Simon Reynolds „Retromania. Jak popkultura żywi się własną przeszłością”

(Kosmos Kosmos, Warszawa 2018)

Jeżeli macie lat 30+ i ciągle jesteście zadurzeni w muzyce popularnej, jest niemal pewne, że wcześniej czy później dopadnie was retromania. Bo z wiekiem każde pokolenie domaga się mitologizacji i archiwizacji muzyki własnej młodości (strona 77), a każdy gatunek muzyki osiąga kryzys wieku średniego, kiedy to dawne dni zaczynają pięknieć w porównaniu z teraźniejszością (strona 309).
Zdarzyło się wam, na przykład, kupić wypasione wydawnictwo wielopłytowe, z którego czwartej płyty nigdy nawet nie posłuchacie (strona 8) albo ściągnąć na dysk komputera tyle płyt, że już […] nie wystarcza nam czasu na ich rozpakowanie i odsłuchanie (strona 168)? Spokojnie, te wszystkie dziwactwa mieszczą się w normie. Znacznie gorzej z kondycją muzyki. Simon Reynolds nie pozostawia złudzeń: lata sześćdziesiąte – rytmiczny rock, folk rock, psychodelia, soul i początki ska; siedemdziesiąte – między innymi glam, heavy metal, funky i punk; osiemdziesiąte – rap, synth pop, gotyk i house; dziewięćdziesiąte – między innymi rave, grunge i rock alternatywny; pierwsze dziesięć lat XXI wieku* – Burzliwe dekady historii popu nacechowane były obfitością nowych subkultur i ogólnym wrażeniem pędu naprzód. Po roku 2000 zabrakło ruchów – i ruchu (strona 511).
Pitolenie wapniaka? W takim razie jak wytłumaczyć spektakularny sukces grupy Greta Van Fleet?

* Polskie wydanie Retromanii ukazało się siedem lat po premierze – ile z tego, co napisał Reynolds, szczególnie w części zatytułowanej „Teraz”, należałoby zaktualizować?