XYZ, czyli historia prawdziwa bez pomysłu na bardziej udany tytuł

W pierwszej dekadzie dwudziestego pierwszego wieku nakładem samorządowej instytucji kultury X (nie o nazwy, miejsca i tytuły tu chodzi) ukazała się książka Y. O jej istnieniu dowiedziałem się czytając niedawno książkę Z, której autor korzystał z dzieła Y, co miało swoje odzwierciedlenie zarówno w treści, jak i w przypisach.
Trochę matematycznie wyszło, ale nie o to chodzi – podjęty w książce Y temat bardzo mnie zainteresował, więc postanowiłem sięgnąć do źródła.
Konsultacja w pobliskiej bibliotece automatycznie przeniosła moje działania do Internetu. Na początek obiecujący kontakt za pośrednictwem portalu społecznościowego – nabycie książki jest możliwe, wystarczy się skontaktować ze wskazanym pracownikiem. Tak zrobiłem. Przeczytanie pierwszej emalii zwrotnej sprawiło, że ogarnął mnie stan błogiego przeświadczenia, iż niebawem zatonę w obiekcie mojego pożądania – wystarczyło, że podam swój adres, a publikację otrzymam za darmo! Nie oferują jej w wygórowanej cenie (koszt dużego bochenka razowego chleba to nie majątek), więc zdecydowanie bardziej ucieszył mnie fakt, że samorządowa instytucja kultury X jest żywo zainteresowana zainteresowaniem swoimi wydawnictwami każdego potencjalnego czytelnika, nawet tego z oddalonej kilkaset kilometrów prowincji. Proszę – pomyślałem – oto ludzie z misją!
Kolejna emalia zwrotna nieco zburzyła ów idylliczny obraz – pracownik chce nawiązać kontakt telefoniczny. Hmm…. Dzień czy dwa później zadzwonił i… klops! Wyjaśnienie, że część samorządowej instytucji kultury X, w której jest zatrudniony, nie zajmuje się sprzedażą książek (oni wymieniają się z innymi instytucjami, które też parają się działalnością wydawniczą) rzuciło światło wyjaśnienia na zaczynający kuleć proces pozyskiwania dzieła Y. Gwałtownie irytująco sprawa zaczęła się mienić chwilę później – wyjawił, że nie jest  w stanie mi pomóc, ponieważ sprzedażą zajmuje się inna część samorządowej instytucji kultury X i to z nimi muszę się skontaktować. Czy będą w stanie wysłać, bo jednak mam daleko… Raczej nie, ale najlepiej, żebym dopytał.
I tak sobie pomarnowaliśmy trochę czasu. Do teraz nie mogę rozgryźć, dlaczego ów człowiek od razu nie przekazał sprawy tym, którzy zajmują się sprzedają książek – analiza zawartości ich strony internetowej wskazuje, że nie mają do siebie daleko.

PS Finał? Jakże swojski, łatwy do przewidzenia – obrażony na cały świat książkę odpuściłem.