„Pan Nikt” zespołu AVE

AVE gatunkowo mocniejsze i bardziej jednolite.

AVE Pan Nikt (2019, Studio Aimix)

Z AVE mam problem. Z jednej strony nigdy nie pałałem sympatią do gitarowych mocnych brzmień, a takimi raczy nas ten zespół, z drugiej zaś pisanie o muzykujących ludziach z miast i miejscowości sąsiadujących ze Strzelnem sprawia mi frajdę. Szczególnie o takich jak członkowie AVE. To nie dzielona na regiony muzyka ludowa, a i nawiązanie do wyścigu lipne, bo nie o ściganie się w tym wszystkim chodzi, ale, biorąc pod uwagę podejście do kwestii wydawniczo-promocyjnych, inowrocławianie bardzo odskoczyli konkurencji. Dwa albumy i udział w jednej składance, wszystko w odpowiednio opakowanym formacie CD; Pan Nikt z wydawcą, którym nie jest sam zespół; udział w audycjach radiowych, docieranie do recenzentów, a za chwilę (albo już) część streamingowego potoku… Mariusz Michałowski*: Naszym wydawcą jest teraz Studio Aimix. Bardzo fajni młodzi ludzie, stowarzyszenie, które zauważyło nas już przy pierwszej płycie, i nam pomogło. I to był strzał w dziesiątkę, ponieważ chcieliśmy iść drogą niezależną, a oni nam w tym wtórują. Niebawem płyta pojawi się na wielu streamingowych, tych modnych portalach, które są – uważam – istotne, bo nie mamy zamiaru się chować do szuflad, tylko właśnie istnieć.
W tym przypadku o szufladach nie może być mowy.
Mariusz Michałowski: Dla mnie jest to taki krok do przodu, w sensie też muzycznym, kompozycyjnym. Chcący czy nie chcący, wyszła troszkę… znaczy, ona… jak ktoś, tak jak ja, po części ma duszę metalowca, to nie jest jakaś ciężka, ale jednak z takich gatunków mocniejszych. Aczkolwiek duży nacisk był na to, żeby była melodia, zwrotka, żeby to było coś, że tak powiem, może nie śpiewnego, bo ja za bardzo nie śpiewam jak zawodowi wokaliści, ale żeby to było melodyjne, spójne, a zarazem mocne.
Pan Nikt ukazał się trzy lata po fonograficznym debiucie. Zasługuje na wyższe noty niż ich pierwsza płyta, właśnie za to, co było zamiarem muzyków – jest bardziej jednolita stylistycznie, w sporej części klasycznie hard rockowa, i melodyjna. Potrafi też zaskoczyć (wokalny duet żeńsko/męski w Miłości i jakby wyjęte z naznaczonego zimną falą polskiego rocka z lat osiemdziesiątych Kalendarze). I jest mocarna, jeżeli chodzi o warstwę słowną. Autor tekstów punktuje rzeczywistość? Mariusz Michałowski: To zależy jak się na to spojrzy. Można powiedzieć, że jest trochę przerażająco, ale ja uważam, że… tu jest fajnie, he, he, he. Po prostu, przyszło w takim wagonie jechać, być w takim miejscu i w takich czasach. Jeśli jest tam coś punktowane, to są rzeczy, o które się nie da nie otrzeć na co dzień – pogoń za blichtrem, jakieś wynaturzenia pseudoreligijne lub polityczne. I jeszcze: Nie ma założeń: „O, napiszę o tym”. To gdzieś musi siedzieć w środku. Nieraz tak jest, że bym chciał trafić w coś, co nurtuje. Na przykład piosenka „Guru”. W Internecie zauważam masę tak zwanych internetowych bogów. Teraz jest mocna fala tak zwanego przebudzenia i wiele osób uważa, że to, co mówi jest wyznacznikiem drogi, która go oświeci. No i to trochę jest stronę, że… już sześćdziesiąt pięć tysięcznego boga można sobie podarować, he, he, he.
Przekaz Dilera miłości został wzmocniony fragmentem pewnej bardzo popularnej wersji Mazurka Dąbrowskiego – tego na pewno nie zagra żadna z publicznych stacji radiowych.
AVE: Mariusz Michałowski (wokal), Maciej Zamczała (gitary, instrumenty klawiszowe), Robert Sadowski (gitara), Krzysztof Kosiński (bas), Mateusz Senderowski (perkusja). Goście: Małgorzata Kaczmarek (wspomniany wokal w utworze Miłość), Marcin Grzella (klawisze w utworze Kalendarze).

* Z Mariuszem Michałowskim rozmawiałem w czerwcu 2019 roku.

„W AVE jedziemy po polsku”