SBB & NOSPR „Z miłości jestem LIVE”

(2021, NOSPR)

Reedycje Polskich Nagrań z ostatnich lat XX wieku otworzyły głowę na SBB i bardziej rozbudowane formy rockowe, a związek z kierowaną przez Józefa Skrzeka grupą okazał się bardzo trwały. Właściwie jedynym zgrzytem okazał się zalew koncertówek, który doprowadził do całkiem niespokojnego zmęczenia. Jednak tym wnoszącym coś nowego – w moim odczuciu, rzecz jasna – nie sposób było odmówić. Zebrało się kilka tytułów, między innymi Warszawa 1980, Koncerty w Trójce. SBB & Michał Urbaniak i Z miłości jestem LIVE.

  1. Z powodu pandemii nieobecny Jerzy Piotrowski – w zastępstwie Paweł Dobrowolski. Gitara basowa – Max Mucha. Aranżacje i dyrygent Narodowej Orkiestry Symfonicznej Polskiego Radia – Miłosz Wośko.
  2. Freedom With Us zaśpiewane przez Stanisława Sojkę długo nie mogło pozyskać mojej sympatii – zdaje się, że za bardzo nasiąkłem wokalem Józefa Skrzeka.
  3. Przy takim dorobku zawsze znajdzie się ktoś, kto zechce ponarzekać na dobór repertuaru. Memento z banalnym tryptykiem, Odlot, Z których krwi krew moja i klika innych. Cieszę się, że jest mój ulubiony fragment SBB z płyt studyjnych wydanych XXI wieku, czyli Pieśń stojącego w bramie. Z drugiej strony jednak… przy kolejnej koncertowej okazji może warto by było pokusić się o sprzedanie słuchaczowi czegoś innego z tego okresu?
  4. NOSPR w Katowicach. Już płyta Artura Rojka Koncert w NOSPR wzbudziła podejrzenia, że wszystkie koncerty zarejestrowane z udziałem i w siedzibie NOSPR – bez rozstrzygania co ważniejsze – nawet na przeciętnym zestawie do odtwarzania muzyki zabrzmią znacznie ponad standard.
  5. Łączenie rocka z orkiestrą to nie nowość, ale czasami już na dzień dobry pomysł razi mezaliansem bez perspektyw na udane małżeństwo. Nie w przypadku Z miłości jestem LIVE. Wykorzystam Michała Wilczyńskiego, który w dołączonym do płyty tekście napisał między innymi: Świadectwo tego, że rock i klasyka nie zawsze są jak olej i woda – tutaj stapiają się w jedną, koherentną całość.

Rodzina Pastora „Biegnijmy w słońce”

(2020, GAD Records)

Wydawane przez GAD Records – i nie tylko tę firmę – muzyczne archiwalia to w znacznej części nowości w krajowej fonotece. Przykładem – Rodzina Pastora. W 1972 roku Polskie Nagrania wydały tylko tak zwaną „czwórkę”, a na Biegnijmy w słońce złożyły się również inne nagania. W świetle pytania kończącego ten akapit znaczenie ma też fakt, iż samo istnienie zespołu jest dla mnie niespodzianką. To właśnie potok wznowień i publikowanie nieznanych nagrań pozwolił mi poznać i nabyć moc muzyki stworzonej dziesiątki lat temu – progresywni Skaldowie, Nurt, Romuald i Roman, Stress, Halina Frąckowiak z SBB i tak dalej. W związku z powyższym: Czy Simon Reynolds wrzuciłby tę płytę do stworzonego przez siebie wora zatytułowanego Retromania. Jak popkultura żywi się własną przeszłością?

W sumie… bez znaczenia. Biegnijmy w słońce to kolejny dowód na to, że między big-beatem a SBB w polskiej muzyce popularnej zadziało się sporo dobrego. A dzisiaj można tego posłuchać z płyty kompaktowej. I to jest najważniejsze.

Michał Wilczyński (broszura): „Na przełomie lat 60. i 70. łatwiej było dostrzec na polskiej scenie fascynacje psychodelią, soulem bądź cięższymi odmianami rocka niż dokonaniami Simon and Garfunkel czy Crosby, Still, Nash & Young. Na szczęście były wyjątki, a wśród nich ten najjaśniejszy: Rodzina Pastora”.

Rodzina Pastora zarejestrowała swoją wersję Whole Lotta Love Led Zeppelin, jednak to nie ten utwór świadczy o sile Biegnijmy w słońce. Wydawca oznaczył tę płytę jako „folk rock/psych”. Od siebie dodam etykietę „country”.

Jim White and Marisa Anderson „The Quickening”

(2020, Thrill Jockey Records)

Zgaduję, że zdobiące opakowanie płyty zdjęcie przedstawia moment nagrywania The Quickening. Wyobrażam sobie, że właśnie tak wyglądał proces tworzenia materiału – Marisa Anderson na krześle, z gitarą w ręku, frontem do zestawu perkusyjnego, który we władanie objął Jim White. Efektem nie wiadomo ilu godzin improwizowania jest dziesięć utworów. Pierwsze skojarzenie (być może ograniczone nieznajomością wielu ważnych płyt): koncertowe wcielenia SBB (z okresu debiutu fonograficznego) i Grateful Dead.

Na dzień dobry (Gathering) White atakuje perkusją. Gitara Anderson mniej wojownicza, ale pytanie pozostało: to będzie intensywne trzydzieści osiem minut? Nie, on potrafi stonować, a dla niej to chyba chleb powszedni. W takiej odsłonie wydają się najbardziej atrakcyjni (między innymi: Pallet, November) i potrafią zaproponować coś mieszczącego się w standardach bardziej ambitnej radiowej popołudniówki (18 to 1).

Płyta na jesienne chandry, chimery, przesilenia bądź radości z nastania tej pory roku.

Ivo Partizan „Nie nagrywaj mnie”

Ivo Partizan – serce się raduje!

(2020, wydane przez Ivo Partizan)

Od 1985 roku nazbierało się tyle, że każdy może tę historię poukładać według własnego klucza. U mnie Nie nagrywaj mnie zamyka drugi rozdział aktywności zespołu. Zaczęło się w maju 2015 roku – świętowana w Spichlerzu Polskiego Rocka „trzydziecha” przyspieszyła i tak nieuchronną (moim zdaniem) zmianę szyldu z RiD na Ivo Partizan. Skończyło zamykającym album Ostatni, ważnym z kilku powodów: 1. W ubiegłym roku zmarł Maciej Adamski, jeden z filarów zespołu – Ostatni zarejestrowano na ostatniej próbie z jego udziałem. 2. Muzycznie bardzo nawiązuje do zimnofalowego Ivo Partizan sprzed lat co dodatkowo podkreśla średnia jakość nagrania – do 2016 roku były dostępne tylko chałupniczo rejestrowane wersje utworów grupy. 3. To jedyny fragment albumu z perkusją w zarządzie Mariusza Twarużka, którego problemy zdrowotne na pewien czas zupełnie wyłączyły z grania.

Wszystko, co dzieje się na albumie wcześniej to Ivo Partizan XXI wieku: bardzo gitarowe, z udziałem dwóch wokalistów, kompozycjami zarówno nowymi, jak i tymi z lat osiemdziesiątych (doczekałem się Koni czerwonych), momentami balladowe o zabarwieniu (zdaje się) miłosnym (Powoli zapominam, siostra znanego z poprzednich albumów Ciągle czekam). Z zaznaczeniem, że dopiero na Nie nagrywaj mnie przekonałem się do „dęciaków” – dotąd byłem zdania, że do muzyki zespołu nic interesującego nie wnoszą.

Pomimo śmierci w szeregach i innych zawirowań personalnych, a przez to nie do końca jasnej przyszłości, nie zawaham się sparafrazować zamieszczonego na okładce hasła promującego matecznik zespołu i napisać: Ivo Partizan – serce się raduje!

Leszek Duszyński (gitara, śpiew), Maciej „Mec” Adamski (śpiew), Sławek Ruciński (gitara), Karol Walkowski (bas), Radek Szczepankiewicz (instrumenty dęte), Arek Kubiak (perkusja), Mariusz „Sernik” Twarużek (perkusja w utworze Ostatni).

MOGILNO. IVO PARTIZAN W JAROCIŃSKIM „SPICHLERZU POLSKIEGO ROCKA” (30.05.2015)

Spichlerz Polskiego Rocka w Jarocinie, sobota, 30 maja 2015 roku, godzina 19 z minutami. W roli głównej: Ivo Partizan, świętujące swoje lecie – wiosną minęło trzydzieści lat od powstania zespołu, a latem minie trzydzieści lat od ich sukcesu na Jarocin ’85.

Na początek spotkanie z zespołem. Rozmowę prowadziła szefowa Spichlerza, sympatyczna i oddana temu co robi Julia Rzepka. Był czas na przypomnienie krótkiego żywota Ivo Partizan i wspomnienia z tym związane. U Sławomira Rucińskiego i Leszka Duszyńskiego (jedyni obecni na sali muzycy, którzy byli członkami grupy w latach osiemdziesiątych) widoczne i słyszalne wzruszenie. Sławomir Ruciński: To, że możemy tu wrócić, to naprawdę dla nas wielki sukces wewnętrzny, ale też – tak jak powiedziałem – wzruszenie i… To naprawdę coś fajnego. Warto było zagrać te tylko 13 koncertów, warto było zagrać w ’85 roku, żeby teraz, po trzydziestu latach, mając ileś lat [śmiech], móc na nowo to samo przeżywać i… Człowiek w pewnym wieku znów się staje dzieckiem, powraca – my teraz też wracamy, jesteśmy dziećmi na nowo. Był moment, że rodziny, praca, dzieci pojawiały się teraz możemy sobie pozwolić na to, że znowu powracamy do tego czasu, kiedy ja miałem 17 lat.

Były rozmowy o przyszłości grupy (Uwaga! Być może zagrają na jarocińskim festiwalu w przyszłym roku). Nie zabrakło też urodzinowego tortu ze znanym rysunkiem przedstawiającym muzyków – całość nawiązywała do logo Jarocina. Muzycy natomiast przygotowali inną niespodziankę do zbiorów Spichlerza przekazali kopię pewnego, ważnego dla Ivo Partizan rysunku. Leszek Duszyński: To jest rysunek, który nam towarzyszył w ’85 roku. To narysował Kain May, artysta, który był związany z Kosmetyki Mrs. Pinki. Podpisaliśmy się – wszyscy członkowie, którzy na przestrzeni tych lat grali. Sławek Ruciński: Kain powiedział, że tak widzi naszą muzykę. To był ’85 rok – słuchał, po koncercie przyszedł. Ten rysunek był na szarym papierze – na dużym kartonie szarego papieru.

Część druga to koncert. Zaczęło się od puszczonej z taśmy bałkańskiej pieśni o Ivo Loli (dla niewtajemniczonych: od tego człowieka wzięła się nazwa grupy). Na początek Mengele! Jeszcze tajemnicą było, że na instrumencie klawiszowym gra Leszek Duszyński, ponieważ Ivo Partizan rozpoczęli koncert schowani za… folią. Mengele plus rozmyte sylwetki muzyków – to robiło wrażenie. Po tej pieśni przyszedł czas na Zabij ten czas, a później Leszek Duszyński chwycił gitarę i pojawiło się Ivo Partizan bardziej hałaśliwe, bardziej punkowe, w wydaniu znanym chociażby z ubiegłorocznej EPki grupy RiD (od niedawna RiD to właśnie Ivo Partizan). Zagrali między innymi: Ciągle czekamŻabaKobieta ŻulEzoterycznaKomisariat policji i Wiersz dla nieznajomego przyjaciela napisany. Na bis ponownie Mengele i Zabij ten czas.

Ivo Partizan w składzie: Leszek Duszyński – śpiew, gitara i klawisze, Sławomir Ruciński – gitara, Karol Walkowski – bas i śpiew, Arkadiusz Kubiak – perkusja.

Rowland S. Howard „Pop Crimes”

Album gitarzysty The Birthday Party.

(2009; reedycja: 2020, Mute Records)

Trochę cierpka, niespieszna muza z rzężącą i łkającą gitarą oraz dość smutnym wokalem, nad którą unosi się duch jakiegoś mrocznego szamańskiego obrzędu. Do tego urzekający tandem Jonnine Standish – Howard w (I Know) A Girl Called Johnny.

Rowland S. Howard przegrał z nowotworem dwa miesiące po wydaniu Pop Crimes. Był członkiem między innymi The Birthday Party, którego nie znam, choć znać powinienem.

Izzy and the Black Trees „Trust No One”

Kawał dobrej roboty!

(2020, Antena Krzyku)

Trzydzieści trzy minuty i dwie sekundy. Energia wylewa się z głośników. Dopiero kończące album (trochę „doorsowe” w klimacie) Strangers Allow i Kite Dancer nadają tyłkowi ciężkości. Jakby Izzy and the Black Trees się obawiali, że po Trust No One słuchacz wywróci mieszkanie do góry nogami.

Fajnie gra ta amerykańska kapelka… Tak naprawdę są z Poznania, a poprzednie zdanie zakołatało mi w głowie, kiedy pierwszy raz ich słuchałem. Połączenie niesłodkiego, zbuntowanego żeńskiego wokalu z alternatywnym, garażowym i zarazem melodyjnym graniem to dla mnie patent tych wszystkich niezależnych zespołów rodem ze Stanów Zjednoczonych.

Izabela Izzy Rekowska – wokal i gitara, Mariusz Dojs – gitara i wokal, Łukasz Mazurowski – bas, Mateusz Pawlukiewicz – perkusja. Michał Giżycki – saksofon w Strangers Allow. Kawał dobrej roboty!

Trupa Trupa „Of the Sun”

Trupa Trupa to jedna z ulubionych kapel, wiec musi mieć swój tag.

(2019, Glitterbeat Records)

Pragnienie pochylenia się nad palącym trzewia tematem nie zawsze idzie w parze z pomysłem na tekst. I nie są to wyjątki od reguły. Na nic zdaje się wówczas inteligencja, elokwencja, nieprzeciętność, niewątpliwy urok osobisty oraz inne przymioty, których wynotowanie w tym miejscu blokuje wrodzona skromność.

Jednym z takich tematów jest ubiegłoroczny album grupy Trupa Trupa. Choć dzisiaj nie wszystko z poniższego cytatu bym powtórzył, nie ukrywam, że z Jolly New Songs jakoś poszło:

Od kilku dni też jestem po stronie mocy Trupa Trupa. Nie może być inaczej, skoro na wydanej niedawno Jolly New Songs odnalazłem klimat muzycznych dokonań Pink Floyd z okresu ich debiutu płytowego, psychodeliczno-dojrzałych The Beatles, nieobliczalnych Gong, surowych The Velvet Underground oraz post rockową melancholię. A całość nie zalatuje tak zwaną sceną vintage.

Of the Sun nawet „jakoś” pójść nie chce. Jednak to jedna z ulubionych kapel, wiec musi mieć swój tag. A żeby ów tag wypełnić treścią, opiszę pewne zdarzenie. Bez zbędnego rozpisywania się, ponieważ z jednej strony, może ono wywołać podejrzenie, iż autor wymyśla, żeby napisać cokolwiek, a z drugiej zaś zostać posądzonym o chwalenie się swoim wyczuciem czy znajomością tematu. Ale to nie ściema.

Fakt powszechnie nieznany – od jakiegoś czasu nie sięgam po opakowanie płyty kompaktowej w celu zapoznania się z treścią broszury. Trudno orzec dlaczego. Być może lenistwo wspięło się na niebezpieczne wyżyny. W pewnym momencie zawartość Of the Sun zaczęła mi się kojarzyć z utrzymanymi w szarościach, niegrzeszącymi jakością zdjęciami. Już zacząłem składać pierwsze zdania na ten temat, ale coś mnie tknęło, zajrzałem do broszury i co widzę? Zestaw zdjęć, zatopionych w szarościach, amatorskich, w większości przypadków przedstawiających obiekty, przy których pewnie zawodowy fotograf by się nawet nie zatrzymał, żeby załatwić potrzebę fizjologiczną. Zdjęć, jakich sam lubię być autorem.

Nie, jestem trzeźwy. Nie potrzeba alkoholu, żeby się dobrze bawić. Wystarczy odpowiednie nastawienie, wzmocnione na przykład garścią wybornej muzyki w wykonaniu trupy Trupa Trupa.

HiPoKaMP projekt „II”

HiPoKaMP wymaga czasu, skupienia i świeżości umysłu.

(2019, wydane przez HiPoKaMP projekt)

Popraw mnie, jeżeli się mylę – HiPoKaMP projekt powstał, żebyś mógł w stu procentach realizować się w muzyce, jaką najbardziej lubisz? Uwielbiam styl, w który wpisuje się HiPoKaMP, ale oczywiście nie odzwierciedla on w całości moich zainteresowań. Wyrastałem na tysiącach płyt: od jazzu, bluesa, przez wszelkie gałęzie rocka z każdego zakątka świata, aż po ciężki alternatywny metal. Myślę, że osoby śledzące moje poczynania muzyczne słyszą te różnorodne inspiracje w kompozycjach, które tworzyłem dla kolejnych zespołów. Adam Sztaba doszukał się Franka Zappy w jednej z aranżacji muzycznych. Ray Wilson, przed którym miałem przyjemność zagrać, docenił moje czysto rockowe solówki osadzone w typowo popowych kawałkach. Wielokrotnie miałem okazję realizować się jako gitarzysta i kompozytor, ale HiPoKaMP to brzmienia, które nie pasowałyby do żadnego z wcześniejszych projektów.

Na płycie towarzyszy ci perkusista Łukasz Oliwkowski. Ty zagrałeś na pozostałych instrumentach. Podobnie było na pierwszej płycie, wydanej w 2017 roku, wówczas towarzyszył ci Mariusz Michałowski. Nie potrafisz grać na tym instrumencie czy jest inny powód angażowania perkusistów? Potrafię, potrafię, ale Łukasz robi to nieco lepiej ha, ha. Tak poważnie, to nigdy nie zabierałem się za instrumenty perkusyjne, więc na pierwszej płycie zagrał Mariusz Michałowski, perkusista zespołu, w który na tamten moment byłem najbardziej zaangażowany i wiedziałem, że znajdziemy z Mariuszem wspólny język. W międzyczasie, przed drugą płytą, kilkakrotnie przy różnych okazjach spotkałem się na scenie z Łukaszem Oliwkowskim. Praktycznie od pierwszych dźwięków zatrybiło. Mam wrażenie, że nie tylko rozumiemy się bez słów, ale i inspirujemy wzajemnie. Praca z Łukaszem to czysta przyjemność. Za każdym razem, kiedy dostaje ode mnie nagrania, dostrzega mój zamysł bez wyjaśnień, nadaje mu rytmu, dynamiki i wzbogaca o kolejne smaczki. Wchodzi do studia z gotową kompozycją w głowie. Po prostu siada i nagrywa, jakby grał to po raz tysięczny. Myślę, że to tak właśnie powinno być. Muzyka musi się zadziać między muzykami, by rodziła w słuchaczach emocje. Muzyka jest dialogiem jej twórców. Łukasz i ja lubimy ze sobą tak „gawędzić”.

Utwory HiPoKaMP projekt opowiadają jakieś konkretne historie? A może cała II ma jeden koncept? Jest jak sen. Składa się z wielu różnych obrazów i doznań, często wzajemnie przenikających i składających się na przekaz. Jest jak przegląd chwil z dziejów ludzkości, by nakłonić do refleksji. Dokąd zmierzamy? Jaka jest nasza natura? Jakże to dziś często zadawane pytania.

Wspomniana pierwsza płyta jest dostępna w Internecie? Pojawia się w wersji cyfrowej do pobrania. Na tą chwilę skupiamy się bardziej nad promocją płyty „II”, która wyszła na CD. Myślałem nad wydaniem na CD również „jedynki”, ale obecnie pochłania mnie praca nad „trójką”.

To Maciej Zamczała. HiPoKaMP projekt, AVE i pewnie jeszcze z tuzin innych przedsięwzięć muzycznych, o których nie wiem, że się zadziały. Do niedawna nie miałem pojęcia nawet o tytułowym „projekcie”. Ale nadrabiam. Roboty niemało, ponieważ HiPoKaMP wymaga czasu, skupienia i świeżości umysłu. Gdybym miał porównać z tym, co robią inni twórcy z regionu nakreślonymi miastami Mogilno – Inowrocław – Kruszwica – Strzelno, to przychodzi mi na myśl tylko Wiktor Mazurkiewicz. Z tą różnicą, że mogilnianin jasno kojarzy mi się z metalem progresywnym, natomiast Maciej Zamczała w towarzystwie perkusistów sprawia dużo więcej problemów. II podąża śladem swojej poprzedniczki – raczy nas złożonymi, często bardzo długimi (rekordzistce trzeba poświęcić ponad dwadzieścia sześć minut, Inwazja trwa ponad kwadrans, dwie inne mają po około dziesięć minut), instrumentalnymi kompozycjami. To „meblowe” porównanie jest toporne, ale zostanie, ponieważ pierwsza myśl jest najlepsza: Każdą z nich można porównać do pojemnej szuflady, w której znajdziemy mniejsze, zebrane – o czym przeczytaliście chwilę temu – wskutek wsiąkania w świat muzyki, poukładane w sposób zdradzający, że mamy do czynienia z utalentowanymi muzykami. Jednego nie mogę przeskoczyć – odczucia, że jest w nich trochę za bardzo poupychane.

Skuund „Nieoczekiwanie”

Znaczniki się nie zmieniają: melancholia, smutek, monotonia, chłód, strach, przestrzeń.

(2020, wydane przez Skuund)

Dwanaście lat od roku, w którym zespół zaczął dogorywać, rozrzuceni po Europie Łukasz Nawrot (gitary, wokal) i Artur Łuczak (bas, instrumenty klawiszowe) wydali płytę długogrającą. Pierwszą w historii grupy Skuund. Na perkusji zagrał człowiek o tajemniczym nazwisku Jaakko Hauru. W nagraniu Szminki na szklance wziął udział saksofonista Colin Webster.  

Muzyka w Internecie*, ale w planach jest też wydanie dla tradycjonalistów.

Artur Łuczak: Tak naprawdę wszystko zawiera się w tytule płyty. „Nieoczekiwanie”, bo kto tak naprawdę na nią czekał? Nawet my, nieoczekiwanie, wzięliśmy się do jej tworzenia, bez żadnych nacisków, oczekiwań.

Do twórczości kruszwiczan zawsze miałem słabość, więc informacja o odkurzeniu szyldu „Skuund” bardzo mnie ucieszyła. Jednak pierwsze jaskółki, w postaci utworów zapowiadających Nieoczekiwanie, trochę wystudziły mój zapał – wydawało się, że chłopaków dopadł deficyt pomysłów i świeżości (wyjątek – świetna wersja Lipstick on the Glass Maanamu, której próżno szukać na płycie). Dopiero w wersji długogrającej ponownie odkryłem urok ich twórczości i zanurzyłem się w mojej ulubionej, czarno-białej krainie.

Pomimo upływającego czasu i nowego perkusisty ciągle uprawiają swoje post rockowe poletko, choć przyznać muszę, że wszechobecne instrumenty klawiszowe zbliżyły zespół do tego, co może się kojarzyć z wytwórnią 4AD. Owe klawisze to udana próba urozmaicenia oferty, podobnie Suwalski Chór Kameralny Viva Musica w Requiem. Ale znaczniki się nie zmieniają: melancholia, smutek, monotonia, chłód, strach, przestrzeń. Podobnie teksty, tutaj z różnym efektem zaśpiewane (melodeklamowane?) przez Łukasza (przykładem niech będzie Opowiesz mu wszystko: kończymy znowu już / ubierzesz się i wyjdziesz / nie wiem czy mam zatrzymać Cię / Ty nie wiesz tego także / wolisz jednak zostawić to tak / to jasne że to by nie wyszło / kolacje więc zjem już sam / Ty wrócisz i opowiesz mu wszystko).

Nieoczekiwanie miało swoją premierę 13 marca i… nieoczekiwanie okazało się, że zawartość albumu bardzo pasuje do aktualnego stanu świata.

* Czas zweryfikować swoje poglądy, ponieważ za dużo dobrej muzyki nie wychodzi poza Internet.

SKUUND? Z KRUSZWICY (część I i II)

Kilka lat istnienia, kilka utworów, kilka ważnych koncertów. Kontakty z kinem amatorskim i muzyką elektroniczną. Skuund z Kruszwicy. Nie zdobyli wielkiej popularności, ale też nie są zespołem zupełnie nieznanym.


Trio plus klawisze

Kruszwickie trio utworzyli nauczyciele z muzyczną przeszłością. Gitarzysta i wokalista, Łukasz Nawrot, zaczynał w grupie Propan Butan: Przed Skuund grałem w punkowym zespole Propan Butan, ale były to bardziej wygłupy niż poważne muzykowanie. Skuund był moim pierwszym poważnym projektem, dla którego musiałem się zresztą nauczyć obsługiwać różne instrumenty. Grający na perkusji Robert Januszek to znany miłośnik sportu, współpracował z ludźmi, którzy jakiś czas później utworzyli w Kruszwicy zespół Splin. Największym dorobkiem muzycznym mógł pochwalić się basista, Artur Łuczak – zaczynał w punkowej Antypatii, później była inna kruszwicka grupa, Come & Go, z którą między innymi nagrał dwa albumy studyjne. Łukasz Nawrot: W 2005-2006 graliśmy próby i uczyliśmy się grać na instrumentach, bo tylko Artur miał najlepsze podstawy muzyczne. Ani ja, ani Robert – nasz perkusista – nie umieliśmy grać.

Skuund powstał jesienią 2005 roku. Wszystko zaczęło się od pomysłu, aby trójka nauczycieli zaczęła grać na szkolnych imprezach. W repertuarze kowery, na przykład Bob Dylan. Szybko się jednak okazało, że ci nauczyciele mają dużo większe ambicje. Artur Łuczak: Stwierdziliśmy, że jeżeli już się spotkaliśmy, jeżeli zainwestowaliśmy pieniądze w sprzęt, to nie ma sensu w jakiś sposób tego ucinać i postanowiliśmy coś robić dalej, regularnie spotykać się na próbach. Na początku nie było ani żadnej nazwy, ani żadnego jakiegoś określonego kierunku muzycznego. Po prostu spotykaliśmy się i coś tam sobie tworzyliśmy, tak sobie pogrywaliśmy. Przede wszystkim zrezygnowali z grania cudzych utworów. Artur Łuczak: Zespoły kowerowe to zespoły takie, które zbyt wiele do powiedzenia nie mają.

Podstawowy skład grupy uzupełnił grający na klawiszach Bartosz Januszek. Odważna decyzja – syn perkusisty uczęszczał wówczas do… podstawówki. Artur Łuczak: Stwierdziliśmy, że są nam potrzebne klawisze, bo dawało to troszeczkę urozmaicenia, że w trio nie możemy sobie z tymi klawiszami poradzić. I przez jakiś czas – nawet kilka koncertów z nami zagrał Bartek, wówczas jeszcze uczeń szkoły podstawowej. Dziwnie to wprawdzie wyglądało, kiedy starsi faceci wchodzili na scenę i taki bąbel razem z nimi. Ale tak, wspomagał nas na klawiszach. Nie był przez ojca przymuszany, sprawiało mu to przyjemność.


Skuund to Skuund?

Zostało zaczerpnięte z gwary kujawskiej. W tej części kraju można usłyszeć, choć już coraz rzadziej, charakterystycznie wymawiane słowo „skąd” – „skund/skuund”. Nazwa świetnie sprawdza się w tytułach: Skunnd to Skuund?Skuund? Z Kruszwicy, czy jak w artykule sprzed siedmiu lat – Skuund jesteśmy. Artur Łuczak: W jakiś sposób to jest, po części, hołd złożony przywiązaniu do regionu kujawskiego.

To przywiązanie do Kujaw ma drugorzędne znaczenie. Muzycy zawsze chcieli pozostać anonimowi – we wkładce do płyty Piotr Kaczkowski. Minimax.pl – Jarocin 2007 zamieścili informację, że nie ma znaczenia, iż są z Kruszwicy, mogliby być mijanymi na ulicy przechodniami w jakimkolwiek mieście (te słowa zostały zilustrowane czarno-białym zdjęciem, na którym muzycy mają wymazane twarze). W historii zespołu ważniejszy jest fakt, że nazwa miała też drugie, „skandynawskie” znaczenie. Artur Łuczak: Stwierdziliśmy, że zapiszemy to w ten sposób – przez dwa „u”, ponieważ zawsze byliśmy zafascynowani skandynawską sceną muzyczną. Słowo „skąd”, pisane przez dwa „u” brzmi dosyć skandynawsko, chociaż pewnie takiego słowa w żadnym języku skandynawskim nie ma. Dla nas wielką inspiracją jest muzyka islandzka. W ogóle fenomenalny kraj – na niewielką liczbę mieszkańców istnieje tam mnóstwo zespołów. Żaden z nich nie jest zły. Co charakterystyczne, wszyscy grają taką bardzo oniryczną, chłodną muzykę z pogranicza jawy i snu. Z czołowym przedstawicielem – Sigur Rós. Wprawdzie muzycznie może do końca nie odpowiada to, co Skuund robił, do Sigur Rós, ale zawsze byliśmy wiernymi fanami, zawsze twierdziliśmy, że to jest to, w jakim kierunku muzyka powinna podążać.


Niepromowany post rock

W rozmowach z muzykami i artykułach o zespole padają także inne nazwy – Sonic Youth, Explosions In The Sky, Joy Division, Mono,Tides From Nebula. Jedne w kontekście inspiracji, inne – muzycznych podobieństw. Ale muzycy zawsze unikali zaszufladkowania, nie ukrywali natomiast faktu, że ich muzyka od początku miała być post rockowa. Artur Łuczak: Cała trójca grająca w Skuund nienawidzi rock and rolla. Stwierdziliśmy, że rock and roll miał już swoje czasy, że nadszedł ten czas, żeby przy pomocy przesterów gitarowych czy nawet riffów gitarowych pokazać ludziom, że istnieje też inna muzyka niż stricte muzyka rockowa czy rock and rollowa. I gdzieś tam pojawiło się – bodajże jeszcze nie byliśmy osobami grającymi w Skuundzie – zafascynowanie muzyką post rockową, czyli nawiązującą w jakiś sposób do muzyki gitarowej, ale omijającą schematy rockowe. Charakterystyczne jest w niej to, że ma takie nawiązania właśnie do muzyki spokojnej, dosyć melancholijnej – te ściany dźwięku są potężne i czasami bardzo rozbudowane, ale zazwyczaj melodie są bardzo bajkowe, bardzo melancholijne, podszyte smutkiem. Stwierdziliśmy, że to jest to, co chcielibyśmy przenieść na polskie warunki, bo wtedy ta muzyka post rockowa w Polsce nie była popularna i znana.

Nie jest łatwo zdobyć popularność, kiedy gra się surowego, chłodnego i pozbawionego pierwiastka przebojowości post rocka. Ale czy zrobili wszystko, żeby swoją twórczością zainteresować jak najwięcej osób? Łukasz Nawrot: Wtedy wydawało nam się, że muzyka się sama obroni i jeśli ktoś z tzw. branży do nas dotrze to może uda się nagrać jakąś płytę. Niestety, nie udało się, pewnie nie byliśmy też zbytnio managersko zaradni, interesowała nas, po prostu, muzyka i wierzyliśmy, że to, co robimy jest na tyle interesujące, że ktoś to zauważy… Pewnie dzisiaj zrobiłbym wiele rzeczy inaczej, przynajmniej w sferze promocji zespołu i kto wie, może Skuund miałby na koncie już kilka albumów. Po zespole pozostały dwie EPki, pojedyncze nagrania na dwóch składankach i zapis występu w bydgoskim radiu PiK.


Koncerty

Koncert w radiu PiK zorganizowano 9 maja 2008 roku dzięki zaangażowaniu redaktora Tomasza Kaźmierskiego. Artur Łuczak: Człowiek, który nas w jakiś sposób promował, pamiętał o nas, dbał o nas. Łukasz Nawrot: Słuchało nas wtedy najwięcej ludzi naraz :) . Artur Łuczak: Tak, to był pamiętny, upalny maj, ograniczona liczba osób na widowni, bo krzesełek stało może dwadzieścia, może trzydzieści. Dosyć ciekawe doświadczenie, bo byliśmy wtedy naprawdę zdeterminowani, spięci, żeby się z dobrej strony pokazać. Myślę, że się udało – znajomi się za nas nie wstydzili (śmiech). Prawie godzinnej radiowej transmisji mógł posłuchać każdy, kto tego dnia słuchał tej stacji. Zapis koncertu istnieje, ale pliku do odsłuchania nie ma w radiowym archiwum internetowym. Mam nadzieję, że przyszłości to się zmieni. A może kiedyś ukaże się płyta z tym materiałem?

Poza Bydgoszczą, gdzie rok później zagrali także w znanej Kawiarni artystycznej Węgliszek i rodzinną Kruszwicą, odwiedzili między innymi Strzelno. Koncert w ramach Drugiego Października Kulturalnego (2005) odbył się w chylącym się ku upadkowi budynku nieczynnej kawiarni Kolorowa – półmrok, chłód, w tle piramidy strzeleńskiego artysty Eryka Szydzika; klimat bardzo „skuundowy”.

Łukasz Nawrot: Nie graliśmy zbyt wielu koncertów, wystarczało nam kilka rocznie. Przeważnie dlatego, że kluby chciały, żebyśmy grali za darmo, na co nie mogliśmy sobie pozwolić. Woleliśmy pieniądze zamiast na transport wydawać na sprzęt. Zresztą, nasza stawka nie była wygórowana, chcieliśmy, żeby zwrócił nam się koszt dojazdu, strun do gitar i pałeczek do perkusji :) . Najlepszym przykładem na to była propozycja „Magazynu GS – Muzyki Pozaradiowej” w Mogilnie, która nie przystała na nasze warunki finansowe. Chcieliśmy wtedy zagrać za 300 zł, zaproponowano nam koncert za darmo przed Kombajnem Do Zbierania Kur Po Wioskach, tyle że mieliśmy grać nie więcej niż trzydzieści minut. I to też nam nie odpowiadało, bo grając za darmo chcieliśmy przynajmniej zagrać pełen koncert. Wspomniana przez gitarzystę odsłona Muzyki Pozaradiowej odbyła się w czerwcu 2008 roku, a na scenie przed Kombajnem zaprezentował się zespół The Alchemics.


Stodoła i KATAR 2008

Pomimo tego, że nie udało się zagrać w mogileńskim Magazynie GS na cieszącym się coraz większą popularnością cyklu Muzyka Pozaradiowa, to pod względem koncertów rok 2008 należy zaliczyć do udanych. W marcu Skuund wziął udział w siedemnastej edycji toruńskiego KATARu, czyli Konfrontacji Amatorskiej Twórczości Artystycznej Regionu. Zmierzyli się z zespołami Absurd (Toruń), Under Construction (Barcin), Jack The Ripper (Brodnica), Hounsis (Chełmno) i Mordercy P (Bydgoszcz). Artur Łuczak: Wyróżnialiśmy się w znaczny sposób na tym festiwalu, bo okazało się, że większość zespołów to były zespoły metalowe czy heavy metalowe. Pamiętam do dzisiaj jak to rozczarowany naszym graniem był pan konferansjer, który zapowiadał zespoły te, które grały tak ostro, metalowo, a po naszym graniu stwierdził, że to taka bardzo żółwia, powolna muzyka. Ale okazało się, że opinie pana prowadzącego nie zgadzały się z opiniami jury. Zdobyli wyróżnienie.

W tym samym roku zagrali także w Wieży Ciśnień w Koninie. Wniesienie sprzętu wymagało trochę wysiłku, ale było warto – rok później Centrum Kultury i Sztuki w Koninie wydało CD z artystami, występującymi w tym miejscu; na składance nie zabrakło zespołu z Kruszwicy.

Basista grupy wspomina jeszcze inny bardzo ważny koncert. Warszawska Stodoła, rok 2007 – Festiwal Młode Wilki. Artur Łuczak: To też była taka bitwa kapel. Zapraszano kilka kapel, bodajże trzy, cztery kapele raz w miesiącu grały. Z tych kapel wyłaniano potem zwycięzcę i potem był koncert finałowy. Z tego, co pamiętam 13 grudnia był ostatni etap tego festiwalu. Graliśmy my, grał jakiś zespół z Warszawy i zespół z Olsztyna. Udało nam się zdobyć wyróżnienie. Tego samego dnia na dużej scenie zagrał zespół Hey.

Kilka miesięcy wcześniej Skuund zgłosił się do walki o prawo zagrania na Jarocin Festiwal. Przez konkursowe sito się nie przedarli, ale zauważył ich Piotr Kaczkowski.


Jarocin 2007 i Wieża Ciśnień

Na Jarocin 2007 wpłynęło ponad dwieście zgłoszeń konkursowych. Dzięki temu, że zwrócili uwagę jednego z członków jury, Piotra Kaczkowskiego, jedno z ich nagrań znalazło się na przygotowanej przez dziennikarza radiowej Trójki składance Minimax.pl – Jarocin 2007. Tą płytą Kaczkowski postanowił wyróżnić najlepsze, jego zdaniem, zespoły biorące udział w konkursie. Piotr Kaczkowski (fragment tekstu zamieszczonego w dołączonej do CD książeczce): […] wynotowałem sobie prawie 70 ciekawych utworów. Pomyślałem wtedy, szkoda by przepadły, zanim jeszcze miały szanse być usłyszane przez większą grupę odbiorców.

Na płytę trafiło dwudziestu wykonawców, a wśród nich kruszwiczanie ze swoją wersją utworu Seweryna Krajewskiego Uciekaj moje serce. Pozostaje tajemnicą, dlaczego zespół zdecydował się powalczyć o Jarocin kowerem, a nie własnym utworem (choć nie wiadomo, czy można to traktować jako kower, ponieważ muzyki Krajewskiego tam właściwie nie ma). Jedno jest pewne – kompozycja Krajewskiego z tekstem Agnieszki Osieckiej do grupy Skuund pasuje. Łukasz Nawrot dla Gazety Pomorskiej (Skuund jesteśmy, nr z 12 X 2007, strona 19): Chodziło nam nie tylko o sam tekst Osieckiej, ale też o film „Jan Serce” i historię faceta, który nie przepycha się łokciami w życiu i nie jest zwycięzcą. On raczej przegrywa co może, przeżywając to silnie. Może chodziło nam o to, że Skuund jest trochę taki jak on. Kower był puszczany w Programie Trzecim Polskiego Radia. Artur Łuczak: To było rozpoznawalne. Ludzie pisali e-maile, dzwonili i gratulowali, że dosyć ciekawy pomysł. A co na to autor pieśni z Jana Serce? Artur Łuczak: Nie znamy opinii pana Krajewskiego (śmiech).

Czyli start na Jarocin 2007 jednak zakończył się sukcesem – być zauważonym przez Piotra Kaczkowskiego to na pewno nie lada gratka dla każdego muzyka, nie tylko tego na dorobku. Ponadto Skuund zaistniał fonograficznie, a na tym polu grupa nie może poszczycić się zbyt dużymi osiągnięciami.

Płyta Minimax.pl – Jarocin 2007 ukazała się w 2007 roku, a trzy lata później światło dzienne ujrzała inna składanka z utworem zespołu z Kruszwicy – Wieża Ciśnień. Tytułowa „wieża ciśnień” to Galeria Sztuki Wieża Ciśnień w Koninie. Skuund zagrał tam koncert, co zaowocowało umieszczeniem na płycie utworu Say (to mój ulubiony fragment dorobku kruszwiczan – psychodeliczny w klimacie, z przetworzonym wokalem). Artur Łuczak: Ludzie działający tym w konińskim Centrum Kultury promowali taką sztukę niezależną, awangardową i wydali potem płytę z artystami, którzy tam byli zapraszani. Jakimś cudem też na tej składance się znaleźliśmy – muzycznie diametralnie się różnimy od tego, co tam się znajduje, bo przeważnie byli to artyści związani z takim ruchem elektroniczno awangardowym.

Pierwotnie Say został opublikowany na pierwszej EPce zespołu, wydanej w 2007 roku. Krążek zawierał również dwa inne utwory – Uciekaj moje serce i Tak jak to się nigdy nie zaczęło. Nagrań dokonano w inowrocławskim studio Radia Gra, a przykuwającą uwagę okładkę zaprojektował pewien znany fotografik z Poznania, kolega muzyków. Płyta ukazała się w niezbyt imponującym nakładzie i raczej jest już nie do zdobycia. Rok później trio przygotowało drugą EPkę, też z trzema kompozycjami, między innymi Równoległe linie i Jak chcesz to zrobić Lenny. To wydawnictwo nie ukazało się nawet w śladowym nakładzie – EPka nie wyszła poza Internet. Planowano ją wydać, ale był to już schyłek działalności grupy i… CD brak. Szkoda.


Ba-rock

Jak można określić muzykę zespołu, żeby nie powtarzać tego, co już zostało napisane? Łukasz Nawrot: Z Arturem zawsze żartowaliśmy, że to, co gramy to Ba-rock. Była to gra słów, która nas śmieszyła, ale i nie dawała się określić. Na pewno inspirowaliśmy się sceną postrockową, shoegaze i new wave, byliśmy wypadkową tego, czego słuchamy plus wpływ naszych słowiańskich, melancholijnych dusz wychowanych nad jeziorem Gopłem. Nigdy nas nie interesowała muzyka wesoła i chyba żaden z nas nie potrafiłby takiej grać.

W części pierwszej artykułu padły słowa: chłodna muzyka z pogranicza jawy i snu. Ja dodałbym: piękny smutek, monotonia i chłód. W tym klimacie, ezoteryczne, są też teksty autorstwa Łukasza Nawrota. Artur Łuczak: My chcieliśmy w tej muzyce balansować na pograniczu jawy i snu, żeby troszeczkę było to, co jest życiowe, to co tutaj nas dotyka na ziemi, a troszeczkę to, co gdzieś tam wybiega poza człowieka, gdzieś jego pewne stany opisuje, określa. I to w tych tekstach się pojawiało. Skuund sprawdza się w upalne dni – ich lodowata muzyka sprawia, że nie potrzeba innego orzeźwienia.

[…]


Lekkie dogorywanie

[…] wszystkie wymienione utwory zostały zarejestrowane w latach 2007-2008. Artur Łuczak: Zespół Skuund tak naprawdę działał tak prężnie trzy do czterech lat w porywach. Sami byliśmy zdziwieni, że w przeciągu tak niewielkiego czasu udało nam się taki wiele zrobić (śmiech). Lata 2007-2008 to były te największe sukcesy. Dodaje jednak: Rok 2008 to już było takie lekkie dogorywanie. Powód? Bezpośredni to przeprowadzka wokalisty/gitarzysty na południe Polski. Muzyków dzieliło sporo kilometrów. I choć Łukasz co jakiś czas przyjeżdżał do Kruszwicy, gdzie spotykali się na próbach, to jednak odległość zrobiła swoje. Artur Łuczak: Stwierdziliśmy, że to jest zbyt uciążliwe i dla niego, i dla nas, bo to było takie nieregularne, szarpane; że chyba dalej nie ma sensu tego ciągnąć. Nie mogliśmy, niestety, nigdzie znaleźć kogoś, kto by mógł ewentualnie godnie Łukasza zastąpić, bo to nie tylko kwestia umiejętności grania na instrumencie, ale kwestia tego, co ma się gdzieś tam w głowie czy w duszy, żeby daną muzykę grać. Ale to lekkie dogorywanie mogło się wziąć jeszcze z czegoś innego. Łukasz Nawrot, zapytany o to, czy Skuund jeszcze kiedyś wróci na scenę, powiedział między innymi: Nagraliśmy kilka smutnych piosenek, zagraliśmy kilka koncertów, kilka osób mówiło i myślało o nas ciepło, jednak nie była i nie jest to muzyka, która odniosłaby jakikolwiek sukces w Polsce, co też, w jakiś sposób, było dla nas frustrujące.


Łyk i Signore Fatall

Za życia grupy Skuund, Łukasz Nawrot i Artur Łuczak byli również zaangażowani w działalność kruszwickiego Zespołu filmowego Łyk oraz tworzyli duet Signore Fatall. Klub filmowy zaczynał od tworzenia krótkich filmów komediowych, na przykład cyklu o policjantach zajadających się pączkami. Później zaczęli tworzyć filmiki nie komediowe, na przykład antywojenne Zabawki czy podejmująca temat niespełnionych marzeń ośmiominutowa Gilotyna marzeń, za którą w 2006 roku Łyk otrzymał nagrodę na organizowanym w Bydgoszczy Ściemnisku.

Łukasz i Artur byli aktorami, a także przygotowali muzykę do wspomnianej Gilotyny marzeń. Artur Łuczak: Tam słychać charakterystyczną gitarę Łukasza, tam słychać charakterystyczne klawisze, które też się w Skuund pojawiały. Podpisywaliśmy się z imienia i nazwiska jako twórcy muzyki, bo brakowało Roberta, żebyśmy mogli to podpisać jako Skuund.

Pod szyldem Signore Fatall w wolnych chwilach, w domowym zaciszu, tworzyli muzykę elektroniczną. Bez koncertów, ale z efektem w postaci, obecnej tylko w Internecie EPki Good Bye. Łukasz Nawrot: Signore Fatall powstał z nudów podczas ferii zimowych, ja i Artur pracowaliśmy wtedy jako nauczyciele i nie za wiele mieliśmy do roboty. Któregoś dnia włączyłem komputer i zaczęliśmy nagrywać, tak powstały pierwsze piosenki. Nigdy nie traktowaliśmy tego projektu poważnie, wtedy liczył się Skuund. Później Łukasz, już po wyjeździe z Kruszwicy i z kimś innym, zaczął tworzyć muzykę jako SRFatall.


***

Z Arturem Łuczakiem rozmawiałem 18 stycznia 2014 roku, a z Łukaszem Nawrotem – drogą e-mailową – 19 i 28 stycznia 2014 roku.

SZA!

O zespole z listy ulubionych.

(2019, wydane przez SZA!)

Powidz Jam Festiwal 2017. Główna scena. Folk, zimna fala, industrial, space, flet, Lao Che, wciągająca, hipnotyzująca, Tilt, trans. Zdaje się, że dzień później zagrali akustycznie na plaży, ale – niestety – nie dotarłem. Podobnie jak na żaden z ich kolejnych koncertów. Bo albo brak czasu, albo motywacji, żeby dojechać do Poznania, albo koncert odwołany… Ale ten jeden raz wystarczył, żeby ich dopisać do listy ulubionych.

W grudniu ubiegłego roku uraczyli świat płytą. Pierwszą.
Okładka najprostsza z możliwych – logo grupy. Trzydzieści i sześć minut, sekund czterdzieści i siedem. Sześć utworów:Pies, Suka, Swoją drogą, Więzień, Mój strach, Daj. Tomek YomaY Kapitańczyk – śpiew, Joanna Zielecka – flety, elektronika; Marek Baczyński – gitary, syntezatory, pianino; Maciej Sztorc – bas, Tomasz Wandel – perkusja.

Bardzo mi przypasowała.

Część z tego, co zostało zapisane po koncercie w Powidzu śmiało mogę powtórzyć: flet to ważny wyróżnik zespołu, a flet w rocku już zawsze będzie mi się kojarzył z tym, co zadziało się w muzyce popularnej około przełomu szóstej i siódmej dekady ubiegłego wieku; Mój strach jest duszny, transowy i kosmiczny, a Swoją drogą przykładem, że dla SZA! granice nie istnieją – bez najmniejszego problemu w jednym utworze mogą połączyć melodię rodem z Dzikiego Zachodu z brytyjskim folkiem. Dwa hasła trzeba dołożyć. Wokal nie jest najmocniejszą stroną zespołu. I hard rock. Właściwie pisanie powinienem zacząć właśnie od tego, ponieważ słyszę SZA! zanurzone w wywołanej już do tablicy epoce.