Dzieci, które nie płakały i Alfred lepszy od innych…

Książka, którą trzeba przeczytać.

Miejmy to za sobą: Natalia Budzyńska Dzieci nie płakały. Historia mojego wuja Alfreda Trzebinskiego, lekarza SS, Tomasz Budzyński – gitara i śpiew; ostatnie z trzech spotkań autorskich w ramach Wybryku Kultury Kolektywne działania przyszłością nie tylko kultury: Czytaj, na zdrowie!; rotunda św. Prokopa w Strzelnie, 6 X; organizatorzy: Miejsko-Gminny Ośrodek Kultury i Rekreacji w Strzelnie, Grupa Na Poczekaniu; dofinansowanie ze środków Narodowego Centrum Kultury w ramach programu Dom Kultury+ Inicjatywy lokalne 2019.

Tego dnia we wnętrzu rotundy św. Prokopa było szczególnie chłodno i mrocznie, pomimo kolorowych reflektorów rzucających światło na ściany prezbiterium. Pierwsze mogło mieć związek z faktem, że prowadzącym telepało przeziębienie, natomiast drugie to efekt maszerowania po skąpanym w ostrym słońcu Wzgórzu św. Wojciecha. A może wcale nie dlatego? Może to wszystko zadziało się, bo w te niedzielne popołudnie każdy centymetr sześcienny romańskiego kościoła (ze świetną akustyką) wypełniły psalmy na mocny głos i akustyczną gitarę Tomasza Budzyńskiego, a chwilę wcześniej, w bardziej intymnej atmosferze, bo bez mikrofonów i bliżej siebie – na spotkanie przybyło kilkanaście osób, rozmawialiśmy z Natalią Budzyńską?
Dzieci nie płakały. Historia mojego wuja Alfreda Trzebinskiego, lekarza SS. Właściwie dwa w jednym.
Natalia Budzyńska: Osoba Alferda Trzebinskiego nie była dla mnie bodźcem, by tę książkę napisać. Chociaż faktycznie, historia tego człowieka jest ciekawa, bo pokazuje bardzo pięknie… nie powiem – rozwój człowieka, bo „rozwój” to jest złe słowo, ale jakąś karierę, to co się z człowiekiem może stać. Powodem do napisania książki były dzieci. […] Przywrócić je pamięci – to był główny powód, dla którego tę książkę napisałam.
Dzieci, czyli dwadzieścia młodych osób, na których prowadzono badania pseudomedyczne w Neuengamme, hitlerowskim obozie koncentracyjnym, gdzie lekarzem był Trzebinski. Badania dotyczyły gruźlicy, nie miały żadnych założeń medycznych – ich celem była wyłącznie kariera lekarza, który owe badania prowadził, Heissmeyera.
Natalia Budzyńska: Bullenhuser Damm. To jest miejsce, w którym te dzieci zostały powieszone. Przed wojną wielka szkoła, pod koniec wojny podobóz Neuengamme, a po wojnie, do dzisiaj, znowu szkoła. W tych pomieszczeniach – to są piwnice – jest wystawa, a konkretnie w miejscu, gdzie ten mord się odbywał – tylko tablica, nic więcej. […] Historia tej zbrodni jest w Polsce nieznana, mimo że w połowie były to dzieci żydowskie z terenu Polski. W ogóle się o tym nie mówiło (jak już, to trochę w Niemczech i w innych krajach, z których te dzieci pochodziły, bo tam były też dzieci z Holandii, z Włoch, z Francji). […] Dokładnie tak jak chcieli tego naziści. One miały po tych eksperymentach zostać zgładzone i to tak, że nikt o nich nie miał wiedzieć.
Temat bardzo ważny, mnie jednak bardziej zainteresowała postać Alfreda Trzebinskiego. Nie mogło go zabraknąć w Prokopie.
Urodzony w Wielkopolsce doby zaborów, w rodzinie mieszanej (ojciec Polak, matka Niemka), lekarz wychowany w umiłowaniu kultury niemieckiej. Jak to: Wielkopolska, ojciec Polak, a dzieci rosną na modłę niemiecką?
Natalia Budzyńska: Wątek Wielkopolan też mnie bardzo zaskoczył, bo ta moja wielkopolska rodzina była zupełnie nie taka, o jakiej mnie uczono. I to też odkryłam pisząc tę książkę. W szkołach byłam uczona, że Wielkopolanie to tacy stuprocentowi Polacy, że jak były zabory to kobiety chodziły w czerni, a mężczyźni spali w trumnach. Jak się czytało książki dotyczące Wielkopolski pod zaborami, to były tam takie rzeczy, że Polacy osobno, Niemcy osobno – dwie społeczności, które się nie mieszały, bo przecież to była wtedy zdrada. Tymczasem patrzę na drzewo genealogiczne mojej rodziny wielkopolskiej, Trzebińskich, i tam w każdym pokoleniu były małżeństwa mieszane. Dla mnie to było zupełnie nowe spojrzenie na historię Wielkopolski i życie zwykłych Wielkopolan, zwykłych rodzin wielkopolskich. […] Z wujkiem [jeden z członków rodziny, od którego autorka próbowała pozyskać materiały do książki] tak się zastanawialiśmy nad tym. To on zwrócił na to uwagę: „Zobacz, niezależnie czy niemiecki był mąż czy żona, to dzieci były wychowywane w kulturze niemieckiej”. I mogło się wydawać dziwne, ale gdzieś przeczytałam, że to było charakterystyczne i właściwie się zdarzało często, ponieważ kultura niemiecka była uznawana za bardziej prestiżową, bogatszą.
Było też o tym, że starsze pokolenia nie chcą o swoich Alfredach pamiętać, a młodszym należy podsuwać takie książki, żeby mieli świadomość, co się kryje pod słowem wojna. Było o Alfredzie – ezoteryku, Alfredzie – manipulancie, który tak naprawdę nawet w obliczu śmierci nie zrzucił z siebie płaszcza nazisty (w 1946 roku został powieszony), Alfredzie – człowieku.
Natalia Budzyńska: Na jednym ze spotkań prowadzący zaczął pytaniem, które mnie bardzo zaskoczyło: „Skąd według pani bierze się zło?”. W kontekście tej książki nie wiedziałam, co odpowiedzieć. Przyszło mi do głowy, że to zło dzieje się wtedy, kiedy człowiek myśli, że jest lepszy od innych. Jak sobie pomyślałam o Alfredzie, to ta jego droga, nie wiem, upadku zaczęła się wtedy, kiedy zapisał się do SS, do organizacji elitarnej, lepszej. Wtedy, kiedy pomyślał, że jest lepszy od innych. I on tak dalej brnął. Jak się poznaje Alfreda, to on cały czas jest człowiekiem, któremu się wydaje, że jest lepszy od innych.
I o tym, że nic nie jest takie proste, jak to w przeszłości wynikało z podręczników do historii Polski.
Natalia Budzyńska: To do mnie dotarło, kiedy byłam w miejscu pamięci w Hamburgu, które się nazywa Bullenhuser Damm. […] Wtedy bardzo dziwnie się poczułam, dotarło do mnie, że po raz pierwszy jestem w takim miejscu w zupełnie innym charakterze. Dotarło do mnie, że byliśmy przyzwyczajeni przez dziesiątki lat edukacji takiej postawy ofiary, która składa kwiaty w miejscach upamiętnienia ofiar jako przedstawiciel narodu uciemiężonego. To dla mnie było szokujące podwójnie – raz, że nagle jestem przedstawicielem zbrodniarza, który upamiętnia ofiary, a na dodatek ten zbrodniarz jest moją rodziną.
Trudno się pisało o wuju, lekarzu SS, nazistowskim zbrodniarzu?
Natalia Budzyńska: To jest właśnie dziwne, ale o nim pisałam jako o obcym człowieku. Nie chcę powiedzieć, że jestem jakaś gruboskórna, bo to źle zabrzmi, ale nie, pisząc tę książkę czułam, że robię coś, co do mnie należy, żeby tę historię przedstawić taką jaka ona jest. Mogę powiedzieć, że pierwsze łzy wylałam, tak emocjonalnie się wzburzyłam wtedy, kiedy dostałam zdjęcia [dzieci], czyli już na etapie redakcji, kiedy była składana książka. Te zdjęcia widziałam dotychczas w bardzo złej jakości, okrojone, tylko twarze. A tu dostaliśmy takie piękne… te dzieci są takie, że naprawdę chce się je wziąć na kolano i przytulić, takie żywe. Wtedy, można powiedzieć, pękłam… .

Anita Scharmach: „Nic na siłę, bez terminów”

Literatura obyczajowa w American Dream.

Księgowa, z poczuciem humoru, w wolnym czasie autorka książek, tak zwanych obyczajówek. Zaiste, rzadkie to połączenie. Żadnej z jej książek nie przeczytam, bo to nie moje rewiry, ale jeżeli będzie okazja, to na spotkanie autorskie wybiorę się raz jeszcze, ponieważ lubię towarzystwo ludzi pozytywnie zakręconych.
W Strzelnie było ponad dwadzieścia osób. Pod tym względem żadne z trzech spotkań w ramach Czytaj, na zdrowie!, Wybryku Kultury* z dopiskiem Kolektywne działania przyszłością nie tylko kultury nie było oszałamiającym sukcesem. Za to nowe miejsca – bez zastrzeżeń. O Animusie już było (więcej tutaj). Trafioną miejscówką okazała się też stylowo urządzona piwnica sklepu American Dream w Strzelnie, gdzie w sobotę (5 X) można było porozmawiać z Anitą Scharmach.
Jagoda Woźniak o książkach pani Anity: Jest to literatura o współczesnych kobietach. Nie jest ona ckliwa, jak większość, jest bardzo życiowa. Można powiedzieć, że napisana z dużym pazurem. Nie mamy tam tabu, nie mamy tam granic, mamy nawet pieprzne historyjki, pieprzne sceny, co jest odważne, zwłaszcza w literaturze kobiecej. Wszystko jest zrobione ze smakiem. Nie ma nudy. Kobiety są takie, jak kobiety w Strzelnie, czyli nowoczesne, które chcą więcej, które już nie stoją za mężczyznami, a właściwie wychodzą przed szereg.
Pani Anita o sobie i swoim pisaniu powiedziała znacznie więcej. I wątek erotyczny wcale nie był tym dominującym, ale tak to jest, kiedy notuje facet…

Moja przygoda z pisaniem zaczęła się tak jak u mojej bohaterki w „Mogę wszystko”. Tatiana poszła na zwolnienie lekarskie, ponieważ miała operację ręki. Ja również miałam operację lewej ręki i długo przebywałam na zwolnieniu lekarskim, potem miałam długą rehabilitację. Dzieci poszły do przedszkola, do szkół, nie wiedziałam co zrobić z czasem. Usiadłam, zaczęłam drugą ręką układać sobie fabułę w punktach. Tak się rozpisałam, że wyszło z tego ponad trzysta tysięcy znaków. Wysłałam do wydawcy,  którego adres znalazłam na pierwszej lepszej książce z mojej biblioteczki i otrzymałam odpowiedź: „Jesteśmy zainteresowani”.

Jestem księgową, skończyłam ekonomię. Przez jakiś czas myślałam, że uda mi się – powiem tak kolokwialnie – porzucić pracę ekonomistki i zacząć tylko pisać, jednak przebicie się […] przez […] szereg dobrych pisarzy, wymaga nie lada trudu. Musiałabym  tylko usiąść i od rana do wieczora pisać, nie zajmować się rodziną. A tak, łączę pracę ekonomistki, pisarki i mamy na pełnym etacie. Nic na siłę, bez terminów.

Otrzymałam niedawno, z czego jestem bardzo dumna, przydomek pisarski „królowa wzruszeń”. Myślę, że dlatego – jak to moja koleżanka po piórze powiedziała – że jestem takim „rollercoasterem”, czyli taka żonglerka emocjami. W recenzji ktoś kiedyś napisał: „Ciebie nie można czytać w komunikacji miejskiej, bo albo wybucham śmiechem, albo głośnym płaczem”.

Nawet nie wiem jak czasami coś nazwać. Ale mam koleżankę, która w ogóle pisze tak: „Poszli do łóżka, zamknęli się w czterech ścianach…” i koniec, podmiot domyślny. Ja chociaż tego pieprzyku tam dodam. Przy Marcie to się tak wstydziłam… ale Marta była złą osobą (mówimy o „Zaraz wracam”), ona była taka… taka jaka była ostra w życiu, taka musiała być  też w sprawach intymnych. No i… tak, trochę poszalałam. Fajnie jest mieć taką moc i upuścić wodze fantazji, chociaż fikcyjna bohaterka może poszaleć … Jejku, teraz też  się wstydzę, ha, ha. […].
W tym gatunku literackim [literatura obyczajowa] dobrze się czuję. Chciałam napisać coś w rodzaju komedii kryminalnej, ale to jeszcze nie ta chwila. Wydałam dopiero pięć powieści, mam dwie w zapasie. Jestem naprawdę na  początku drogi, mam jeszcze czas. Będę miała sześćdziesiąt – siedemdziesiąt lat to może napiszę jakiś erotyk, czort wie! Będę już na tyle odważna, że już nic mi nie zaszkodzi. A tak, to w pracy ktoś mnie przeczyta i co? Powie: „Anita, świnko ty!”. A ja tak nie mogę, jeszcze! […].
Tak naprawdę, wiek tu nie ma znaczenia, bo i kobieta sześćdziesięcioletnia może mieć problemy, i czterdziestoletnia i dwudziestoletnia. Pisałam o czterdziestolatkach, bo sama też jestem w tych okolicach. Łatwiej jest mi  odnaleźć się i wniknąć w tajniki psychiki bohaterki czterdziestoletniej,  bo wiem co ja, jako czterdziestoletnia kobieta robię – robiłam. Jak będę miała sześćdziesiąt lat to pewnie napiszę o jakiejś starszej pani, takiej klawej, kto wie? Chociaż nie, bo Irenka jest taka. Przecież Irenka w „Samkach życia”, w drugiej części dylogii… tak, ona jest świetna. O! Tam są sprośne rzeczy! Właśnie tamta sześćdziesięciolatka dała czadu! Właściwie, to ja już erotyk napisałam!.

* Wybryk Kultury Kolektywne działania przyszłością nie tylko kultury: Czytaj, na zdrowie! dofinansowano ze środków Narodowego Centrum Kultury w ramach programu Dom Kultury+ Inicjatywy lokalne 2019 (organizatorzy: Miejsko-Gminny Ośrodek Kultury i Rekreacji w Strzelnie, Grupa Na Poczekaniu)

Marta Sztokfisz „Pani od obiadów. Lucyna Ćwierczakiewiczowa. Historia życia”

Takich życiorysów brakowało w programach moich szkół.

(Wydawnictwo Literackie, 2018; 2019 – dodruk)

Córka kalwinistów Henrietty i Fryderyka Bachmanów. Miejsce zamieszkania (z jednym, krótkim wyjątkiem) – Warszawa. Szczęśliwa w drugim małżeństwie. Aktywna społecznie. Współpraca z czasopismami Bluszcz i Ster. Autorka książek: Jedyne praktyczne przepisy wszelkich zapasów spiżarnianych oraz pieczenia ciast (1858; W kolejnych wydaniach tytuł tej książki będzie ewoluował – strona 121), 365 obiadów za 5 złotych przez Autorkę Jedynych praktycznych przepisów Lucynę C. (1860; do roku 1901 dwadzieścia razy wznawiana), Kalendarz. Kolęda dla gospodyń (na lata od 1876 do 1899), Podarunek ślubny. Kurs gospodarstwa miejskiego i wiejskiego dla kobiet przez Autorkę 365 obiadów (1885), Listy humorystyczne w kwestyi kulinarnej tłómaczone z francuskiego przez Autorkę 365 obiadów ku pożytkowi właścicielek tychże oraz Listy o urządzeniu domu przez Lucynę Ćwierczakiewicz (ostatnie lata życia).
Lucyna Ćwierczakiewiczowa (1826 – 1901). Pragmatyczna, zasadnicza i racjonalna (strona 219). Niepokorna i niezależna. Swoją kulinarną pasję przekuła w popularność i majątek, czym – jak każdy człowiek sukcesu – wzbudzała podziw i zazdrość. Eliza Orzeszkowa: Kobieta ta z gatunku tych, którym nasi ojcowie dali miano „Herod Baba”. Oj, herod to jakich mało. Ruchliwa, krzykliwa, nieustraszona, gotowa zawsze do celów swych ludzi za gardło brać, albo im oczy wydrapać […]. Z drugiej strony jest to kobieta dobrego serca… Wszelkie kwesty, składki etc. są dla niej czem woda dla ryby. Pochwytuje z radością każdy pretekst do ruszania się, propagowania, kwestowania itp., przy czym łaje i na przemian, a bez różnicy płci, całuje ludzi i bierze od nich, co tylko chce, bo jedni ją szanują naprawdę, inni boją się jej (strona 209).
Takich życiorysów brakowało w programach moich szkół. Pani od obiadów to rzecz o tym, że bycie bohaterem narodowym i rozbuchane idee to nie mus, że warto realizować swoje pomysły na życie, że codzienność należy układać według własnych oczekiwań, a zarabianie pieniędzy to normalna rzecz. Ale też przykład, że pewność siebie i nieliczenie się z innymi mają swoje granice, a ludzka życzliwość i uznanie bywają ulotne.
W biografii pani Lucyny przeszkadza mi to, że Marta Sztokfisz wprowadziła dialogi oraz przytacza myśli bohaterki oraz innych osób pojawiających się na stronach tej Historii życia. Brak cytowania zdradza, że to inwencja twórcza autorki książki. Mamy więc do czynienia z niebezpiecznym balansowaniem na granicy faktu i fikcji historycznej.

„W kręgu kultury religijnej”, „O zdrowy chleb”

Historia, socjologia, religia katolicka; charakter ponadregionalny – każdy może znaleźć coś dla siebie.

W kręgu kultury religijnej. Publikacja Towarzystwa Czytelni Ludowych z okazji 100-lecia odzyskania niepodległości, pod redakcją Bartłomieja Gapińskiego i Ryszarda Stanka, Gniezno 2018
O zdrowy chleb: Rodzina i ojczyzna, pod redakcją Bartłomieja Gapińskiego i Ryszarda Stanka, nr 5 (2018)

Wydane przez gnieźnieńskie Gaudentinum w ramach obchodów stulecia odzyskania przez Polskę niepodległości. W Strzelnie oficjalnie zaprezentowane w marcu tego roku. Historia, socjologia, religia katolicka; charakter ponadregionalny – każdy może znaleźć coś dla siebie. Tytuły można było lepiej dobrać – W kręgu kultury religijnej niesłusznie sugeruje, że wszystko, o czym w treści, zadziało się z udziałem Kościoła, natomiast O zdrowy chleb (w połączeniu z informacją, że ukazał się pod egidą Duszpasterstwa Rolników Archidiecezji Gnieźnieńskiej) kojarzy się z tonem dziewiętnastowiecznej publicystyki katolickiej dla ludu.
W OZCH, świadomy, że być może ominęło mnie coś wartościowego, odpuściłem sobie homilie arcybiskupów Marka Jędraszewskiego (Dożynki ogólnopolskie 2018) i Stanisława Gądeckiego („Podległość i niepodległość”), wywiad z biskupem Wiesławem Lechowiczem (Młodzież i rodzina wyzwaniem duszpasterstwa) oraz artykuły Suwerenność rodziny (ks. Aleksander Sobczak) i Miłość rodzinna w ujęciu biskupa Jana Pietraszki (Bartłomiej Gapiński). Rzut oka na bibliografię oraz śródtytuły sprawił, że nie przeczytałem też  pracy, zaangażowanego w działalność strzelneńskiego Klub Dobrego Rolnika Ryszarda Stanka Tożsamość narodowa włościaństwa wielkopolskiego – nieskromnie założyłem, że tekst nie zaskoczy mnie żadnymi nowościami.
Przegląd tego, co poleciłbym czytelnikom zacznę od artykułów moich kolegów, których zawsze lubię poczytać – Sławka Tarczewskiego i Piotra Barczaka:

  • Sławomir Tarczewski: Miłość, małżeństwo, rodzina: czego jeszcze musimy się ciągle nauczyć? (OZCH). Sławek od lat działa w Duszpasterstwie Rodzin Archidiecezji Gnieźnieńskiej, w Strzelnie spotyka się z ludźmi na tak zwanych kursach przedmałżeńskich. W artykule przedstawił stosunek narzeczonych do homoseksualizmu, aborcji, antykoncepcji, wstrzemięźliwości seksualnej przed ślubem oraz wierności małżeńskiej. Najkrócej rzecz ujmując, tekst odebrałem jako apel o potrzebę zreformowania owych kursów.
  • Piotr Barczak: Aspekty tożsamości zbiorowej w Strzelnie (WKKR). Próba zebrania wytworów pamięci zbiorowej, zarówno tych materialnych (klasztor, miasto i jego ulice, pomniki i tablice, cmentarze), jak i niematerialnych (między innymi publikacje i aktywność Muzeum – Romańskiego Ośrodka Kultury im. Ottona i Bolesława, Miejskiej Biblioteki Publicznej oraz Orkiestry Ochotniczej Straży Pożarnej w ostatnich dziesięciu latach). Niestety, nie wszystko udało się wynotować. Przydałyby się też szczegółowe kalendarium wydarzeń oraz bibliografia historii Strzelna za omawiany okres.
  • Bartłomiej Gapiński: Kondycja człowieka starego w tradycyjnej rodzinie chłopskiej (WKKR), Chłopska starość (OZCH). Zestawienie tego, jak funkcjonowano dawniej, a jak jest dzisiaj, nie stanie się przedmiotem tego tekstu, ale niewątpliwie daje szansę pretekstu dla czytelników, by na własny użytek porównać przeszłość, tutaj opisywaną, ze współczesnością (WKKR, strona 79-80); Prawda, poświadczone jest na łamach tego tekstu ówczesne okrucieństwo względem starców i staruszek (bo powiedzmy sobie szczerze, wygnanie zimą na żebry czy głodzenie to prosta droga do śmierci), ale nie można przeoczyć, że seniorzy mieli atrybuty sakralne, religia i magia stanowiły o ich wielkości, potędze (OZCH, strona 50).
  • Izabella Bukraba-Rylska: O podmiotową wizję wsi i jej kultury. Porównanie stanu rzeczywistego oraz aspiracji mieszkańców wsi z obrazem kultury ludowej, wykreowanym w okresie od romantyzmu do PRL-u: [Kulturę ludową] stopniowo sprowadzono […] niemal wyłącznie do sfery zwyczajów, obrzędów i zabaw wraz z towarzyszącymi im rekwizytami i zachowaniami – barwnymi strojami, pieśniami i tańcami. Jak zauważył Ludwik Stomma, analizując zawartość klasycznego dzieła Oskara Kolberga: wesołych zajęć związanych z czasem wolnym dotyczy tam aż 84% zgromadzonego materiału! (WKKR, strona 10).
  • Bartłomiej Gapiński: Anton Onderka na tle kultury Górnego Śląska (WKKR). Rzecz o napisanym przez Onderkę (1815 – 1866) pierwszym dwujęzycznym elementarzu, zatytułowanym Elementarz polsko-niemiecki, oder polnisch-deutsches Lesebuch für die utraquistischen Elementarschulen.
  • Izabella Bukraba-Rylska: Polski chłop i jego dusze. Artykuł zaczyna się od przybliżenia pracy Dwie dusze z 1904 roku (autor: działacz ludowy Jakub Bojko) w kontekście charakterystyki mentalności znacznej części polskiego społeczeństwa (OZCH, strona 31). Dokładnie chodzi o „duszę pańszczyźnianą”. Opinie o polskim chłopie zaczerpnięte z dyskursu naukowego i mediów po 1989 roku zaczęły mnie nudzić, w związku z czym lektury nie dokończyłem.

Całości dopełniają: Towarzystwo Czytelni Ludowych we Wrześni i na ziemi wrzesińskiej w przeszłości i współcześnie (Bolesław Święciochowski, WKKR), Naród w perspektywie personalizmu (ks. Bogumił Gacka MIC, WKKR) – nie do końca ogarnąłem, Zeszyt wspomnień (Helena Miśkiewiczówna-Witczak, WKKR) – wspomnienia z nauki na Uniwersytecie Ludowym w Dalkach (lata trzydzieste XX wieku), Święty Izydor Oracz (Ryszard Stanek, OZCH) – kilkanaście wersów na temat patrona duszpasterstwa rolników (w nawiązaniu do obrazu znajdującego się w górnej sali Muzeum – Romańskiego Ośrodka Kultury im. Ottona i Bolesława).

„Rodzina ze Strzelna. Szkice i opowieści”

Rodzina ze Strzelna. Szkice i opowieści – książka dostępna tutaj.

O HANASZACH, NIE TYLKO ZE STRZELNA

Hanasz Marian, Rodzina ze Strzelna. Szkice i opowieści, Warszawa 2017

Marian Hanasz postanowił przedstawić dzieje swojej rodziny: Moja siostrzenica spytała mnie o jakieś szczegóły z życia Rodziny, chodziło o mojego dawno nieżyjącego Ojca. Zacząłem szukać, znajdowałem nowe wiadomości, korygowałem rodzinne legendy, zdobywałem informacje o innych członkach Rodziny. W pewnej chwili wydało mi się niezbędne osadzenie ich w świecie, w którym żyli, sądzę, że jakoś wyjaśniało to ich zachowanie (np. dlaczego ktoś ze Strzelna ożenił się w Zbarażu). Wypełnianie luk między wątkami wymagało poszukiwań archiwalnych, niezbędna okazała się weryfikacja znanych relacji. Początkowo miała to być jedna z rodzinnych „Czerwonych książeczek”, które dla potrzeb rodzinnych wy dawałem w liczbie 10 – 20 egzemplarzy (niektóre wymieniam w „Źródłach”). W pewnej chwili stało się to zbyt obszerne i wtedy zacząłem myśleć o wydaniu książki.
Pisanie Rodziny ze Strzelna zajęło około 5 lat, kolejne 2 – szukanie wydawcy. Marian Hanasz: Uważam bowiem, że o wartości pracy decyduje to, ile ktoś jest gotów za nią zapłacić. No ale nikogo takiego nie znalazłem, więc stało się inaczej. Własnym sumptem wydrukował 250 ręcznie numerowanych egzemplarzy. Książki nie można kupić, zainteresowanych odsyłam do strzelneńskiej Miejskiej Biblioteki Publicznej albo do autora, który 23 września będzie w Strzelnie.
Dlaczego Rodzinę ze Strzelna warto przeczytać? Pan Marian nie stworzył peanu na cześć rodzeństwa, rodziców, ciotek, wujów czy dziadków. Szkoła, studia, służba wojskowa, kariera, biznes, działalność na rzecz wolnego kraju ojczystego, domowe zacisze, kredyt hipoteczny, choroba, nieuczciwość, nieślubne dziecko, samobójstwo, wizja bankructwa, rozwód. To wszystko tu jest. Hanaszowie, zwyczajna Rodzina ze Strzelna.
Solidna, budząca uznanie baza źródłowa i bardziej popularne niż naukowe ujęcie tematu, to atuty tej książki. Pan Marian potrafi zainteresować czytelnika losami swoich krewnych, naszą wiedzę na temat Strzelna wzbogaca o nowe fakty, może sprowokować do dyskusji (Józef Hanasz i powstanie wielkopolskie na Kujawach). A kiedy zaczyna odkrywać przed czytelnikiem historię Hanaszów, którą już mógł zapamiętać, robi się jeszcze ciekawiej, ponieważ wygrzebane z archiwów czy relacji rodzinnych fakty zaczynają się przeplatać z jego wspomnieniami. Szczególnie zyskały na tym opis życia rodziny znanego poznańskiego lekarza w okresie międzywojnia a i zawieruchy wojennej 1939-1945 (rzuciła ich do Warszawy):
Wiele panujących w tym domu zwyczajów wydaje się dziś tak niezwykłych, że warto im poświęcić chwilę uwagi. Na przykład to, że co rano przychodził fryzjerczyk i golił Bolesława [ojciec pana Mariana]. Odbywało się to – nie wiadomo czemu – w „stołowym” czyli w jadalni. Bolesław w tym czasie czytał gazetę, a „golarz” mydlił mu i skrobał brzytwą twarz, obcierając pianę o palec, a potem w poufałym geście łapał za nos, by naciągnąć skórę (strona 290);
Godziny obiadu i kolacji były stałe i święte. O wpół do drugiej cała rodzina czekała w „stołowym”, każdy za swoim krzesłem, czekając na pana domu. Przy kredensie stała pokojówka w białym fartuszku i białym „czółku”, która podawała potrawy. Po wejściu ojca odmawiano modlitwę i wtedy wszyscy siadali. Rodzice rozmawiali między sobą przy stole po niemiecku lub francusku. Dzieci i służba nie musiały wiedzieć, o czym mówią (strona 291);
W dniu swoich imienin ojciec rano przyjmował życzenia zasiadając na swoim stałym miejscu w „stołowym”. Dzieci podchodziły kolejno według starszeństwa (nazywało się to dziwnie: „po starszemu na gałąź”), każde recytowało swój wiersz i całowało solenizanta w rękę. Ani przy tej okazji, ani przy żadnej innej nie zdarzało się, by ojciec brał dzieci na kolana, nucił im piosenki lub z nimi rozmawiał. Podobny do groźnego Jowisza na chmurze, był instytucją. Od jego wyroków nie było odwołania (strona 294).
Marian Hanasz niejako „rozprawił” / „rozliczył” się ze znienawidzonym przez siebie PeeReLem (nowy ustrój nie tylko pozbawił Hanaszów możliwości powrotu do świata sprzed 1939 roku  – pośrednio przyczynił się do śmierci ojca autora Rodziny ze Strzelna), starszym przypominając, a młodszym odmalowując pełne absurdu, głupoty, brutalności i szarzyzny czasy „komuny” (Moja „komuna” była czasem błogiego dzieciństwa, ale takie sukcesy pamiętam: „Osiągnęłam dziś wielki sukces: przytaszczyłam aż 15 rolek papieru toaletowego!” (10 09 1983) – fragment dziennika Heleny, matki Mariana Hanasza; strona 495. A gdzie między innymi się wystawało ów papier? U zbiegu dzisiejszych Św. Ducha i Ścianki w Strzelnie, czyli przed sklepem mieszczącym się w domu od wielu, wielu lat należącym do rodziny Hanaszów). Tutaj jednak proporcje zostały zachwiane – za często bohaterów książki w tekście po prostu brakuje. Podobnie w części o nauce w pruskiej szkole i udziału przedstawicieli Rodziny ze Strzelna w pierwszej wojnie światowej (w tym przypadku za ten stan rzeczy zapewne odpowiada brak materiału źródłowego) oraz we fragmencie poświęconym wydarzeniom poprzedzającym wybuch powstania warszawskiego (zamiarem autora było wyrażenie swojego zdania na temat zasadności rozpoczęcia tego zrywu powstańczego, zaakcentowane już tytułem podrozdziału – Za pięć dwunasta; Marian Hanasz: To, co piszę o dniach przed Powstaniem Warszawskim, do niedawna było nie do wyrażenia w moim kręgu towarzyskim, dziś ludzie się na to odważają).
„HANASZOWIE DLA STRZELNA”

Hanaszowie dla Strzelna – oto hasło przewodnie pierwszego dnia tegorocznych Europejskich Dni Dziedzictwa w Strzelnie. Spotkanie z przedstawicielami rodziny Hanaszów odbyło się 23 września w jednej z sal Urzędu Miejskiego.
Prof. dr hab. Michał Hanasz mówił o zjawisku interferometrii, interferometrze oraz detekcji fal grawitacyjnych (Od interferometru Michelsona do detekcji fal grawitacyjnych). Zaczął od zaprezentowania sylwetki Alberta Abrahama Michelsona i okazało się, że w kręgach naukowych nazwisko urodzonego w Strzelnie noblisty najczęściej wymawia się z amerykańska, czyli… „Majkelson”.
Zapowiadana w materiałach informacyjnych przerwa na muzykę to występ zespołu Poturba. Mirosław Marczyński (kontrabas), Andrzej Kortas (śpiew, klarnet) i Piotr Barczak (śpiew, puzon, akordeon, s krzypce) zagrali na kujawską i „mniejszościową” nutę. Między innymi było coś z Oskara Kolberga, a także muzyka nawiązująca do mniejszości żydowskiej i ukraińskiej, obecnych w dziejach Strzelna. Jak zawsze u Poturby profesjonalizm szedł w parze z inwencją twórczą.
Punktem kulminacyjnym była prezentacja książki Mariana Hanasza. Wystąpienie autora poprzedził Wiesław Woźnica z Miejskiej Biblioteki Publicznej w Strzelnie, który recenzując Rodzinę ze Strzelna, powiedział między innymi: Jestem naprawdę pod wrażeniem tego, co tu przeczytałem. Na koniec egzemplarze książek powędrowały do obecnych na spotkaniu przedstawicieli szkół z terenu gminy Strzelno. Niestety, nie wszystkie szkoły odpowiedziały na zaproszenie autora. Hasło Hanaszowie dla Strzelna nie wzbudziło też dużego zainteresowania wśród mieszkańców naszego regionu – prawie połowa uczestników wczorajszego spotkania to byli Hanaszowie, którzy do Strzelna zjechali z różnych części Polski.

Marian Przybylski „Strzelnianie odznaczeni Wielkopolskim Krzyżem Powstańczym 1918-1919”

Koncept dobry, nie budzący żadnych zastrzeżeń – w jednym miejscu zebrać strzelnian odznaczonych Wielkopolskim Krzyżem Powstańczym.

(Parafia Rzymsko-Katolicka pw. Świętej Trójcy w Strzelnie i Towarzystwo Miłośników Miasta Strzelna, Strzelno 2018)

Marian Przybylski: […] udało się dotrzeć do ogromnej bazy o powstańcach wielkopolskich i ich szlaku bojowym z lat 1914-1920. Tą bazą są dokumenty zawierające uzasadnienia do wniosków o odznaczenie strzelnian Wielkopolskim Krzyżem Powstańczym, znajdujące się w Archiwum Prezydenta RP. Ich opracowaniem zajął się zespół członków Wielkopolskiego Towarzystwa Genealogicznego „Gniazdo”. W gronie osób indeksujących powstańcze biogramy byłem również ja (strona 8).
[…] [Strzelnianie, czyli ci], którzy urodzili się i zamieszkiwali dwie gminy byłego powiatu strzeleńskiego, Strzelno-Północ i Strzelno-Południe oraz samo Strzelno […]. Warunkiem ich uwzględnienia było branie udziału w oswobodzeniu naszego miasta i najbliższej okolicy, ewentualnie uczestnictwo w strzeleńskim lub młyńskim oddziale powstańczym, a także w kompaniach strzeleńskich Batalionu Nadgoplańskiego i Szwadronu Nadgoplańskiego. Uwzględniłem także osoby, które urodziły się w Strzelnie i w miejscowościach naszej gminy, a zamieszkały i walczyły w powstaniu poza granicami byłego powiatu strzeleńskiego. Są tu również biogramy powstańców, którzy walczyli na obszarze Wielkopolski, a po powstaniu, czy po II wojnie światowej zamieszkali w Strzelnie lub na obszarze współczesnej gminy (strona 9).
Koncept dobry, nie budzący żadnych zastrzeżeń – w jednym miejscu zebrać strzelnian odznaczonych Wielkopolskim Krzyżem Powstańczym. Książka dostarcza materiału do strzelneńskiego słownika biograficznego i przybliża sylwetki uczestników zrywu 1918-1919 związanych z naszą (jak ja już nie lubię tego określenia!) małą ojczyzną. Szczególnie ważny jest ów wątek powstańczy – dotąd skupialiśmy się na wałkowaniu tego, co się wydarzyło w Strzelnie 2 stycznia 1919 roku (jeden z przykładów tutaj), nie przykładając wagi do imiennej listy uczestników powstania.
W książce znalazło się 258 biogramów. Cztery spośród nich przybliżają sylwetki osób, które WKP nie otrzymały – z niewiadomych przyczyn wnioski o nadanie odznaczenia zostały odrzucone. Według autora byli to bohaterowie tamtych dni, którym odmówiono przyznania tego prestiżowego odznaczenia (strona 31).
Należy pamiętać, że „odznaczeni WKP” nie oznacza – „wszyscy strzelnianie uczestniczący w powstaniu wielkopolskim”. Marian Przybylski: Władze ZBoWiD, jedynej dopuszczonej od 1949 r. organizacji kombatanckiej zrzeszającej m. in. Powstańców Wielkopolskich, przyjęły założenie występowania o odznaczenie Wielkopolskim Krzyżem Powstańczym wyłącznie dla swoich członków (strona 36; WKP był przyznawany w latach 1957-1999 – ostatni strzelnianie zostali uhonorowani tym odznaczeniem w 1980 roku). To jest ciągle do zrobienia. Tak jak planowany już kilkanaście lat temu strzelneński słownik biograficzny (nie wiadomo, czy w końcu ktoś zdecyduje się zrealizować ten pomysł).
Stanisław Pawłowski – żołnierz armii niemieckiej, ciężko ranny w czasie działań wojennych w drugiej połowie 1917 roku, Leczony był w szpitalu wojskowym w Inowrocławiu, gdzie zastała go wieść o wybuchu Powstania Wielkopolskiego. Dowiedziawszy się, że toczą się boje o Inowrocław, opuścił szpital na własną rękę i dołączył do kolegów z wójcińskiego oddziału powstańczego […]. Po oswobodzeniu miasta powrócił do szpitala na dalsze leczenie (strona 160). Franciszek Gręzicki – sześciokrotnie trafiony podczas próby rozstrzelania przez żołnierzy niemieckich, przeżył. Helena Michalak – łączniczka między Inowrocławiem a powstańcami w Mątwach i Kruszwicy, w walkach o Inowrocław zaopatrywała ich w żywność oraz pomagała rannym. Piętnastoletni Edmund Mierzwiński – 2 stycznia 1919 roku w Strzelnie rekwirował Niemcom broń. Szczepan Kowalski – po drugiej wojnie światowej kościelny i przewodnik po zabytkach na Wzgórzu św. Wojciecha w Strzelnie: był tym, który naprowadził naukowców na późniejsze odkrycia. To on wskazał pęknięcia ścian i filarów, pod którymi kryły się bezcenne kolumny romańskie, czy tympanon z portalem północnym (strona 125). Franciszek Ziółkowski – trzynastolatek, który „podczas Powstania Wielkopolskiego był woźnicą i łącznikiem pomiędzy oddziałami i sztabami powstańczymi pod Strzelnem i Inowrocławiem” (strona 211)…  Biogramy wychodzą poza udział w powstaniu oraz suche, skrótowe ramy cechujące słowniki, jednak czytane „od deski do deski” męczą powtarzanymi zdaniami (Uchwałą Rady Państwa nr: […] z dnia […] został odznaczony Wielkopolskim Krzyżem Powstańczym 1918-1919 za czynny udział z bronią w ręku w Powstaniu Wielkopolskim – 254 razy) i informacjami (na przykład, że walki o Inowrocław były krwawe oraz że Pułk Grenadierów Kujawskich został przekształcony w 5. Pułk Strzelców Wielkopolskich, a ten z kolei w 59. Pułk Piechoty Wielkopolskiej). Zgaduję, że zadziało się tak, ponieważ została przyjęta zasada, iż z tej publikacji należy korzystać właśnie jak ze słownika. Ale to i tak do końca nie tłumaczy owych powtórek. Nie potrafię też odgadnąć, dlaczego w kilku biogramach członków oddziału z Wójcina, jaki wyruszył do objętego walkami Strzelna, autor zdecydował się zacytować te same słowa ks. Feliksa Skrzypińskiego, w kilku innych tylko odnotował, że ks. Skrzypiński przemówił do powstańców, a w pozostałych w ogóle nie wspomniał o tym fakcie.
Życiorysy strzelnian poprzedzają rozdziały Strzelno w Powstaniu Wielkopolskim i Wielkopolski Krzyż Powstańczy. W pierwszym zostały przybliżone: działalność niepodległościowa mieszkańców powiatu strzeleńskiego począwszy od lata 1918 roku, przebieg walk w Strzelnie oraz związana z powstaniem aktywność na wspomnianym terenie po 2 stycznia 1919 roku. Drugi autor poświęcił odznaczeniom nadawanym za udział w powstaniu, ze szczególnym uwzględnieniem WKP. Całość okraszono częścią zatytułowaną Wkładka zdjęcia (w bardzo dobrej jakości).

PS Pan Marian jest też autorem książki Mogilnianie odznaczeni Wielkopolskim Krzyżem Powstańczym 1918-1919 (Mogileński Dom Kultury, Mogilno 2018).

„Jan Harasimowicz”

Chirurg nastawiający nadgarstek, skuteczność środków wymiotnych,
hipochondryk, amputacja kończyny, zielarka, drewniana balia…

(Wydawnictwo Farmapress, Warszawa 2018)

Czy to było w Aptece Romańskiej? A może w pomieszczeniu przy Rynku?
Pan Jan – od zawsze znany mi jako „Magister” – jeżeli uznał, że jest
bardziej efektywny lek, to chyba nigdy nie bał się prostować
przyniesionej recepty. Bywało tak, że nie szło się do lekarza (i to
nie była moja decyzja), a właśnie prosto do apteki. Nie przypominam
sobie, żebym kiedykolwiek się nie wykurował.
A sama apteka? Największe wrażenie robiły płaskorzeźby poukładane na
półkach z towarem, gdzieś wysoko, na styku ścian i sufitu. W lekkim
półmroku, bez kolorów (trzeba zaznaczyć, że w tamtych czasach
wnętrza aptek były bardziej w klimacie wieków minionych), niewyraźne
z perspektywy bardzo młodego klienta, co to lubił wyjadać Vibovit
prosto z saszetki. Trochę straszyły, bardziej jednak rozpalały
wyobraźnię.
Nie będzie przesady w stwierdzeniu, że jestem z pokolenia, któremu
„apteka” zawsze będzie się kojarzyć ze słowami „Magister” i
„płaskorzeźba”.
Dzisiaj zapakowanego w pudełko z nadrukowanym zdjęciem uśmiechniętej dziewczynki (a może to był chłopiec?) Vibovitu już bym nie chciał wyjadać. A urok tamtych aptek skończył się wraz z kolejną RP – atakują kolorowymi specyfikami na wszystko. Prace pana Jana? Ponad czterdzieści płaskorzeźb mam w domu. Na kredowym papierze, większość w rozmiarze pozwalającym się cieszyć detalami. Za sprawą Wydawnictwa Farmapress mogę do nich wracać, kiedy tylko mi się zachce.
Małgorzata Tafil-Klawe: Oto aptekarz zakonnik trzyma w dłoniach
słoik i w starej księdze szuka informacji o działaniu specyfiku,
który tam jest przechowywany. W drewnianej balii odbywają się
zabiegi higieniczne. Realizm działania środków wymiotnych nie
pozostawia wątpliwości co do ich skuteczności, a średniowieczny
chirurg nastawia uszkodzony nadgarstek z głębokim skupieniem na
twarzy. W tygielkach warzą się mikstury, pracują destylarki i
niemalże słychać uderzenia pistli w moździerzach. W kąciku
przycupnął kronikarz, w skupieniu wodząc dłonią po kartach księgi.
Znajdziemy też hipochondryka obstawionego medykamentami, dwóch
uśmiechniętych obżartuchów przy zastawionym stole, zielarki z
pełnymi koszami, pracujących przy żarnach, wychudzoną postać w
łóżku. Możemy także uczestniczyć w zabiegu amputacji kończyny przy
użyciu narzędzi ślusarskich. I smutno, i tragicznie, i czasem
zabawnie, na pewno pracowicie, jak w życiu… (strona 5). Najstarsza z zamieszczonych praz pochodzi z 1983 roku, są też pojedyncze z lat 1990, 2003, 2008 i 2009 oraz dwie z 2016 roku. Reszta to rok 2017. Album ukazał się w serii Galeria Farmapress. Malarstwo – grafika – rzeźba – fotografia.

Simon Reynolds „Retromania. Jak popkultura żywi się własną przeszłością”

(Kosmos Kosmos, Warszawa 2018)

Jeżeli macie lat 30+ i ciągle jesteście zadurzeni w muzyce popularnej, jest niemal pewne, że wcześniej czy później dopadnie was retromania. Bo z wiekiem każde pokolenie domaga się mitologizacji i archiwizacji muzyki własnej młodości (strona 77), a każdy gatunek muzyki osiąga kryzys wieku średniego, kiedy to dawne dni zaczynają pięknieć w porównaniu z teraźniejszością (strona 309).
Zdarzyło się wam, na przykład, kupić wypasione wydawnictwo wielopłytowe, z którego czwartej płyty nigdy nawet nie posłuchacie (strona 8) albo ściągnąć na dysk komputera tyle płyt, że już […] nie wystarcza nam czasu na ich rozpakowanie i odsłuchanie (strona 168)? Spokojnie, te wszystkie dziwactwa mieszczą się w normie. Znacznie gorzej z kondycją muzyki. Simon Reynolds nie pozostawia złudzeń: lata sześćdziesiąte – rytmiczny rock, folk rock, psychodelia, soul i początki ska; siedemdziesiąte – między innymi glam, heavy metal, funky i punk; osiemdziesiąte – rap, synth pop, gotyk i house; dziewięćdziesiąte – między innymi rave, grunge i rock alternatywny; pierwsze dziesięć lat XXI wieku* – Burzliwe dekady historii popu nacechowane były obfitością nowych subkultur i ogólnym wrażeniem pędu naprzód. Po roku 2000 zabrakło ruchów – i ruchu (strona 511).
Pitolenie wapniaka? W takim razie jak wytłumaczyć spektakularny sukces grupy Greta Van Fleet?

* Polskie wydanie Retromanii ukazało się siedem lat po premierze – ile z tego, co napisał Reynolds, szczególnie w części zatytułowanej „Teraz”, należałoby zaktualizować?

„Stanisław Wyskota-Zakrzewski (1902-1986). «W drodze do domu»”

(Inowrocław 2017)

Paweł Politowski dziesięć lat temu postanowił przywrócić pamięć o pułkowniku Stanisławie Wyskota-Zakrzewskim. Stąd między innymi ta książka, napisana na podstawie obronionej w 2012 roku dysertacji doktorskiej.
Wojna szybko i łatwo wywraca świat do góry nogami, bez możliwości powrotu do tego co było. Właśnie o tym jest ta książka – biografia syna właścicieli majątku w Mirosławicach, który na Kujawach spędził krótką część życia, ale – zgodnie z ostatnią wolą – wrócił tutaj po śmierci (prochy spoczęły w Kościeszkach); uczestnika powstania wielkopolskiego, wojny polsko-bolszewickiej i kampanii wrześniowej 1939 roku; Ułana Karpackiego (Polskie Siły Zbrojne na Zachodzie), który po zakończeniu wojny postanowił nie wracać do komunistycznej Polski; patrioty stawiającego dobro ojczyzny ponad rodzinę, który po ucieczce z kraju w 1940 roku już nigdy nie stanął na ojczystej ziemi, a jego małżeństwo stało się fikcją; zawodowego żołnierza, który w wieku 46 lat musiał poszukać innego sposobu zarabiania na życie; emigranta, który w wolnych chwilach zajmował się malarstwem i działalnością w polskich organizacjach kombatanckich w Wielkiej Brytanii.

Edwin Sweeney “Apacze. Cochise i lud Chiricahua”

(Państwowy Instytut Wydawniczy, Warszawa 2017)

Indianie Ameryki Północnej – za sprawą przeczytanych powieści Karola Maya temat rozpalający wyobraźnię i wykuwający osąd, że Biały Człowiek bezpowrotnie zniszczył coś wyjątkowego. Chwilę później pytanie: jak było naprawdę?, a dzisiaj hasło: ZROZUMIEĆ INDIANINA.
Apacze – wojenne dzieje tytułowego plemienia za życia Cochise’a z zaledwie migającą gdzieś w tle indiańską codziennością w czasach pokoju. Co prawda, tej codzienności mi tu brakowało, ale w zamian poznałem – nie zawsze oczywisty – sposób wojowania ludu, na czele którego w połowie dziewiętnastego wieku stanął, w Apaczach obecny od początku, znamienity człowiek: Cochise, jeden z największych wodzów Apaczów dziewiętnastego wieku. Jedyny […], który, pobudzony zaciekłą nienawiścią do Meksykanów, zabójców jego ojca, i do Amerykanów, którzy powiesili mu brata i zamordowali teścia, stawił czoło armiom dwóch krajów i czterech stanów i nigdy nie został pokonany. Walczył z całą siłą i determinacją, aż w końcu zrozumiał, że jego lud musi się zgodzić na pokój bądź zniknąć z powierzchni ziemi. Dziwną ironią losu ów nieprzejednany wódz wojenny, który spędził życie prowadząc swych ludzi do walki, zmarł śmiercią naturalną w zaciszu rezerwatu (strona 324-325). Książka wypełniona przypisami, ale bez obaw – czyta się bardzo dobrze.