Lonker See “One Eye Sees Red”

Lonker See One Eye Sees Red
(2018, Instant Classic)

Trzy utwory: Lillian Gish – ponad 18 minut, Solaris Pt. 3&4 – kilkadziesiąt sekund mniej, One Eye Sees Red – na tle pozostałych zaskakująco krótki, 5 minut z małym hakiem. Czyli gratka dla miłośników rozbudowanych form.
Słowa: z Solaris Pt. 3&4 nie sposób ich wyłowić, za to jest odpowiednia wokaliza; w utworze tytułowym są słyszalne, ale o nie przepuszczeniu głosu Joanny Kucharskiej przez żaden efekt nie ma mowy. Czyli coś dla tych, którzy zamiast szukać sensu w słowach, wolą bujać w dźwiękowych obłokach.
Muzyka: luźne nawiązanie do znanego mi z Mono patentu „cicho – głośno – cicho” oraz charakterystyczny dla dokonań Japończyków muzyczny niepokój, klimat twórczości Franka Zappy (zastrzegam, że znam tylko trzy albumy tego artysty: Hot Rats, Waka/Jawaka i The Grand Wazoo). Dla osób gustujących w zaimprowizowanej, łączącej style muzyce – satysfakcja gwarantowana. Informacja dodatkowa – wyśmienity duet tworzą gitara basowa i saksofon.
Bartosz „Boro” Borowski, Tomasz Gadecki, Michał Gos, Joanna Kucharska. One Eye Sees Red to mój pierwszy kontakt z muzyką Lonker See. Podobno w dorobku mają równie intrygujące rzeczy. Niestety, już nie wszystkie ich płyty są do kupienia, co dowodzi, że na ten zespół warto zwrócić uwagę.

“Rock n’Sfera Vol. 1”

Rock n’Sfera Vol. 1 (2018, Studio AiMix)

Studio AiMix: Rock n’Sfera Vol. 1. jest wyjątkową płytą. Wiecie dlaczego? Dlatego że spot[…]kali się na niej twórcy oddaleni od siebie o setki kilometrów. Każdy z twórców wniósł tutaj swój pomysł na swoją muzykę. Każdy twórca dał z siebie wszystko, aby nie zawieść swoich słuchaczy.
Pierwsi odpadli metalowcy, szczególnie ci spod znaku „death”, ponieważ nie lubię takiego grania. Grupa Bardark wykluczyła się sama – ich Krzyk sprawiedliwości to przykład fajnej muzyki (rodem ze ścieżki dźwiękowej do westernu) zepsutej nieodpowiednim wokalem. Z przyjemnością słucham:

  • Arias Bezsilni:
    Zespół przepadł wraz ze wspomnianymi metalowcami, jednak szybko się zreflektowałem – Bezsilni to bardziej „prog”, do tego świetny utwór.
  • Koty Tumbrl:
    Najbardziej odstający od reszty fragment płyty. Rock, funk, jazz.
  • The Corners I See Your Reaction!, Patologia Atomowa śmierć, Koniec Listopada Psie Sny, Terapolka Palec Maryi:
    Czy to w wersji amerykańskiej, czy też klasycznej – niech punk nigdy nie umiera.
  • AVE Rewolucja:
    Soczyste, gitarowe granie. Bardzo im się udała ta Rewolucja.
  • Łan Tajm Uśmiech rodzi uśmiech:
    Pozytywnie rozbujane. Bartosz Tomczak: Brzmienie Łan Tajm przywodzi na myśl legendy polskiego rocka, takie jak Róże Europy, Kobranocka czy IRA […].
  • Synesthesia Do I Know?:
    Pierwsze skojarzenie – młody Hey, drugie – Soundgarden. Ale to chyba nie do końca właściwy kierunek.
  • Romantic Soul Rebel Ściemnia się LIVE, Pod Prąd Moja dziewczyna:
    Ściemnia się bluesuje (żeński wokal skojarzył mi się z Natalią Sikorą), a Moja dziewczyna, też z koncertu, zapuszcza się w folkowe rejony. W uszy trochę kłuje garażowa jakość nagrań.

Płyta kompaktowa, digipack, książeczka z drukowaną informacją o każdym z dziewiętnastu zespołów. Pomysłodawcom Rock n’Sfery należą się słowa uznania za to, że w erze Internetu chce im się promować muzykę w tak szlachetnie archaiczny sposób. Już zapowiedzieli Vol. 2.

Hugo Race & Michelangelo Russo “John Lee Hooker’s World Today”

Hugo Race & Michelangelo Russo John Lee Hooker’s World Today
(2017, Gusstaff Records)

– Człowieku, zrób coś z tym krzesłem!
– Taaa, może jutro…
Ma rację. Mi też się zdarza dźwięki wydawane przez tego grata pomylić z tym, co proponują panowie Hugo i Michelangelo. Ale już nic nie mówię. Tak naprawdę, najchętniej w ogóle bym się nie odzywał. Za to bardzo lubię to krzesło, ten zadaszony kawałek świata z widokiem na niebo i pustkę po horyzont, a także… sączy się, jeszcze chłodne… do ich grania wyśmienicie pasuje…
– Bob, proszę, przestań się bujać.
Jakby to skrzypienie miało jakieś znaczenie. Hugo i Michelangelo na pewno nie mieliby nic przeciwko temu. Czy oni w ogóle by zauważyli, że jest tu ktoś jeszcze? Tną tego swojego trans-Hookera, jak to w bluesie, na jedno kopyto, ale jakby wolniej, bardziej klimatycznie, monotonnie, duszno. A kowbojki uwierają, koszula lgnie do ciała, nie ma czym oddychać… Rzut oka na horyzont – błyska się, będzie burza…

PS Podziękowania dla Artura Łuczaka, który polecił mi ten album.

New Order “Movement”

To znana historia. Samobójcza śmierć Iana Curtisa stała się też końcem żywota Joy Division. Ale nie zakończyła muzycznej aktywności pozostałych członków zespołu. Bernard Sumner: Wszyscy byliśmy zaskoczeni tym, co stało się z Ianem. Nagle musieliśmy myśleć o przyszłości. I nie mieliśmy żadnych odpowiedzi. Ale wiedzieliśmy, że uwielbiamy być w grupie i tworzyć muzykę, grać koncerty i dobrze się bawić … Wiesz, byliśmy młodymi facetami. […] Pytanie brzmiało: kim będziemy? Joy Division bez Iana? Czy to zadziała? (fragment tekstu z książeczki dołączonej do reedycji albumu Movement, seria the Factory years; 2008, London Records).
Świat zawojowali takimi hitami, jak Blue Monday, czyli muzyką do tańczenia przy stroboskopach, w klubach wypełnionych ludźmi, którzy chcą odreagować tydzień. Czy tak by brzmiało Joy Division w latach osiemdziesiątych? Zakładam, że nie, jednak zamieszczony na składance Substance utwór As You Said nie pozwala być tego pewnym.
Zanim nastał ów właściwy New Order, byli krytykowani za to, że są kopią Joy Division. Nie trzeba mieć słuchu absolutnego, by zauważyć, iż Movement (1981, Factory Records) to to samo brzmienie, ten sam klimat, te same patenty muzyczne i Bernard Sumner – wokalista, który podąża drogą wytyczoną przez Curtisa. Znaczy, do kosza?
Może jednak spróbować posłuchać tego albumu bez druzgocącego obciążenia magią Unknown Pleasures czy Closer?
A gdyby nigdy nie było Joy Division?

Godra & Brüno “Kuro”

Godra & Brüno Kuro (2017, Fuffa Recordz)

Ścieżka dźwiękowa do opowieści o mrocznej, nieprzyjaznej, pełnej beznadziei, budzącej lęk krainie? Jak najbardziej. Wrażenie potęguje zatopione w czerni, zawierające minimum informacji opakowanie, z tajemniczymi symbolami na froncie. Co znaczy „kuro”? Bronisław „Brüno” Ehrlich: Kuro to smutek, czerń…
Cztery utwory, ponad czterdzieści minut muzyki. Medium i Martwa Natura to klimat dokonań Bronisława Ehrlicha, znanego też jako Bruno Światłocień, a Non-Terrestial Officers (w porównaniu z pozostałymi – wręcz sielankowe) i Bayek to już nieznany mi Godra. Dwa pasujące do siebie światy – surowo i przestrzennie.
Zimna fala, trans, post-rock, czy nawet space post-rock (jeżeli takie określenie w ogóle istnieje), ambient, industrial. Gustujesz w którejś z tych etykiet? W takim razie sięgnij po Kuro i posłuchaj…

***

ROZMOWA Z BRONISŁAWEM EHRLICHEM  Czytaj dalej Godra & Brüno “Kuro”

AVE. Jazda po polsku

Rozmowa z Mariuszem Michałowskim, wokalistą grupy AVE z Inowrocławia.

***

Redaktor naczelny Teraz Rocka niedawno docenił waszą debiutancką płytę (szczegóły tutaj). To chyba dobrze?
To bardzo dobrze! Znakomita wiadomość, która pokazuje, że próby dotarcia do tak postawionych, znaczących w naszym świecie osób mają sens. Naprawdę, sprawiło nam to dużą przyjemność.  Czytaj dalej AVE. Jazda po polsku

Vangelis “1492. Conquest of Paradise”

Nie potrafię fachowo pisać o rocku, a co dopiero o twórczości Vangelisa. Ale jak tu nie poświęcić choćby kilkunastu centymetrów bloga na tekst o jednej z dosłownie kilku płyt na bezludną wyspę, kolejną, którą nasiąkł nieśmiały, strachliwy, z kompleksami, a zarazem myślący o sobie jako o kimś wyjątkowym, nastolatek?
To nie jest najwyżej oceniany album w bogatym dorobku Vangelisa. Zapewne nie jest to też jedna z najważniejszych na świecie ścieżek dźwiękowych do filmu. Jednak kiedy w jednej ze stacji radiowych usłyszałem utwór Conquest of Paradise, stało się jasne, że zadziało się coś wyjątkowego. I poszło. Setki godzin, najczęściej ze słuchawkami na uszach, niezapamiętanej marki, pożyczonymi, które wyposażone w króciutki kabel powodowały drętwienie ciała (fotela nie można było, a może nie chciało mi się przysuwać na odpowiednią odległość).
Dzisiaj warunki są już bardziej komfortowe, a brzmienie zdecydowanie lepsze. Ale to nie ma znaczenia.
Elektronika Vangelisa. Mandolina. Hiszpańska gitara. Skrzypce. Flety. English Chamber Choir. Niepokój. Zwątpienie. Wiara. Niepewność. Marzenia. Upór. Radość. Rozgoryczenie. To wszystko tu jest. I to się czuje. Za każdym razem.
1492. Conquest of Paradise. Każdy może podbijać własne raje. Nie potrzeba filmu, choć warto go obejrzeć.

The Cranberries “No Need To Argue”

Pierwsza myśl: Może tym razem tak po prostu, normalnie?. Kolejne wieści i już wiadomo, że mogło być inaczej. Artyści…
Pozostała muzyka (nawiązując do prezydenckiego „ćwierkania” – też nie wiedziałem, że miała dzieci), a dokładnie jedna bardzo ważna płyta.
Lato roku 1995. Zombie atakowało non stop, z każdej strony. Ale pierwszy egzemplarz, wtedy jeszcze na kasecie, pożyczyłem od kogoś, kto chwilę wcześniej, wręcz z wyrzutem, zapytał: To ty nie znasz tej płyty?!. Mniej więcej tak to wyglądało. Chyba nawet tej kasety nie chciałem oddać. Fajne czasy – potężna potrzeba posiadania muzyki szła w parze z permanentnym brakiem gotówki.
Delikatna, nastrojowa, czarująca, na noc. Pisali i piszą, że związana z matecznikiem zespołu, czyli Irlandią. Ode To My Family, The Icicle MeltsDreaming My Dreams, Daffodil LamentNo Need To Argue… A śpiew Dolores O’Riordan? Grzesiek Kszczotek (Tylko Rock, 1995, nr 4, strona 70; recenzja): Śpiewa jak chyba jeszcze nikt dotąd. Delikatnym, spokojnym głosem, ale nie pozbawionym mocy, nie pozbawionym żaru […], czasem lekko rozmarzonym […], czasem unoszącym się gdzieś tam wysoko […]. Choć jest też i inna strona tego jej śpiewania. […] Jakby melizmatyczne zawodzenie […], jakby podminowane złością łkanie […].
Utonąłem. Nigdy później nie posłuchałem żadnej innej ich płyty. Obawa, że magia The Cranberries pryśnie? Nie było jej w utworach puszczanych przez stacje radiowe, więc – tak.
Od ubiegłego roku, po latach niesłuchania, mam reedycję – The Complete Sessions 1994-1995, z kilkoma dodatkowymi nagraniami. Po latach niesłuchania wyszło, że… No Need To Argue nadal jest piękne. Pomimo tego, że niektóre utwory wydają się już trochę mniej czarujące, wspomnianych bonusów mogłoby nie być, a wraz z wiekiem odeszła potrzeba zarywania nocy dla muzyki.

Pink Freud “PunkFreud Army”

Pink Freud PunkFreud Army (2017, Wydawnictwo Agora)

W 2017 roku nie planowałem już kolejnych płyt, ale w sklepie wzrok przykuła okładka – na białym tle para glanów i czerwono-czarny napis: PINKFREUD PUNKFREUD ARMY. Czytałem o tym wydawnictwie… Rzut oka na zawartość, między innymi: Spytaj milicjanta, To co czujesz to co wiesz, Centrala, Niewidzialna armia
Koncert zarejestrowany w październiku tego roku w Trójce. Jedenaście utworów, wśród feat. najczęściej Tomek Lipiński i Robert Brylewski, w trzech odsłonach – Robert Materna, w dwóch – Tomasz Budzyński.
Mam od wczoraj. Posłuchałem trzy razy. Już wiadomo, że „chwyciło”. Czy wytrzyma próbę czasu – się zobaczy.
Wydanej dziesięć lat temu PunkFreud – nie znam. PunkFreud Army: Muzyka artystów rodem z punk rocka spotkała nie-prostotę jazzu, do którego już się  chyba nigdy nie przekonam.  Dobrze, że to drugie nie przysłoniło pierwszego, choć muszę przyznać, że… punk jazz ma rację bytu!

After Blues “Proszę bardzo”

After Blues Proszę bardzo (2013, Jimmy Jazz Records)

Czy się to komuś podoba, czy nie – Agnieszka Twardowska chadza własnymi, popowymi ścieżkami. Ma do tego prawo. A publika – wybór.
Przyznaję, trudno mi przebrnąć przez jej nowe produkcje. Za to z niesłabnącą przyjemnością  słucham Proszę bardzo After Blues. To trzynasta płyta w dorobku zespołu, a druga z udziałem Agnieszki Twardowskiej (Strzelno. After Blues & Agnieszka Twardowska – Blues połączył pokolenia, nowyhoryzont.blog.pl, wpis z 25 listopada 2013 roku).
Używając „terazrockowej” skali ocen – Proszę bardzo poznać trzeba. Jednak niech nikogo nie zmyli zaaplikowany na początek Od rana czuję bluesa – równie żywiołowo zagrane jest jeszcze tylko Dziękuję bardzo. Ostatni – jak dotąd – przejaw aktywności fonograficznej Leszka Piłata (śpiew, perkusja, bas) i Waldemara Baranowskiego (chórki, perkusja, gitary) to pozycja dla lubiących bardziej balladowe klimaty. Takie z pogranicza bluesa i rocka oraz rocka i muzyki pop (zapewne Chyba coś nie tak i Puste ręce powstały z myślą o wokalistce rodem z kujawskiego Strzelna, którą słychać w czterech utworach), zagrane i zaśpiewane w stylowy, zdecydowanie nierewolucyjny sposób. Całość przyozdobiona fajną okładką.
Najlepsze fragmenty? Należy szukać wśród tych „po bluesie”: Rewolucja moich dni, Ciche ulice, Zaniki pamięci. I gitary Waldemara Baranowskiego – potrafią „załkać” jak u Nalepy (na przykład Rewolucja moich dni), odpowiednio „przygrzać” (solo w Dziękuję bardzo) czy być dostojnie klasyczne (Puste ręce).

Komu jeszcze To tylko dom w zwrotkach skojarzył się z utworem grupy Hey – Moja i twoja nadzieja?

Kapela Ze Wsi Warszawa “Wiosna ludu”

Kapela Ze Wsi Warszawa Wiosna ludu (2001, Orange World)

Co łączy muzykę ludową z takich regionów, jak: lubelskie, suwalskie, radomskie, chełmskie, Kurpie i Mazowsze? Zapewne niejedno, jednak najważniejsze to Wiosna ludu Kapeli Ze Wsi Warszawa. Grupa wzięła na warsztat muzykę i teksty ze wspomnianych regionów Polski i przyrządziła z nich coś tak wyjątkowego, że przez kolejnych kilkanaście lat nie odważyłem się poznać nic, co swą nazwą firmuje KZWW.
Krótko: muzyka ludowa + energia i surowość dokonań Sex Pistols czy The Stooges + rytm = Wiosna ludu.

PS Na początek przyszłego roku zapowiedziano wydanie re:akcji mazowieckiej. Na płycie zagrają wspólnie członkowie KZWW i – jak można przeczytać na stronie zespołu (warsawvillageband.net, wynotowane 14 grudnia 2017 roku) – jedni z ostatnich prawdziwych wiejskich muzykantów z terenu Mazowsza. Brzmi zachęcająco.

Artur Rojek “Koncert w NOSPR”

Artur Rojek Koncert w NOSPR (2017, Wydawnictwo Agora)

Dwudziesty dziewiąty dzień listopada roku 2015, siedziba Narodowej Orkiestry Symfonicznej Polskiego Radia w Katowicach. Artur Rojek (Inny charakter, Teraz Rock, 2017, nr 12, strona 24; rozmawiał Robert Filipowski): Wiedziałem, że to będzie wyjątkowe wydarzenie, koncert odbywał się w mieście, z którym dużo mnie łączy. To moje miejsce pracy, realizacji OFF Festivalu, a koncert zamykał trasę, promującą moją pierwszą solową płytę po prawie 20 latach w zespole Myslovitz. Jedyny raz na trasie śpiewałem z orkiestrą. Cały repertuar musiał być też przygotowany pod kątem specyfikacji sali.
Koncert w NOSPR. Nie trzeba kochać Myslovitz, Lenny Valentino czy Artura Rojka solo – wystarczą słabość do łączenia muzyki popularnej z symfonikami, skłonność do popadania w melancholię oraz potrzeba koncertów w odpowiednio przygotowanych do tego miejscach.

Nirvana “Incesticide”

Nirvana Incesticide (1992, DGC)

Zbiór nagrań niepublikowanych. Wydany z dwóch powodów: 1) w 1992 roku nie było widoków na nowe wydawnictwo studyjne Nirvany, 2) po oszałamiającym sukcesie Nevermind, zespół postanowił niejako zweryfikować fanów swojej twórczości (Nirvana. Historia prawdziwa, strona 419). Jak to ujął Igor Stefanowicz (Tylko Rock, 1993, nr 12, strona 32): […]  jakby takie „przepraszam” w kierunku zagorzałych fanów nieco zawiedzionych ugrzecznionymi produkcjami z „Nevermind”.
Piętnaście utworów z lat 1988-1992. W większości proste, melodyjne „garaże” oraz „punkroki”, z jakich do dzisiaj słynie stan Kalifornia. Sliver, Stain, Been a son, (New wave) Polly, Aneurysm czy kowery Turnaround, Molly’s lips i Son of a gun rozruszają nawet najbardziej niemrawych miłośników rocka, lubujących się w punku i alternatywie. Gorzej Beeswax, Mexican seafood, Hairspray queen, Areo zeppelin, Big long now i Downer. Wyłączając ostatni z wymienionych utworów – mniej udana próba grania znanego z albumu Bleach.
Incesticide nigdy nie zdobędzie uznania, jakim cieszą się pozostałe albumy Nirvany, wydane za życia zespołu. Ale „zapchajdziurą” na pewno nie jest.

Trupa Trupa “Jolly New Songs”

Trupa Trupa Jolly New Songs (2017, Blue Tapes/X-Ray Records i Ici d’ailleurs)

Bez cienia wątpliwości – moje muzyczne odkrycie roku 2017.
Są z Polski, z Gdańska, zna i ceni ich świat.
Od kilku dni też jestem po stronie mocy Trupa Trupa. Nie może być inaczej, skoro na wydanej niedawno Jolly New Songs odnalazłem klimat muzycznych dokonań Pink Floyd z okresu ich debiutu płytowego, psychodeliczno-dojrzałych The Beatles, nieobliczalnych Gong, surowych The Velvet Underground oraz post rockową melancholię. A całość nie zalatuje tak zwaną sceną vintage.

PS trupatrupa.com

The Ukrainians “A History of Rock Music in Ukrainian”

Jeżeli można rozpoznać pierwowzór i jednocześnie nacieszyć się pomysłową interpretacją, to znaczy, że właśnie posłuchaliśmy dobrze zrobionego utworu zwanego cover. Z drugiej strony, albumy wypełnione coverami z reguły są uznawane (w najlepszym przypadku – wzbudzają takie podejrzenie) za oznakę niemocy twórczej.
The Ukrainians się obronili.
Bo nawet jeżeli ktoś uzna, że ten działający od początku lat dziewięćdziesiątych ubiegłego wieku zespół, dopadło „zmęczenie materiału”, to musi wiedzieć, że The Ukrainians (Anglicy, częściowo z ukraińskimi korzeniami), utwory innych na własną modłę przerabiali właściwie od zawsze. W związku z powyższym A History of Rock Music in Ukrainian ściemą mi nie zapachniała. Ba, zaproponowanej przez zespół w 2015 roku historii rocka, ciągle słucham z rozdziawioną gębą. Dlaczego? Wybór udany (Back in the USSR, Ace of Spades, Smells Like Teen Spirit, The One I Love, Good Vibrations, Immigrant Song, Children of the Revolution, Holidays in the Sun, Hound Dog, I Predict a Riot, California Dreaming / She’s Lost Control, Psycho Killer, The Queen is Dead, The Model, American Idiot, Venus In Furs), a całość w stylu The Ukrainians: rock / punk zagrany na ludową, ukraińską nutę i zaśpiewany w języku naszych południowo-wschodnich sąsiadów.

Kiev Office “Modernistyczny horror”

KIEV OFFICE MODERNISTYCZNY HORROR
2017, NASIONO RECORDS
MICHAŁ MIEGOŃ (WOKAL, GITARY); JOANNA KUCHARSKA (WOKAL, BAS); KRZYSZTOF WROŃSKI (PERKUSJA)
OBRĘBY REWIRY, MAKŁOWICZ W PODRÓŻY, DAJ MU JEŚĆ, ANONIM SPOD ZIEMI, LEKCJA 1, CAFE SANTANA, STREFA SZYBKIEJ SAMOTNOŚCI, JĄDRO MIASTA, 8 LAT W TYBECIE

Polubiłem wydany w 2014 roku Statek Matka, a Modernistyczny horror utwierdził mnie w przekonaniu, że nie była to tylko chwilowa słabość.
Te dwa albumy różni właściwie tylko jedno – Statek Matka brzmi zdecydowanie bardziej garażowo, natomiast najnowsze dzieło gdynian, studyjnie jest bardziej dopracowane. Tak zwany kręgosłup muzyczny został nienaruszony. Michał Miegoń (Najlepsze z obu światów – rozmowa z Robertem Filipowskim, Teraz Rock, 2017, nr 9, strona 70): Płyta jest kolorowa i zaskakująca jak miasto Gdynia. Nie wiem, jaka jest Gdynia, ponieważ nie było mi dane tam mieszkać, ale na pewno kolorowy i zaskakujący jest Modernistyczny horror. Kiev Office bardzo dobrze wychodzi łączenie zgrabnych melodii z rockową zadziornością i klimatem rodem ze świata psychodelii. Potrafią zarówno punkowo „przyłoić” (Lekcja 1), jak i przywołać ducha utworów, kiedy to polska młodzież miała śpiewać polskie piosenki (Cafe Santana) by na koniec oczarować klimatycznym, ponad siedmiominutowym 8 lat w Tybecie.
Muzyczny eklektyzm Kiev Office wart jest poznania!

Iggy Pop “Post Pop Depression”

Do jednego ze sklepów znanej i popularnej w Polsce sieci, wchodzisz po „spożywkę”, a na jednej z półek, wśród kilkunastu niepoukładanych plastikowych pudełek z płytami kompaktowymi w środku, jeden cieniutki – jak to zwykle – digipack ze znajomą okładką. Zapominasz o jedzeniu, całą uwagę skupiasz na tym niespodziewanym odkryciu, ponieważ: 1) czaisz się na ten album od momentu, gdy w radio usłyszałeś kawałek promujący to wydawnictwo, ale chęć poznania hamowała cena produktu w odwiedzanych przez ciebie systematycznie, wręcz nałogowo, sklepów płytowych, 2) cena – niecałe dwie dychy: o jakimkolwiek hamowaniu nie ma już mowy. Kupujesz. Byś był głupi, gdybyś tego nie zrobił! Kas jest kilka, godzina nie na zakupy, więc idzie szybko. Wychodzisz usatysfakcjonowany, wsiadasz do auta, czekasz na wieczór, odpalasz, słuchasz… A gdzieś pomiędzy dźwiękami myśl, właściwie parafraza słów Grabaża: Żyję w czasach kapitalizmu, wszyscy chcą mnie zrobić w [tu miejsce na słowo niecenzuralne, którego nie zdecydowałem się napisać].
Tyle tytułem wstępu.
Iggy Pop. Nie znam jego solowych dokonań (poza The Passenger oczywiście), niekłamaną sympatią pałam do The Stooges, ale to zbyt daleki punkt odniesienia. Chociaż… Lubisz surowe, pozbawione niepotrzebnych ozdobników rockowe granie? Wydany w ubiegłym roku album Post Pop Depression będzie dobrym wyborem.

SBB “Live in Sopot 1978. Extended Freedom” – fan niekonsekwentny

nowyhoryzont.blog.pl (wpis z 15 lipca 2013 roku), o Live Jazz nad Odrą 1975: W związku z tym, że [w] ciągu ostatnich kilkunastu lat zostaliśmy wręcz zasypani wydawnictwami, prezentującymi bogate archiwa SBB, w pewnym momencie postanowiłem nie sięgać już po kolejne tego typu albumy zespołu – po prostu aktywność wydawnicza firm fonograficznych przerosła moje moce przerobowe. W przypadku „Live”… zrobiłem jednak wyjątek. Dlaczego? Dlatego, że bardzo lubię gitarowo-perkusyjno-basowe improwizacje Anthimosa, Piotrowskiego i Skrzeka, a wiadomo, że ten okres w historii grupy bardzo szybko się skończył […].
nowyhoryzont.blog.pl (wpis z 29 grudnia 2014 roku), o Warszawa 1980: Kupiłem i nie żałuję, ponieważ […] to koncert z kilku powodów wyjątkowy. […] SBB na scenie w składzie Skrzek – Anthimos – Piotrowski – Piwowar to zapewne nie tylko dla mnie intrygująca nowość.
nowyhoryzont.blog.pl (wpis z 13 października 2015 roku), o Koncerty w Trójce. SBB & Michał Urbaniak: Jest moc. Jest magia. Jest chemia. Jest przestrzeń. […] Michał Urbaniak – to jego udział w koncercie sprawił, że płytę kupiłem.
Maj 2016, o Hofors 1975„Niepoukładane” muzycznie pierwsze lata istnienia SBB to był wyjątkowo piękny okres w historii zespołu. A każdy utwór podpisany jako dzieło SBB to dla miłośników dłuższych, improwizowanych form gwarancja wyjątkowych wrażeń. Potwierdza to wydany kilka dni temu zapis jednego z koncertów w Szwecji […]. Hofors 1975” […] przywraca wiarę w sens kupowania kolejnych „koncertówek” SBB.
Lipiec 2017: Live in Sopot 1978. Extended Freedom
Tak…
Z powodu wypadku z udziałem ciężarówki wiozącej ich sprzęt, na II Festiwalu Interwizji w Sopocie 27 sierpnia 1978 roku zespół wystąpił bez próby. Z próbą czy bez – nie miało znaczenia. Live in Sopot 1978 to zapis kolejnego porywającego koncertu SBB. Między innymi Freedom With Us, Going Away, Wiosenne chimery (I) i (II) i Follow My Dream, a na deser krótka rozmowa lidera grupy z prowadzącym koncert, Krzysztofem Materną. Album wydany w 2002 roku przez Niezależną Firmę Wydawniczą E-silesia, kilka lat później wznowiony w wersji dwupłytowej – od czerwca tego roku ponownie w sprzedaży (Universal Music Polska).
Podtrzymuję to, co napisałem w przeciągu ostatnich lat – więcej frajdy sprawia mi SBB w kompozycjach autorstwa tria oraz tak zwane koncertówki, po których można się spodziewać czegoś więcej niż tylko muzyki zdominowanej przez Józefa Skrzeka (teraz z utęsknieniem wypatruję płyty z zapisem występu w Filharmonii Szczecińskiej). Wiadomo, że w roku 1978 już od kilku lat klawiszowe imperium lidera zespołu było na pierwszym planie…
Na swoje usprawiedliwienie dodam, że Live in Sopot 1978 chciałem kupić już kilka lat temu, ale SBB mają oddanych fanów i nie zdążyłem tego zrobić.
Tak…
Czy ktoś wspominał o oddanych fanach?

PS. O drugiej płycie w zestawie Live in Sopot 1978. Extended Freedom – innym razem.

Grupa Niemen “Vol. 1” i “Vol. 2”

Są muzycy, którzy przez cały swój żywot artystyczny nie wychodzą poza określone ramy. Albo wychodzą, ale nadal trzymają się swojej ścieżki. Są też artyści, o których powiedzieć, że przekraczają granice, to mało. Niewątpliwie do tej ostatniej grupy  zaliczyć należy Czesława Niemena. Stawiając obok siebie jego debiut płytowy z 1967 roku pod tytułem Dziwny jest ten świat z wydanymi pięć lat później – jednocześnie – Niemen Vol. 1 i Niemen Vol. 2 (znanymi też jako Requiem dla Van Gogha i Marionetki, a w wersji na jednej płycie kompaktowej – Marionetki), przekonamy się, że te dwa (Vol. 1 i Vol. 2 należy traktować jako jedną, nierozłączną całość) dzieła łączy tylko nazwisko artysty i jego głos.
Dyskografię Niemena zacząłem poznawać właśnie od albumów Dziwny jest ten świat oraz Marionetki (w wersji na płycie kompaktowej z 2007 roku). Pierwszy kupiłem pod wpływem opinii, że to dzieło wybitne oraz dla utworów – tytułowego i Wspomnienie, natomiast drugi, ponieważ Niemenowi, Helmutowi Nadolskiemu i Andrzejowi Przybielskiemu wówczas towarzyszyli Apostolis Anthimos, Jerzy Piotrowski i Józef Skrzek (czyli przyszłe SBB).
Tak naprawdę pierwsza z wymienionych płyt – jako całość – zawsze mnie nudziła, a tytułowy utwór zestarzał się szybciej, niż mógłbym się spodziewać. Inaczej Marionetki – od dziesięciu lat wciąż jest to kilkadziesiąt minut muzyki niełatwej, niekomercyjnej, nieprzewidywalnej i fascynującej zarazem. Ze szczególnym wskazaniem na Nadolskiego, jego kontrabas i utwór Requiem dla Van Gogha.
Na swoje potrzeby zawartość Marionetek nazwałem free rockiem. Przyznać też należy, że na tym albumie mamy przedsmak tego, co w 1974 roku słuchaczom zaoferuje trio SBB.
Czesław Niemen (tekst we wkładce do albumu Marionetki; 2007, Polskie Radio SA): Lata siedemdziesiąte były okresem dalszego „pochodu awangardy”. Ultra nowoczesność muzyki konkretnej przestała szokować, zaczęto więc łączyć przysłowiowy ogień z wodą. Kierunek „postępu” zmierzał do pomieszania gatunków, ucieczki przed dyktatem krytyków-klasyfikatorów. To też i muzyka z mojej szufladki, w poszukiwaniu świeżego powietrza wkrótce umknęła jakiejkolwiek klasyfikacji. Uprawiana przeze mnie podkasana „muzyka niepoważna”, jak nazwał ją Roman Waschko, zaczęła poważnieć w takim tempie, że w połowie wspomnianej dekady wyrżnęła czołowo w ścianę niezrozumienia ze strony wielu dotychczasowych zwolenników mojego papugowania… Zanim jednak to się stało, podszepty znudzonego diabełka „modernsnobizmu”, natłoczyły mi do głowy tyle różnobarwnego szumu, że nastroiłem uszy na wszystko, co w muzyce niespotykane… .

Od niedawna jest dostępna reedycja Vol. 1 i Vol. 2, wydana przez Warner Music Poland. Może to początek, a ja doczekam się wznowienia albumów Strange Is This World (1972) oraz Aerolit (1974)?

Roger Waters “Is This the Life We Really Want?”

ROGER WATERS IS THIS THE LIFE WE REALLY WANT?
2017, COLUMBIA
ROGER WATERS – WOKAL, GITARA AKUSTYCZNA, BAS; NIGEL GODRICH – INSTRUMENTY KLAWISZOWE, GITARA; JONATHAN WILSON – GITARA, INSTRUMENTY KLAWISZOWE; GUS SEYFFERT – BAS, GITARA, INSTRUMENTY KLAWISZOWE; JOEY WARONKER – PERKUSJA; ROGER MANNING – INSTRUMENTY KLAWISZOWE; LEE PARDINI – INSTRUMENTY KLAWISZOWE; LUCIUS (JESS WOLFE I HOLLY LAESSING) – WOKAL; (RACHEL AGNEW, JANE BARBE, EMMA CLARKE, CELIA DRUMMOND, KATHY SOMERS I INGRID SCHRAM – RECORDED VOICES)
WHEN WE WERE YOUNG, DÉJÀ VU, THE LAST REFUGEE, PICTURE THAT, BROKEN BONES, IS THIS THE LIFE WE REALLY WANT?, BIRD IN A GALE, THE MOST BEAUTIFUL GIRL, SMELL THE ROSES, WAIT FOR HER, OCEANS APART, PART OF ME DIED

The Wall:
Trzeba było wyrosnąć z lat szczenięcych, żeby pokochać.
Amused To Death:
To była miłość od pierwszego posłuchania.
Is This the Life We Really Want?:
Pięknem poraża już okładka (skojarzenia z The Wall jak najbardziej zasadne). A zawartość? Nie ma sensu pisać czegoś, co inni już napisali. Michał Kirmuć (Teraz Rock, 2017, nr 6, strona 61): Dosadna i piękna płyta. Może mało odkrywcza, może za bardzo nasiąknięta stylem Pink Floyd, ale w końcu kto inny miałby prawo stworzyć taką muzykę, jeśli nie człowiek, który w okresie najwięk­szych sukcesów artystycznych wspomnianego zespołu był głównym motorem napędowym jego działań i od pewnego momentu niemal wyłącznym twórcą w jego szeregach.