Edwin Sweeney „Apacze. Cochise i lud Chiricahua”

(Państwowy Instytut Wydawniczy, Warszawa 2017)

Indianie Ameryki Północnej – za sprawą przeczytanych powieści Karola Maya temat rozpalający wyobraźnię i wykuwający osąd, że Biały Człowiek bezpowrotnie zniszczył coś wyjątkowego. Chwilę później pytanie: jak było naprawdę?, a dzisiaj hasło: ZROZUMIEĆ INDIANINA.
Apacze – wojenne dzieje tytułowego plemienia za życia Cochise’a z zaledwie migającą gdzieś w tle indiańską codziennością w czasach pokoju. Co prawda, tej codzienności mi tu brakowało, ale w zamian poznałem – nie zawsze oczywisty – sposób wojowania ludu, na czele którego w połowie dziewiętnastego wieku stanął, w Apaczach obecny od początku, znamienity człowiek: Cochise, jeden z największych wodzów Apaczów dziewiętnastego wieku. Jedyny […], który, pobudzony zaciekłą nienawiścią do Meksykanów, zabójców jego ojca, i do Amerykanów, którzy powiesili mu brata i zamordowali teścia, stawił czoło armiom dwóch krajów i czterech stanów i nigdy nie został pokonany. Walczył z całą siłą i determinacją, aż w końcu zrozumiał, że jego lud musi się zgodzić na pokój bądź zniknąć z powierzchni ziemi. Dziwną ironią losu ów nieprzejednany wódz wojenny, który spędził życie prowadząc swych ludzi do walki, zmarł śmiercią naturalną w zaciszu rezerwatu (strona 324-325). Książka wypełniona przypisami, ale bez obaw – czyta się bardzo dobrze.