiłem i nie żałuję, ponieważ […] to koncert z kilku powodów wyjątkowy. […] SBB na scenie w składzie Skrzek – Anthimos – Piotrowski – Piwowar to zapewne nie tylko dla mnie intrygująca nowość.
nowyhoryzont.blog.pl (wpis z 13 października 2015 roku), o Koncerty w Trójce. SBB & Michał Urbaniak: Jest moc. Jest magia. Jest chemia. Jest przestrzeń. […] Michał Urbaniak – to jego udział w koncercie sprawił, że płytę kupiłem.
Maj 2016, o Hofors 1975„Niepoukładane” muzycznie pierwsze lata istnienia SBB to był wyjątkowo piękny okres w historii zespołu. A każdy utwór podpisany jako dzieło SBB to dla miłośników dłuższych, improwizowanych form gwarancja wyjątkowych wrażeń. Potwierdza to wydany kilka dni temu zapis jednego z koncertów w Szwecji […]. Hofors 1975” […] przywraca wiarę w sens kupowania kolejnych „koncertówek” SBB.
Lipiec 2017: Live in Sopot 1978. Extended Freedom
Tak…
Z powodu wypadku z udziałem ciężarówki wiozącej ich sprzęt, na II Festiwalu Interwizji w Sopocie 27 sierpnia 1978 roku zespół wystąpił bez próby. Z próbą czy bez – nie miało znaczenia. Live in Sopot 1978 to zapis kolejnego porywającego koncertu SBB. Między innymi Freedom With Us, Going Away, Wiosenne chimery (I) i (II) i Follow My Dream, a na deser krótka rozmowa lidera grupy z prowadzącym koncert, Krzysztofem Materną. Album wydany w 2002 roku przez Niezależną Firmę Wydawniczą E-silesia, kilka lat później wznowiony w wersji dwupłytowej – od czerwca tego roku ponownie w sprzedaży (Universal Music Polska).
Podtrzymuję to, co napisałem w przeciągu ostatnich lat – więcej frajdy sprawia mi SBB w kompozycjach autorstwa tria oraz tak zwane koncertówki, po których można się spodziewać czegoś więcej niż tylko muzyki zdominowanej przez Józefa Skrzeka (teraz z utęsknieniem wypatruję płyty z zapisem występu w Filharmonii Szczecińskiej). Wiadomo, że w roku 1978 już od kilku lat klawiszowe imperium lidera zespołu było na pierwszym planie…
Na swoje usprawiedliwienie dodam, że Live in Sopot 1978 chciałem kupić już kilka lat temu, ale SBB mają oddanych fanów i nie zdążyłem tego zrobić.
Tak…
Czy ktoś wspominał o oddanych fanach?

PS. O drugiej płycie w zestawie Live in Sopot 1978. Extended Freedom – innym razem.

Grupa Niemen „Vol. 1” i „Vol. 2”

Są muzycy, którzy przez cały swój żywot artystyczny nie wychodzą poza określone ramy. Albo wychodzą, ale nadal trzymają się swojej ścieżki. Są też artyści, o których powiedzieć, że przekraczają granice, to mało. Niewątpliwie do tej ostatniej grupy  zaliczyć należy Czesława Niemena. Stawiając obok siebie jego debiut płytowy z 1967 roku pod tytułem Dziwny jest ten świat z wydanymi pięć lat później – jednocześnie – Niemen Vol. 1 i Niemen Vol. 2 (znanymi też jako Requiem dla Van Gogha i Marionetki, a w wersji na jednej płycie kompaktowej – Marionetki), przekonamy się, że te dwa (Vol. 1 i Vol. 2 należy traktować jako jedną, nierozłączną całość) dzieła łączy tylko nazwisko artysty i jego głos.
Dyskografię Niemena zacząłem poznawać właśnie od albumów Dziwny jest ten świat oraz Marionetki (w wersji na płycie kompaktowej z 2007 roku). Pierwszy kupiłem pod wpływem opinii, że to dzieło wybitne oraz dla utworów – tytułowego i Wspomnienie, natomiast drugi, ponieważ Niemenowi, Helmutowi Nadolskiemu i Andrzejowi Przybielskiemu wówczas towarzyszyli Apostolis Anthimos, Jerzy Piotrowski i Józef Skrzek (czyli przyszłe SBB).
Tak naprawdę pierwsza z wymienionych płyt – jako całość – zawsze mnie nudziła, a tytułowy utwór zestarzał się szybciej, niż mógłbym się spodziewać. Inaczej Marionetki – od dziesięciu lat wciąż jest to kilkadziesiąt minut muzyki niełatwej, niekomercyjnej, nieprzewidywalnej i fascynującej zarazem. Ze szczególnym wskazaniem na Nadolskiego, jego kontrabas i utwór Requiem dla Van Gogha.
Na swoje potrzeby zawartość Marionetek nazwałem free rockiem. Przyznać też należy, że na tym albumie mamy przedsmak tego, co w 1974 roku słuchaczom zaoferuje trio SBB.
Czesław Niemen (tekst we wkładce do albumu Marionetki; 2007, Polskie Radio SA): Lata siedemdziesiąte były okresem dalszego „pochodu awangardy”. Ultra nowoczesność muzyki konkretnej przestała szokować, zaczęto więc łączyć przysłowiowy ogień z wodą. Kierunek „postępu” zmierzał do pomieszania gatunków, ucieczki przed dyktatem krytyków-klasyfikatorów. To też i muzyka z mojej szufladki, w poszukiwaniu świeżego powietrza wkrótce umknęła jakiejkolwiek klasyfikacji. Uprawiana przeze mnie podkasana „muzyka niepoważna”, jak nazwał ją Roman Waschko, zaczęła poważnieć w takim tempie, że w połowie wspomnianej dekady wyrżnęła czołowo w ścianę niezrozumienia ze strony wielu dotychczasowych zwolenników mojego papugowania… Zanim jednak to się stało, podszepty znudzonego diabełka „modernsnobizmu”, natłoczyły mi do głowy tyle różnobarwnego szumu, że nastroiłem uszy na wszystko, co w muzyce niespotykane… .

Od niedawna jest dostępna reedycja Vol. 1 i Vol. 2, wydana przez Warner Music Poland. Może to początek, a ja doczekam się wznowienia albumów Strange Is This World (1972) oraz Aerolit (1974)?

Corr i Cela Nr 3 „Na soli”

Corr z Inowrocławia i bardziej znana Cela Nr 3 z Grudziądza na zakończenie pierwsze dnia 13. Zlotu Motocyklowego Na soli (Inowrocław, 30 czerwca). Tam warto było być – niech żałują ci, którzy przestraszyli się ołowianych chmur i zimna.
Różne podejście do grania. Gwiazda wieczoru – jednorodna stylistycznie, klasycznie punk rockowa z zestawem utworów, których nie mogło zabraknąć i kilkoma bisami. Corr – gar, w którym przegryzają się style. Yoga – gitara, Pająk – bas, Kasia – wokal, Ignatz – perkusja, Kuba – gitara. W pierwszej części zagrali szybko i ciężko, w drugiej natomiast bardziej klimatycznie, zimno-falowo i… bardzo przebojowo – utwór, w którym pojawił się taki oto fragment tekstu: Czy kochasz swój kraj (Kasia Osuch zażartowała: Mamy hicior). Na bis niespodzianka – Wild Thing.


3/5 grupy Corr. Od lewej: Pająk, Ignatz, Kasia (rozmowa z Kasią – tutaj, a z Pająkiem – tutaj)

 

1/2 grupy Cela Nr 3

Dni Strzelna 2017: Reflection

W lutym napisałem o zespole rockowym, który działa pod egidą Miejsko-Gminnego Ośrodka Kultury i Rekreacji w Strzelnie (więcej tutaj). Wówczas nie mieli nazwy. Dzisiaj nadal jej nie mają – na występ w ramach tegorocznych Dni Strzelna nazwali się Reflection.
Jak w przypadku Michelsona w wieży wodociągowej – nie było mi dane tam być. Był Sławomir Tarczewski:

Reflection to: Bartłomiej Kubiak – gitara basowa; Arkadiusz Kubiak – gitara; Adam Szymański – śpiew i gościnnie Mateusz Senderowski – bębny. W tym składzie 17 czerwca na placu targowym podczas Dni Strzelna 2017 lekko spięci, ale po przełamaniu czkawki drobnych pomyłek, zagrali kilka podstawowych kawałków śląskiego zespołu Dżem i ponadczasowe Dorosłe dzieci z plejlisty poznańskiej grupy Turbo. Celowo przysłuchiwałem się Adamowi Szamańskiemu, gdyż kilka dni wcześniej Bartek Kubiak opowiadał mi, jak to decyzja o włączeniu tego chłopaka do zespołu zapadła, po odsłuchaniu jego możliwości na konkursie piosenek dla dzieci, zdaje się. Na scenie pokazał się jako potencjalny dobry śpiewak, oby rockowy, choć musiałby też trochę wejść w życie rockowe, aby nie tylko czuć szacunek do tej muzyki, ale być tą muzyką. No i ćwiczyć nieustająco. Gitara i sekcja dały słuchaczom dobrze poczuć bluesa na karku. Wprawdzie na widowni było nas kilkoro razem z dziećmi, bo i pora zbyt wczesna, do niedawna jeszcze występujące ulewy zniechęciły strzelanin, zagroda piwna też ściągnęła swoich amatorów, a i prawie wszyscy szykowali się na wieczorny występ CLEO. W drugiej części występu Reflection, zamiast Adama, gościnnie przy mikrofonie wystąpił Łukasz Ślesiński, który w dość brawurowy sposób wyśpiewał m. in. Warszawę T.Love i Peggy Brown Myslovitz. Było dobrze!!! Dodać trzeba, że stałym pałkerem w Reflection jest grający równocześnie w legendarnym zimnofalowym Ivo Partizan, nasz strażak Krzysztof Wrzesiński.

Dni Strzelna 2017: Lux Vera wszechstronna

Kilka miesięcy temu swoje granie podzielili na trzy nurty, a na zorganizowanym 16 czerwca – w ramach Dni Strzelna 2017 – koncercie zaprezentowali się w trzech wcieleniach. W kościele św. Trójcy była mowa o uwielbieniu, kompozycjach do poezji ojca Kazimierza Łabińskiego i muzyce opartej na starych tekstach (więcej tutaj), natomiast w ubiegły piątek – w sali strzelneńskiego Miejsko-Gminnego Ośrodka Kultury i Rekreacji – o poezji śpiewanej (utwory do prac laureatów jednej z edycji konkursu Ogólnopolskie Literackie Spotkania Pokoleń Kruszwica – Kobylniki), pieśni religijnej (w trzech częściach Hymn do matki do słów ojca Łabińskiego) i poezji patriotycznej (Modlitwa o wschodzie słońca Kaczmarskiego, Taki kraj Pietrzaka i Psalm stojących w kolejce Prońko); na koniec zagrali jeszcze Rzuć wszystko co złe Wodeckiego.
Czy ta muzyczna wszechstronność doprowadzi zespół do tego, że na warsztat wezmą kilka punk rockowych klasyków? Na przykład Lux Vera gra Niezwyciężonego Armii – jestem przekonany, że wyszliby z tego obronną ręką. Być może ich granie bywa stylistycznie przekombinowane (opinia jednego z uczestników piątkowego koncertu), może niekiedy warto spróbować „okroić” instrumentarium, ale każdym występem udowadniają, że nie boją się wychodzić poza prowincjonalne schematy muzyczne. Po koncercie ktoś powiedział: Lubię Lux Verę. Gdzie oni – tam ja. Podpisuję się pod tym.
Lux Vera: Iwona Jasińska (wokal), Leszek Iwiński (bas), Arkadiusz Kubiak (perkusja, instrumenty perkusyjne, klawisze), Maciej Nowak (gitara), Piotr Barczak (puzon, klawisze), Andrzej Kortas (klarnet, wokal).