David Treuer „Witajcie w rezerwacie. Indianin w podróży przez ziemie amerykańskich plemion”

(Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2020)

David Treuer: „Podobnie jak rezerwaty indiańskie, ta książka jest hybrydyczna. Znajdziemy w niej elementy dziennikarstwa, historii i osobistych wspomnień. W tym kształcie miała być bardziej sugestywna niż wyczerpująca […]” (strona 333).

Niemożliwe, żeby autor pominął czas, kiedy to potomkowie Europejczyków zdusili rdzennych mieszkańców Ameryki Północnej, zamknęli w rezerwatach licząc na to, że już niebawem ich świat umrze śmiercią naturalną. Wiele książek poświęconych Indianom kończy się właśnie na wieku XIX. W Witajcie w rezerwacie jest odwrotnie – wydarzenia z tamtego okresu są początkiem tytułowej podróży. Przewodnikiem jest człowiek z grupy Odżibuejów, który zawsze stoi po stronie swoich (nie oznacza to – mataczy).

David Treuer: „Opowiada, jak powstały rezerwaty, czym są w dzisiejszych czasach i dokąd zmierzają” (strona 33).

Druga połowa XX i pierwsze lata XXI wieku. Indian trawią różne choroby współczesnego świata, ale przetrwali szkoły z internatem i wiele innych ciosów zadanych przez białego człowieka. Skutecznie prą ku wolności i niezależności – między innymi zaczęli egzekwować przynależne im prawa traktatowe, niejednokrotnie czerpać ogromne zyski z prowadzonych przez siebie kasyn oraz walczyć o utrzymanie plemiennej kultury.

Powiało sporą dozą optymizmu. Chyba pierwszy raz w historii mojego zafiksowania na Indian.

Rafał Księżyk „Dzika rzecz. Polska muzyka i transformacja 1989-1993”

(Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2020)

Dlaczego nie było mi dane poznać 1991 Izraela, Tehno terror duetu Max i Kelner i Urojonecałemiasta Apteki, przez autora wyróżnione jako „przełomowe płyty, które otwierają nową epokę” (strona 12)?

Czy 04.07.1992 roku o godzinie 8:35 zasiadłem przed telewizorem, żeby obejrzeć pierwszy odcinek programu Lalamido, czyli porykiwania szarpidrutów? A co z Dzyndzylyndzy, czyli brulion TV oraz AlternaTiVi?

Dlaczego nie polubiłem Legendy? I co zaprzątało moją uwagę w czasie, kiedy w Stanclewie na Warmii, gdzie „działała […] nieformalna artystyczna komuna skupiona wokół punkowo-reggae’owej załogi z Hybryd” (strona 113), Armia nagrywała materiał na tę płytę?

Zdarzyło mi się obejrzeć polski teledysk, który zrobił na mnie większe wrażenie niż te autorstwa Jana „Yacha” Paszkiewicza?

Gdzie mam kasetę Piersi Live ’93 z odśpiewanym przez publikę ZCHN zbliża się, utworze będącym kontrowersyjną wersją znanej pieśni religijnej Pan Jezus już się zbliża, i słowami Kukiza: „Wszyscy pójdziecie do pierdla”?

Lektura wygenerowała znacznie więcej pytań.

Rafał Księżyk: „Każdy, kto przeżywał muzykę lat dziewięćdziesiątych – a trudno było wtedy uciec od jej wpływu – ma w pamięci własną jej historię. Moja historia skupia się na tym, co w polskiej muzyce lat 1989-1993 było nowością, i na tym, co było przekroczeniem” (strona 13). Moje lata 1989-1993 to nastoletni, jak zawsze gorący czas formacji muzyczno-poglądowej. Ułamek z tego, co zostało przedstawione w Dzikiej rzeczy, chłonąłem na bieżąco. Czyli: z jednej strony radocha, ponieważ można sobie powspominać/poprzypominać, z drugiej zgrzyt, że sporo mnie ominęło.

O gęsiach

O GĘSIACH
późny wieczór na jeziorze
znowu gęsi szał
ocieplenie klimatu
odlotu prysł czar

stołują się
nocują
czy już są u siebie?
tego nie wiem

Rodzina Pastora „Biegnijmy w słońce”

(2020, GAD Records)

Wydawane przez GAD Records – i nie tylko tę firmę – muzyczne archiwalia to w znacznej części nowości w krajowej fonotece. Przykładem – Rodzina Pastora. W 1972 roku Polskie Nagrania wydały tylko tak zwaną „czwórkę”, a na Biegnijmy w słońce złożyły się również inne nagania. W świetle pytania kończącego ten akapit znaczenie ma też fakt, iż samo istnienie zespołu jest dla mnie niespodzianką. To właśnie potok wznowień i publikowanie nieznanych nagrań pozwolił mi poznać i nabyć moc muzyki stworzonej dziesiątki lat temu – progresywni Skaldowie, Nurt, Romuald i Roman, Stress, Halina Frąckowiak z SBB i tak dalej. W związku z powyższym: Czy Simon Reynolds wrzuciłby tę płytę do stworzonego przez siebie wora zatytułowanego Retromania. Jak popkultura żywi się własną przeszłością?

W sumie… bez znaczenia. Biegnijmy w słońce to kolejny dowód na to, że między big-beatem a SBB w polskiej muzyce popularnej zadziało się sporo dobrego. A dzisiaj można tego posłuchać z płyty kompaktowej. I to jest najważniejsze.

Michał Wilczyński (broszura): „Na przełomie lat 60. i 70. łatwiej było dostrzec na polskiej scenie fascynacje psychodelią, soulem bądź cięższymi odmianami rocka niż dokonaniami Simon and Garfunkel czy Crosby, Still, Nash & Young. Na szczęście były wyjątki, a wśród nich ten najjaśniejszy: Rodzina Pastora”.

Rodzina Pastora zarejestrowała swoją wersję Whole Lotta Love Led Zeppelin, jednak to nie ten utwór świadczy o sile Biegnijmy w słońce. Wydawca oznaczył tę płytę jako „folk rock/psych”. Od siebie dodam etykietę „country”.

Kryzys wieku średniego

KRYZYS WIEKU ŚREDNIEGO
kolejna blizna
niewinność wspomina
wiara na manowcach
doświadczenie zdusiło wrażliwość
zacne czyny do lamusa
miarą szczęścia –
święty spokój
szczytem marzeń –
góra chleba w łatwy sposób

„Sebastian Stube. Cykle rozmazane”

Pierwsze podejście było wiosną. Dzisiaj się udało, choć jesienne uderzenie koronawirusa uśmierciło inny koncept zaprezentowania prac Sebastiana. Wyszło jednak, że Cykle rozmazane nie potrzebują żadnej szczególnie specjalnej oprawy, żadnego wzmocnienia klimatu. Na białej ścianie nie tracą ułamka tkwiącej w nich siły rażenia. I idealnie wpisują się w obraz świata potrzebującego dezynfekcji, maski i dystansu społecznego.

Sebastian o sobie tutaj. Wystawa jego prac malarskich – Dom Kultury w Strzelnie (fot. Rafał Budny).

Bez obaw

BEZ OBAW
smętna rzeczywistość?
bez obaw w przyszłość
nawet jeśli przetrwamy
co zdarzyć się może
świat nas nie zaskoczy
jasnym kolorem
uczciwością
miłością
pokojem

Jim White and Marisa Anderson „The Quickening”

(2020, Thrill Jockey Records)

Zgaduję, że zdobiące opakowanie płyty zdjęcie przedstawia moment nagrywania The Quickening. Wyobrażam sobie, że właśnie tak wyglądał proces tworzenia materiału – Marisa Anderson na krześle, z gitarą w ręku, frontem do zestawu perkusyjnego, który we władanie objął Jim White. Efektem nie wiadomo ilu godzin improwizowania jest dziesięć utworów. Pierwsze skojarzenie (być może ograniczone nieznajomością wielu ważnych płyt): koncertowe wcielenia SBB (z okresu debiutu fonograficznego) i Grateful Dead.

Na dzień dobry (Gathering) White atakuje perkusją. Gitara Anderson mniej wojownicza, ale pytanie pozostało: to będzie intensywne trzydzieści osiem minut? Nie, on potrafi stonować, a dla niej to chyba chleb powszedni. W takiej odsłonie wydają się najbardziej atrakcyjni (między innymi: Pallet, November) i potrafią zaproponować coś mieszczącego się w standardach bardziej ambitnej radiowej popołudniówki (18 to 1).

Płyta na jesienne chandry, chimery, przesilenia bądź radości z nastania tej pory roku.