„AlterBiba”. Pierwiastek alternatywny

Jakieś plany na pierwszy niedzielny wieczór listopada? Proszę zanotować: aleja Niepodległości w Inowrocławiu (budynek Hali widowiskowo-sportowej), Kropa Pub, godz. 18:00 – Ivo Partizan, Corr i MegaraŻ.
AlterBiba to inicjatywa członków grupy Corr. Za całość odpowiada basista, Wojciech „Pająk” Krzyżanowski:
Od dłuższego czasu kołatała się w mojej głowie myśl, aby organizować w naszym mieście cykl koncertów, podczas których mogłyby się zaprezentować również młode zespoły z naszego regionu. Koncertów, na które zapraszane byłyby kapele grające muzykę inną niż ta, którą usłyszeć można na co dzień w radio czy w telewizji. Stąd pomysł, aby w nazwie był pierwiastek alternatywny.
Bardzo dobra współpraca z inowrocławskim klubem Kropa Pub, w którym odbędzie się koncert, zapowiada bardzo interesujące wydarzenie.
Póki co, obyło się bez sponsorów i wsparcia ze strony różnych instytucji. Kiedy spotka się na skrzyżowaniu dróg kilku zapaleńców, pozytywnie zakręconych szaleńców, to może się zdarzyć, że zrobią wszystko, aby znowu coś wykombinować [śmiech]. A tak poważnie, to dzięki osobom, które poświęcają swój czas oraz fundusze, istnieje możliwość, aby organizować tego typu imprezy. Zawsze w takim momencie ktoś jest pominięty, ale chciałbym podziękować w szczególności Oskarowi oraz Brynolowi.
Na koniec to, co najważniejsze – zespoły. Kapele, które wystąpią podczas tego koncertu, reprezentują bardzo podobne nurty. Gatunki, w których się obracają bardzo dobrze się uzupełniają. MegaraŻ to ogromna dawka energii, potężna sekcja, ostre, gitarowe riffy, vintage’owy bas. Corr – psychodeliczna gitara połączona z ciężkim brzmieniem oraz delikatny, kobiecy wokal, mieszanka wybuchowa. No i gwiazda wieczoru – Ivo Partizan, legenda alternatywnej sceny, laureat jarocińskiego festiwalu w 1985 roku. Pojawią się znane utwory, jak „Mengele” czy „Zabij ten czas” oraz te współczesne, na przykład „Kobieta żul”, czy „Ezoteryczna”. Klimat jaki stworzą na pewno zostanie w naszych głowach przez długi czas.


„Extermination, Zagłada czy coś takiego”

Pewnego dnia Maciej Piechocki trafił na stronę nowyhoryzont.blog.pl. A dokładnie na szóstą z kolei rozmowę w ramach projektu Złota era rocka w Strzelnie  – ze Sławomirem Tarczewskim. Sławek był między innymi członkiem grupy Extermination, w której udzielał się też… Maciej Piechocki. Efekt? Maciej udostępnił kilka zdjęć. Dołożyłem jedno ze zbiorów Sławka Tarczewskiego i… po raz kolejny wspominamy Extermination.
Niestety, nie od wszystkich członków grupy udało się uzyskać zgodę na opublikowanie wizerunku.


W tle: fragment Parku 750-lecia w Strzelnie (fot. ze zbiorów Macieja Piechockiego)

Jacek Łuczak (Strzelno: rozmowa pierwsza. Jacek Łuczak – „Był moment, że Strzelno słynęło z tych koncertów”, nowyhoryzont.blog.pl, wpis z 4 czerwca 2013 roku): […] ze Sławkiem Tarczewskim założyliśmy zespół – Sławek na wokalu, ja na perkusji, Robert Szczepaniak na gitarze i jeszcze jeden chłopak, Piechocki chyba się nazywał […], taki długowłosy, metalowiec klasyczny – on na basie grał. Nazwaliśmy się, to chyba Sławek Tarczewski wymyślił – Extermination, Zagłada czy coś takiego. To był taki epizod – końcówka Liceum, klasa maturalna, graliśmy może z pół roku. Też mieliśmy próby, w Kinie były jakieś koncerty. Pamiętam, że w Amfiteatrze był taki dzień punkowy czy coś takiego, poprzyjeżdżały zespoły punkowe z Mogilna, z Inowrocławia i my też wystąpiliśmy.

Sławomir Tarczewski (Strzelno: rozmowa szósta. Sławomir Tarczewski – „okładka z Baphometem”, nowyhoryzont.blog.pl. wpis z 29 sierpnia 2013 roku): W moim wieku był Robert Szczepaniak. Ja go poznałem przez Darka Piechockiego, który wtedy siedział w środowisku mogileńskim – on z Mogilna pochodził, a jego ojciec się tu przeprowadził, bo był nadzorcą i zarazem pracownikiem Mogileńskiej Fabryki Mebli [….], mającej zakład koło Kina. A Mogilno miało większy dostęp do muzyki przez to, że tam linia kolejowa i Poznań raz dwa był. Darasa w Strzelnie spotkałem tak jakoś przypadkiem. Oni się dowiedzieli, że ja jestem na Śląsku, że mam tę muzykę – coś tak było, nie pamiętam dokładnie. Oni siedzieli w Venom. Ja też Venom znałem, ale to był taki łomot, że ja jeszcze nie byłem zdolny tego słuchać, a oni naprawdę Venom lubili (śmiech). W pewnym momencie mówią – Jesteśmy tutaj, w Strzelnie, dalej – zakładamy kapelę. Darek Piechocki był na perkusji, Robert Szczepaniak na gitarze, ja na wokalu i Jacek Łuczak na perkusji – nasz pierwszy koncert z Jackiem.


Fot. ze zbiorów Macieja Piechockiego

Sławomir Tarczewski (Strzelno: rozmowa szósta…): Nawet w paru fanzinach informacje są – mam gdzieś te wszystkie artykuły. W Liceum, w takiej sali na górze, nagraliśmy tak zwane Official Rehearsal, czyli Oficjalna taśma demo z próby. To były 4 utwory, okładka z Baphometem – obraz Francesko Goi Sabat czarownic. Gdzieś to mam – muszę w piwnicy poszukać, bo mam takie teczki. W fanzinach też to jest, bo demo wysyłaliśmy do fanzinów, wtedy tylko do polskich fanzinów, bo za granicę nigdzie nie wysyłałem. Ukazały się jakieś recenzje. To nie było nic oryginalnego, takie pierwsze granie. Solówek oczywiście żadnych, bo żadnego warsztatu chłopaki nie mieli na gitarach. Teksty sam pisałem. Raz przerobiłem jedną z pieśni kościelnych, pogrzebowych właściwie – Anielski orszak (śmiech). W ogóle te pieśni kościelne, jak się to odpowiednio zaaranżuje, to jest taki doom metal, że aż się w głowie nie mieści. Na tym się wzorują do dzisiaj najlepsze zespoły, na przykład Black Sabbath czy grupy japońskie typu Church Of Misery.


Fot. ze zbiorów Macieja Piechockiego

Sławomir Tarczewski (Strzelno: rozmowa szósta…): Właściwie było tak, że Jacek Łuczak niechętnie z nami występował. Gdy przyszło do koncertu to, nie wiem czy to można tak mówić, ale ktoś mu nie pozwolił grać, albo coś takiego. Jak zagraliśmy w Amfiteatrze to pani Maria Nowak, co uczyła muzyki […], była zszokowana i odeszła, tak ostentacyjnie nawet, a ludzie słuchali sobie, brawo bili… Pamiętam jej minę, jak patrzyła (śmiech)… A pan Kwiatkowski, wtedy dyrektor Domu Kultury, nam pogratulował, mówi – Jak pan może tak się drzeć? (śmiech). […] Wtedy jeszcze mój ojciec żył – to musiał być gdzieś ’90 rok. Graliśmy my, grał zespół „Zygi” i Macieja Michalaka, ten bluesowy [Strzelno. Rozmowa osiemnasta. Maciej Michalak: „Blues! Przede wszystkim”, nowyhoryzont.blog.pl, wpis z 20 marca 2016 roku] – oni covery Dżemu grali, różne takie rzeczy, potem jeszcze parę innych zespołów, pan Kotecki ze swoim repertuarem – była potańcówa. My ze swoim metalem otwieraliśmy koncert, darłem się w niebogłosy. Fajnie było. Przyjechali ludzie z Mogilna, pierwsze pogo w Strzelnie chyba wtedy było (śmiech), bo kto to miał robić wcześniej (śmiech) – szaleli, pierwsze naszywki na plecach, takie dżinsowe bezrękawniki. Darek Piechocki wtedy był na perkusji, jego kuzyn z Mogilna przyjechał pomóc nam na basie – Maciej Piechocki się nazywał. A Jacek nie pojechał chyba z nami na żaden koncert, może raz do Janikowa… Nie pamiętam, czy on się wtedy odważył, ale chyba pojechał do Janikowa, do Ośrodka Kultury – była taka wymiana między Domami Kultury w Strzelnie i w Janikowie. To też był dobry koncert, taki typowo metalowy. Grał zespół z Janikowa, Nostradamus się nazywał, potem jeszcze jakiś inny, ale już nie pamiętam nazwy. My graliśmy, zdaje się, jako gwiazda, czyli na końcu. Wyskoczyliśmy coverem szwajcarskiego Samaela. Byliśmy zainspirowani nowymi kapelami, jakie się pojawiły – Samael czy Paradise Lost, a chłopaki potrafili zrobić klimat tego ciężkiego brzmienia i tej surowości. Na scenie zresztą adrenalina działała, człowiek dawał z siebie wszystko, mimo że to było na pewno amatorskie. W ogóle zagraliśmy może z 5 koncertów. W Strzelnie na pewno były 2. Próby mieliśmy w budynku Straży Pożarnej […] i w Kinie. Oczywiście nie chcieli nas słuchać, bo za głośno hałasowaliśmy (śmiech). […].
Mieliśmy właściwie 4-5 utworów, cały czas je graliśmy… Z Extermination, tak jak ze wszystkimi kolejnymi zespołami – widać, że nie dane mi było zostać muzykiem i tyle (śmiech). Chłopaki na pewno chcieli grać, najbardziej Darek Piechocki. Ja na wokalu, bo mi to najbardziej pasowało. Próbowałem też się uczyć na basie […].

Maciej Piechocki: Powstanie grupy Extermination to owoc potężnej, bardzo zbuntowanej, krystalicznej pasji. Pasji do muzyki oraz całego powiewu świeżości i mądrości, którą ze sobą niosła. Kraina czarów, w której lądowałeś po zapodaniu pierwszych nut w głośnikach.
Wiedzy jak grać i dobierać dźwięki nie mieliśmy za grosz, ale po co komu wiedza, kiedy muzyka wypełnia całe Twoje życie.
Ja miałem gitarę. Często siedziałem z nią u Krzyśka Małeckiego, który to uczył i ujawniał, o co w tym chodzi. Krzysztof wyprzedzał nas o lata świetlne jeśli chodzi o umiejętności gitarowe.
Graliśmy u Krzyśka w domu albo u mnie na działce. Pojawiał się Darek i perka. Kilka prób mieliśmy w Mogileńskim Domu Kultury.
Pożyczaliśmy też sprzęt od Ryśka Kiercza (Ivo Partizan) – cały garaż sprzętu za butelkę wina (he he).
Darek zamieszkał w Strzelnie. Po negocjacjach ze swoim ojcem garaż mieliśmy do dyspozycji. Perka, gitara, ja i Darek. Po jakimś czasie pojawił się Robert – miły człowiek, który dokooptował na próby lampową Vermone (ogień!). Próby przeniosły się do remizy, kina.
W tym czasie wyłania się następna postać – Sławek – sympatyczna postać. Potrafił zaskoczyć – mieć muzykę, której w Mogilnie jeszcze nie mieliśmy (pierwsza płyta Sarcofago!). Wynikało to chyba z jego szkolnych kontaktów w Tychach, gdzie – jak pamiętam – pobierał naukę. W podejściu do muzyki wnosił trochę innego światła.
Zagraliśmy wspólnie koncert w Janikowie w 1990 lub 1991 roku. Sławek –  vocal, Robert – bass, Darek – perka, ja – gitara. Pamiętam, że graliśmy jako ostatni band (gwiazdy, he he). Przyjechało z 30 osób z Inowrocławia  (Czarny, Tytus … i tak dalej. Później ich poznałem, zresztą z Tytusem za jakiś czas udało mi się uczęszczać do jednaj klasy – pozdrawiam przy okazji, gdziekolwiek jest). W czasie naszego występu wyglądało to bardzo sympatycznie. Chłopaki dali czadu pod sceną. Rzucali piórami i tak dalej.
Wiesz, ja miałem 15 lat – to musiało robić wrażenie.
Później koncert w Strzelnie, przyjechałem z odpowiednim składem z Mogilna. Niestety nie grałem (nie pamiętam dlaczego), ale za to poskakaliśmy troszkę z chłopakami pod sceną, co w połączeniu z rodzajem hałasu wydobywającego się z głośników spowodowało opuszczenie koncertu przez większość gawiedzi tubylczej. Udali się do swych spokojnych domostw, co my uznaliśmy za bardzo dobry znak.
Był to przedziwnie kolorowy czas, czas magiczny, w którym obowiązywały bardzo konkretne zasady. Mieliśmy swój kodeks i swoją muzykę. Mieliśmy Pasję.
Później pojawiły się kobiety…


Fot. ze zbiorów Sławomira Tarczewskiego

Z dziennika pewnego zgreda: Quebonafide i inni w Mogilnie

W.O.E.K., Rockin’ Style Crew, Musiel / Emce, Huku + LiveBand, Quebonafide
Amfiteatr w Mogilnie, 24 sierpnia
Organizatorzy: Mogileński Dom Kultury, Mogileńskie Porozumienie Społeczne, Młodzi Demokraci
Patronat honorowy: Burmistrz Mogilna Leszek Duszyński

Zróbcie hałas!, Zróbcie dla nas hałas!, Zróbcie ogromny hałas! i tym podobne. Albo: Od lewej, do prawej, od lewej do prawej, od lewej do prawej. Rzadziej: Zróbcie światło (tego się już nie robi zapalniczkami). I jeszcze – to już bardziej uniwersalne: Łapy w góreeee!!!!.
Nie ma sensu wskakiwać w buty Statlera i Waldorfa z The Muppet Show – każda muza ma swoje rytuały, a każde pokolenie swoją muzę. W.O.E.K., czyli mogilnianin Krystian Wołek już na samym początku wykrzyczał: Pieprzę twoje hejty, jeśli miałbym być szczery. Wyłącz to jak chceszdroga wolna, bardzo proszę. Koniec, kropka.
Zgadza się, pchany ciekawością nie czułem się dobrze w kilkutysięcznym tłumie nastolatków. Ale prawdą jest też to, że nie wszystko z tego, co zobaczyłem i usłyszałem mi się nie podobało: W.O.E.K. w utworze ze słowem „szepty” w tekście. Musiel / Emce z towarzyszeniem rockowego Free Road. Huku + LiveBand z Wiktorem Mazurkiewiczem w składzie – gra na perkusji gościa zespołu, Mikołaja Toczko (syn Krzysztofa „pARTyzanta” Toczko) i wręcz blacksabbathowy kawałek na zakończenie.


Teraz już wiem, co odpowiedzieć, gdy przy okazji jakiegoś spotkania czy uroczystości ktoś spyta – „Gdzie jest młodzież?”: Na koncercie Quebonafide i tych, którzy grają przed nim

Wiktor Mazurkiewicz: „To wszystko idzie na żywo”

Co nowego u Wiktora Mazurkiewicza?

***

Ciągle uprawiasz to swoje prog metalowe poletko, a głównym drogowskazem jest Dream Theater?
Doszło Riverside. Przez to, że znam dobrze Maćka Mellera, który teraz gra w tym zespole na gitarze za zmarłego Piotrka Grudzińskiego, to wszedłem w nich trochę głębiej – kiedyś znałem może dwie płyty, a teraz całą dyskografię mam w głowie. Zespół Haken też śledzę. To, co Mike Portnoy robi, chociażby trasę The Shattered Fortress na swoją pięćdziesiątkę – to jest mistrzostwo świata. Iamthemorning – rosyjska wokalistka, w duecie z pianistą (oni będą na Ino Rock Festival 2017). Oczywiście Meller Gołyźniak Duda – ich płyta Breaking Habits to dla mnie kosmos. Z tego też czerpię.

Dzisiaj zagrałeś [19 lipca 2017 roku, Amfiteatr Letni w Parku Miejskim w Mogilnie] kilka utworów z zapowiadanej swojej trzeciej płyty. Różnią się od tego, co nagrywałeś do tej pory – są bardziej nastrojowe, jest w nich więcej tak zwanego klimatu.
Tak.

Zapowiedziałeś, że to będzie album dwupłytowy.
Jeszcze nie jestem o tym do końca przekonany, ale na 85% tak będzie.

Mogę spodziewać się płyty na długie wieczory?
Może powiem tak: część płyty będzie zupełnie inna. Pierwsza dotyczyć będzie jednego dnia, a druga – już dłuższego okresu czasu. To będzie płyta inspirowana militariami i konfliktem na Bliskim Wchodzie, co dzisiaj było słychać – przy pierwszym utworze (Week Trial) pojawił się wojskowy marsz, oczywiście też w polirytmii. Postaram się zrobić orkiestrację. Oczywiście, możliwości nie pozwalają mi na nagranie tego z całą orkiestrą symfoniczną – jadę na wtyczkach.


 

Wiesz już jak zatytułujesz ten album? Kiedy się ukaże?
Tytuł: Some Steps to Terrible Nightmare. Kiedy się ukaże? Nie mam pojęcia, bo chciałbym powalczyć… [chwila zastanowienia] bo to jest płyta, do której chciałem dorosnąć. Pierwsze utwory powstawały zaraz po wydaniu Home, ale uznałem, że to jest dla mnie tak potężny projekt, że potrzeba czasu. Nie chcę powiedzieć, że to będzie za pół roku czy rok, bo może być za pięć lat. Chcę wydać dojrzały album, który będzie naprawdę perfekcyjny, taki jak to sobie ja wymarzę. No i też nie mam na to aż tyle czasu.

Some Steps to Terrible Nightmare planujesz wydać jak dwie poprzednie płyty, czyli własnym sumptem, czy rozglądasz się za wydawcą?
Chciałbym już mieć legal. Będę uderzał do kliku rockowych wytwórni w Polsce, a może nawet zagranicznych. Kto wie, może się uda.

W trakcie dzisiejszego koncertu wspomniałeś o wyróżnieniu, jakie zdobył twój drugi album –  Carpie Diem.
To był plebiscyt stworzony przez pana Grzegorza Bryka, felietonistę Magazynu Gitarzysta. Na blogu Półka z winylami zrobił takie zestawienie najlepszych polskich albumów roku 2016. Niestety, nie wygrałem, ale byłem w ścisłej czołówce. I to jest dla mnie zaszczyt, bo w tym zestawieniu znaleźli się Meller Gołyźniak Duda za Breaking Habits czy Tides From Nebula za Safeheaven.

Zacne grono. Autor Półki z winylami przygotował zestawienie, a czytelnicy głosowali?
On oceniał. Napisał krótką recenzję dotyczącą albumu. To nie było zestawienie tylko wielkich płyt, które były wyczekiwane, które miały jakąś swoją otoczkę medialną, ale też płyt zwykłych gitarzystów, takich jak ja, którzy nagrywają sobie gdzieś w domu, w małym mieście, wydają własnym sumptem czterdzieści czy pięćdziesiąt egzemplarzy i rozprowadzają między znajomymi.

 

Półkowy Polski Album Roku 2016 (polkazwinylami.blogspot.com, wpis z 14 stycznia 2017 roku; wynotowane 27 lipca 2017 roku): Może i Wiktorowi Mazurkiewiczowi okładka do „Carpie Diem” nie wyszła, ale muzycznie to bez kozery fajne granie. Sporo wychodzi u nas takich płyt. W sensie od gitarzystów, którzy wszystko montują sami, a materiał nagrywają w zaciszu własnego pokoju, gdzie na ścianie wisi plakat Satrianiego albo Johna Petrucciego z lśniącą od potu klatą. To już pasja granicząca z szaleństwem, a przede wszystkim miłość do gitary, bo Wiktor Mazurkiewicz to właśnie jeden z tych świrów, którzy biorą do łapy gitarę i wyczyniają na jej gryfie kosmiczne rzeczy, które można by zawrzeć w granicach gitarowego rocka progresywnego. „Carpie Diem” to właśnie jeden z tych domowych produktów. Wchodzi gładko, bez popity, ryja nie wykrzywia, a momentami potrafi nawet przyprawić o ciarki na plecach. Graj i nagrywaj dalej Wiktor, bo świetnie ci to wychodzi!

 

Od roku mnóstwo czasu spędzasz w Poznaniu, bo tam studiujesz. Tam też jesteś aktywny muzycznie. Opowiedz o tym, bo to twoje „poznańskie granie” stylistycznie różni się od tego, co robisz pod szyldem „Wiktor Mazurkiewicz”.
Poszedłem w hip-hop. To nie jest taki typowy rap, ponieważ mamy własny liveband. Świetna ekipa, każdy z chłopaków jest profesjonalistą. Nasz raper Huku jest bardzo uzdolniony muzycznie. Z wykształcenia jest realizatorem dźwiękowym, kiedyś grał z Kamilem Bednarkiem (kiedy Kamil nie był jeszcze aż tak znany), bo jest też beatboxerem, był wokalistą w zespole Element Dekoracyjny Miasta. Jeśli chodzi o rap, Huku jest dla mnie mistrzem świata. Szkoda, że przez innych trochę niedocenionym. Jest Jarek, perkusista – bardzo doświadczony muzyk (on pewnie gra dłużej, niż ja żyję). Podobnie basista Piotrek. Mamy jeszcze DJa Michała, który też świetnie sobie radzi. Jest Łukasz, który jest „hypemanem”, czyli podbija Huka.
W ogóle to wszystko zaczęło się w Mogilnie [śmiech]. W sierpniu ubiegłego roku Huku grał tu przed Quebonafide, a ja wystąpiłem z Musielem, Emce i KreTem. I wtedy chłopaki mnie zauważyli. To też fajna historia [śmiech]. Chciałem do nich pisać, ale dopiero po pierwszym roku studiów, żeby tak okrzepnąć w Poznaniu, bo to wszystko nowe – samodzielne mieszkanie i tak dalej. A oni napisali do mnie już w grudniu. Propozycję odrzuciłem. Wzięli jakiegoś gitarzystę, ale zdaje się, że po dwóch próbach z niego zrezygnowali. W styczniu napisali do mnie jeszcze dwa czy trzy razy. No to odpisałem: Jasne, na jedną próbę mogę [śmiech]. Po pierwszej próbie, kiedy to znałem trzy utwory promujące płytę Arka na YouTube, byliśmy już fajnie zgrani, taką chemię załapaliśmy.

Najbliższy koncert Wiktora Mazurkiewicza solo?
Nie ma. To wszystko idzie na żywo, w środę dostaję telefon, że za dwa tygodnie gram. Na razie nie myślę o tym, bo się skupiamy na Huku – planujemy trasę koncertową, ale dopiero jesteśmy na początku ustalania wszystkiego.

(lipiec 2017)

Mogilno: Gorczyca i Przyjaciele / Wiktor Mazurkiewicz

Łukasz Gorczyca: Zapraszamy na kilka chwil z muzyką ilustracyjną z płyty „Gorczyca i przyjaciele”. Kuba Szturm (gitara), Tomek Dominik (perkusja) i wspomniany Łukasz Gorczyca (bas) zaprezentowali między innymi utwory Utor utor i Luxury Hotel. Jazz, funk, trochę bluesa, gitara i bas – na zmianę – pełniły rolę instrumentów prowadzących. Warto poznać ten wydany w ubiegłym roku album.
Druga część koncertu to Szturm – Dominik – Gorczyca z gośćmi. W pewnym momencie wokalista Arek Kłusowski powiedział: Ma nadzieję, że co niektórzy to znają, a jeśli nie, to my dzisiaj jesteśmy takim wehikułem czasu. Ma facet poczucie humoru. Gary Moore i jego Still Got The Blues, Oh Pretty Woman, Parisienne Walkways – ktoś nie zna? Zdaje się, że Jack Moore zagrał na gitarze odziedziczonej po swoim ojcu.
Na koniec utwór projektu stworzonego przez wymienionych muzyków (nie wiem, czy dobrze zapisuję nazwę) – EMG. Zmiana klimatu, ale nie potrafię znaleźć żadnego skojarzenia. Arek Kłusowski: Niedługo na Spotify, YouTube i tych różnych wszystkich dziwnych rzeczach, platformach online będzie można posłuchać utworu. Nie pozostało nic innego, jak poczekać.
Był też bis. I kolejny klasyk – No Woman No Cry.
Przed Gorzycą i jego Przyjaciółmi wystąpił Wiktor Mazurkiewicz. Między innymi utwory z dorobku jego ulubionych artystów: Scene Two: I. Overture 1928 Dream Theater oraz coś z dorobku gitarzysty zespołu, Johna Petrucciego. A także kilka kompozycji z przygotowywanego przez gitarzystę z Mogilna trzeciego albumu solowego – i tu już usłyszeliśmy nie tylko prog metal, z którym jest on kojarzony (więcej na ten temat – na Zapiskach Muzycznych już niebawem).
Koncert w Amfiteatrze Letnim w Parku Miejskim w Mogilnie został zorganizowany przez Mogileński Dom Kultury (sponsor strategiczny – Gas Storage Poland). Sympatyczny 19 wieczór lipca roku 2017. Kiedy kolejne?


Od lewej: Jack Moore, Kuba Szturm, Łukasz Gorczyca

 

Wiktor Mazurkiewicz

Piotr Barczak: Poturba, Lux Vera, Dixie Team

Siódmego kwietnia minął termin nadsyłania zgłoszeń do XX Konkursu Muzyki Folkowej Polskiego Radia Nowa Tradycja. Konkurs jest integralną częścią festiwalu folkowego o tej samej nazwie. Gdy na portalu polskieradio.pl znalazłem informację o naborze, w głowie zakołatało pytanie: czy Piotr Barczak czegoś nie kombinuje w tym kierunku? Bo Nowa Tradycja kojarzy mi się właśnie z nim – w końcu lat dziewięćdziesiątych,  wraz ze strzelneńskim zespołem Do Widzenia spróbował swoich sił w tym konkursie, a festiwal nierzadko przewija się w muzycznych rozmowach z Piotrem.
Spytałem go o Poturbę, bo ten zespół folkiem stoi. Głównym problem w zespole Poturba są próby, a raczej ich brak. Wiedzieliśmy o naborze do „Nowej Tradycji”, ale brak spotkań, a co za tym idzie wyćwiczenia programu spowodował, że nagrany w Inowrocławiu materiał był dość słabej jakości i zdecydowaliśmy go nie wysyłać. Co zarejestrowali? Nagraliśmy cztery nasze stare opracowania pieśni kujawskich, głównie ze zbiorów Kolberga.
Poturba to Andrzej Kortas i Mirosław Marczyński (obaj z Inowrocławia) oraz Piotr Barczak (Strzelno). Czyli od niezapomnianego koncertu w rotundzie św. Prokopa w Strzelnie sprzed prawie roku, kiedy to wystąpili – nie pierwszy i nie ostatni raz – wspólnie z zespołem ludowym Kruszowianki, nic się nie zmieniło. Plany mamy takie, aby ćwiczyć, bo ostatnio nic razem nie gramy – chcemy nowe utwory zrobić. Planów koncertowych nie ma (chyba że coś wpadnie). Płyta? Na razie nie planujemy, bo materiał wymaga dobrego wyćwiczenia.
Tyle Nowa Tradycja.
Wiadomo, że Poturba to niejedyna grupa z Piotrem Barczakiem w składzie. Skorzystałem więc z okazji i w naszej – prowadzonej za pośrednictwem Internetu – rozmowie pojawił się wątek grup Lux Vera (Strzelno) i Dixie Team (Mogilno).
Z Lux Vera działamy prężniej. Po odejściu Waldka Krystkowiaka na jego miejsce wskoczył Adam Szymański [klawisze – przyp. RB]. Cały czas robimy nowe piosenki do słów księdza Łabińskiego. Może będzie ich tyle, że jakąś płytę będzie można zrobić. Kłopot jest, gdzie tą muzykę grać, bo nie jest ona łatwa i przyjemna (takie wiersze, co zrobić), a jednocześnie nie na tyle awangardowa, żeby na przykład w Mózgu w Bydgoszczy ją zagrać.
O tym, że twórczość grupy nie należy do nurtu „muzyka łatwa i przyjemna”, przekonałem się na koncercie w kościele św. Trójcy w Strzelnie, w październiku 2016 roku (o koncercie tutaj). Nie oznacza to jednak, że grać przestali. W grudniu – z okazji rocznicy stanu wojennego – zagraliśmy koncert z opracowanymi przez zespół utworami patriotycznymi (między innymi Kaczmarski, Pietrzak), a w świątecznym czasie trzy koncerty z naszymi pastorałkami. A jeśli chodzi o plany na przyszłość to w maju może się uda z innymi zespołami (wstępne rozmowy już zostały przeprowadzone) zorganizować koncert pieśni maryjnych z okazji objawień fatimskich. Może to być nawet kilka koncertów w różnych miejscach.
A Dixie Team? Grupa działa, koncertuje, ale… już bez Piotra Barczaka w składzie – na dzisiaj dla niego to rozdział zamknięty. Ale różne rzeczy się w jazzie tradycyjnym zdarzają, bo – na przykład – z Old Dixieland Players też przy końcu lat dziewięćdziesiątych odszedłem, ale około 2010 roku ponownie byłem w składzie tego zespołu.

XVII Mogileńskie Spotkania Plastyczne. Lilly Hates Roses i „Mogileńska Scena Muzyczna”

Trwa kolejna edycja Mogileńskich Spotkań Plastycznych. Z programu wybrałem koncert Lilly Hates Roses (25 marca) i otwarcie wystawy pod tytułem Mogileńska Scena Muzyczna (27 marca).
Koncert odbył się w Sali Widowiskowej Mogileńskiego Domu Kultury. Miejsce dobre, ale wymaga dostosowania na potrzeby tego typu przedsięwzięć. Lilly Hates Roses – super koncert.
Mogileńska Scena Muzyczna – w Barze U Perły. W programie zapowiedź otwarcia wystawy fotograficzno-dokumentalnej, a w rzeczywistości bardziej sympatyczna, trwająca grubo ponad dwie godziny rozmowa o przeszłości i przyszłości muzyki rockowej w Mogilnie. Na ścianach 10 zdjęć dokumentujących głównie lata osiemdziesiąte i 14 z koncertów w dzisiaj już kultowym Magazynie – mało.

PS. Po Lilly Hates Roses wystąpił Krystian Wołek…


Fragment wystawy "Mogileńska Scena Muzyczna"
Fragment wystawy „Mogileńska Scena Muzyczna”

Ivo Partizan. „Klimat zimowego poranka”

Dla mogileńskiego Ivo Partizan rok 2016 był bardzo udany. Przede wszystkim – płyty.  Po ponad trzydziestu latach od powstania, grupa wydała album studyjny (Zabij Ten Czas), ukazał się też zapis chyba  ich najważniejszego w minionym roku koncertu (Rock Na Bagnie 2. lipca 2016). Czy to przełożyło się na coś więcej, niż radość płynącą z grania? Dariusz Ruciński (menedżer): Faktycznie, miniony rok był naprawdę udany. Fajne koncerty, udany występ na festiwalu RnB, a co za tym idzie płytka koncertowa z tego właśnie festiwalu. To wszystko na pewno w pewien sposób przełożyło się na nowe kontakty i jakieś tam propozycje grania. Choć nie jest ich tak wiele jak mogłoby się wydawać. Wiesz… Powiem ci, że właściciele klubów, w których graliśmy mówią, że obecnie jest kryzys frekwencji na rockowych koncertach. Młodzi wolą obecnie słuchać disco polo. Straszne!!! Tak obserwuje nasze koncerty i… stwierdzam, że w większości przychodzą na nie ludzie w naszym wieku lub blisko tego. Byłem w ubiegłym roku na koncercie Dezertera i dokładnie to samo. Młodych fanów można było policzyć na palcach. Dziwnych czasów dożyliśmy. Ale dzięki festiwalowi RnB zyskaliśmy wielu nowych fanów, którzy zaszczycili nas ponownie swoją obecnością na koncertach w Białymstoku i Łodzi. To bardzo miłe. Czytaj dalej Ivo Partizan. „Klimat zimowego poranka”

Kilka plusów i minus

IVO PARTIZAN ROCK NA BAGNIE 2. LIPCA 2016
2016, SZOP NA BAGNIE
LESZEK DUSZYŃSKI – GITARA, WOKAL; SŁAWEK RUCIŃSKI – GITARA, KAROL WALKOWSKI – BAS, MACIEJ ADAMSKI (MEC) – WOKAL, AREK KUBIAK – PERKUSJA
ZABIJ TEN CZAS, WYRAZ TWARZY, GDZIE JEST BÓG?, WALC NR 1, KIM JESTEM, WIERSZ DLA NIEZNAJOMEGO PRZYJACIELA NAPISANY, KOBIETA ŻUL, EZOTERYCZNA, PUSTKA, CIĄGLE CZEKAM, MENGELE

Drugi w tym roku album sygnowany nazwą Ivo Partizan (jak zapowiedział wydawca – pierwszy w serii Oficjalny Bootleg Bagienny).
Kilka interesujących nowości na cd (na czele z moim faworytem – utworem Wyraz twarzy).
W zestawie Mengele, Zabij ten czas, Wiersz dla nieznajomego przyjaciela napisany i Ciągle czekam.
Nie słychać podziału na stare i nowe Ivo Partizan.
Jest chropowato, surowo, autentycznie.
Wszystko pięknie? Prawie wszystko. Irytuje mnie publiczność, która… chyba została dodana do tego koncertu już po 2 lipca 2016 roku. Jeżeli tak było to proszę mi powiedzieć: po co?

„Teraz jest nowy wiatr”

Rozmowa z Leszkiem Duszyńskim – członkiem zespołu Ivo Partizan (wokal i gitara plus harmonijka klawiszowa w utworze Mengele), burmistrzem Mogilna.

***

Kiedy Leszek Duszyński uświadomił sobie, że muzyka rockowa to coś więcej niż tylko rozrywkowy dodatek do życia?
To było na początku lat osiemdziesiątych. W kraju powstała Solidarność. Wszystko zaczęło się na nowo organizować – ludzie uwierzyli, że można zmienić ten „syf”. Również wtedy nastąpił olbrzymi wysyp zespołów rockowych, w szeroko pojętym tego słowa znaczeniu. Słuchało się przeróżnej muzyki, ale tak naprawdę największe wrażenie wywarła na mnie muzyka punkowa i zimnofalowa, taka alternatywna muzyka.
Z Darkiem Rucińskim, Sławkiem Rucińskim i Mariuszem Twarużkiem też spróbowaliśmy swoich sił w graniu. To był trzon przyszłego Ivo Partizan. Czytaj dalej „Teraz jest nowy wiatr”

„Każda strona księżyca”

Pofantazjujmy. Jakimś zrządzeniem losu stanąłem przed możliwością wypełnienia czasu antenowego (na przykład dwóch godzin) w stacji radiowej, która nie boi się MUZYKI. Decyduję się na późny wieczór przechodzący w noc. To o tej porze w pełni można doświadczyć tak zwanej „magii radia”. I nie ma znaczenia, że te audycje często nie są wysłuchane do końca, bo trzeba wcześnie rano wstać, albo – co jeszcze bardziej bolesne – zaczyna się ich słuchać w pozycji leżącej i w miarę błogo upływającego czasu słuchacza dopada sen.
– Skoro inni mogą to robić, to i ja ze swoim „r” też spróbuję. Dobry wieczór. Ze sporą dawką niepewności mieszającej się z taką samą porcją radości zapraszam na muzyczną wycieczkę po moim kujawsko-wielkopolskim „fyrtlu”. Mogilno – Strzelno – Kruszwica, czyli znane z zabytków trzy prowincjonalne miasta, o których nie można powiedzieć, że są rockową pustynią.
Każda strona księżyca. Nawiązanie do Pink Floyd i zarazem sygnał, że jedynym ograniczeniem tematycznym są preferencje muzyczne autora audycji. Bo – teoretycznie rzecz biorąc – może być więcej moich wizyt w studiu. Ale tylko teoretycznie…
Oto kryteria wyboru do odsłony pierwszej: 1) nagranie oficjalne wydanie na płycie cd, której jestem posiadaczem, 2) wydane w ciągu ostatnich dziesięciu lat, 3) wystarczy, że na płycie został zarejestrowany choćby jeden artysta pochodzący z Mogilna, Strzelna lub Kruszwicy, 4) Lux Vera tylko w jednym fragmencie, bo jest wrzesień, a nie grudzień czy styczeń.

Zestaw utworów (kolejność nieprzypadkowa):
IVO PARTIZAN SZUKAMY (czas: 02:40, album: ZABIJ TEN CZAS)
IVO PARTIZAN CIĄGLE CZEKAM (03.50, ZABIJ TEN CZAS)
IVO PARTIZAN MENGELE (06:36, ZABIJ TEN CZAS)
SKUUND UCIEKAJ MOJE SERCE (4:30, PIOTR KACZKOWSKI MINIMAX.PL JAROCIN 2007)
SKUUND SAY (06:10,WIEŻA CIŚNIEŃ)
YOKO CHANEL KENNEDY (03:00, LET’S DO IT!)
YOKO CHANEL MÓJ ŚWIAT (04:38, LET’S DO IT!)
YOKO CHANEL FALL IN LOVE (02:40, LET’S DO IT!)
KUMKA OLIK KODUJĘ (2:56, PIOTR KACZKOWSKI MINIMAX.PL JAROCIN 2007)
CUDOWNY CZWARTEK MŁODOŚĆ (03:36, POPIÓŁ)
CUDOWNY CZWARTEK CZARNA RZEKA (02:57, POPIÓŁ)
CUDOWNY CZWARTEK BLUES (08:46, CZUDOWNY CZWARTEK)
AFTER BLUES & AGNIESZKA TWARDOWSKA DO KOGO IDZIESZ (07:25, „BLUES ŁĄCZY POKOLENIA”. LIVE)
AFTER BLUES & AGNIESZKA TWARDOWSKA CZARNO-CZARNY FILM (03:10, „BLUES ŁĄCZY POKOLENIA”. LIVE)
AFTER BLUES CICHE ULICE (02:50, PROSZĘ BARDZO)
LILLY HATES ROSES FENG SHUI (02:59, MOKOTÓW)
LILLY HATES ROSES KOSY I BZY (03:15, MOKOTÓW)
LUX VERA ACH BIADA HERODOWI (04:50, PASTORAŁKI)
MALARZE I ŻOŁNIERZE LALCZARKA (04:12, PIĘĆDZIESIĄTKA)
MALARZE I ŻOŁNIERZE ECHA (NIE BOJĘ SIĘ DESZCZU) (02:57, PIĘĆDZIESIĄTKA)
MALARZE I ŻOŁNIERZE PO PROSTU PASTELOWE (04:30, PIĘĆDZIESIĄTKA)

Lata dwudzieste, lata trzydzieste…

Jeżeli jazz tradycyjny (W tym przypadku – dixieland. Waldemar Krystkowiak, nowyhoryzont.blog.pl, wpis z 9 lipca 2015 roku: Gramy dixieland – inaczej Hot jazz, Early jazz, który tak na dobre wywodzi się ze stylu nowoorleańskiego, ponieważ z Nowego Orleanu został przeniesiony do Chicago i Nowego Jorku. Dixieland królował do lat trzydziestych XX wieku, aż został wyparty przez swing. Myślę, że jednak dixielandowi naszą grą jesteśmy najbliżsi), to tylko świat dwudziestolecia międzywojennego. Dla mnie skojarzenie oczywiste i pozytywne zarazem.
Nie inaczej było 14 sierpnia w mogileńskim Amfiteatrze Letnim podczas koncertu grupy Dixie Team. Na scenie  Piotr Krystkowiak, Maciej Kryskowiak, Arkadiusz Kubiak, Sławomir Szczeblewski, Robert Milik, Piotr Barczak, Jarosław Janisz i Waldemar Krystkowiak, a w głowie Wielki Gatsby, Żądło, Vabank, Lata dwudzieste… lata trzydzieste….
Dixie Team dosłownie kilka dni temu zostali laureatami konkursu Złota Tarka, który został zorganizowany w ramach tegorocznego XLVI Międzynarodowego Festiwalu Jazz Tradycyjnego OLD JAZZ MEETING. Trofeum towarzyszyło muzykom na scenie. A wśród licznie zgromadzonej  tego dnia w Amfiteatrze publiczności nie zabrakło członków innej mogileńskiej grupy – Old Dixieland Players – którzy swoją Złotą Tarkę zdobyli trzydzieści lat temu. Co prawda, nie dali się namówić na wspólny występ z młodszymi kolegami po „jazzowym fachu”, ale Dixie Team – jak już rok temu wspomniał Waldemar Krystkowiak (nowyhoryzont.blog.pl, wpis z 9 lipca 2015 roku): nas wspomagają, dopingują.
Brawa dla organizatora koncertu – Mogileńskiego Domu Kultury. Tylko pozazdrościć pomysłów, zaplecza i konsekwencji w działaniu.


VIII.1

 

VIII.2

Gitara w roli głównej

Wiktor Mazurkiewicz. Metalowa moc. Gdyby jeszcze Wiktorowi na scenie towarzyszyli ludzie, a nie podkłady z komputera…
Wolf Mail z zespołem. Blues rock z jednym utworem bardziej „hard” niż „blues” i Hey Joy (mogę się mylić, ale chyba z wplecionym krótkim fragmentem innego utworu Hendrixa – The wind cries Mary) na zakończenie.
Ósmy dzień lipca roku 2016 – sympatycznie spędzony wieczór w mogileńskim Amfiteatrze Letnim.


 

 

Jest dobrze, jest dobrze!

IVO PARTIZAN ZABIJ TEN CZAS
2016
MACIEJ „MEC” ADAMSKI – WOKAL, LESZEK DUSZYŃSKI – WOKAL, GITARA, MELODYKA; SŁAWEK RUCIŃSKI – GITARA, KAROL WALKOWSKI – GITARA BASOWA, AREK KUBIAK – PERKUSJA (UTWORY CIĄGLE CZEKAM I KOBIETA ŻUL NAGRANO W SKŁADZIE: LESZEK DUSZYŃSKI – WOKAL, GITARA; SŁAWEK RUCIŃSKI – GITARA, KAROL WALKOWSKI – GITARA BASOWA, MARIUSZ TWARUŻEK – PERKUSJA)
ZABIJ TEN CZAS, TAK WIELU BYŁO NAS, MENGELE, WALC NR 1, PRZEZ MOMENT PRZEZ CHWILĘ, WIERSZ DLA NIEZNAJOMEGO PRZYJACIELA NAPISANY, CIĄGLE CZEKAM, KOBIETA ŻUL, NAŁOGOWY ODWYK, ODEZWIJ SIĘ, JUŻ NIE MYŚLĘ, SZUKAMY

Soczyste i przestrzenne. Nareszcie znane mi utwory Ivo Partizan z lat osiemdziesiątych (Zabij ten czas, Mengele, Walc nr 1) z płyty brzmią tak jak zawsze chciałem, żeby zabrzmiały.
Plus kolejny – na płycie jest Tak wielu było nas. Zaprezentowane w czasie ubiegłorocznego koncertu w Mogilnie wręcz poraziło. Nie tylko dlatego, że po wielu, wielu latach przy mikrofonie stanął pierwszy wokalista grupy – Maciej „Mec” Adamski.
Jest też Szukamy. Piękne zakończenie, w klimacie dawnego Ivo Partizan i zarazem trzeci fragment Zabij Ten Czas z udziałem Macieja Adamskiego. Zgaduję, że to – podobnie jak Tak wielu był nas – jedno z odnalezionych w ubiegłym roku przez Sławka Rucińskiego archiwalnych nagrań zespołu. Tylko zgaduję, bo płyta została wydana w wersji „mniej niż standard”. Kojarzone z gazetowymi dodatkami tekturowe pudełeczko na płytę kompaktową to zdecydowanie za mało jak na tak długo wyczekiwany album!
Zabij Ten Czas potwierdza fakt, że już chyba zawsze będzie podział na twórczość Ivo Partizan sprzed lat trzydziestu – wypełnione smutkiem zimnofalowe granie i to, co muzycy mają do zaproponowania dzisiaj, czyli zadziornie gitarową alternatywę w zdecydowanie bardziej optymistycznych barwach. Bardzo interesującą alternatywę (tylko do utworów Przez moment przez chwilę i Kobieta żul – nie wiadomo dlaczego – zapałałem mniejszą sympatią). Ale przecież panowie już na koncertach udowodnili, że mają do zaproponowania coś więcej niż: To my, graliśmy na „Jarocinie ’85” i „’86”!. Tak, tak, nie pozostało nic innego jak przestać kojarzyć zespół tylko z dołującą muzyką i zacząć unikać schematycznego myślenia: Niemożliwe, okładka płyty Ivo Partizan nie może nie być czarno-biała!.

PS. Czekam na ciebie i Kobieta żul to nagrania, które są już znane z epki RiD (dzisiaj ten zespół można nazwać wstępem do działalności reaktywowanego Ivo Partizan) Edycja Limitowana z 2014 roku. Sympatyczne zaakcentowanie, że perkusistą zespołu jest też Mariusz Twarużek, który obecnie nie może grać ze względów zdrowotnych.

Strzelno: rozmowa dziewiętnasta. Robert Wesołowski: „Dawaliśmy tego czadu”

Rozmowa dziewiętnasta o Złotej erze rocka w Strzelnie, ciąg dalszy cyklu ze strony nowyhoryzont.blog.pl.
Tym razem Robert Wesołowski.

***

Pochodzisz z Mogilna?
Tak, pochodzę z Mogilna.

Do Strzelna przeprowadziłeś się w roku…
1989.

Zanim zamieszkałeś w Strzelnie grałeś w jakimś zespole?
Grałem. W Mogilnie założyłem zespół w Domu Kultury. I graliśmy w szkole. Zespół nazywał się Małolaci, bo wtedy mieliśmy po piętnaście lat, chłopaki młode. Graliśmy w Szkole Podstawowej nr 3, uczyliśmy się w Domu Kultury u pana… jak on się nazywał?… o, Wiechu Mrzygłów – to on nas uczył grać. To był rok 1989, 1990, 1991, te lata.


Fot. Nina Sobczak
Fot. Nina Sobczak

Czytaj dalej Strzelno: rozmowa dziewiętnasta. Robert Wesołowski: „Dawaliśmy tego czadu”