Bardzo ważne popołudnie

Powstanie wielkopolskie to kawałek historii Polski, szczególnie ważny dla mieszkańców Wielkopolski i zachodniej części Kujaw. Nic więc dziwnego, że w przededniu setnej rocznicy wybuchu / wyzwolenia spod pruskiego zaboru / powrotu do Polski, o tym czynie zbrojnym się mówi i pisze.
Na temat tego, co działo się w Strzelnie (i na terenie powiatu strzelińskiego) na przełomie 1918 i 1919 roku powstało kilka prac mniej lub bardziej naukowych, a także niezliczona ilość artykułów prasowych. Na przykład praca Zdzisława Grota, który stwierdził między innymi: Jeśli niewątpliwie za zbyt przesadzoną należy uważać relację „Dziennika Kujawskiego” że powstańcy „rozpoczęli z brawurą zdobywać dom za domem”, to niemniej stwierdzić trzeba, że była to pierwsza w pełnym znaczeniu walka w tym rejonie i pierwsze orężne zwycięstwo nad wrogiem (Wyzwolenie z niewoli pruskiej (1918 – 1919), [w:] Studia z dziejów ziemi mogileńskiej, pod redakcją Czesława Łuczaka, Poznań 1978, strona 597); Strzelno w powstaniu wielkopolskim 1918 – 1919 (Kazimierz Chudziński, Strzelno 1986), część monografii Strzelno pod pruskimi rządami (1815 – 1918) (Jerzy Kozłowski, Strzelno 2005), artykuł o powstańcach z Gniezna – Czesławie Plewińskim i Stanisławie Pachowiaku – którzy w wyniku odniesionych w Strzelnie ran zmarli 2 i 3 stycznia 1919 roku w tutejszym szpitalu („Słowianin”, Epizod powstańczy, Wieści ze Strzelna, numer 114 z 2010 roku), czy przedstawiony przez Mariana Hanasza w monografii Rodzina ze Strzelna. Szkice i opowieści (Warszawa 2017) spór komendanta Strzelna Józefa Hanasza z dowódcą oddziałów powstańczych, podporucznikiem Pawłem Cymsem.
W cytowanej już pracy, Zdzisław Grot, pisząc o licznych oddziałach biorących udział w wyzwalaniu Strzelna, stwierdził: Razem wziąwszy był to zespół raczej luźno działających sił powstańczych niż kierowanej grupy, typowy dla działań powstańczych w owych dniach walk o charakterze improwizacyjnym (strona 596-597). A mianowany 6 stycznia 1919 roku komendantem sztabu Straży Ludowej na powiat strzeliński Zygmunt Zakrzewski po latach wspominał: Ileż to dzielnych chłopaków zgłaszało się do mnie, aby zaciągnąć się do szeregu naszego. Wszystkie warstwy społeczne były reprezentowane – dwory, zagrody, miasta, robotnicy. Serce się radowało [,] widać zapał ogólny, tą chęć stanowczą wywalczenia wolności Ojczyźnie (Paweł Politowski, Stanisław Wyskota-Zakrzewski (1902-1986). „W drodze do domu”, Inowrocław 2017, strona 38). Takie było powstanie w początkowej fazie. Dosłownie każdy Polak, który mieszkał na terenie ziem objętych powstaniem, był powstańcem! Oto źródło licznie zachowanych relacji i wspomnień. Swoje dołożyła też przypadłość niejednego zwycięstwa – z każdą rocznicą uczestników zrywu 1918 – 1919 przybywało.
W 2016 roku napisałem: Ułożyć z nich najbliższy prawdzie przebieg walk w Strzelnie jest jednak sprawą niezwykle trudną. Czytając tę próbę odtworzenia tego, co 2 stycznia 1919 roku działo się w Strzelnie (która – absolutnie! – nie rości sobie prawa do uznania jej za jedyną słuszną wersję przebiegu walk) nietrudno zauważyć, że niektóre elementy tej „układanki” nie pasują do siebie, wręcz się wykluczają. A to nie wszystkie zachowane materiały – wykorzystałem tylko te, do których miałem dostęp (Nowy Horyzont. Hałas niszczy zdrowie, jednodniówka trzecia / 16.06.2016, strona 67-68). Nic się nie zmieniło (dzisiaj mógłbym chyba dodać – udało się uchwycić klimat tamtych dni).
To już trzecia taka układanka. Artykuł Gdy nadchodziła upragniona wolność (Album regionalny, dodatek do Gazety Pomorskiej z 12.01.2012 roku) został poskładany ze wspomnień Cieślewicza [9] oraz relacji Zakrzewskiego i Wojciechowskiego [1]. Niniejszy tekst to zmieniona i rozszerzona wersja pracy Wydarzyło się w Strzelnie dnia 2 stycznia 1919 roku z cytowanej jednodniówki Nowy Horyzont. Hałas niszczy zdrowie. Będą kolejne? Parafrazując Kazika (12 groszy), niedługo przyjdzie pora … 2 Stycznia w Strzelnie kontra Hedora…

PS Dla lepszego oglądu sprawy, czytelnik cofnie się do wydarzeń z końca grudnia 1918 roku (przy czym należy pamiętać, że to nie był początek działalności wspomnianej w tekście organizacji tajnej strzelińskiej), a na terenie powiatu strzelińskiego zostanie do 04.01.1919 roku (nie zapominając, że część strzelnian i mieszkańców powiatu przyłączyła się do oddziałów powstańczych, a byli też powstańcy – na przykład Stanisław Wyskota-Zakrzewski – dla których 2 stycznia stał się wstępem do zawodowej służby wojskowej.  Czytaj dalej Bardzo ważne popołudnie

Simon Reynolds „Retromania. Jak popkultura żywi się własną przeszłością”

Simon Reynolds Retromania. Jak popkultura żywi się własną przeszłością (Kosmos Kosmos, Warszawa 2018)

Jeżeli macie lat 30+ i ciągle jesteście zadurzeni w muzyce popularnej, jest niemal pewne, że wcześniej czy później dopadnie was retromania. Bo z wiekiem każde pokolenie domaga się mitologizacji i archiwizacji muzyki własnej młodości (strona 77), a każdy gatunek muzyki osiąga kryzys wieku średniego, kiedy to dawne dni zaczynają pięknieć w porównaniu z teraźniejszością (strona 309).
Zdarzyło się wam, na przykład, kupić wypasione wydawnictwo wielopłytowe, z którego czwartej płyty nigdy nawet nie posłuchacie (strona 8) albo ściągnąć na dysk komputera tyle płyt, że już […] nie wystarcza nam czasu na ich rozpakowanie i odsłuchanie (strona 168)? Spokojnie, te wszystkie dziwactwa mieszczą się w normie. Znacznie gorzej z kondycją muzyki. Simon Reynolds nie pozostawia złudzeń: lata sześćdziesiąte – rytmiczny rock, folk rock, psychodelia, soul i początki ska; siedemdziesiąte – między innymi glam, heavy metal, funky i punk; osiemdziesiąte – rap, synth pop, gotyk i house; dziewięćdziesiąte – między innymi rave, grunge i rock alternatywny; pierwsze dziesięć lat XXI wieku* – Burzliwe dekady historii popu nacechowane były obfitością nowych subkultur i ogólnym wrażeniem pędu naprzód. Po roku 2000 zabrakło ruchów – i ruchu (strona 511).
Pitolenie wapniaka? W takim razie jak wytłumaczyć spektakularny sukces grupy Greta Van Fleet?

* Polskie wydanie Retromanii ukazało się siedem lat po premierze – ile z tego, co napisał Reynolds, szczególnie w części zatytułowanej „Teraz”, należałoby zaktualizować?

The Vaselines „Enter The Vaselines”

The Vaselines Enter The Vaselines (2009, Sub Pop)

Glasgow, druga połowa lat osiemdziesiątych. Eugene Kelly (wokal, gitara) i Frances McKee (wokal, gitara), zainspirowani muzyką garażową z lat sześćdziesiątych, punk rockiem oraz twórczością takich wykonawców, jak The Jesus and Mary Chain, Pussy Galore, Sonic Youth, Nancy Sinatra i Lee Hazlewood, The Pastels oraz Soft Cell, zakładają The Vaselines. W marcu 1987 roku nagrywają EP-kę Son of a Gun, a kilka miesięcy później Dying for It. W międzyczasie do duetu dochodzą James Seenan (gitara basowa) oraz Charles Kelly (perkusja). W roku 1989 ukazuje się album Dum – Dum, na którym zespół wspiera (grający techniką slide) Jamie Watson, a w utworze The Day I was a Horse – Sophie Pragnell (altówka zawsze dodaje muzyce niebywałego uroku).
Gości nie brakuje również na EP-kach. W przeróbce utworu grupy Divine You Think  You’re a Man z roku 1987 grają Stephen Pastel (gitara) oraz Annabel Wright (klawisze). Rok 1988 to David Keegan w tytułowym Dying for It (jego gitara sprawiła, że ten utwór pasuje do The Vaselines jak wół do karety) oraz wspomniana Sophie Pragnell (Dying for It i Jesus Wants Me for Sunbeam).
Po wydaniu Dum – Dum Eugene i Frances przestają być parą, w wyniku czego zespół kończy swój żywot. W roku 1990 grupa reaktywuje się na jeden wspólny koncert z Nirvaną (na dłużej wracają w XXI wieku, ale to już mnie nie obchodzi). Wtedy Kurt Cobain poznaje swoich idoli. Bo lider Nirvany nigdy nie krył, że bardzo lubi The Vaselines. I to chyba tylko dzięki niemu Szkoci nie mają dzisiaj statusu zespołu kultowego, znanego niezbyt licznej grupie słuchaczy.
Dwie EP-ki, Dum – Dum, kilka nagrań demo oraz zapisy koncertów w Bristolu (rok 1986) i Londynie (rok 1988). Oto Enter The Vaselines – dwupłytowa piguła, po zaaplikowaniu której klasyczne The Vaselines nie będzie już tym tajemniczym zespołem, który tak zachwalał Cobain.
W jednym z dołączonych do wydawnictwa wywiadów Kelly powiedział, że najpierw byli bardziej jak Nancy Sinatra i Lee Hazlewood, a później zapragnęli rock and rolla. Enter The Vaselines to potwierdza. Zaczęli od piosenek, w których charakterystyczny pop rodem z ogarniętych hipisowską rewoltą Stanów Zjednoczonych (przy okazji szperania w historii The Vaselines odkryłem inną perełkę – album Nancy & Lee), miesza się z The Velvet Underground. Jest melodyjnie surowo, chropowato (momentami dochodzi wręcz do drażnienia narządu słuchu). Brzmi tak jak lubię – sucho.
Po rozszerzeniu składu zespół nie wyzionął ducha, jakiego udało się zamknąć w Son of a Gun, Molly’s Lips czy Jesus Wants Me for Sunbeam (czyli w większości nagrań zamieszczonych na płytach z 1987 i 1988 roku), podążył jednak w rejony cięższego, granego z punkową werwą rocka. Kojarzycie Bleach? Debiut Nirvany i wydany kilka miesięcy wcześniej Dum – Dum to ten sam pomysł na granie.
Ponoć kto stoi w miejscu, ten się cofa. W przypadku The Vaselines należy dodać – zmiana miejsca nie oznacza zmiany na lepsze.

Zaduszki w Strzelnie

Koncert zaduszkowy w wykonaniu dzieci i młodzieży sekcji muzycznych MGOKiR w Strzelnie oraz zespołu Lux Vera, 06.11.2018, sala Miejsko-Gminnego Ośrodka Kultury i Rekreacji w Strzelnie

Chłopaki, na oko tak ze środka podstawówki – Rockers Kids. Pewnie tylko trochę starsze od nich klarnecistki, dziewczyna z trąbką oraz keyboardzistka. Wokalnie mocni członkowie zespołu Gaja. Odziana w czerń nastolatka z gitarą. Sami lub wspólnie z instruktorem i innymi muzykami związanymi z Domem Kultury. Część wyraźnie stremowana.
Zgodnie z konceptem zaduszek: Kiedy byłem małym chłopcem, Wyspa, Polska Madonna, Sen o Warszawie, List do M., Tyle słońca w całym mieście i inne. Swoje dograła i dośpiewała, jakże uroczo zapowiedziana, he, he, he (nie zanotowałem – najstarsi wykonawcy lub najstarsi uczestnicy) Lux Vera: Krakowski spleen, Rzuć to wszystko co złe i (You Make Me Feel Like) A Natural Woman.
Koncert zaduszkowy w wykonaniu dzieci i młodzieży sekcji muzycznych MGOKiR w Strzelnie oraz zespołu Lux Vera, czyli młodzi ludzie dostali możliwość zaprezentowania się przed publicznością, ich rodzice – kolejny powód do dumy ze swoich pociech, my – przegląd tego, co się dzieje w tytułowych sekcjach muzycznych (życiem tętni już nie tylko ta wokalna), a wszyscy – grupę Lux Vera w świeckiej odsłonie oraz porcję kowerów. Bardzo fajny koncert.

„Stanisław Wyskota-Zakrzewski (1902-1986). «W drodze do domu»”

Paweł Politowski Stanisław Wyskota-Zakrzewski (1902-1986). „W drodze do domu” (Inowrocław 2017)

Paweł Politowski dziesięć lat temu postanowił przywrócić pamięć o pułkowniku Stanisławie Wyskota-Zakrzewskim. Stąd między innymi ta książka, napisana na podstawie obronionej w 2012 roku dysertacji doktorskiej.
Wojna szybko i łatwo wywraca świat do góry nogami, bez możliwości powrotu do tego co było. Właśnie o tym jest ta książka – biografia syna właścicieli majątku w Mirosławicach, który na Kujawach spędził krótką część życia, ale – zgodnie z ostatnią wolą – wrócił tutaj po śmierci (prochy spoczęły w Kościeszkach); uczestnika powstania wielkopolskiego, wojny polsko-bolszewickiej i kampanii wrześniowej 1939 roku; Ułana Karpackiego (Polskie Siły Zbrojne na Zachodzie), który po zakończeniu wojny postanowił nie wracać do komunistycznej Polski; patrioty stawiającego dobro ojczyzny ponad rodzinę, który po ucieczce z kraju w 1940 roku już nigdy nie stanął na ojczystej ziemi, a jego małżeństwo stało się fikcją; zawodowego żołnierza, który w wieku 46 lat musiał poszukać innego sposobu zarabiania na życie; emigranta, który w wolnych chwilach zajmował się malarstwem i działalnością w polskich organizacjach kombatanckich w Wielkiej Brytanii.

KakofoNIKT “BitNIKT ate Sauer Adler”

KakofoNIKT BitNIKT ate Sauer Adler (2018, Axis Cactus Records)

Bębnienie – plemienne, transowe, „joydivisonowe”. Wokal (z pogranicza śpiewu i melorecytacji) – gdyby Tim Williams zajął miejsce w przedziale, w którym są już Lou Reed, Nick Cave czy Ian Curtis, byłby wśród swoich. Saksofon. Te wszystkie kosmiczne dźwięki (podobno członkowie kakofoNIKT lubią zagrać na różnych rzeczach, więc czy to sprawka tylko elektroniki?), dzięki którym BitNIKT… jest tak bardzo odjechaną płytą. Teksty piosenek wydrukowane na osobnych, fantazyjnie zdobionych kartach.
Za to polubiłem ten album. Zabrakło mi tylko jednego – informacji, że utwór Hippie (We’re Beautiful People, Aren’t We?) ma cokolwiek wspólnego z Atrocity Exhibition Joy Division. A – moim zdaniem – ma.

kakofoNIKT – zespół z dwunastoletnim stażem, z Poznania; na koncie kilka płyt; do tego roku nie wiedziałem o ich istnieniu – BitNIKT ate Sauer Adler podsunął mi (nieoceniony w wyszukiwaniu alternatywno-undergroundowych perełek) kolega Artur Łuczak.

Kapela Ze Wsi Warszawa “re:akcja mazowiecka”

Kapela Ze Wsi Warszawa re:akcja mazowiecka (2018, Karrot Kommando)

Kapela Ze Wsi Warszawa – gwarancja ludowej jakości wpasowana w ramy twórczości rozrywkowej (czyli coś dla tych, którzy na dłuższą metę jednak nie mogą zdzierżyć muzyki ludowej w czystej postaci, a są zmęczeni miałkim folkiem okupującym listy przebojów).
re:akcja mazowieckaWiększość kompozycji została oparta na tradycyjnych tekstach i melodiach ludowych (informacja zamieszczona w dołączonej do płyty książeczce) plus udział muzyków ludowych z Mazowsza (czyli coś dla miłośników muzyki ludowej w czystej postaci, dla których twórczość rozrywkowa ma drugorzędne znaczenie).

“Apacze”

Edwin Sweeney Apacze. Cochise i lud Chiricahua (Państwowy Instytut Wydawniczy, Warszawa 2017)

Indianie Ameryki Północnej – za sprawą przeczytanych powieści Karola Maya temat rozpalający wyobraźnię i wykuwający osąd, że Biały Człowiek bezpowrotnie zniszczył coś wyjątkowego. Chwilę później pytanie: jak było naprawdę?, a dzisiaj hasło: ZROZUMIEĆ INDIANINA.
Apacze – wojenne dzieje tytułowego plemienia za życia Cochise’a z zaledwie migającą gdzieś w tle indiańską codziennością w czasach pokoju. Co prawda, tej codzienności mi tu brakowało, ale w zamian poznałem – nie zawsze oczywisty – sposób wojowania ludu, na czele którego w połowie dziewiętnastego wieku stanął, w Apaczach obecny od początku, znamienity człowiek: Cochise, jeden z największych wodzów Apaczów dziewiętnastego wieku. Jedyny […], który, pobudzony zaciekłą nienawiścią do Meksykanów, zabójców jego ojca, i do Amerykanów, którzy powiesili mu brata i zamordowali teścia, stawił czoło armiom dwóch krajów i czterech stanów i nigdy nie został pokonany. Walczył z całą siłą i determinacją, aż w końcu zrozumiał, że jego lud musi się zgodzić na pokój bądź zniknąć z powierzchni ziemi. Dziwną ironią losu ów nieprzejednany wódz wojenny, który spędził życie prowadząc swych ludzi do walki, zmarł śmiercią naturalną w zaciszu rezerwatu (strona 324-325). Książka wypełniona przypisami, ale bez obaw – czyta się bardzo dobrze.

XYZ, czyli historia prawdziwa bez pomysłu na bardziej udany tytuł

W pierwszej dekadzie dwudziestego pierwszego wieku nakładem samorządowej instytucji kultury X (nie o nazwy, miejsca i tytuły tu chodzi) ukazała się książka Y. O jej istnieniu dowiedziałem się czytając niedawno książkę Z, której autor korzystał z dzieła Y, co miało swoje odzwierciedlenie zarówno w treści, jak i w przypisach.
Trochę matematycznie wyszło, ale nie o to chodzi – podjęty w książce Y temat bardzo mnie zainteresował, więc postanowiłem sięgnąć do źródła.
Konsultacja w pobliskiej bibliotece automatycznie przeniosła moje działania do Internetu. Na początek obiecujący kontakt za pośrednictwem portalu społecznościowego – nabycie książki jest możliwe, wystarczy się skontaktować ze wskazanym pracownikiem. Tak zrobiłem. Przeczytanie pierwszej emalii zwrotnej sprawiło, że ogarnął mnie stan błogiego przeświadczenia, iż niebawem zatonę w obiekcie mojego pożądania – wystarczyło, że podam swój adres, a publikację otrzymam za darmo! Nie oferują jej w wygórowanej cenie (koszt dużego bochenka razowego chleba to nie majątek), więc zdecydowanie bardziej ucieszył mnie fakt, że samorządowa instytucja kultury X jest żywo zainteresowana zainteresowaniem swoimi wydawnictwami każdego potencjalnego czytelnika, nawet tego z oddalonej kilkaset kilometrów prowincji. Proszę – pomyślałem – oto ludzie z misją!
Kolejna emalia zwrotna nieco zburzyła ów idylliczny obraz – pracownik chce nawiązać kontakt telefoniczny. Hmm…. Dzień czy dwa później zadzwonił i… klops! Wyjaśnienie, że część samorządowej instytucji kultury X, w której jest zatrudniony, nie zajmuje się sprzedażą książek (oni wymieniają się z innymi instytucjami, które też parają się działalnością wydawniczą) rzuciło światło wyjaśnienia na zaczynający kuleć proces pozyskiwania dzieła Y. Gwałtownie irytująco sprawa zaczęła się mienić chwilę później – wyjawił, że nie jest  w stanie mi pomóc, ponieważ sprzedażą zajmuje się inna część samorządowej instytucji kultury X i to z nimi muszę się skontaktować. Czy będą w stanie wysłać, bo jednak mam daleko… Raczej nie, ale najlepiej, żebym dopytał.
I tak sobie pomarnowaliśmy trochę czasu. Do teraz nie mogę rozgryźć, dlaczego ów człowiek od razu nie przekazał sprawy tym, którzy zajmują się sprzedają książek – analiza zawartości ich strony internetowej wskazuje, że nie mają do siebie daleko.

PS Finał? Jakże swojski, łatwy do przewidzenia – obrażony na cały świat książkę odpuściłem.

“Krzysiu, gdzie jesteś?”

Krzysiu, gdzie jesteś? (USA, 2018)

Problem, z którym zmagamy się od pradziejów: proza życia wypłukuje z człowieka świat dziecka, a dorosłość musi być zaplanowana, poukładana, nieskończenie pędząca, planująca lepszą przyszłość. Tytułowemu Krzysiowi się poszczęściło – przyjaciele z dzieciństwa wrócili, dokonała się zmiana i wszystko znowu nabrało kolorów.
BajkaTak się nie daPrzecież to nie takie proste… Znaczy: czas najwyższy na wizytę ekipy z twojego Stumilowego Lasu! Nie muszą być z piaskownicy. Wystarczy, że wrócą ci ciut starsi, nabuzowani pasją i ideami.

“Macie swoją kulturę. Kultura alternatywna w Polsce 1978-1996”

Xawery Stańczyk Macie swoją kulturę. Kultura alternatywna w Polsce 1978-1996 (Narodowe Centrum Kultury, Warszawa 2018)

Siedemset pięćdziesiąt stron z hakiem, ponad miesiąc czytania, kilka kryzysów, ponieważ treść zanurzona w ciężkostrawnym – jak dla mnie – socjologiczno-antropologicznym sosie. Ale było warto:

  1. Jeżeli też myślicie, że pod pojęciem „kultura alternatywna” kryją się tylko krasnoludki Pomarańczowej Alternatywy, wydawnictwa QQRYQ i program Lalamido, to czas na Macie swoją kulturę -Xawery Stańczyk prześwietlił ją chyba z każdej możliwej strony (Marek Krajewski, fragment tekstu zamieszczonego na okładce książki: Autorowi udało się połączyć to, co zazwyczaj rozdzielano, pisząc o kulturze alternatywnej, a więc różnorodne przejawy kultury młodzieżowej i subkultur, kontestacyjną muzykę, antysystemowe działania i ideologie, nowe idee polityczne, wysokoartystyczne sztuki wizualne i awangardowy teatr, wielopostaciową wspólnotowość i odmienne modusy samoorganizacji).
  2. Jeżeli też chodzicie własnym ścieżkami, to przeczytajcie tę książkę  – poczucie bycia wśród swoich będzie wam towarzyszyło przez cały czas (magia tytułu pewnie już zadziałała).

PS Część przedstawionych w Kulturze alternatywnej w Polsce 1978-1996 działań artystycznych zebrałbym w jednym miejscu pod jakże trafnym tytułem – Droga przez mękę.

Wierszoklet#3

IRONII, AUTOIRONII ORAZ INNYCH PRAWD ŻYCIOWYCH I WYNIKAJĄCEGO Z TEGO ABSURDALNEGO BÓLU GŁOWY ODSŁONA SZÓSTA (SIERPIEŃ 2018): ZADZIAŁO SIĘ W TOALECIE
Tam dokąd król chadza piechotą,
siadasz
z telefonem w ręku:
oglądasz, piszesz, czytasz, rozmawiasz;
portale, opinie, mesendżery, esy
(ja – smartfonofob – nudnawe teksty
i na jedno kopyto wierszoklety).

Rzec by można:
postęp w toalecie,
bo na przełomie wieków
tylko gazeta, długopis, krzyżówka,
a jeszcze wcześniej dodatkowo radocha
gdy pod ręką była szara rolka,
rolka na wagę złota.

Hasło#2

TU «popularne wśród Polaków, którzy są przekonani, że innym zawsze żyje się lepiej; używane w kontekście miejsca zamieszkania (kraju, powiatu, gminy, miejscowości), pracy zarobkowej, jako ocena dostępności oraz jakości wszelkich usług i tak dalej, i tak dalej (na przykład: „Tu dobrze nie było i nie będzie”, „Tam mogli to zrobić, a tu…”, No, tu nic nie idzie”; domyślnie – „A my zawsze w dupę kopani”, „Ch.. z taką polityką”); stosowane też w formie „tutaj”; częstotliwość występowania – porażająca; znane są użycia niepozbawione zabarwienia ironicznego»

Hasło#1

ONI «mityczni mieszkańcy Polski, którzy nie grzeszą wiedzą, na niczym się nie znają i zawsze trzeba po nich poprawiać (na przykład: „Co oni tu odegrali??!!”, „Jak oni to zrobili??!!”, „Mówiłem im, że to nie tak”, „Oni się do tego nie nadają”, „Głupcy…”); bardzo często występują w formie „po naszymu”, czyli „uni”; tak powszechni, że aż strach rozpocząć kolejny remont w mieszkaniu, zaprowadzić samochód do innego mechanika, a w rozmowie ze znajomymi zdradzić, co poradził lekarz, że urzędnik nakazał uzupełnić dokumenty…; nietrudno ich znaleźć (przykład z życia wzięty):
W pewnej firmie pojawił się nowy pracownik gospodarczy. Pracę rozpoczął słowami:
– „Kto tu, kur…, sprzątał?”.
Po kilku tygodniach okazało się, że stan czystości pomieszczeń nie uległ żadnej poprawie».

“Zegarmistrz światła. Tadeusz Woźniak w rozmowie z Witoldem Górką”

Zegarmistrz światła. Tadeusz Woźniak w rozmowie z Witoldem Górką (Zysk i S-ka Wydawnictwo, Poznań [2017])

Tadeusz Woźniak (1972), Odcień ciszy (1974) i Ziemia (2015). Pierwszą jestem zauroczony, do drugiej wracam systematycznie, by stwierdzić, że nie mogę jej rozgryźć, natomiast o trzeciej mogę napisać z całą pewnością – nie spodobała mi się. Trzy płyty. Resztę doczytałem w publikacji Zegarmistrz światła, kupionej niedawno w jednej z tak zwanych tanich książek (zdziwiłem się, że takowe wciąż istnieją i są tak dobrze zaopatrzone – to poznański wyjątek czy najwyższy czas, żeby częściej bywać w większym świecie?). Tym samym wiedzę uzupełniłem, z czego bardzo się cieszę, ponieważ zawsze chciałem się dowiedzieć czegoś więcej o tym artyście.
W 2016 roku Tadeuszowi Woźniakowi stuknęło pięćdziesiąt lat na scenie, a ja jestem przekonany, że i dzisiaj, dwa lata po tym jubileuszu, nadal jest sporo osób zainteresowanych muzyką popularną, którzy o artystycznym dorobku „Zegarmistrza  światła” mają mgliste pojęcie. Tadeusz Woźniak: Większość tego, co w muzyce zrobiłem, jest bez śpiewania. Kojarzy się mnie, moją twórczość, głównie z tymi kilkoma najpopularniejszymi piosenkami. Popatrz na tę szafę, te wszystkie taśmy to moja muzyka instrumentalna. Nawet moi znajomi nie wiedzą, że to są aż takie proporcje (strona 246). Warto więc sięgnąć po rozmowę artysty z Witoldem Górką. Książka wydana przyzwoicie, rozmowa się klei i jest na temat, nie brakuje ilustracji – tylko czytać!