Lewis Henry Morgan „Liga Ho-de’-no-sau-nee, czyli Irokezów”

Irokezi od nakrycia głowy po czubek mokasyna.

(Wydawnictwo Marek Derewiecki, Kęty 2011)

Liga Ho-de’-no-sau-nee, czyli Irokezów, czyli unia Mohawków, Onondagów, Seneków, Oneidów, Kajugów i Tuskarorów. Data zawiązania tego sojuszu to kwestia sporna. Błędne założenie Morgana w tej kwestii weryfikuje niezwykle wartościowe Wprowadzenie Bartosza Hlebowicza. Ma to jednak drugorzędne znaczenie, ponieważ Liga nie jest pracą stricte historyczną. W Polsce ukazała się w serii Biblioteka klasyków antropologii, co jasno sugeruje, czego należy się spodziewać.

Pierwsze wydanie książki o Ludzie Długiego Domu (takim mianem określali się ci, których ma znamy jako Irokezów) ukazało się w 1851 roku. Powstała głównie za sprawą współpracy Morgana z człowiekiem o nazwisku Ely S. Parker, który pochodził z plemienia Seneków. Jest podzielona na trzy księgi. W końcówce autor – sympatyk Irokezów – zawarł kilka interesujących, i po części naiwnych (Nie wolno zapominać, że po latach nasza Republika będzie musiała zdać sprawę cywilizowanemu światu ze sposobu, w jaki zarządza losem Indian – strona 352), akapitów na temat współczesnych mu relacji białego człowieka z czerwonoskórymi. Tekst jest przeplatany rysunkami. Dostajemy też kilka ilustracji kolorowych, na których widać, że irokeski strój przypomina… ludowy strój kujawski.

Bartosz Hlebowicz, tłumacz i redaktor naukowy: napisana ponad sto pięćdziesiąt lat temu „Liga Irokezów” pozostaje jedną z najważniejszych monografii ludów tubylczych Ameryki Północnej (strona 32). Nie sposób się z tym nie zgodzić:

  • Dostępne w języku polskim publikacje dotyczące Indian Ameryki Północnej to najczęściej opracowania dotyczące koczowniczych ludów Wielkich Równin i historie ich militarnych zmagań z nowymi Amerykanami. A Liga to Irokezi od nakrycia głowy po czubek mokasyna. I nie mam na myśli tylko tego, w co się ubierali. Książka Morgana przedstawia całościowe ujęcie kultury (strona 44) plemion irokeskich, w szczegółach ukazuje (posłużę się słowami podsumowującymi opis tak lubianych przez Irokezów gier), że dzika amerykańska puszcza […], o której kazano nam wierzyć, że była posępnym pustkowiem, dopóki biały człowiek nie przekroczył jej granic, w istocie od dawien dawna w swoich najodleglejszych zakątkach rozbrzmiewała dźwiękami radości – oznakami szczęśliwych ludzkich serc (strona 249).
  • Kiedyś już ponarzekałem na pewną pracę zanurzoną w antropologii (szczegóły tutaj). W tej znużyła mnie tylko część opisująca szlaki wytyczone przez tytułowych Indian. Może dlatego, że zabrakło stosownej, czytelnej mapy (zamieszczona „ilustracyjka” to jakieś śmichy-chichy). Bez niej w pamięci pozostała informacja, że część nazw geograficznych to spuścizna po Irokezach, a dokładność [głównego] szlaku indiańskiego w oszczędzaniu drogi na każdym odcinku była zdumiewająca (strona 335).