Jon Bon Jovi „Blaze of Glory”

Do filmu lubię wracać, a solowy debiut lidera Bon Jovi bardzo sobie chwalę.

(1990, PolyGram)

Trzeba wiedzieć, kiedy można przyznać, iż słucha się albumu Blaze of Glory, żeby nie narazić się na poważne perturbacje towarzyskie (zapewne, nie inaczej będzie w przypadku sympatii do grupy Bon Jovi, a także Madonny, disco polo, radiowej Dwójki i tak dalej, i tak dalej). Tłumaczenie, że na liście udzielających się muzyków są Jeff Beck, Elton John czy Little Richard będzie tylko… próbą wybielenia tej wstydliwej słabości, która – w najlżejszym wydaniu – zostanie skwitowana dyplomatycznymi pomrukami i zmianą tematu. Fakt, iż album zainspirowały Młode strzelby II też nie ma żadnego znaczenia – w opinii fachowców ów film do wybitnych dzieł kina nie należy.
Tylko czy to ma znaczenie? Do filmu lubię wracać, a solowy debiut lidera Bon Jovi bardzo sobie chwalę. Prawda, osadzony w hard – pop – rocku rodem z lat osiemdziesiątych, ale brzmi dobrze, świeżo, szczerze (nawet jeżeli to tylko nastawiony na konkretny cel majstersztyk), jest naszpikowany świetnymi utworami i przenosi słuchacza na Dziki Zachód, a o to przecież chodziło – toć to muzyka zainspirowana westernem.
A może jest jeszcze inaczej? Może Blaze of Glory to dzieło wybitne (należy odnotować – tylko na marginesie, bo akurat wyróżnienia i nagrody to bardzo mętna miara jakości – że album zgarnął kilka bardzo znaczących wyróżnień), ale przez zadeklarowanych fanów niepokornego rocka słuchane w tajemnicy przed światem, bo, wiecie, to Jon Bon Jovi…? I w tym miejscu trzeba postawić kropkę, ponieważ tekst jest już na ostatniej prostej do zanurzenia się w samouwielbieniu i wystawienia sobie kolejnej laurki za przekorę oraz łażenie własnymi drogami, co autor czyni chętnie i przy każdej nadarzającej się okazji, he, he, he.

Nirvana „In Utero”

Nirvana „po stronie rocka alternatywnego”.

(1993; 2013, Geffen Records)

Następny studyjny album po „Nevermind” pokazał, że Kurt Cobain ze swą Nirvaną nie chce iść na żadne kompromisy i nie złagodzi swojego stylu, żeby przypodobać się mainstreamowym mediom. […] grupa daje do zrozumienia, że pozostała po stronie rocka alternatywnego*.
„In Utero” zajął miejsce pomiędzy dwiema poprzednimi płytami zespołu (chociaż utwory były o wiele bardziej wyszukane i skomplikowane) i rzucił wyzwanie nowym legionom fanów Nirvany, którzy – po tym stawiającym większe wymagania wydawnictwie – musieli nadal pozostać jej wierni. Była to zamierzona rezygnacja z korony króla pop, którą Cobain zdobył po ukazaniu się „Nevermind”**.
Cobain stwierdził później, że zawsze chciał, by jego kapela brzmiała tak, jak na „In Utero”. I nic dziwnego: to NIESAMOWITY album, niewątpliwie apogeum studyjnych osiągnięć zespołu. Zaskoczyły wszystkie trybiki: produkcja, gra, kompozycje, klimat, melodie, ściany hałasu, moment. Dziś, gdy „Nevermind” razi archaiczną, typową dla wczesnych lat 90. produkcją, ten materiał wciąż brzmi świeżo***.
A na dodatek: „Kurt chciał stworzyć coś nowego […]. Chciał zmienić styl, ale nie bardzo umiał to zrobić. Nie potrafił wyjść poza swoje nirvanowskie patenty. Jak się nauczyć innego stylu? Katując przez miesiąc inną płytę Beatlesów?”***.
Kiedy singiel Heart – Shaped Box przecierał szlaki, a pierwsze posłuchania albumu generowały recenzje, nic nie było w stanie dorównać hiciorowi z okładką przedstawiającą bobasa płynącego za zielonym banknotem. Ale to już przeszłość – wybieram krążek kojarzony z porozrzucanymi modelami płodów i niemowląt.

* Robert Filipowski, recenzja In Utero w Teraz Nirvana II, Teraz Rock, 2016, nr 9, strona 51
** Suzi Black, Nirvana. W hołdzie Kurtowi, Kraków 1994, strona 57-58
*** Everett True, Nirvana. Historia prawdziwa, Czerwonak 2014, strona 428 i 433

NIRVANA LIVE AT READING 
2009

Najarany. Po Prawdziwej historii [Everett True: Nirvana. Prawdziwa historia (In Rock, Czerwonak 2014)] czuję się jak ten nastolatek, co to paradował dumnie w koszulce z okładką Nevermind na przedzie. 
Zmiażdżony. Zapamiętałem, że album From the Muddy Banks of the Wishkah nie był porywający. Ale dzisiaj ELEKTRYCZNYCH KONCERTÓW NIRVANY – UNIKAĆ! to już nieprawda. Usiąść wygodnie w fotelu? [w rękopisie – kilka niecenzuralnych słów]. 
Wniebowzięty. Po prostu wniebowzięty. Ponad 78 najkrótszych na świecie minut, Complete set-list, 30 sierpnia 1992 roku. Panowie dziennikarze, mieliście rację – tego dnia byli w kapitalnej formie!
 NIRVANA „BLEACH” 
1989

Bleach odstaje od reszty. Na minus. Bo choć debiutancka płyta Nirvany najczęściej miała dobre recenzje, a wraz z upływem czasu zbiera jeszcze wyższe noty, to dla mnie od zawsze była najsłabszym ogniwem w studyjnej części dyskografii zespołu. Brak jej tej popowo-punkowej lekkości artystyczno-kasowego przeboju Nevermind oraz kolejnych albumów. A właśnie tym zespół mnie urzekł w roku 1991. 
Będę niekonsekwentny. Bleach jest OK. Bo choć to twór wolno i ciężko zagrany, to jednak swoją wartość ma – utwory nie nużą (w szczególności Blew, Floyd the barber, About a girl, Negative creep i Downer), mocarna gra perkusji robi wrażenie, a posmak garażowego (można zastąpić słowami: alternatywa, underground) grania przyjemnie łechce moje poczucie bycia niezależnym.
NIRVANA „INCESTICIDE” 
1992

Zbiór nagrań niepublikowanych. Wydany z dwóch powodów: 1) w 1992 roku nie było widoków na nowe wydawnictwo studyjne Nirvany, 2) po oszałamiającym sukcesie Nevermind, zespół postanowił niejako zweryfikować fanów swojej twórczości. Jak to ujął Igor Stefanowicz (Tylko Rock, 1993, nr 12, strona 32): […] jakby takie „przepraszam” w kierunku zagorzałych fanów nieco zawiedzionych ugrzecznionymi produkcjami z „Nevermind”. 
Piętnaście utworów z lat 1988-1992. W większości proste, melodyjne „garaże” oraz „punkroki”, z jakich do dzisiaj słynie stan Kalifornia. Sliver, Stain, Been a son, (New wave) Polly, Aneurysm czy kowery Turnaround, Molly’s lips i Son of a gun rozruszają nawet najbardziej niemrawych miłośników rocka, lubujących się w punku i alternatywie. Gorzej Beeswax, Mexican seafood, Hairspray queen, Areo zeppelin, Big long now i Downer. Wyłączając ostatni z wymienionych utworów – mniej udana próba grania znanego z albumu Bleach. 
Incesticide nigdy nie zdobędzie uznania, jakim cieszą się pozostałe albumy Nirvany, wydane za życia zespołu. Ale „zapchajdziurą” na pewno nie jest.

Lou Reed, John Cale & Nico „Le Bataclan. Paris. Jan 29. ‘72”

I luzuje się dekielek…

(2018, Spyglass)

Żyjesz w przekonaniu, że na temat ulubionego artysty / grupy artystów wiesz już tyle, że nic nie jest w stanie cię zaskoczyć. Aż tu nagle jeden z magazynów  wali cię po łbie, uświadamiając, że wiesz zdecydowanie mniej niż ci się zdawało. I luzuje się dekielek, bo – jak to w przypadku ulubieńców – jesteś w stanie pochylić się nawet nad zarejestrowanym pierdnięciem. Resztki zdrowego rozsądku postawią pytanie – czy takie nagranie rzeczywiście jest niezbędne do życia? Jeżeli jednak patrzysz na okładkę, czytasz recenzję, a towarzyszy temu szczękościsk i dzikie podniecenie, wszystko stracone – trzeba to mieć, koniec i kropka.
Cenisz The Velvet Underground, więc o zdrowym rozsądku możemy zapomnieć. A przecież Lou Reed i John Cale to motory napędowe tej grupy, natomiast Nico swoim jakże niepowtarzalnym głosem, nieco przypominającym tych, co raczą czy w przeszłości raczyli się „dobrodziejstwami” tego świata, ubarwiła album z kultowym bananem na okładce. Prawda, 29 stycznia 1972 roku cała trójka nie była już częścią zespołu, ale na repertuar koncertu w Paryżu złożyły się także, a może – sądząc po aplauzie publiczności i twojej podniecie – przede wszystkim utwory The Velvet Underground – I’m Waiting For The Man, The Black Angel’s Death Song, Heroin, Famme Fatale, I’ll Be Your Mirror i All Tomorrow’s Parties plus jakiś dodatek z próby w Londynie). Bardziej jednak zelektryzowała cię informacja, że to koncert… akustyczny! Tak lubisz najbardziej. Z opisu: Lou Reed – vocals, acoustic guitar, John Cale – guitar, viola, piano, vocals, Nico – vocals, harmonium. Jak można nie kupić?

THE VELVET UNDERGROUND THE VELVET UNDERGROUND
1969

Ulica wielkiego miasta. W żadnym innym miejscu zmierzch nie zapada w taki sposób jak tutaj. Taka też jest noc – wypełniona ludźmi, samochodami oraz kolorowymi światłami reklam mieszających się z wyciem syren radiowozów, czy karetek pogotowia i zapachami jedzenia serwowanego w licznych restauracjach, klubach i tym podobnych miejscach.
W jednym z klubów – my. Na zegarze późno. Siedzimy w półmroku, zatopieni w papierosowym dymie, zapachach perfum i ludzi. Już zapomnieliśmy o świecie zostawionym za drzwiami. Otuleni tą niepowtarzalną aurą błogiej intymności chłoniemy każdą chwilę. Reszta nie ma znaczenia. Zamówienie składane przy barze, brzęk uderzających o siebie kufli, które zebrane na tacy wędrują gdzieś na zaplecze a nawet (przecież nie jesteśmy tu sami) rozmowy sąsiadów przy stolikach obok - niby na wyciągnięcie ręki, a jakby miliony lat świetlnych od nas.
Sami też rozmawiamy. O wszystkim i o niczym, o rzeczach ważnych i nieważnych. Tak po prostu. Nie upijamy się, ale też nie jesteśmy już zupełnie trzeźwi. Możemy sobie na to pozwolić, bo ten wolny wieczór jutro stanie się dniem wolnym od pracy i innych obowiązków niewymagających od nas stuprocentowej gotowości. Leniwie sączymy kolejne piwo. Z głośników płynie The Velvet Underground… Ta muzyka jest jak ten wieczór w tym klubie…

Bartosz Buchholz (Bronhard M., Buchholz B., Leśniewski B., Świegoda J., Mniej prądu, Lizard, 2019, nr 33, strona 53): Koncert okazał się jednorazowym wydarzeniem, na szczęście został zarejestrowany. Co ciekawe, gdy już doczekał się oficjalnego wydania, okazało się, że w wyniku błędu technicznego muzyka jest spowolniona. Twoje niewprawione ucho tego nie wyłapało, wydaje się, że w międzyczasie – pierwsza edycja wyszła czternaście lat wcześniej – błąd został skorygowany. Ale czy to ma znaczenie? Obok perełek The Velvet Underground, każdy z trójki artystów firmujących album zaprezentował coś ze swojego solowego dorobku. Zaskoczeniem jest Cale, bo takiego go nie znałeś (na przykład The Biggest, Loudest, Hairiest Group Of All na kilometr pachnie ci Beatlesami). Właściwie Cale’a znałeś tylko jako członka zespołu, którego nazwę musiałbyś wymienić po raz czwarty, więc nie ma się co wymądrzać. Podobnie jak Nico. W tym przypadku jesteś jednak pewny, że na tym albumie zawodząca Nico solo wypadła najmniej przekonująco. A Lou Reed? Wild Child – świetne, Berlin… Zamieszczonej tu wersji tego utworu pan Lou nie miał w poważaniu, ale tobie pasuje. Zresztą jak cały ten koncert. Bo akustyczny i – nie mogło być inaczej – bardzo „velvetowy”, a ty ponad dopieszczenie i wirtuozerię stawiasz prostotę sprawiającą wrażenie niedopracowania, brzmienia, które tak chętnie określasz mianem „suche”, „surowe, „chropowate” oraz ową aurę błogiej intymności. Właśnie, znowu poczułeś się jak w klubie.

PS W zestawie jest płyta DVD z częścią tego, co na CD.

„Pan Nikt” zespołu AVE

AVE gatunkowo mocniejsze i bardziej jednolite.

AVE Pan Nikt (2019, Studio Aimix)

Z AVE mam problem. Z jednej strony nigdy nie pałałem sympatią do gitarowych mocnych brzmień, a takimi raczy nas ten zespół, z drugiej zaś pisanie o muzykujących ludziach z miast i miejscowości sąsiadujących ze Strzelnem sprawia mi frajdę. Szczególnie o takich jak członkowie AVE. To nie dzielona na regiony muzyka ludowa, a i nawiązanie do wyścigu lipne, bo nie o ściganie się w tym wszystkim chodzi, ale, biorąc pod uwagę podejście do kwestii wydawniczo-promocyjnych, inowrocławianie bardzo odskoczyli konkurencji. Dwa albumy i udział w jednej składance, wszystko w odpowiednio opakowanym formacie CD; Pan Nikt z wydawcą, którym nie jest sam zespół; udział w audycjach radiowych, docieranie do recenzentów, a za chwilę (albo już) część streamingowego potoku… Mariusz Michałowski*: Naszym wydawcą jest teraz Studio Aimix. Bardzo fajni młodzi ludzie, stowarzyszenie, które zauważyło nas już przy pierwszej płycie, i nam pomogło. I to był strzał w dziesiątkę, ponieważ chcieliśmy iść drogą niezależną, a oni nam w tym wtórują. Niebawem płyta pojawi się na wielu streamingowych, tych modnych portalach, które są – uważam – istotne, bo nie mamy zamiaru się chować do szuflad, tylko właśnie istnieć.
W tym przypadku o szufladach nie może być mowy.
Mariusz Michałowski: Dla mnie jest to taki krok do przodu, w sensie też muzycznym, kompozycyjnym. Chcący czy nie chcący, wyszła troszkę… znaczy, ona… jak ktoś, tak jak ja, po części ma duszę metalowca, to nie jest jakaś ciężka, ale jednak z takich gatunków mocniejszych. Aczkolwiek duży nacisk był na to, żeby była melodia, zwrotka, żeby to było coś, że tak powiem, może nie śpiewnego, bo ja za bardzo nie śpiewam jak zawodowi wokaliści, ale żeby to było melodyjne, spójne, a zarazem mocne.
Pan Nikt ukazał się trzy lata po fonograficznym debiucie. Zasługuje na wyższe noty niż ich pierwsza płyta, właśnie za to, co było zamiarem muzyków – jest bardziej jednolita stylistycznie, w sporej części klasycznie hard rockowa, i melodyjna. Potrafi też zaskoczyć (wokalny duet żeńsko/męski w Miłości i jakby wyjęte z naznaczonego zimną falą polskiego rocka z lat osiemdziesiątych Kalendarze). I jest mocarna, jeżeli chodzi o warstwę słowną. Autor tekstów punktuje rzeczywistość? Mariusz Michałowski: To zależy jak się na to spojrzy. Można powiedzieć, że jest trochę przerażająco, ale ja uważam, że… tu jest fajnie, he, he, he. Po prostu, przyszło w takim wagonie jechać, być w takim miejscu i w takich czasach. Jeśli jest tam coś punktowane, to są rzeczy, o które się nie da nie otrzeć na co dzień – pogoń za blichtrem, jakieś wynaturzenia pseudoreligijne lub polityczne. I jeszcze: Nie ma założeń: „O, napiszę o tym”. To gdzieś musi siedzieć w środku. Nieraz tak jest, że bym chciał trafić w coś, co nurtuje. Na przykład piosenka „Guru”. W Internecie zauważam masę tak zwanych internetowych bogów. Teraz jest mocna fala tak zwanego przebudzenia i wiele osób uważa, że to, co mówi jest wyznacznikiem drogi, która go oświeci. No i to trochę jest stronę, że… już sześćdziesiąt pięć tysięcznego boga można sobie podarować, he, he, he.
Przekaz Dilera miłości został wzmocniony fragmentem pewnej bardzo popularnej wersji Mazurka Dąbrowskiego – tego na pewno nie zagra żadna z publicznych stacji radiowych.
AVE: Mariusz Michałowski (wokal), Maciej Zamczała (gitary, instrumenty klawiszowe), Robert Sadowski (gitara), Krzysztof Kosiński (bas), Mateusz Senderowski (perkusja). Goście: Małgorzata Kaczmarek (wspomniany wokal w utworze Miłość), Marcin Grzella (klawisze w utworze Kalendarze).

* Z Mariuszem Michałowskim rozmawiałem w czerwcu 2019 roku.

„W AVE jedziemy po polsku”

Zdjęcie#12

Czerwiec 2019.
Żeby nie było, że na niniejszej stronie internetowej nie ma zdjęć, na których zostali uwiecznieni ludzie.

 

Jest dobrze

Klippel i Jønsson w salonie

Jeden z czterech koncertów w Polsce. I kolejny „house gig” w Kruszwicy.

21.06.2019, Kruszwica, u znajomych w domu

Ona na boso, on w skarpetkach. Publika konwencjonalnie, ale z wyjątkami – na przykład jeden z gospodarzy wieczoru bez skrupułów paradował w basenówkach. Kuchnia odpowiednio zaopatrzona, dostępna dla każdego. Drzwi na taras otwarte, bo ciepło, a i miejscówka niczego sobie. Najdłuższe dni w roku, więc trochę za jasno. Luz. Pamiątkowe koszulki dla artystów i szefa firmy Borówka Music, która podobno zaszczepiła na polski grunt taką formę koncertu. Zaproszenie na kolejne spotkanie poprzedzone rozmową, że może w plenerze… chociaż nie, bo lato stało się bardzo kapryśną porą roku. Trochę narzekania na aktywność domów kultury (zawsze im się dostanie przy okazji takich oddolnych, prywatnych inicjatyw). Możliwość kupienia płyt, pocztówek i pogadania z tymi, którzy dosłownie przed chwilą przez ponad godzinę okupowali scenę tuż przy schodach prowadzących na użytkowe poddasze.
Duet Mirja Klippel z Finlandii (gitara akustyczna, chyba hiszpańska; śpiew) i Alex Jønsson z Danii (gitara elektryczna, dośpiewywanie). Jeden z czterech koncertów w Polsce. I kolejny house gig w Kruszwicy. Muzycznie inny niż ten z człowiekiem kryjącym się pod pseudonimem Henry No Hurry. Zgodnie z oczekiwaniami – odpowiednio delikatny i melancholijny. Może trochę monotonny, ale już z płyt Klippel (Lift Your Lion i przede wszystkim River of Silver) – wyśmienity!

Wierszoklet#7

UPAŁ [CZERWIEC 2019]
Przyszedł niespodzianie,
kalendarz zasłaniając natłokiem zajęć
i kolekcją nieoczekiwanych zdarzeń.
Zmylił deszczem,
jakiego dawno nie było.
Kapelusz na łeb włożył,
filtry cenić,
cienia szukać każe.
A prognozowany stan nieba
sugeruje jedno –
czas na „do jesieni odliczanie”.