Ragnar Ólafsson

 

 

 

Ragnar Ólafsson (z lewej) i David RaCampari, Kruszwica, trzynasty dzień września tego roku. Nastrojowo, klimatycznie, trochę za długo i – niezmiennie – z wiecznie zadziwionym panem na ścianie. Przyznam, że wyszedłem zawiedziony, ponieważ gospodarze… nie zapowiedzieli kolejnego koncertu w swoim domu, a przecież już przyzwyczaili publikę, że ostatnim punktem spotkania jest zaproszenie na następne

Sasha Boole

 

 

 

Sasha Boole, czyli – jak sam powiedział – “one man band”, ponieważ… nie musi płacić kasy innym muzykom, a zespół się nie rozpadnie, chyba że po jego śmierci. Country / folk w pełni akustyczne, nie było nawet mikrofonu, zabarwione właśnie takim humorem – oto kolejny “koncert w domu”, oczywiście w Kruszwicy, dwudziestego dnia sierpnia tego roku

Klippel i Jønsson w salonie

Jeden z czterech koncertów w Polsce. I kolejny „house gig” w Kruszwicy.

21.06.2019, Kruszwica, u znajomych w domu

Ona na boso, on w skarpetkach. Publika konwencjonalnie, ale z wyjątkami – na przykład jeden z gospodarzy wieczoru bez skrupułów paradował w basenówkach. Kuchnia odpowiednio zaopatrzona, dostępna dla każdego. Drzwi na taras otwarte, bo ciepło, a i miejscówka niczego sobie. Najdłuższe dni w roku, więc trochę za jasno. Luz. Pamiątkowe koszulki dla artystów i szefa firmy Borówka Music, która podobno zaszczepiła na polski grunt taką formę koncertu. Zaproszenie na kolejne spotkanie poprzedzone rozmową, że może w plenerze… chociaż nie, bo lato stało się bardzo kapryśną porą roku. Trochę narzekania na aktywność domów kultury (zawsze im się dostanie przy okazji takich oddolnych, prywatnych inicjatyw). Możliwość kupienia płyt, pocztówek i pogadania z tymi, którzy dosłownie przed chwilą przez ponad godzinę okupowali scenę tuż przy schodach prowadzących na użytkowe poddasze.
Duet Mirja Klippel z Finlandii (gitara akustyczna, chyba hiszpańska; śpiew) i Alex Jønsson z Danii (gitara elektryczna, dośpiewywanie). Jeden z czterech koncertów w Polsce. I kolejny house gig w Kruszwicy. Muzycznie inny niż ten z człowiekiem kryjącym się pod pseudonimem Henry No Hurry. Zgodnie z oczekiwaniami – odpowiednio delikatny i melancholijny. Może trochę monotonny, ale już z płyt Klippel (Lift Your Lion i przede wszystkim River of Silver) – wyśmienity!

Henry No Hurry w Kruszwicy

Przez ponad godzinę uwijał się pomiędzy gitarami, ukulele, mikrofonem (a raczej – mikrofonami) i „zapętlaniem” swojego wokalu i grania.

Sobota wieczór, u znajomych w domu

HAUSE GIGS to nowa, nieznana jeszcze przez wielu forma obcowania z muzyką, z twórcami, których na co dzień próżno szukać w rozgłośniach radiowych czy stacjach telewizyjnych. Od jakiegoś czasu tych mało popularnych artystów z Polski i ze świata można usłyszeć w zaciszu własnego mieszkania. W domowych kapciach, przy lampce wina, kubku herbaty bądź kawy. To pomysł Bartka „Borówki” Borowicza z Krakowa, dziennikarza, menedżera i wydawcy, założyciela agencji Borówka Music, której przyświeca jakże wymowne motto: „Nie szukamy dziur w trasach, ale szukamy tras w dziurach”. Dzięki temu mieszkańcy niewielkich miast i miasteczek poznać mogą wspaniałą twórczość […] godnych uwagi artystów.
Między innymi taką informację Ania i Artur dołączyli do zaproszenia na koncert Wawrzyńca Jana Dąbrowskiego, jednej trzeciej bardzo przez nich cenionego zespołu Henry David’s GUN, występującego solo pod pseudonimem Henry No Hurry.
[…] zasada „hausgigowa” – nawiązując trochę do takich tradycji ulicznych – polega na tym, że za chwilę podam pierwszej osobie kapelusz i będę prosił, aby ta osoba puściła ten kapelusz w ruch, trochę jak tacę w kościele. Wysłuchaliście prawie całego koncertu Henry No Hurry i wiecie, mniej więcej, czego się po tej muzyce spodziewać. Jeżeli bawiliście się dobrze i miło spędziliście czas, to wrzućcie, proszę, do kapelusza tyle ile czujecie, że chcecie wrzucić. Jeśli to w ogóle nie wasza bajka, to… to też się cieszę, że byliście i nie wrzucajcie nic, też jest OK. Pieniądze z tego kapelusza idą na paliwo, na żarcie w trasie, na wszystko, co jest ponad i pozwala mi nadal robić to, co kocham.
To już Henry No Hurry, artysta, który 23 lutego, późnym wieczorem, zauroczył mnie swoją twórczością.
Przez ponad godzinę uwijał się pomiędzy gitarami, ukulele, mikrofonem (a raczej – mikrofonami) i „zapętlaniem” swojego wokalu i grania. „Uwijał się” to odpowiednie określenie, a jednak wszystko było właśnie takie niespieszne, klimatyczne. I okraszone odpowiednimi wizualizacjami autorstwa niejakiej Beaty Woźniak oraz słowem wprowadzającym do każdego utworu (z jednym polskim wyjątkiem – teksty w języku angielskim). Na przykład: Chciałbym się pożegnać utworem, który pierwotnie był listem – zamienił się w utwór. To jest pierwszy utwór na płycie, więc zacząłem końcem i kończę początkiem. I też wydźwięk tego utworu jest podobny, bo opowiada historię o ludziach, którzy kiedy się palą to się cieszą. Jak płoną trochę bardziej to się cieszą jeszcze bardziej, bo się dzieje. A jak płoną tak bardzo, że nie mogą wytrzymać z bólu i krzyczą, błagają, modlą się, żeby przestało, to przestaje. I wtedy modlą się, żeby żar we włosach znowu płonął (Constellations). Innym razem – nazwijmy to – duchowość mieszała się z dowcipnie podaną codziennością: W zeszłym roku grałem taką trasę, którą śmiało mogę określić trasą mojego życia. To była trasa po schroniskach górskich. Pamiętam, że jak ją planowaliśmy z moim menedżerem Bartkiem Borówką, to był ten moment, kiedy ja byłem w takiej górce i tak zadzwoniłem do niego, i z wypiekami na twarzy mówię: „Słuchaj, Bartek, mam wspaniały pomysł! W ogóle chyba tego nikt zrobił, zresztą, to nie ma żadnego znaczenia: będę jechał na motocyklu, będę miał ze sobą ukulele i będę grał po schroniskach górskich! Co ty na to?”. Bartek powiedział: „OK. Wiesz, że wyjdziesz maksymalnie na zero?” [ogólny śmiech]. Mówię: Daj spokój, robimy”. Zrobiliśmy, naprawdę było super. […] mówię o tym dlatego, że jadąc w trasę miałem takie przemyślenie, że życie każdego człowieka można właściwie przyrównać do takiej wędrówki na górę, na szczyt. I każdy, oczywiście, ma swoje przystanki po drodze, ale jak by to tak uśrednić, statystycznie, to pierwszym przystankiem mogłyby być, na przykład, dobre studia. Kolejnym przystankiem mógłby być fajny samochód, później mógłby być ładny dom, udana rodzina, fajne dzieci… I w trakcie życia, z tego, co zauważyłem – nie wszystkim, ale zdecydowanej większości – udaje się wszystko to odhaczyć. I dochodzą na ten szczyt… No właśnie, i co dalej? Gdzie wyżej? I wtedy zaczyna się chyba najciekawsza część podróży – podróż już nie w więcej, nie w wyżej, a w mniej. Dokładnie to przydarzyło się bohaterowi kolejnego utworu, który prowadzi samochód nocą i traci przytomność na dziesięć sekund. Jest oczywiste, że czas nie istnieje, a nawet jeżeli istnieje to jest względny, więc przez te dziesięć sekund trafia na olbrzymią pustynię i na tej pustyni rozpoczyna czterdziestodniowy post. I to jest najlepsza rzecz, jaka może mu się przytrafić, bo jego największym problemem życiowym było to, że on wszystko miał… (Fainted for 10 Seconds).
W jednym z owych wprowadzeń do utworu Henry No Hurry wspomniał sytuację, w czasie której swoją twórczość określił mianem indie folk. A co tak naprawdę proponuje Wawrzyniec Jan Dąbrowski w ramach swoich solowych wojaży? Trudne pytanie. Folk? Może być, ale nie ten z radiowej Dwójki. Na pewno poczułem w tym Stany Zjednoczone, a kiedy na koniec, zupełnie bez prądu, zaśpiewał i zagrał tylko na ukulele, też Wielką Brytanię. Z Kruszwicy przywiozłem świeżutki album artysty, zatytułowany The Calving Of Inner Glaciers – sam jestem ciekaw wrażeń z perspektywy własnej kanapy.
Ania i Artur planują kolejne „hausgigowe” spotkania. Jeżeli zaproszą, wybiorę się, ponieważ taka forma bardzo mi pasuje – przede wszystkim jest kameralnie, a koncerty w takim wydaniu lubię najbardziej. Ale u siebie w domu czegoś takiego na pewno nie zrobię, nawet jeżeli zebrałbym samych znajomych (co, w moim przypadku, byłoby trudne, bo założenie tych koncertów jest takie, że musi być około trzydziestu osób, he, he). Jeżeli w Kruszwicy zmroziło mnie, kiedy zobaczyłem, że na sprzęcie do odtwarzania muzyki stoi projektor multimedialny, jedna z obecnych w pomieszczeniu osób na kolumnie głośnikowej położyła kieliszek do wina, a półki z kolekcją płyt były na wyciągnięcie ręki wszystkich, to co by się ze mną zadziało w pokoju, w którym właśnie teraz siedzę? Zawał murowany…