Lou Reed, John Cale & Nico „Le Bataclan. Paris. Jan 29. ‘72”

I luzuje się dekielek…

(2018, Spyglass)

Żyjesz w przekonaniu, że na temat ulubionego artysty / grupy artystów wiesz już tyle, że nic nie jest w stanie cię zaskoczyć. Aż tu nagle jeden z magazynów  wali cię po łbie, uświadamiając, że wiesz zdecydowanie mniej niż ci się zdawało. I luzuje się dekielek, bo – jak to w przypadku ulubieńców – jesteś w stanie pochylić się nawet nad zarejestrowanym pierdnięciem. Resztki zdrowego rozsądku postawią pytanie – czy takie nagranie rzeczywiście jest niezbędne do życia? Jeżeli jednak patrzysz na okładkę, czytasz recenzję, a towarzyszy temu szczękościsk i dzikie podniecenie, wszystko stracone – trzeba to mieć, koniec i kropka.
Cenisz The Velvet Underground, więc o zdrowym rozsądku możemy zapomnieć. A przecież Lou Reed i John Cale to motory napędowe tej grupy, natomiast Nico swoim jakże niepowtarzalnym głosem, nieco przypominającym tych, co raczą czy w przeszłości raczyli się „dobrodziejstwami” tego świata, ubarwiła album z kultowym bananem na okładce. Prawda, 29 stycznia 1972 roku cała trójka nie była już częścią zespołu, ale na repertuar koncertu w Paryżu złożyły się także, a może – sądząc po aplauzie publiczności i twojej podniecie – przede wszystkim utwory The Velvet Underground – I’m Waiting For The Man, The Black Angel’s Death Song, Heroin, Famme Fatale, I’ll Be Your Mirror i All Tomorrow’s Parties plus jakiś dodatek z próby w Londynie). Bardziej jednak zelektryzowała cię informacja, że to koncert… akustyczny! Tak lubisz najbardziej. Z opisu: Lou Reed – vocals, acoustic guitar, John Cale – guitar, viola, piano, vocals, Nico – vocals, harmonium. Jak można nie kupić?

THE VELVET UNDERGROUND THE VELVET UNDERGROUND
1969

Ulica wielkiego miasta. W żadnym innym miejscu zmierzch nie zapada w taki sposób jak tutaj. Taka też jest noc – wypełniona ludźmi, samochodami oraz kolorowymi światłami reklam mieszających się z wyciem syren radiowozów, czy karetek pogotowia i zapachami jedzenia serwowanego w licznych restauracjach, klubach i tym podobnych miejscach.
W jednym z klubów – my. Na zegarze późno. Siedzimy w półmroku, zatopieni w papierosowym dymie, zapachach perfum i ludzi. Już zapomnieliśmy o świecie zostawionym za drzwiami. Otuleni tą niepowtarzalną aurą błogiej intymności chłoniemy każdą chwilę. Reszta nie ma znaczenia. Zamówienie składane przy barze, brzęk uderzających o siebie kufli, które zebrane na tacy wędrują gdzieś na zaplecze a nawet (przecież nie jesteśmy tu sami) rozmowy sąsiadów przy stolikach obok - niby na wyciągnięcie ręki, a jakby miliony lat świetlnych od nas.
Sami też rozmawiamy. O wszystkim i o niczym, o rzeczach ważnych i nieważnych. Tak po prostu. Nie upijamy się, ale też nie jesteśmy już zupełnie trzeźwi. Możemy sobie na to pozwolić, bo ten wolny wieczór jutro stanie się dniem wolnym od pracy i innych obowiązków niewymagających od nas stuprocentowej gotowości. Leniwie sączymy kolejne piwo. Z głośników płynie The Velvet Underground… Ta muzyka jest jak ten wieczór w tym klubie…

Bartosz Buchholz (Bronhard M., Buchholz B., Leśniewski B., Świegoda J., Mniej prądu, Lizard, 2019, nr 33, strona 53): Koncert okazał się jednorazowym wydarzeniem, na szczęście został zarejestrowany. Co ciekawe, gdy już doczekał się oficjalnego wydania, okazało się, że w wyniku błędu technicznego muzyka jest spowolniona. Twoje niewprawione ucho tego nie wyłapało, wydaje się, że w międzyczasie – pierwsza edycja wyszła czternaście lat wcześniej – błąd został skorygowany. Ale czy to ma znaczenie? Obok perełek The Velvet Underground, każdy z trójki artystów firmujących album zaprezentował coś ze swojego solowego dorobku. Zaskoczeniem jest Cale, bo takiego go nie znałeś (na przykład The Biggest, Loudest, Hairiest Group Of All na kilometr pachnie ci Beatlesami). Właściwie Cale’a znałeś tylko jako członka zespołu, którego nazwę musiałbyś wymienić po raz czwarty, więc nie ma się co wymądrzać. Podobnie jak Nico. W tym przypadku jesteś jednak pewny, że na tym albumie zawodząca Nico solo wypadła najmniej przekonująco. A Lou Reed? Wild Child – świetne, Berlin… Zamieszczonej tu wersji tego utworu pan Lou nie miał w poważaniu, ale tobie pasuje. Zresztą jak cały ten koncert. Bo akustyczny i – nie mogło być inaczej – bardzo „velvetowy”, a ty ponad dopieszczenie i wirtuozerię stawiasz prostotę sprawiającą wrażenie niedopracowania, brzmienia, które tak chętnie określasz mianem „suche”, „surowe, „chropowate” oraz ową aurę błogiej intymności. Właśnie, znowu poczułeś się jak w klubie.

PS W zestawie jest płyta DVD z częścią tego, co na CD.