Małgorzata Borkowska OSB „Życie codzienne polskich klasztorów żeńskich w XVII-XVIII wieku”

Polskie klasztory żeńskie ze śladowym udziałem norbertanek strzelneńskich.

(Tyniec Wydawnictwo Benedyktynów, Kraków 2017*)

Przypuszczalnie dzisiaj benedyktynka Małgorzata Borkowska kojarzona jest przede wszystkim z publikacji Oślica Balaama. Apel do panów duchownych i jej ciągu dalszego pod tytułem Ryk Oślicy. Kolejny apel do duchownych panów, jednak ja dopiero teraz przeczytałem Życie codzienne…, o czym uprzejmie donoszę:

Oto obraz polskich klasztorów żeńskich w epoce od reformy zapoczątkowanej soborem trydenckim aż do rozbiorów, poskładany z drobnych części pierwszych. Ponad pięćset stron. Chyba tylko skromność nakazała benedyktynce autorce napisać: to czas tak bogatego rozwoju życia zakonnego, że przyjdzie tu zaledwie skrótowo i pobieżnie dotknąć poszczególnych jego dziedzin (strona 13). Bliższy prawdy wydaje się początek podsumowania: Czytelniku, jeżeliś przeglądnął cierpliwie… to pewnie masz już zupełnie dość tematyki zakonnej na długie lata albo i na resztę życia (strona 475). Prawda, trochę przytłoczyła mnie mnogość wątków, pojęć i cytatów, ale takie właśnie jest… życie codzienne, nie tylko polskich zakonnic w XVII i XVIII wieku.

Niech sobie nadziei nie robi ktoś, kto książki jeszcze nie czytał, a chce to zrobić, ponieważ interesują go strzelneńskie norbertanki. Zostały wspomniane dwa razy: we fragmencie omawiającym obediencję klasztorów (strona 314) oraz o rekordowej długości życia zakonnicy Doroty Radolińskiej (strona 126).

* To wydanie drugie. Pierwsze ukazało się 1996 roku. Brak informacji, że poprawione czy uzupełnione.

Danny Goldberg „Wspominając Kurta Cobaina. Biografia lidera Nirvany”

Być jak Cobain?

(Znak Horyzont, Kraków 2019)

Z racji tego, że o Nirvanie napisano już niemało (a to nie koniec – Goldberg wyjawił, że swoje wspomnienia przygotowuje kontrowersyjna żona Cobaina, Courtney Love), od menedżera grupy, która na początku lat dziewięćdziesiątych ubiegłego wieku stała się furtą do krainy świeżego rocka, należy oczekiwać nie kolejnej biografii, a przede wszystkim szczegółów dotyczących jego współpracy z klientem.
Początek nie był obiecujący, no bo jak można wspominać kogoś, kogo się nie znało? Ale od rozdziału „Nevermind” (Nirvana nawiązała współpracę z firmą Goldberga – Gold Mountain Entertainment – krótko przed rozpoczęciem pracy właśnie nad tym albumem), powyższe stawało się coraz bardziej nieaktualne. Aż do konkluzji, że Wspominając Kurta Cobaina: 1) jednak wnosi coś nowego do tej historii, 2) można też polecić komuś, kto dopiero poznaje Nirvanę, 3) autor jest posiadaczem zadziwiająco oryginalnych różowych okularów: na wszystko, co dotyczyło Nirvany, patrzyłem przez różowe okulary (strona 132); David Geffen spytał mnie, dlaczego rezygnuję z prowadzenia firmy menedżerskiej. „Przecież trafiłeś na żyłę złota”. Ja miałem jednak złe przeczucia co do przyszłości Nirvany w świetle problemów Kurta z narkotykami. Poza tym byłem już wyczerpany prowadzeniem własnego biznesu (strona 181).
W książce często powraca obraz Cobaina starannie planującego swoją karierę i dbającego o własne finanse. Danny Goldberg: Chociaż efekty uboczne sławy dezorientowały, a czasem wręcz zamęczały Kurta, z perspektywy czasu widzę wyraźnie, że skrupulatnie, od lat planował on sukces osiągnięty na własnych zasadach. Trajektoria i intensywność jego kariery nie były dziełem przypadku. Wszystko zrobił z premedytacją (strona 73). Przypomniało mi się wyznanie Roberta Brylewskiego sprzed kilku lat, że nie ma pieniędzy na jedzenie, oraz słowa Tomka Lipińskiego (bodajże z wydanej w 2015 roku książce Dziwny, dziwny, dziwny), że wraz ze swoim kompanem z Brygady Kryzys zaczęli porządkować sprawy związane z prawami autorskimi do piosenek. Czy lepiej być jak Cobain, którego niezależność aż tak bardzo nie ucierpiała, ale któremu Goldberg wyliczył, że w 1993 roku może zarobić ponad dwa miliony dolarów (strona 253), czy jak wspomniani, uznani polscy muzycy niezależni, którzy nie do końca dobrze zadbali o swoje interesy?

Hugh S. Gibson „Amerykanin w Warszawie. Niepodległa Rzeczpospolita oczami pierwszego ambasadora Stanów Zjednoczonych”

„Amerykanin w Warszawie” na przemian złości, raduje, wstrząsa, zasmuca, wypełnia dumą, śmieszy.

(wybór tekstów i opracowanie: Vivian Hux Reed przy współpracy M.B.B. Biskupskiego, Jochena Böhlera i Jana-Romana Potockiego; Znak Horyzont, Kraków 2018)

Oto w kwietniu 1919 roku do Warszawy przyjeżdża Hugh S. Gibson i jako poseł nadzwyczajny oraz minister pełnomocny Stanów Zjednoczonych w Polsce pracuje tutaj do wiosny 1924 roku. Przełożonym składa raporty, z różnymi osobami utrzymuje służbową korespondencję, śle listy do matki. A że zna się na swojej robocie, jest bystrym i przewidującym obserwatorem oraz człowiekiem obdarzonym poczuciem humoru, powstało świetne wydawnictwo źródłowe, które pewnie w kolejnych latach zostanie dosłownie zacytowane „na śmierć” (wyróżnienie w Konkursie Książka Historyczna Roku jak najbardziej uzasadnione).
Ważne wydarzenia, zagadnienia i problemy II Rzeczypospolitej krzyżują się z codziennością Polaków, odważnymi charakterystykami najważniejszych osób będących wówczas u steru władzy i gasnącym entuzjazmem Gibsona do odbudowującego się po latach niewoli kraju, w którym przyszło mu pracować. Amerykanin w Warszawie na przemian złości, raduje, wstrząsa, zasmuca, wypełnia dumą, śmieszy. To ostatnie pod warunkiem, że czytelnik – Polak potrafi śmiać się z samego siebie, ponieważ często – niestety – słowami Gibsona można by opisać naszą współczesność.

PS Książka została wydana także w języku angielskim. A jeżeli dobrze wyczytałem (strona 653) planowana jest kolejna, tym razem z zapiskami Hugh S. Gibsona dokumentującymi jego zaangażowanie w pomoc Polakom w czasie II wojny światowej.

Ryszard Kaczmarek „Powstania śląskie 1919-1920-1921. Nieznana wojna polsko-niemiecka”

Wrzący Górny Śląsk 1919-1921.

(Wydawnictwo Literackie, 2019)

Na lekcjach historii zawsze ważniejsze były wydarzenia o charakterze ponadregionalnym, na studiach zabrakło wykładowcy zajmującego się tym tematem, a z Górnym Śląskiem nic mnie nie łączy, więc we własnych, już niczym nieskrępowanych wyborach czytelniczych, ścieżki poprowadziły mnie w innych kierunkach. Nieprzypadkowo jednak Powstania śląskie 1919–1920–1921 znalazła się w zestawie książek pretendujących do miana Książki Historycznej Roku w kategorii najlepsza książka popularnonaukowa poświęcona historii Polski w XX wieku (innym zostawmy tegoroczne zamieszanie związane z wycofaniem z konkursu pracy Piotra Zychowicza pod tytułem Wołyń zdradzony, czyli jak dowództwo AK porzuciło Polaków na pastwę UPA).
Nieprzypadkowo to znalazła się tam dlatego, że w pełni na to zasłużyła. Ryszardowi Kaczmarkowi (historyk, profesor Uniwersytetu Śląskiego) udała się wcale niełatwa, choć już coraz bardziej powszechna wśród polskich historyków sztuka – do pracy przyłożył się w sposób stricte naukowy, a przygotował książkę dla każdego, wciągającą niczym dobra powieść. Powstania… czyta się bez chwili znużenia, a kolejne elementy tej „śląskiej układanki” wzmagają głód ciągu dalszego.
Same powstania, które – jak zaznaczył autor – należy traktować nie jako logiczny ciąg walk między polskimi powstańcami śląskimi a Niemcami, ale jako trzy odrębne konflikty zbrojne, których geneza i cele były różne, w zależności od ówczesnej sytuacji międzynarodowej (strona 7), to elementy większej, właśnie „śląskiej układanki” jaką był konflikt między Górnoślązakami dwóch narodowości o przynależność państwową zamieszkiwanego przez nich terytorium w latach 1919-1921. Śląsk z tego okresu można porównać do kotła, w którym ciągle wrzało. Sytuację bardzo dobrze obrazuje opis przebiegu zebrań organizowanych w ramach akcji plebiscytowej w 1921 roku: Wprowadzano na zgromadzenie strony przeciwnej osoby, które miały podejmować agresywną polemikę, uniemożliwiając racjonalne przedstawianie argumentów. Wrzucano do sal spotkań tzw. bomby, czyli paczki z cuchnącymi substancjami. Wybijano szyby, doprowadzano do bójek pomiędzy zgromadzonymi, prowokując którąś ze stron. Niestety dochodziło także do prób zamachów z użyciem broni palnej, a nawet podkładania prawdziwych bomb (strona 340).

Bajka do słuchania z Czerwonym Kapturkiem i zresocjalizowanym Wilkiem w roli głównej

Wydawnictwo jest dostępne w Miejskiej Bibliotece Publicznej w Strzelnie. Warto, warto.

Szesnasty listopada, Dom Kultury w Strzelnie – Bajkowy zachwyt. Spotkanie z Jackiem Fedorowiczem. Dzieci są, bo przecież lubią bajki, a do tego mają robotę do zrobienia – zaprezentują wykonane przez siebie prace (uczniowie Niepublicznej Szkoły Podstawowej w Bielsku), uruchomią teatr cieni, porozmawiają z wynotowanym na afiszu gościem, poczytają, pośpiewają (strzelneńskie Szkoła Podstawowa im. A. A. Michelsona oraz Szkoła Podstawowa z Oddziałami Dwujęzycznymi im. Jana Dałkowskiego). Dorośli, bo opiekują się dziećmi, są sprawcami całego tego zamieszania, członkami występującego przed publiką zespołu Poturba, chcą się spotkać ze znanym polskim aktorem i satyrykiem, zobaczyć swoją pociechę na scenie albo po prostu mile spędzić czas w świecie bajek. A właściwie jednej bajki.
Jak Czerwony Kapturek Zresocjalizowała Wilka, czyli jak naprawiła mu serce i uratowała na papierze po raz pierwszy ukazała się jakieś dwa lata temu. Druga była wersja z innymi ilustracjami i w kilku językach. Obie do czytania zachęcają dużym formatem, twardą oprawą i wspomnianymi ilustracjami (Marcin Kowalski, a później Adrianna Necel).
Bajkowy zachwyt kręcił się właśnie wokół tego Czerwonego Kapturka. I był okazją do ogłoszenia światu, że bajka została wydana w formie audiobooka.
Czerwony Kapturek – Karolina Bacia, Mama – Joanna Jeżewska, Wilk – Andrzej Mastalerz, Narrator – Jacek Fedorowicz. Nagrania dokonano w Teatrze Polskiego Radia w Warszawie. Muzykę przygotowała Dominika Czajkowska.
Wydawnictwo jest dostępne w Miejskiej Bibliotece Publicznej w Strzelnie. Warto, warto – profesjonalizm w każdym szczególe, za sprawą którego bajki Grzegorza Stręka lepiej mi się słucha niż czyta (bo wyrobionego po lekturze zdania nie zmieniłem – Jak Czerwony Kapturek Zresocjalizowała Wilka jest o rzeczach niezwykle istotnych, ale brak jej finezji).
Jacek Fedorowicz: Dlaczego się zgodziłem? Gdybym powiedział: „Bo kocham Strzelno”, to byście nie uwierzyli. Natomiast – i tu powiem całkowicie serio – bardzo lubię najprzeróżniejsze przygody artystyczne.
Kiedy wiosną tego roku Grzegorz powiedział mi, że jedzie do Mogilna na Ogólnopolski Festiwal Filmów Satyrycznych Pyszadło, żeby porozmawiać z Jackiem Fedorowiczem, pomyślałem że pomysł z audiobookiem z jego udziałem należy włożyć między bajki. A tu proszę – wczoraj wieczorem bajkę o Czerwonym Kapturku i zresocjalizowanym Wilku czytał mi między innymi… Jacek Fedorowicz.

Dzieci, które nie płakały i Alfred lepszy od innych…

Książka, którą trzeba przeczytać.

Miejmy to za sobą: Natalia Budzyńska Dzieci nie płakały. Historia mojego wuja Alfreda Trzebinskiego, lekarza SS, Tomasz Budzyński – gitara i śpiew; ostatnie z trzech spotkań autorskich w ramach Wybryku Kultury Kolektywne działania przyszłością nie tylko kultury: Czytaj, na zdrowie!; rotunda św. Prokopa w Strzelnie, 6 X; organizatorzy: Miejsko-Gminny Ośrodek Kultury i Rekreacji w Strzelnie, Grupa Na Poczekaniu; dofinansowanie ze środków Narodowego Centrum Kultury w ramach programu Dom Kultury+ Inicjatywy lokalne 2019.

Tego dnia we wnętrzu rotundy św. Prokopa było szczególnie chłodno i mrocznie, pomimo kolorowych reflektorów rzucających światło na ściany prezbiterium. Pierwsze mogło mieć związek z faktem, że prowadzącym telepało przeziębienie, natomiast drugie to efekt maszerowania po skąpanym w ostrym słońcu Wzgórzu św. Wojciecha. A może wcale nie dlatego? Może to wszystko zadziało się, bo w te niedzielne popołudnie każdy centymetr sześcienny romańskiego kościoła (ze świetną akustyką) wypełniły psalmy na mocny głos i akustyczną gitarę Tomasza Budzyńskiego, a chwilę wcześniej, w bardziej intymnej atmosferze, bo bez mikrofonów i bliżej siebie – na spotkanie przybyło kilkanaście osób, rozmawialiśmy z Natalią Budzyńską?
Dzieci nie płakały. Historia mojego wuja Alfreda Trzebinskiego, lekarza SS. Właściwie dwa w jednym.
Natalia Budzyńska: Osoba Alferda Trzebinskiego nie była dla mnie bodźcem, by tę książkę napisać. Chociaż faktycznie, historia tego człowieka jest ciekawa, bo pokazuje bardzo pięknie… nie powiem – rozwój człowieka, bo „rozwój” to jest złe słowo, ale jakąś karierę, to co się z człowiekiem może stać. Powodem do napisania książki były dzieci. […] Przywrócić je pamięci – to był główny powód, dla którego tę książkę napisałam.
Dzieci, czyli dwadzieścia młodych osób, na których prowadzono badania pseudomedyczne w Neuengamme, hitlerowskim obozie koncentracyjnym, gdzie lekarzem był Trzebinski. Badania dotyczyły gruźlicy, nie miały żadnych założeń medycznych – ich celem była wyłącznie kariera lekarza, który owe badania prowadził, Heissmeyera.
Natalia Budzyńska: Bullenhuser Damm. To jest miejsce, w którym te dzieci zostały powieszone. Przed wojną wielka szkoła, pod koniec wojny podobóz Neuengamme, a po wojnie, do dzisiaj, znowu szkoła. W tych pomieszczeniach – to są piwnice – jest wystawa, a konkretnie w miejscu, gdzie ten mord się odbywał – tylko tablica, nic więcej. […] Historia tej zbrodni jest w Polsce nieznana, mimo że w połowie były to dzieci żydowskie z terenu Polski. W ogóle się o tym nie mówiło (jak już, to trochę w Niemczech i w innych krajach, z których te dzieci pochodziły, bo tam były też dzieci z Holandii, z Włoch, z Francji). […] Dokładnie tak jak chcieli tego naziści. One miały po tych eksperymentach zostać zgładzone i to tak, że nikt o nich nie miał wiedzieć.
Temat bardzo ważny, mnie jednak bardziej zainteresowała postać Alfreda Trzebinskiego. Nie mogło go zabraknąć w Prokopie.
Urodzony w Wielkopolsce doby zaborów, w rodzinie mieszanej (ojciec Polak, matka Niemka), lekarz wychowany w umiłowaniu kultury niemieckiej. Jak to: Wielkopolska, ojciec Polak, a dzieci rosną na modłę niemiecką?
Natalia Budzyńska: Wątek Wielkopolan też mnie bardzo zaskoczył, bo ta moja wielkopolska rodzina była zupełnie nie taka, o jakiej mnie uczono. I to też odkryłam pisząc tę książkę. W szkołach byłam uczona, że Wielkopolanie to tacy stuprocentowi Polacy, że jak były zabory to kobiety chodziły w czerni, a mężczyźni spali w trumnach. Jak się czytało książki dotyczące Wielkopolski pod zaborami, to były tam takie rzeczy, że Polacy osobno, Niemcy osobno – dwie społeczności, które się nie mieszały, bo przecież to była wtedy zdrada. Tymczasem patrzę na drzewo genealogiczne mojej rodziny wielkopolskiej, Trzebińskich, i tam w każdym pokoleniu były małżeństwa mieszane. Dla mnie to było zupełnie nowe spojrzenie na historię Wielkopolski i życie zwykłych Wielkopolan, zwykłych rodzin wielkopolskich. […] Z wujkiem [jeden z członków rodziny, od którego autorka próbowała pozyskać materiały do książki] tak się zastanawialiśmy nad tym. To on zwrócił na to uwagę: „Zobacz, niezależnie czy niemiecki był mąż czy żona, to dzieci były wychowywane w kulturze niemieckiej”. I mogło się wydawać dziwne, ale gdzieś przeczytałam, że to było charakterystyczne i właściwie się zdarzało często, ponieważ kultura niemiecka była uznawana za bardziej prestiżową, bogatszą.
Było też o tym, że starsze pokolenia nie chcą o swoich Alfredach pamiętać, a młodszym należy podsuwać takie książki, żeby mieli świadomość, co się kryje pod słowem wojna. Było o Alfredzie – ezoteryku, Alfredzie – manipulancie, który tak naprawdę nawet w obliczu śmierci nie zrzucił z siebie płaszcza nazisty (w 1946 roku został powieszony), Alfredzie – człowieku.
Natalia Budzyńska: Na jednym ze spotkań prowadzący zaczął pytaniem, które mnie bardzo zaskoczyło: „Skąd według pani bierze się zło?”. W kontekście tej książki nie wiedziałam, co odpowiedzieć. Przyszło mi do głowy, że to zło dzieje się wtedy, kiedy człowiek myśli, że jest lepszy od innych. Jak sobie pomyślałam o Alfredzie, to ta jego droga, nie wiem, upadku zaczęła się wtedy, kiedy zapisał się do SS, do organizacji elitarnej, lepszej. Wtedy, kiedy pomyślał, że jest lepszy od innych. I on tak dalej brnął. Jak się poznaje Alfreda, to on cały czas jest człowiekiem, któremu się wydaje, że jest lepszy od innych.
I o tym, że nic nie jest takie proste, jak to w przeszłości wynikało z podręczników do historii Polski.
Natalia Budzyńska: To do mnie dotarło, kiedy byłam w miejscu pamięci w Hamburgu, które się nazywa Bullenhuser Damm. […] Wtedy bardzo dziwnie się poczułam, dotarło do mnie, że po raz pierwszy jestem w takim miejscu w zupełnie innym charakterze. Dotarło do mnie, że byliśmy przyzwyczajeni przez dziesiątki lat edukacji takiej postawy ofiary, która składa kwiaty w miejscach upamiętnienia ofiar jako przedstawiciel narodu uciemiężonego. To dla mnie było szokujące podwójnie – raz, że nagle jestem przedstawicielem zbrodniarza, który upamiętnia ofiary, a na dodatek ten zbrodniarz jest moją rodziną.
Trudno się pisało o wuju, lekarzu SS, nazistowskim zbrodniarzu?
Natalia Budzyńska: To jest właśnie dziwne, ale o nim pisałam jako o obcym człowieku. Nie chcę powiedzieć, że jestem jakaś gruboskórna, bo to źle zabrzmi, ale nie, pisząc tę książkę czułam, że robię coś, co do mnie należy, żeby tę historię przedstawić taką jaka ona jest. Mogę powiedzieć, że pierwsze łzy wylałam, tak emocjonalnie się wzburzyłam wtedy, kiedy dostałam zdjęcia [dzieci], czyli już na etapie redakcji, kiedy była składana książka. Te zdjęcia widziałam dotychczas w bardzo złej jakości, okrojone, tylko twarze. A tu dostaliśmy takie piękne… te dzieci są takie, że naprawdę chce się je wziąć na kolano i przytulić, takie żywe. Wtedy, można powiedzieć, pękłam… .

Anita Scharmach: „Nic na siłę, bez terminów”

Literatura obyczajowa w American Dream.

Księgowa, z poczuciem humoru, w wolnym czasie autorka książek, tak zwanych obyczajówek. Zaiste, rzadkie to połączenie. Żadnej z jej książek nie przeczytam, bo to nie moje rewiry, ale jeżeli będzie okazja, to na spotkanie autorskie wybiorę się raz jeszcze, ponieważ lubię towarzystwo ludzi pozytywnie zakręconych.
W Strzelnie było ponad dwadzieścia osób. Pod tym względem żadne z trzech spotkań w ramach Czytaj, na zdrowie!, Wybryku Kultury* z dopiskiem Kolektywne działania przyszłością nie tylko kultury nie było oszałamiającym sukcesem. Za to nowe miejsca – bez zastrzeżeń. O Animusie już było (więcej tutaj). Trafioną miejscówką okazała się też stylowo urządzona piwnica sklepu American Dream w Strzelnie, gdzie w sobotę (5 X) można było porozmawiać z Anitą Scharmach.
Jagoda Woźniak o książkach pani Anity: Jest to literatura o współczesnych kobietach. Nie jest ona ckliwa, jak większość, jest bardzo życiowa. Można powiedzieć, że napisana z dużym pazurem. Nie mamy tam tabu, nie mamy tam granic, mamy nawet pieprzne historyjki, pieprzne sceny, co jest odważne, zwłaszcza w literaturze kobiecej. Wszystko jest zrobione ze smakiem. Nie ma nudy. Kobiety są takie, jak kobiety w Strzelnie, czyli nowoczesne, które chcą więcej, które już nie stoją za mężczyznami, a właściwie wychodzą przed szereg.
Pani Anita o sobie i swoim pisaniu powiedziała znacznie więcej. I wątek erotyczny wcale nie był tym dominującym, ale tak to jest, kiedy notuje facet…

Moja przygoda z pisaniem zaczęła się tak jak u mojej bohaterki w „Mogę wszystko”. Tatiana poszła na zwolnienie lekarskie, ponieważ miała operację ręki. Ja również miałam operację lewej ręki i długo przebywałam na zwolnieniu lekarskim, potem miałam długą rehabilitację. Dzieci poszły do przedszkola, do szkół, nie wiedziałam co zrobić z czasem. Usiadłam, zaczęłam drugą ręką układać sobie fabułę w punktach. Tak się rozpisałam, że wyszło z tego ponad trzysta tysięcy znaków. Wysłałam do wydawcy,  którego adres znalazłam na pierwszej lepszej książce z mojej biblioteczki i otrzymałam odpowiedź: „Jesteśmy zainteresowani”.

Jestem księgową, skończyłam ekonomię. Przez jakiś czas myślałam, że uda mi się – powiem tak kolokwialnie – porzucić pracę ekonomistki i zacząć tylko pisać, jednak przebicie się […] przez […] szereg dobrych pisarzy, wymaga nie lada trudu. Musiałabym  tylko usiąść i od rana do wieczora pisać, nie zajmować się rodziną. A tak, łączę pracę ekonomistki, pisarki i mamy na pełnym etacie. Nic na siłę, bez terminów.

Otrzymałam niedawno, z czego jestem bardzo dumna, przydomek pisarski „królowa wzruszeń”. Myślę, że dlatego – jak to moja koleżanka po piórze powiedziała – że jestem takim „rollercoasterem”, czyli taka żonglerka emocjami. W recenzji ktoś kiedyś napisał: „Ciebie nie można czytać w komunikacji miejskiej, bo albo wybucham śmiechem, albo głośnym płaczem”.

Nawet nie wiem jak czasami coś nazwać. Ale mam koleżankę, która w ogóle pisze tak: „Poszli do łóżka, zamknęli się w czterech ścianach…” i koniec, podmiot domyślny. Ja chociaż tego pieprzyku tam dodam. Przy Marcie to się tak wstydziłam… ale Marta była złą osobą (mówimy o „Zaraz wracam”), ona była taka… taka jaka była ostra w życiu, taka musiała być  też w sprawach intymnych. No i… tak, trochę poszalałam. Fajnie jest mieć taką moc i upuścić wodze fantazji, chociaż fikcyjna bohaterka może poszaleć … Jejku, teraz też  się wstydzę, ha, ha. […].
W tym gatunku literackim [literatura obyczajowa] dobrze się czuję. Chciałam napisać coś w rodzaju komedii kryminalnej, ale to jeszcze nie ta chwila. Wydałam dopiero pięć powieści, mam dwie w zapasie. Jestem naprawdę na  początku drogi, mam jeszcze czas. Będę miała sześćdziesiąt – siedemdziesiąt lat to może napiszę jakiś erotyk, czort wie! Będę już na tyle odważna, że już nic mi nie zaszkodzi. A tak, to w pracy ktoś mnie przeczyta i co? Powie: „Anita, świnko ty!”. A ja tak nie mogę, jeszcze! […].
Tak naprawdę, wiek tu nie ma znaczenia, bo i kobieta sześćdziesięcioletnia może mieć problemy, i czterdziestoletnia i dwudziestoletnia. Pisałam o czterdziestolatkach, bo sama też jestem w tych okolicach. Łatwiej jest mi  odnaleźć się i wniknąć w tajniki psychiki bohaterki czterdziestoletniej,  bo wiem co ja, jako czterdziestoletnia kobieta robię – robiłam. Jak będę miała sześćdziesiąt lat to pewnie napiszę o jakiejś starszej pani, takiej klawej, kto wie? Chociaż nie, bo Irenka jest taka. Przecież Irenka w „Samkach życia”, w drugiej części dylogii… tak, ona jest świetna. O! Tam są sprośne rzeczy! Właśnie tamta sześćdziesięciolatka dała czadu! Właściwie, to ja już erotyk napisałam!.

* Wybryk Kultury Kolektywne działania przyszłością nie tylko kultury: Czytaj, na zdrowie! dofinansowano ze środków Narodowego Centrum Kultury w ramach programu Dom Kultury+ Inicjatywy lokalne 2019 (organizatorzy: Miejsko-Gminny Ośrodek Kultury i Rekreacji w Strzelnie, Grupa Na Poczekaniu)

Ariadna Piepiórka, zegary, Ania z Zielonego Wzgórza…

„Czytaj, na zdrowie!”, Wybryku Kultury z dopiskiem „Kolektywne działania przyszłością nie tylko kultury” odsłona pierwsza.

Sympatyczna, skromna, cicha i uśmiechnięta. Nauczycielka języka polskiego. Autorka książek O księżycu z komina domu na wzgórzu (w tym roku nominacja do Nagrody Literackiej im. Kornela Makuszyńskiego) oraz Horologium. Czyli dom niezwykłych zegarów. Bohaterka pierwszego z trzech planowanych spotkań w ramach Wybryku Kultury Czytaj, na zdrowie!, zorganizowanego w bardzo nadającej się na tego typu inicjatywy sali w strzelneńskim Centrum Terapii Animus.
Ariadna Piepiórka. Autorka książek dla młodszych czytelników: Nie wykluczam literatury dla dorosłych, ale na razie wolałabym się zająć książkami dla dzieci, bo… lepiej się w nich czuję. Fanka Ani z Zielonego Wzgórza: Ona zawsze… Zachęcała mnie jej postawa. I rozgadanie. Zawsze chciałam taka być. Z natury nie jestem gadatliwą osobą, więc może troszkę jej zazdrościłam. Ale też to jej podejście, ta wyobraźnia przede wszystkim, bo bardzo zawsze podziwiałam jej wyobraźnię, to że potrafiła sobie tak wszystko poukładać. Życie ułożyło jej się na początku szczególnie źle, ale wszystko swoją wyobraźnią potrafiła jakoś przemienić na dobre. Czytelnikom chce uświadomić, że właśnie tak można: Na pewno chciałam przekazać, że bez względu na to jak źle nam się życie może ułożyć, to wszystko może się zmienić i dużo zależy od naszego podejścia, bo my sami też mamy wpływ na to jak się czujemy. I nawet kiedy zdarza nam się coś przykrego, to możemy poszukać wesołych chwil, które też nas spotykają i obrócić ten smutek w radość. Chciałam przekazać też to, żeby nie oceniać ludzi od razu, po pierwszym wrażeniu, ale żeby poznać ich lepiej. Marzy o… O tym, żeby nigdy nie skończyły mi się pomysły na książki, ha, ha.
Wszystkie spotkania są organizowane przez Grupę Na Poczekaniu i Miejsko-Gminny Ośrodek Kultury i Rekreacji w Strzelnie, a zostały dofinansowane ze środków Narodowego Centrum Kultury w ramach programu Dom Kultury+ Inicjatywy lokalne 2019. To w Animusie zgromadziło całkiem liczną publiczność, głównie za sprawą grup z dwóch placówek działających na terenie powiatu mogileńskiego. Było podzielone na dwie części. Po rozmowie z pisarką – zajęcia nie tylko dla dzieci i młodzieży. Można się było pobrudzić, a w resztę sobotniego popołudnia dwudziestego pierwszego dnia września wejść – jak na dom niezwykłych zegarów przystało – między innymi z własnoręcznie wykonanym zegarem.

Marta Sztokfisz „Pani od obiadów. Lucyna Ćwierczakiewiczowa. Historia życia”

Takich życiorysów brakowało w programach moich szkół.

(Wydawnictwo Literackie, 2018; 2019 – dodruk)

Córka kalwinistów Henrietty i Fryderyka Bachmanów. Miejsce zamieszkania (z jednym, krótkim wyjątkiem) – Warszawa. Szczęśliwa w drugim małżeństwie. Aktywna społecznie. Współpraca z czasopismami Bluszcz i Ster. Autorka książek: Jedyne praktyczne przepisy wszelkich zapasów spiżarnianych oraz pieczenia ciast (1858; W kolejnych wydaniach tytuł tej książki będzie ewoluował – strona 121), 365 obiadów za 5 złotych przez Autorkę Jedynych praktycznych przepisów Lucynę C. (1860; do roku 1901 dwadzieścia razy wznawiana), Kalendarz. Kolęda dla gospodyń (na lata od 1876 do 1899), Podarunek ślubny. Kurs gospodarstwa miejskiego i wiejskiego dla kobiet przez Autorkę 365 obiadów (1885), Listy humorystyczne w kwestyi kulinarnej tłómaczone z francuskiego przez Autorkę 365 obiadów ku pożytkowi właścicielek tychże oraz Listy o urządzeniu domu przez Lucynę Ćwierczakiewicz (ostatnie lata życia).
Lucyna Ćwierczakiewiczowa (1826 – 1901). Pragmatyczna, zasadnicza i racjonalna (strona 219). Niepokorna i niezależna. Swoją kulinarną pasję przekuła w popularność i majątek, czym – jak każdy człowiek sukcesu – wzbudzała podziw i zazdrość. Eliza Orzeszkowa: Kobieta ta z gatunku tych, którym nasi ojcowie dali miano „Herod Baba”. Oj, herod to jakich mało. Ruchliwa, krzykliwa, nieustraszona, gotowa zawsze do celów swych ludzi za gardło brać, albo im oczy wydrapać […]. Z drugiej strony jest to kobieta dobrego serca… Wszelkie kwesty, składki etc. są dla niej czem woda dla ryby. Pochwytuje z radością każdy pretekst do ruszania się, propagowania, kwestowania itp., przy czym łaje i na przemian, a bez różnicy płci, całuje ludzi i bierze od nich, co tylko chce, bo jedni ją szanują naprawdę, inni boją się jej (strona 209).
Takich życiorysów brakowało w programach moich szkół. Pani od obiadów to rzecz o tym, że bycie bohaterem narodowym i rozbuchane idee to nie mus, że warto realizować swoje pomysły na życie, że codzienność należy układać według własnych oczekiwań, a zarabianie pieniędzy to normalna rzecz. Ale też przykład, że pewność siebie i nieliczenie się z innymi mają swoje granice, a ludzka życzliwość i uznanie bywają ulotne.
W biografii pani Lucyny przeszkadza mi to, że Marta Sztokfisz wprowadziła dialogi oraz przytacza myśli bohaterki oraz innych osób pojawiających się na stronach tej Historii życia. Brak cytowania zdradza, że to inwencja twórcza autorki książki. Mamy więc do czynienia z niebezpiecznym balansowaniem na granicy faktu i fikcji historycznej.

„W kręgu kultury religijnej”, „O zdrowy chleb”

Historia, socjologia, religia katolicka; charakter ponadregionalny – każdy może znaleźć coś dla siebie.

W kręgu kultury religijnej. Publikacja Towarzystwa Czytelni Ludowych z okazji 100-lecia odzyskania niepodległości, pod redakcją Bartłomieja Gapińskiego i Ryszarda Stanka, Gniezno 2018
O zdrowy chleb: Rodzina i ojczyzna, pod redakcją Bartłomieja Gapińskiego i Ryszarda Stanka, nr 5 (2018)

Wydane przez gnieźnieńskie Gaudentinum w ramach obchodów stulecia odzyskania przez Polskę niepodległości. W Strzelnie oficjalnie zaprezentowane w marcu tego roku. Historia, socjologia, religia katolicka; charakter ponadregionalny – każdy może znaleźć coś dla siebie. Tytuły można było lepiej dobrać – W kręgu kultury religijnej niesłusznie sugeruje, że wszystko, o czym w treści, zadziało się z udziałem Kościoła, natomiast O zdrowy chleb (w połączeniu z informacją, że ukazał się pod egidą Duszpasterstwa Rolników Archidiecezji Gnieźnieńskiej) kojarzy się z tonem dziewiętnastowiecznej publicystyki katolickiej dla ludu.
W OZCH, świadomy, że być może ominęło mnie coś wartościowego, odpuściłem sobie homilie arcybiskupów Marka Jędraszewskiego (Dożynki ogólnopolskie 2018) i Stanisława Gądeckiego („Podległość i niepodległość”), wywiad z biskupem Wiesławem Lechowiczem (Młodzież i rodzina wyzwaniem duszpasterstwa) oraz artykuły Suwerenność rodziny (ks. Aleksander Sobczak) i Miłość rodzinna w ujęciu biskupa Jana Pietraszki (Bartłomiej Gapiński). Rzut oka na bibliografię oraz śródtytuły sprawił, że nie przeczytałem też  pracy, zaangażowanego w działalność strzelneńskiego Klub Dobrego Rolnika Ryszarda Stanka Tożsamość narodowa włościaństwa wielkopolskiego – nieskromnie założyłem, że tekst nie zaskoczy mnie żadnymi nowościami.
Przegląd tego, co poleciłbym czytelnikom zacznę od artykułów moich kolegów, których zawsze lubię poczytać – Sławka Tarczewskiego i Piotra Barczaka:

  • Sławomir Tarczewski: Miłość, małżeństwo, rodzina: czego jeszcze musimy się ciągle nauczyć? (OZCH). Sławek od lat działa w Duszpasterstwie Rodzin Archidiecezji Gnieźnieńskiej, w Strzelnie spotyka się z ludźmi na tak zwanych kursach przedmałżeńskich. W artykule przedstawił stosunek narzeczonych do homoseksualizmu, aborcji, antykoncepcji, wstrzemięźliwości seksualnej przed ślubem oraz wierności małżeńskiej. Najkrócej rzecz ujmując, tekst odebrałem jako apel o potrzebę zreformowania owych kursów.
  • Piotr Barczak: Aspekty tożsamości zbiorowej w Strzelnie (WKKR). Próba zebrania wytworów pamięci zbiorowej, zarówno tych materialnych (klasztor, miasto i jego ulice, pomniki i tablice, cmentarze), jak i niematerialnych (między innymi publikacje i aktywność Muzeum – Romańskiego Ośrodka Kultury im. Ottona i Bolesława, Miejskiej Biblioteki Publicznej oraz Orkiestry Ochotniczej Straży Pożarnej w ostatnich dziesięciu latach). Niestety, nie wszystko udało się wynotować. Przydałyby się też szczegółowe kalendarium wydarzeń oraz bibliografia historii Strzelna za omawiany okres.
  • Bartłomiej Gapiński: Kondycja człowieka starego w tradycyjnej rodzinie chłopskiej (WKKR), Chłopska starość (OZCH). Zestawienie tego, jak funkcjonowano dawniej, a jak jest dzisiaj, nie stanie się przedmiotem tego tekstu, ale niewątpliwie daje szansę pretekstu dla czytelników, by na własny użytek porównać przeszłość, tutaj opisywaną, ze współczesnością (WKKR, strona 79-80); Prawda, poświadczone jest na łamach tego tekstu ówczesne okrucieństwo względem starców i staruszek (bo powiedzmy sobie szczerze, wygnanie zimą na żebry czy głodzenie to prosta droga do śmierci), ale nie można przeoczyć, że seniorzy mieli atrybuty sakralne, religia i magia stanowiły o ich wielkości, potędze (OZCH, strona 50).
  • Izabella Bukraba-Rylska: O podmiotową wizję wsi i jej kultury. Porównanie stanu rzeczywistego oraz aspiracji mieszkańców wsi z obrazem kultury ludowej, wykreowanym w okresie od romantyzmu do PRL-u: [Kulturę ludową] stopniowo sprowadzono […] niemal wyłącznie do sfery zwyczajów, obrzędów i zabaw wraz z towarzyszącymi im rekwizytami i zachowaniami – barwnymi strojami, pieśniami i tańcami. Jak zauważył Ludwik Stomma, analizując zawartość klasycznego dzieła Oskara Kolberga: wesołych zajęć związanych z czasem wolnym dotyczy tam aż 84% zgromadzonego materiału! (WKKR, strona 10).
  • Bartłomiej Gapiński: Anton Onderka na tle kultury Górnego Śląska (WKKR). Rzecz o napisanym przez Onderkę (1815 – 1866) pierwszym dwujęzycznym elementarzu, zatytułowanym Elementarz polsko-niemiecki, oder polnisch-deutsches Lesebuch für die utraquistischen Elementarschulen.
  • Izabella Bukraba-Rylska: Polski chłop i jego dusze. Artykuł zaczyna się od przybliżenia pracy Dwie dusze z 1904 roku (autor: działacz ludowy Jakub Bojko) w kontekście charakterystyki mentalności znacznej części polskiego społeczeństwa (OZCH, strona 31). Dokładnie chodzi o „duszę pańszczyźnianą”. Opinie o polskim chłopie zaczerpnięte z dyskursu naukowego i mediów po 1989 roku zaczęły mnie nudzić, w związku z czym lektury nie dokończyłem.

Całości dopełniają: Towarzystwo Czytelni Ludowych we Wrześni i na ziemi wrzesińskiej w przeszłości i współcześnie (Bolesław Święciochowski, WKKR), Naród w perspektywie personalizmu (ks. Bogumił Gacka MIC, WKKR) – nie do końca ogarnąłem, Zeszyt wspomnień (Helena Miśkiewiczówna-Witczak, WKKR) – wspomnienia z nauki na Uniwersytecie Ludowym w Dalkach (lata trzydzieste XX wieku), Święty Izydor Oracz (Ryszard Stanek, OZCH) – kilkanaście wersów na temat patrona duszpasterstwa rolników (w nawiązaniu do obrazu znajdującego się w górnej sali Muzeum – Romańskiego Ośrodka Kultury im. Ottona i Bolesława).