Jon Bon Jovi „Blaze of Glory”

Do filmu lubię wracać, a solowy debiut lidera Bon Jovi bardzo sobie chwalę.

(1990, PolyGram)

Trzeba wiedzieć, kiedy można przyznać, iż słucha się albumu Blaze of Glory, żeby nie narazić się na poważne perturbacje towarzyskie (zapewne, nie inaczej będzie w przypadku sympatii do grupy Bon Jovi, a także Madonny, disco polo, radiowej Dwójki i tak dalej, i tak dalej). Tłumaczenie, że na liście udzielających się muzyków są Jeff Beck, Elton John czy Little Richard będzie tylko… próbą wybielenia tej wstydliwej słabości, która – w najlżejszym wydaniu – zostanie skwitowana dyplomatycznymi pomrukami i zmianą tematu. Fakt, iż album zainspirowały Młode strzelby II też nie ma żadnego znaczenia – w opinii fachowców ów film do wybitnych dzieł kina nie należy.
Tylko czy to ma znaczenie? Do filmu lubię wracać, a solowy debiut lidera Bon Jovi bardzo sobie chwalę. Prawda, osadzony w hard – pop – rocku rodem z lat osiemdziesiątych, ale brzmi dobrze, świeżo, szczerze (nawet jeżeli to tylko nastawiony na konkretny cel majstersztyk), jest naszpikowany świetnymi utworami i przenosi słuchacza na Dziki Zachód, a o to przecież chodziło – toć to muzyka zainspirowana westernem.
A może jest jeszcze inaczej? Może Blaze of Glory to dzieło wybitne (należy odnotować – tylko na marginesie, bo akurat wyróżnienia i nagrody to bardzo mętna miara jakości – że album zgarnął kilka bardzo znaczących wyróżnień), ale przez zadeklarowanych fanów niepokornego rocka słuchane w tajemnicy przed światem, bo, wiecie, to Jon Bon Jovi…? I w tym miejscu trzeba postawić kropkę, ponieważ tekst jest już na ostatniej prostej do zanurzenia się w samouwielbieniu i wystawienia sobie kolejnej laurki za przekorę oraz łażenie własnymi drogami, co autor czyni chętnie i przy każdej nadarzającej się okazji, he, he, he.

Nirvana „In Utero”

Nirvana „po stronie rocka alternatywnego”.

(1993; 2013, Geffen Records)

Następny studyjny album po „Nevermind” pokazał, że Kurt Cobain ze swą Nirvaną nie chce iść na żadne kompromisy i nie złagodzi swojego stylu, żeby przypodobać się mainstreamowym mediom. […] grupa daje do zrozumienia, że pozostała po stronie rocka alternatywnego*.
„In Utero” zajął miejsce pomiędzy dwiema poprzednimi płytami zespołu (chociaż utwory były o wiele bardziej wyszukane i skomplikowane) i rzucił wyzwanie nowym legionom fanów Nirvany, którzy – po tym stawiającym większe wymagania wydawnictwie – musieli nadal pozostać jej wierni. Była to zamierzona rezygnacja z korony króla pop, którą Cobain zdobył po ukazaniu się „Nevermind”**.
Cobain stwierdził później, że zawsze chciał, by jego kapela brzmiała tak, jak na „In Utero”. I nic dziwnego: to NIESAMOWITY album, niewątpliwie apogeum studyjnych osiągnięć zespołu. Zaskoczyły wszystkie trybiki: produkcja, gra, kompozycje, klimat, melodie, ściany hałasu, moment. Dziś, gdy „Nevermind” razi archaiczną, typową dla wczesnych lat 90. produkcją, ten materiał wciąż brzmi świeżo***.
A na dodatek: „Kurt chciał stworzyć coś nowego […]. Chciał zmienić styl, ale nie bardzo umiał to zrobić. Nie potrafił wyjść poza swoje nirvanowskie patenty. Jak się nauczyć innego stylu? Katując przez miesiąc inną płytę Beatlesów?”***.
Kiedy singiel Heart – Shaped Box przecierał szlaki, a pierwsze posłuchania albumu generowały recenzje, nic nie było w stanie dorównać hiciorowi z okładką przedstawiającą bobasa płynącego za zielonym banknotem. Ale to już przeszłość – wybieram krążek kojarzony z porozrzucanymi modelami płodów i niemowląt.

* Robert Filipowski, recenzja In Utero w Teraz Nirvana II, Teraz Rock, 2016, nr 9, strona 51
** Suzi Black, Nirvana. W hołdzie Kurtowi, Kraków 1994, strona 57-58
*** Everett True, Nirvana. Historia prawdziwa, Czerwonak 2014, strona 428 i 433

NIRVANA LIVE AT READING 
2009

Najarany. Po Prawdziwej historii [Everett True: Nirvana. Prawdziwa historia (In Rock, Czerwonak 2014)] czuję się jak ten nastolatek, co to paradował dumnie w koszulce z okładką Nevermind na przedzie. 
Zmiażdżony. Zapamiętałem, że album From the Muddy Banks of the Wishkah nie był porywający. Ale dzisiaj ELEKTRYCZNYCH KONCERTÓW NIRVANY – UNIKAĆ! to już nieprawda. Usiąść wygodnie w fotelu? [w rękopisie – kilka niecenzuralnych słów]. 
Wniebowzięty. Po prostu wniebowzięty. Ponad 78 najkrótszych na świecie minut, Complete set-list, 30 sierpnia 1992 roku. Panowie dziennikarze, mieliście rację – tego dnia byli w kapitalnej formie!
 NIRVANA „BLEACH” 
1989

Bleach odstaje od reszty. Na minus. Bo choć debiutancka płyta Nirvany najczęściej miała dobre recenzje, a wraz z upływem czasu zbiera jeszcze wyższe noty, to dla mnie od zawsze była najsłabszym ogniwem w studyjnej części dyskografii zespołu. Brak jej tej popowo-punkowej lekkości artystyczno-kasowego przeboju Nevermind oraz kolejnych albumów. A właśnie tym zespół mnie urzekł w roku 1991. 
Będę niekonsekwentny. Bleach jest OK. Bo choć to twór wolno i ciężko zagrany, to jednak swoją wartość ma – utwory nie nużą (w szczególności Blew, Floyd the barber, About a girl, Negative creep i Downer), mocarna gra perkusji robi wrażenie, a posmak garażowego (można zastąpić słowami: alternatywa, underground) grania przyjemnie łechce moje poczucie bycia niezależnym.
NIRVANA „INCESTICIDE” 
1992

Zbiór nagrań niepublikowanych. Wydany z dwóch powodów: 1) w 1992 roku nie było widoków na nowe wydawnictwo studyjne Nirvany, 2) po oszałamiającym sukcesie Nevermind, zespół postanowił niejako zweryfikować fanów swojej twórczości. Jak to ujął Igor Stefanowicz (Tylko Rock, 1993, nr 12, strona 32): […] jakby takie „przepraszam” w kierunku zagorzałych fanów nieco zawiedzionych ugrzecznionymi produkcjami z „Nevermind”. 
Piętnaście utworów z lat 1988-1992. W większości proste, melodyjne „garaże” oraz „punkroki”, z jakich do dzisiaj słynie stan Kalifornia. Sliver, Stain, Been a son, (New wave) Polly, Aneurysm czy kowery Turnaround, Molly’s lips i Son of a gun rozruszają nawet najbardziej niemrawych miłośników rocka, lubujących się w punku i alternatywie. Gorzej Beeswax, Mexican seafood, Hairspray queen, Areo zeppelin, Big long now i Downer. Wyłączając ostatni z wymienionych utworów – mniej udana próba grania znanego z albumu Bleach. 
Incesticide nigdy nie zdobędzie uznania, jakim cieszą się pozostałe albumy Nirvany, wydane za życia zespołu. Ale „zapchajdziurą” na pewno nie jest.

Lou Reed, John Cale & Nico „Le Bataclan. Paris. Jan 29. ‘72”

I luzuje się dekielek…

(2018, Spyglass)

Żyjesz w przekonaniu, że na temat ulubionego artysty / grupy artystów wiesz już tyle, że nic nie jest w stanie cię zaskoczyć. Aż tu nagle jeden z magazynów  wali cię po łbie, uświadamiając, że wiesz zdecydowanie mniej niż ci się zdawało. I luzuje się dekielek, bo – jak to w przypadku ulubieńców – jesteś w stanie pochylić się nawet nad zarejestrowanym pierdnięciem. Resztki zdrowego rozsądku postawią pytanie – czy takie nagranie rzeczywiście jest niezbędne do życia? Jeżeli jednak patrzysz na okładkę, czytasz recenzję, a towarzyszy temu szczękościsk i dzikie podniecenie, wszystko stracone – trzeba to mieć, koniec i kropka.
Cenisz The Velvet Underground, więc o zdrowym rozsądku możemy zapomnieć. A przecież Lou Reed i John Cale to motory napędowe tej grupy, natomiast Nico swoim jakże niepowtarzalnym głosem, nieco przypominającym tych, co raczą czy w przeszłości raczyli się „dobrodziejstwami” tego świata, ubarwiła album z kultowym bananem na okładce. Prawda, 29 stycznia 1972 roku cała trójka nie była już częścią zespołu, ale na repertuar koncertu w Paryżu złożyły się także, a może – sądząc po aplauzie publiczności i twojej podniecie – przede wszystkim utwory The Velvet Underground – I’m Waiting For The Man, The Black Angel’s Death Song, Heroin, Famme Fatale, I’ll Be Your Mirror i All Tomorrow’s Parties plus jakiś dodatek z próby w Londynie). Bardziej jednak zelektryzowała cię informacja, że to koncert… akustyczny! Tak lubisz najbardziej. Z opisu: Lou Reed – vocals, acoustic guitar, John Cale – guitar, viola, piano, vocals, Nico – vocals, harmonium. Jak można nie kupić?

THE VELVET UNDERGROUND THE VELVET UNDERGROUND
1969

Ulica wielkiego miasta. W żadnym innym miejscu zmierzch nie zapada w taki sposób jak tutaj. Taka też jest noc – wypełniona ludźmi, samochodami oraz kolorowymi światłami reklam mieszających się z wyciem syren radiowozów, czy karetek pogotowia i zapachami jedzenia serwowanego w licznych restauracjach, klubach i tym podobnych miejscach.
W jednym z klubów – my. Na zegarze późno. Siedzimy w półmroku, zatopieni w papierosowym dymie, zapachach perfum i ludzi. Już zapomnieliśmy o świecie zostawionym za drzwiami. Otuleni tą niepowtarzalną aurą błogiej intymności chłoniemy każdą chwilę. Reszta nie ma znaczenia. Zamówienie składane przy barze, brzęk uderzających o siebie kufli, które zebrane na tacy wędrują gdzieś na zaplecze a nawet (przecież nie jesteśmy tu sami) rozmowy sąsiadów przy stolikach obok - niby na wyciągnięcie ręki, a jakby miliony lat świetlnych od nas.
Sami też rozmawiamy. O wszystkim i o niczym, o rzeczach ważnych i nieważnych. Tak po prostu. Nie upijamy się, ale też nie jesteśmy już zupełnie trzeźwi. Możemy sobie na to pozwolić, bo ten wolny wieczór jutro stanie się dniem wolnym od pracy i innych obowiązków niewymagających od nas stuprocentowej gotowości. Leniwie sączymy kolejne piwo. Z głośników płynie The Velvet Underground… Ta muzyka jest jak ten wieczór w tym klubie…

Bartosz Buchholz (Bronhard M., Buchholz B., Leśniewski B., Świegoda J., Mniej prądu, Lizard, 2019, nr 33, strona 53): Koncert okazał się jednorazowym wydarzeniem, na szczęście został zarejestrowany. Co ciekawe, gdy już doczekał się oficjalnego wydania, okazało się, że w wyniku błędu technicznego muzyka jest spowolniona. Twoje niewprawione ucho tego nie wyłapało, wydaje się, że w międzyczasie – pierwsza edycja wyszła czternaście lat wcześniej – błąd został skorygowany. Ale czy to ma znaczenie? Obok perełek The Velvet Underground, każdy z trójki artystów firmujących album zaprezentował coś ze swojego solowego dorobku. Zaskoczeniem jest Cale, bo takiego go nie znałeś (na przykład The Biggest, Loudest, Hairiest Group Of All na kilometr pachnie ci Beatlesami). Właściwie Cale’a znałeś tylko jako członka zespołu, którego nazwę musiałbyś wymienić po raz czwarty, więc nie ma się co wymądrzać. Podobnie jak Nico. W tym przypadku jesteś jednak pewny, że na tym albumie zawodząca Nico solo wypadła najmniej przekonująco. A Lou Reed? Wild Child – świetne, Berlin… Zamieszczonej tu wersji tego utworu pan Lou nie miał w poważaniu, ale tobie pasuje. Zresztą jak cały ten koncert. Bo akustyczny i – nie mogło być inaczej – bardzo „velvetowy”, a ty ponad dopieszczenie i wirtuozerię stawiasz prostotę sprawiającą wrażenie niedopracowania, brzmienia, które tak chętnie określasz mianem „suche”, „surowe, „chropowate” oraz ową aurę błogiej intymności. Właśnie, znowu poczułeś się jak w klubie.

PS W zestawie jest płyta DVD z częścią tego, co na CD.

„Pan Nikt” zespołu AVE

AVE gatunkowo mocniejsze i bardziej jednolite.

AVE Pan Nikt (2019, Studio Aimix)

Z AVE mam problem. Z jednej strony nigdy nie pałałem sympatią do gitarowych mocnych brzmień, a takimi raczy nas ten zespół, z drugiej zaś pisanie o muzykujących ludziach z miast i miejscowości sąsiadujących ze Strzelnem sprawia mi frajdę. Szczególnie o takich jak członkowie AVE. To nie dzielona na regiony muzyka ludowa, a i nawiązanie do wyścigu lipne, bo nie o ściganie się w tym wszystkim chodzi, ale, biorąc pod uwagę podejście do kwestii wydawniczo-promocyjnych, inowrocławianie bardzo odskoczyli konkurencji. Dwa albumy i udział w jednej składance, wszystko w odpowiednio opakowanym formacie CD; Pan Nikt z wydawcą, którym nie jest sam zespół; udział w audycjach radiowych, docieranie do recenzentów, a za chwilę (albo już) część streamingowego potoku… Mariusz Michałowski*: Naszym wydawcą jest teraz Studio Aimix. Bardzo fajni młodzi ludzie, stowarzyszenie, które zauważyło nas już przy pierwszej płycie, i nam pomogło. I to był strzał w dziesiątkę, ponieważ chcieliśmy iść drogą niezależną, a oni nam w tym wtórują. Niebawem płyta pojawi się na wielu streamingowych, tych modnych portalach, które są – uważam – istotne, bo nie mamy zamiaru się chować do szuflad, tylko właśnie istnieć.
W tym przypadku o szufladach nie może być mowy.
Mariusz Michałowski: Dla mnie jest to taki krok do przodu, w sensie też muzycznym, kompozycyjnym. Chcący czy nie chcący, wyszła troszkę… znaczy, ona… jak ktoś, tak jak ja, po części ma duszę metalowca, to nie jest jakaś ciężka, ale jednak z takich gatunków mocniejszych. Aczkolwiek duży nacisk był na to, żeby była melodia, zwrotka, żeby to było coś, że tak powiem, może nie śpiewnego, bo ja za bardzo nie śpiewam jak zawodowi wokaliści, ale żeby to było melodyjne, spójne, a zarazem mocne.
Pan Nikt ukazał się trzy lata po fonograficznym debiucie. Zasługuje na wyższe noty niż ich pierwsza płyta, właśnie za to, co było zamiarem muzyków – jest bardziej jednolita stylistycznie, w sporej części klasycznie hard rockowa, i melodyjna. Potrafi też zaskoczyć (wokalny duet żeńsko/męski w Miłości i jakby wyjęte z naznaczonego zimną falą polskiego rocka z lat osiemdziesiątych Kalendarze). I jest mocarna, jeżeli chodzi o warstwę słowną. Autor tekstów punktuje rzeczywistość? Mariusz Michałowski: To zależy jak się na to spojrzy. Można powiedzieć, że jest trochę przerażająco, ale ja uważam, że… tu jest fajnie, he, he, he. Po prostu, przyszło w takim wagonie jechać, być w takim miejscu i w takich czasach. Jeśli jest tam coś punktowane, to są rzeczy, o które się nie da nie otrzeć na co dzień – pogoń za blichtrem, jakieś wynaturzenia pseudoreligijne lub polityczne. I jeszcze: Nie ma założeń: „O, napiszę o tym”. To gdzieś musi siedzieć w środku. Nieraz tak jest, że bym chciał trafić w coś, co nurtuje. Na przykład piosenka „Guru”. W Internecie zauważam masę tak zwanych internetowych bogów. Teraz jest mocna fala tak zwanego przebudzenia i wiele osób uważa, że to, co mówi jest wyznacznikiem drogi, która go oświeci. No i to trochę jest stronę, że… już sześćdziesiąt pięć tysięcznego boga można sobie podarować, he, he, he.
Przekaz Dilera miłości został wzmocniony fragmentem pewnej bardzo popularnej wersji Mazurka Dąbrowskiego – tego na pewno nie zagra żadna z publicznych stacji radiowych.
AVE: Mariusz Michałowski (wokal), Maciej Zamczała (gitary, instrumenty klawiszowe), Robert Sadowski (gitara), Krzysztof Kosiński (bas), Mateusz Senderowski (perkusja). Goście: Małgorzata Kaczmarek (wspomniany wokal w utworze Miłość), Marcin Grzella (klawisze w utworze Kalendarze).

* Z Mariuszem Michałowskim rozmawiałem w czerwcu 2019 roku.

„W AVE jedziemy po polsku”

Mark Knopfler „Down The Road Wherever”

Zapewne głos człowieka będącego w zdecydowanej mniejszości.

(2018, British Grove Records / Virgin EMI Records)

Ta płyta w odtwarzaczu to dobra okazja, żeby się do czegoś przyznać. Charakterystyczne gitara i przyprószony upływającym czasem wokal, zanurzenie w amerykańskiej tradycji oraz przepiękne smęcenie – oto powody, dla których chętniej sięgam po Marka Knopflera solo, niż po muzykę stworzoną pod szyldem Dire Straits, jednego z moich ulubionych zespołów. I Down The Road Wherever tego nie zmieni.

Halina Frąckowiak „Geira”

Długo wyczekiwana reedycja.

(1977, 1978?; 2019, GAD Records)

Halina Frąckowiak i Józef Skrzek spotkali się po raz pierwszy, gdy artystka współpracowała jeszcze z zespołem ABC, a wszechstronny instrumentalista zwiedzał Europę jako członek Grupy Niemen*.

Halina była zakochana w naszej muzyce. Była bardzo twórcza, lubiana, popularna. Było parę dziewcząt, które chciały z nami współpracować, ale tylko jej się to udało. Trudno było do nas dotrzeć, bo chadzaliśmy swoimi ścieżkami (Józef Skrzek, strona 254)**.

„Geira” powstawała w bardzo dziwny sposób. Halina Frąckowiak miała swoisty „przystanek” w swojej twórczości, w swoim śpiewaniu. Nieco się zagubiła… i wtedy spotkała Józka Skrzeka i on obiecał, że zrobi jej płytę, która będzie dla niej swoistym odbiciem, trampoliną. […] Józek był oczarowany sposobem bycia Haliny, jej osobą […] chciał jej pomóc i po prostu powiedział – „Roman, robimy płytę” (Romuald Skopowski / Julian Matej, strona 319)**.

Właściwa praca nad materiałem trwała niemal dwa lata i rozpoczęła się w czerwcu 1975 roku od „Brzegów łagodnych”, wykonanych przez Halinę Frąckowiak z towarzyszeniem SBB i Alibabek podczas festiwalu opolskiego*.

Kolejne dwa nagrania [Pieśń Geiry, Otwieram list – brązowy wrzesień], przygotowane z myślą o płycie, zaistniały w roku następnym*.

Płyta miała ukazać się pod koniec 1977 roku, choć większość źródeł wskazuje, że na jej premierę trzeba było czekać do roku następnego*.

To materiał bardzo różnorodny muzycznie, operujący z jednej strony funkowo-dyskotekowymi rytmami […], z drugiej – subtelnymi balladami, w których aksamitny głos Frąckowiak płynie po morzu syntezatorów Skrzeka*.

Józef Skrzek jako kompozytor pozwolił sobie na kilka zapadających w pamięć melodii, nie potrafiąc jednak powstrzymać się od typowych dla siebie rozwiązań harmonicznych i melodycznych, znanych z pracy z SBB*.

Nasz artysta proponuje na tej płycie konsekwentnie realizowane, dopracowane utwory z pomysłową harmonią i oryginalną – na ile trzeba „skrzekową” – melodią, dodaje też często charakterystyczne brzmienie SBB […]. Jednak i pamięta o przebojowości – nie zabrakło prostszych piosenek. Inna sprawa, że w rockowym ujęciu***.

W sumie „Geira” to godny uwagi suplement do dorobku słynnej grupy Skrzeka i najciekawsza pozycja w dyskografii Frąckowiak…***.

To wizytówka Skrzeka – kompozytora, uzupełnienie dyskografii SBB, ale nade wszystko najlepszy album Haliny Frąckowiak i skarbnica pięknych, poetyckich tekstów Juliana Mateja (strona 55)**.

Postanowiłem, że zrobię teksty, które uczynią tę płytę ciekawą literacko. Zacząłem od „Pieśni Geiry” – Geira to mitologiczna księżniczka skandynawska, która czekała nad brzegiem morza na tego jedynego… Bardzo długo pisałem ten tekst. Później „Brzegi łagodne”, „Otwieram list – brązowy wrzesień”… Robiłem tę płytę dwa lata. […] Gdy już napisałem wszystkie teksty, gdy to nagrano, gdy pojawiły się recenzje płyty, pisano o „bardzo udanej muzyce Józefa Skrzeka i SBB do poezji Juliana Mateja”. A ja będę się spierał i cały czas mówił jedno – to były dobrze zrobione teksty piosenek, a nie poezja (śmiech) (Romuald Skopowski / Julian Matej, strona 319)**.

Publiczność była podzielona – część tęskniła za prostymi piosenkami z czasów ABC, część była zachwycona świeżym brzmieniem i synergią osiągniętymi z SBB. Sama Halina Frąckowiak kilka lat później pytała retorycznie na łamach tygodnika „Razem”: „Czy wszystko trzeba zawsze robić pod kątem popularności? Ważniejsze jest chyba to, by robić, co się lubi i w co się wierzy”*.

* Tekst we wkładce do reedycji wydanej przez GAD Records
** Hojn Andrzej, Wilczyński Michał, Zych Mariusz (współpraca), SBB. Wizje. Autoryzowana historia zespołu, Katowice 2003
*** (k), recenzja wydawnictwa Halina Frąckowiak „Geira/Ogród Luizy”, Tylko Rock, 1998, nr 10, strona 52

Jonathan Bree „Sleepwalking”

Po prostu „sleepwalking”.

(2018, Lil’ Chief Records)

Jonathan Bree? Artysta z Nowej Zelandii, ze sporym dorobkiem; w ubiegłym roku wystąpił w Gdańsku, w tym roku będzie w Warszawie. Szczegóły proszę sobie wyguglować.
Sleepwalking. Zachwyceni powinni być ci, którzy przejawiają skłonności do nurzania się w marzeniach lub popadania w melancholię. Tak zwany electropop, tu w bardziej nastrojowej odsłonie (pewnie jest na to osobna etykieta), miesza się z rozmytym, onirycznym obliczem post rocka. Do tego Jonathan Bree czaruje swoim głosem niczym Lee Hazlewood, jest równie oryginalny i… wokalnie może się kojarzyć właśnie z panem Lee.
Sleepwalking, czyli lunatyzm, somnambulizm (Wielki słownik angielsko-polski. English – Polish Dictionary, Warszawa 2014); lunatyzm – chodzenie lub wykonywanie różnych czynności w stanie głębokiego snu; somnambulizm – stan zbliżony do snu, w którym człowiek nieświadomie wykonuje różne czynności (Słownik języka polskiego PWN, Warszawa 2011). Lepiej tego albumu nie można było zatytułować.

R.E.M. „Automatic For The People”

Jeszcze zbiór piosenek do filmu „Dirty Dancing” i serię „Namiętnie słuchane za młodu – posłuchane po latach” będzie można uznać za skompletowaną. Trafiły się gorzkie piguły, większość jednak nie straciła absolutnie nic ze swej siły rażenia. Na przykład R.E.M. .

(1992; 2017, Craft Recordings)

Pierwsza wkładka w moim pierwszym Tylko Rocku to właśnie R.E.M. . W tym samym czasie w radiu musiałem usłyszeć Drive, Man On The Moon lub Everybody Hurts, ponieważ wszystko działo się kilka miesięcy po wydaniu płyty, a wymienione utwory napędzały jej popularność. To chyba jednak Drive sprawił, że kasetę kupiłem. Niewesołość zawsze była u mnie w cenie, a w tym utworze i dzisiaj jest jej najwięcej.
„W tym czasie bardzo dużo myślałem o śmierci” – Michael Stipe tłumaczy dziś, dlaczego większość tekstów na albumie jest mroczna, introspekcyjna, często poświęcona zagadnieniom ostatecznym (Jordan Babula, Demontaż: R.E.M.: Automatic For The People, Teraz Rock, luty 2018). Do tego odpowiednia oprawa muzyczna – stonowana, refleksyjna; akustyczna, trochę surowa (jako wyjątki można potraktować The Sidewinder Sleeps Tonite, Man On The Moon oraz najbardziej zadziorny i głośny Ignoreland); z orkiestrowymi aranżacjami w Drive, Everybody Hurts, The Sidewinder Sleeps Tonite i Nightswimming (autor: John Paul Jones). Grzesiek Kszczotek: To bardzo spokojna, cicha i wciągająca płyta (R.E.M. płyty, Tylko Rock, styczeń 1993, strona 33). Zdecydowanie na wieczór.

Karolina Cicha & Elżbieta Rojek „Jeden – wiele”

(2018, dystrybucja: Universal Music Polska)

karolinacicha.eu*: Jest to materiał bliski stylistycznie muzyce folkowej, z charakterystycznym brzmieniem instrumentów etnicznych […], z muzyką czasem ekstatyczną, czasem kontemplacyjną a nierzadko bliską rytuału czy obrzędu.
Obrzędowość znana z twórczości Dead Can Dance i muzyka Orientu. Siłę rażenia potęguje bogactwo języków: rosyjski, polski, staroniemiecki, cerkiewnosłowiański, farsi, arabski, greka, jidysz, esperanto, łacina, hebrajski. Na początku padły też nazwy Kapela Ze Wsi Warszawa i The Ukrainians (po lekturze Retromanii czuję potrzebę tłumaczenia się – od skojarzeń nie potrafię się uwolnić), ale nie wytrzymały próby czasu. Chociaż mógłbym się uprzeć i napisać, że te grupy z Jeden – wiele łączy miejsce.
karolinacicha.eu*: […] to zbiór najradośniejszych i najjaśniejszych pieśni, które można usłyszeć w świątyniach na Podlasiu, gdzie od wieków współegzystują obok siebie różne religijne tradycje. Karolina Cicha**: To moje Podlasie mnie niesamowicie inspiruje cały czas. […] Zawsze […] mnie korciło, żeby pójść jeszcze głębiej, w […] duchowość tego pogranicza naszego.
Piętnaście utworów, prawie pięćdziesiąt minut muzyki. Obok siebie między innymi: Strannikprawosławna pieśń pielgrzymkowa, O Tiebie radujetsiaMaryjna pieśń staroobrzędowców, Al-FatihaNajczęściej odmawiana modlitwa muzułmańska, Sznirele pereletradycyjna mesjańska pieśń żydowska i zaczerpnięte z BibliiExomologiste, Psalm 136 i Gloria.
Karolina Cicha**: […] muzyka jest takim językiem, który jest w stanie połączyć […] różnice doktrynalne, które my słyszymy w słowach, które znamy […] z kodeksów, […] niekiedy z różnic obyczajów […]. I to jest po prostu cudowność muzyki […].
Karolina Cicha (śpiew, akordeon, fortepian, looper, sampler perkusyjny), Elżbieta Rojek (śpiew, harmonium), Karolina Matuszkiewicz (śpiew, kemancze, idel płocka, suka biłgorajska, kobyz), Mateusz Szemraj (ud, rubab) i Patrycja Napierała (instrumenty perkusyjne) – stworzyli dzieło, które dla wielu z nas może być zaczątkiem ekumenicznego postrzegania świata.

* http://karolinacicha.eu/sklep/jeden-wiele-2018/ – tutaj też dostępne tłumaczenia tekstów (wynotowane 28.12.2018 roku)
** Audycja Folk Off z 26.12.2018 roku w radiowej Czwórce: https://www.polskieradio.pl/10/214/Artykul/2237731 (wynotowane 28.12.2018 roku)

The Vaselines „Enter The Vaselines”

(2009, Sub Pop)

Glasgow, druga połowa lat osiemdziesiątych. Eugene Kelly (wokal, gitara) i Frances McKee (wokal, gitara), zainspirowani muzyką garażową z lat sześćdziesiątych, punk rockiem oraz twórczością takich wykonawców, jak The Jesus and Mary Chain, Pussy Galore, Sonic Youth, Nancy Sinatra i Lee Hazlewood, The Pastels oraz Soft Cell, zakładają The Vaselines. W marcu 1987 roku nagrywają EP-kę Son of a Gun, a kilka miesięcy później Dying for It. W międzyczasie do duetu dochodzą James Seenan (gitara basowa) oraz Charles Kelly (perkusja). W roku 1989 ukazuje się album Dum – Dum, na którym zespół wspiera (grający techniką slide) Jamie Watson, a w utworze The Day I was a Horse – Sophie Pragnell (altówka zawsze dodaje muzyce niebywałego uroku).
Gości nie brakuje również na EP-kach. W przeróbce utworu grupy Divine You Think  You’re a Man z roku 1987 grają Stephen Pastel (gitara) oraz Annabel Wright (klawisze). Rok 1988 to David Keegan w tytułowym Dying for It (jego gitara sprawiła, że ten utwór pasuje do The Vaselines jak wół do karety) oraz wspomniana Sophie Pragnell (Dying for It i Jesus Wants Me for Sunbeam).
Po wydaniu Dum – Dum Eugene i Frances przestają być parą, w wyniku czego zespół kończy swój żywot. W roku 1990 grupa reaktywuje się na jeden wspólny koncert z Nirvaną (na dłużej wracają w XXI wieku, ale to już mnie nie obchodzi). Wtedy Kurt Cobain poznaje swoich idoli. Bo lider Nirvany nigdy nie krył, że bardzo lubi The Vaselines. I to chyba tylko dzięki niemu Szkoci nie mają dzisiaj statusu zespołu kultowego, znanego niezbyt licznej grupie słuchaczy.
Dwie EP-ki, Dum – Dum, kilka nagrań demo oraz zapisy koncertów w Bristolu (rok 1986) i Londynie (rok 1988). Oto Enter The Vaselines – dwupłytowa piguła, po zaaplikowaniu której klasyczne The Vaselines nie będzie już tym tajemniczym zespołem, który tak zachwalał Cobain.
W jednym z dołączonych do wydawnictwa wywiadów Kelly powiedział, że najpierw byli bardziej jak Nancy Sinatra i Lee Hazlewood, a później zapragnęli rock and rolla. Enter The Vaselines to potwierdza. Zaczęli od piosenek, w których charakterystyczny pop rodem z ogarniętych hipisowską rewoltą Stanów Zjednoczonych (przy okazji szperania w historii The Vaselines odkryłem inną perełkę – album Nancy & Lee), miesza się z The Velvet Underground. Jest melodyjnie surowo, chropowato (momentami dochodzi wręcz do drażnienia narządu słuchu). Brzmi tak jak lubię – sucho.
Po rozszerzeniu składu zespół nie wyzionął ducha, jakiego udało się zamknąć w Son of a Gun, Molly’s Lips czy Jesus Wants Me for Sunbeam (czyli w większości nagrań zamieszczonych na płytach z 1987 i 1988 roku), podążył jednak w rejony cięższego, granego z punkową werwą rocka. Kojarzycie Bleach? Debiut Nirvany i wydany kilka miesięcy wcześniej Dum – Dum to ten sam pomysł na granie.
Ponoć kto stoi w miejscu, ten się cofa. W przypadku The Vaselines należy dodać – zmiana miejsca nie oznacza zmiany na lepsze.