Katarzyna Osuch: „Jednak śpiewanie – niech gra ktoś inny”

[marzec 2017; zapiskimuzyczne.pl, wpis z 5 kwietnia 2017 roku]

Rozmowa z Katarzyną Osuch, wokalistką grupy CORR z Inowrocławia (corr.com.pl).

***

Kobiety i rock’n’roll nie idą w parze. Rock’n’roll to sprawa typowo męska. To słowa „Grabaża” z grup Pidżama Porno i Strachy Na Lachy. Co ty na to?
Uważam, że nie (śmiech). Zdecydowanie – nie! To jest rodzaj muzyki dla każdego, kto zasmakuje tego rock’n’rolla. I to jest chyba niezależnie od płci.

Zacytowane słowa zaczerpnąłem z tekstu Anny Dziewit-Meller, która na łamach Tygodnika Powszechnego (12 groszy, tylko nie płacz proszę, nr z 26 II 2017 roku, strona 29) wróciła do czasów, kiedy grała w żeńskiej grupie rockowej – mężczyźni z tak zwanej branży traktowali je jak muzyków drugiej kategorii. Spotkałaś się z czymś podobnym?
Nie. Może bardziej byłam traktowana przez grono męskie jak kumpel, niż jako kobieta. To mi bardzo odpowiadało, bo nie byłam faworyzowana, czy traktowana lżej – wymagano ode mnie tyle samo, co od innych. Nie było mi przykro, że nie dostałam od nich kwiatka na Dzień Kobiet (śmiech).

O muzyce w regionie, w którym przyszło mi żyć, rozmawiam od kilku lat, ale ty jesteś pierwszą kobietą, z którą przeprowadzam wywiad. I to nie dlatego, że nie było kobiet, z którymi nie chciałbym porozmawiać. Prawdą jest, że w naszym fyrtlu znaleźć muzykującą kobietę nie jest łatwo, ale namówić którąkolwiek z was na wspomnienia z muzycznej przeszłości, jest jeszcze trudniej. Dlaczego?
Szczerze ci powiem, nie wiem (śmiech). Nie mam pojęcia, dlaczego tak jest, że dziewczyny się boją takich rzeczy. Może to wynika z jakiejś nieśmiałości? A może były na takim etapie w swoim życiu, że jeszcze nie były gotowe? Dla mnie to nigdy nie stanowiło żadnego problemu. Chyba się już z tym urodziłam (śmiech).

ALTERBIBA 2017

AlterBiba 2017 [inicjatywa zespołu CORR, w szczególności Wojtka „Pająka” Krzyżanowskiego] w inowrocławskim Kropa Pub za nami. Może łokciami w tłumie nie trzeba było się rozpychać, a start ileś tam minut po godz. 18:00, kazał spoglądać na zegarek i liczyć, o której się to wszystko skończy, bo w poniedziałek do pracy, ale organizatorzy włosów z głowy rwać nie muszą – wczorajsze spotkanie [5 listopada 2017 roku] z muzyką alternatywną z kujawsko-pomorskiego kawałka Polski należy uznać za udane:
MegaraŻ (Grudziądz). Transowy rock z odpowiednią ilością chłodu i monotonii. Interesujące i wciągające, jednak na dłuższą metę – nużące.
Corr (Inowrocław), pomysłodawcy AlterBiby. Mają rękę do melodyjnego grania. I potrafią nieźle przyłoić – odniosłem wrażenie, że coraz bardziej się „metalizują”.
Ivo Partizan (Mogilno). Obecny od jakiegoś czasu saksofon w składzie, nie zatarł różnic pomiędzy gitarowym Ivo Partizan z Leszkiem Duszyńskim jako wokalistą, a klimatycznym, zimnofalowym Ivo Partizan, najczęściej z Maciejem Adamskim przy mikrofonie. Nigdy nie ukrywałem, że – przyparty do muru – wybrałbym to drugie oblicze Partizana.
AlterBiba 2018?

(śmiech) Na pewno czytałaś rozmowę z Wojtkiem „Pająkiem” Krzyżanowskim, basistą CORR. O wokalistce tej grupy – czyli o tobie – powiedział między innymi: Kasia to znana i utalentowana wokalistka. Że utalentowana, miałem okazję się przekonać słuchając waszych nagrań. Ale że znana?
Też mnie to zdziwiło (śmiech). Zaskoczył mnie trochę.
Może opowiem, jak to wyglądało…

Właśnie, jak wyglądała twoja droga muzyczna, która doprowadziła cię do CORR?
To była długa droga. Muzyka od urodzenia była moją towarzyszką w życiu. Mama wspominała, że gdy jako niemowlę zaczęłam wydawać dźwięki, to były to już dźwięki bardzo melodyjne. Jako dziecko byłam wyciągana na akademie, przedstawienia przedszkolne potem szkolne. I to tak we mnie rosło, aż w końcu poczułam bakcyla do rocka, zakochałam się w gitarach, perkusji, głośnych brzmieniach. Wiedziałam, że ta miłość pozostanie we mnie na zawsze.
Pierwszy zespół, który założyliśmy z moimi znajomymi, to był zespół rockowy. Miało to miejsce w Chełmnie koło Świecia, graliśmy utwory różnych zespołów, wykonawców – między innymi Hey i Edyta Bartosiewicz. To były fajne mieszanki muzyczne. Miałam 15 lat. Ostatnio nawet znalazłam zdjęcie, zupełnie przypadkiem. I dobrze, że zapisałam datę – to był dzień 20 styczeń 1995 roku, klub Przystań. Miło było na siebie spojrzeć po tylu latach, bo ja mam teraz córkę w tym wieku. Pokazałam jej to zdjęcie – kontrast, zupełnie inna osobowość.
Klub Przystań już nie istnieje. W tym miejscu znajduje się teraz Kręgielnia. W Przystani zaczęła się moja przygoda ze sceną, a w tym roku udało mi się tam wrócić – właśnie z CORR zagraliśmy koncert z okazji Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy.
Potem był drugi zespół – punk rockowy, z innymi znajomymi, graliśmy covery, między innymi kapeli Defekt Muzgó.

Hey i Defekt Muzgó to dwa różne światy.
Tak, dwa różne światy. A jednak jakoś udało się to połączyć. Na koncerty przychodziło bardzo dużo ludzi ze szkoły. Nie, że się cieszyłam, że człowiek był chwalony w szkole, że się miało większe uznanie, ale… Jak by to powiedzieć? Nigdy nie lubiłam się chwalić tym, co robię, ale… cieszyło mnie… o, że robię coś dobrego, fajnego dla swoich rówieśników.

To były pierwsze zespoły?
To były dwa pierwsze zespoły, w Chełmnie. Potem – niestety – miałam takie troszeczkę przewrotne życie… łączyło się to z wieloma zmianami miejsc zamieszkania. Sytuacje rodzinne oraz sytuacja zawodowa taty przyczyniały się do częstych zmian miejsc zamieszkania. Zanim zamieszkałam w Chełmnie, mieszkałam na Podlasiu. Przesiąknęłam klimatami wschodnimi – ta część Polski zawsze była, jest i będzie w moim sercu. Jako kilkuletnia dziewczynka – na prośbę rodziny – śpiewałam piosenki, między innymi Katiusza i Kalinka, a tata grał na akordeonie. Wschodnie klimaty muzyczne też są bliskie mojemu sercu – chóry prawosławne i w ogóle przyśpiewki z tamtych stron to jest mój konik. Do dziś mam gęsią skórkę jak słyszę to piękne zawodzenie.
Co jeszcze było? Muszę pomyśleć, gdzie ja się przeprowadziłam… Z Chełmna przeprowadziłam się do Inowrocławia i zaznajomiłam się z miejscem Remiza. To był klub muzyczny umiejscowiony w budynku teatru, którego właścicielem był Remi Juśkiewicz. To było takie przejście z Chełmna do Inowrocławia. Z Chełmna miałam fajnego znajomego, Kubę Henke. Zaproponował mi, żebyśmy zagrali koncert: Jak jesteś w Inowrocławiu, chodź zagramy jakiś koncert. Trochę coverów jazzowych, trochę rockowych pomieszamy i zagramy w Remizie. I tak zaczęła się moja przygoda w Remizie. Po koncercie Remi zaproponował mi wspólne granie w swoim klubie i tak doszło do częstych, weekendowych koncertów. Graliśmy covery Janis Joplin, The Doors, Patsy Cline, Bob Marley – takie fajne starocie w swoich aranżacjach. To się ludziom podobało, bo była muzyka na żywo (śmiech).

Janis Joplin i The Doors, a wcześniej Defekt Muzgó i chóry prawosławne…
Tak, wszystko (śmiech).

Teraz CORR, który też miesza style.
Tak, mieszamy style.
A jeszcze poprzednio, zanim był CORR – był zespół z Gniezna. Muzykowaliśmy razem około 5 lat, z przerwą – wyszły różne sytuacje zdrowotne, potem rodzinne. To był zespół .eXe. . Zaczęliśmy pokazywać się na festiwalach, różnych konkursach. W 2009 wygraliśmy Festiwal Muzyczny Rockowe Ogródki w Płocku, a w 2012 dostaliśmy tam wyróżnienie od publiczności. Graliśmy w Krakowie, w Częstochowie. To się fajnie kręciło – gdzie się nie pojawiliśmy, był pozytywny odbiór. To wciąga (śmiech).

Zawsze udawało ci się godzić muzykowanie z życiem prywatnym?
Chciałam bardzo. Praktycznie co weekend w jakimś wybranym dniu byłam na próbach w Gnieźnie. Jeden dzień – wiadomo – w domu, dla córki. No i praca (śmiech). Córka – Karola – jak była młodsza, to towarzyszyła mi na próbach. Teraz jest starsza i nie za bardzo interesuje się tym, co robię (śmiech) – ma swoje ścieżki.

Niektórzy twierdzą, że kobieta nadaje się do garów, a nie do realizowania swoich pasji (śmiech).
Ci, co tak twierdzą grubo się mylą (śmiech).
Gotować też lubię, ale nie przeszkadza mi to w realizowaniu siebie i zajmowaniu się muzykowaniem.

Jak doszło do współpracy z zespołem CORR?
Po tym zespole z Gniezna miałam troszeczkę przerwy. Dla mnie zespół jest jak rodzina i tak jak w związku – po rozstaniu musiałam odczekać, aż wejdę jakby w „nowy związek muzyczny”. Wydaje mi się, że dobrze, że taka przerwa miała miejsce, bo mogłam się pozbierać i się zastanowić – między swoimi obowiązkami – co chcę robić. Ale brakowało mi tego bardzo… Stwierdziłam, że jak się uda znaleźć coś fajnego, spotkać fajnych ludzi, to dlaczego nie? Pewnego wieczoru napisała do mnie Agnieszka Hejenkowska, z propozycją zaśpiewania z chłopakami z obecnego CORR, wtedy nie było jeszcze nazwy. Pomyślałam: Jak nic to nic, ale jak ruszyło – to wszystko naraz (śmiech). Z jednej strony mnie to ucieszyło, z drugiej zaś musiałam dokonać wyboru. A w tym czasie mi się tego wszystkiego nazbierało. Udzielałam się w zespole z Kruszwicy – Splin, spróbowałam swoich sił w chórze w Markowicach.
Chór to też było fajne doświadczenie. Wcześniej poszłam na przesłuchanie, które prowadził Marcin Steczkowski – poszukiwał osób śpiewających. Szczerze, to poszłam tam z ciekawości, żeby się sprawdzić. Pan Marcin postawił diagnozę: Sopran liryczny – zabrzmiało poważnie (śmiech). Tak zaczęła się moja przygoda z tym chórem. A w międzyczasie trafiła się jeszcze współpraca z jednym z zespołów weselnych.
Ale wracając do tematu, bo jak zwykle zakręciłam w inną drogę:
Agnieszka Hejenkowska napisała mi, że Wojtek Krzyżanowski poszukuje kogoś do śpiewania: Bardzo chętnie. Wyczułam obawy z ich strony, że mają mało doświadczenia, wiele lat nie grali. Szczerze, oni o tym nie wiedzą, ale ja też miałam obawy – pewnie teraz o tym się dowiedzą (śmiech). Fakt faktem, z poprzednim zespołem doszło do fajnych koncertów, konkursów, festiwali, poznało się fajnych ludzi na koncertach, bo się suporty grało, na przykład przed TSA… no, Stachursky raz nam się trafił. Ale to był rozdział zamknięty. W dalszą drogę zabrałam wspomnienia, doświadczenie i wnioski na przyszłość. Pojechałam więc na próbę do Wojtka, w składzie był jego brat i Krzysztof Ignaczak. Jak zagrali takiego fajnego, starego, brudnego rock’n’rolla, punk rocka, mówię:  O, Jezu kochany, to jest chyba to. Po prostu poczułam taki love do tego, już miałam tekst w głowie, który trzymałam w szufladzie na jakąś tam okazję… (Do dziś wykorzystuję w utworach teksty, które przeczekały, aby zaistnieć, w tym właśnie w CORR (śmiech) ). I tak powstał nasz pierwszy numer – Tańcz. Do dziś jak śpiewam ten utwór mam ciarki, bo to pierwsze nasze dziecko w CORR (śmiech). Zrezygnowałam z innych projektów.

Przyznaję, że twoich tekstów nie analizowałem szczegółowo, ale z tego, co usłyszałem wnioskuję, że jesteś osobą doświadczoną przez życie.
Myślę, że tak. Wiek swoje robi (śmiech). Piszę o tym, co mi się w życiu przytrafiło. To gdzieś tam z siebie wyrzucam – pomaga o tym myśleć bardziej pozytywnie. O czym ja mogłabym pisać, jakbym niczego nie przeżyła? (śmiech)

Ludzie różnie piszą (śmiech).
U mnie tekst nie może być banalny, musi mieć jasny przekaz.

CORR I CELA NR 3 NA SOLI

Corr z Inowrocławia i bardziej znana Cela Nr 3 z Grudziądza na zakończenie pierwsze dnia 13. Zlotu Motocyklowego Na soli (Inowrocław, 30 czerwca). Tam warto było być – niech żałują ci, którzy przestraszyli się ołowianych chmur i zimna.
Różne podejście do grania. Gwiazda wieczoru – jednorodna stylistycznie, klasycznie punk rockowa z zestawem utworów, których nie mogło zabraknąć i kilkoma bisami. Corr – gar, w którym przegryzają się style. Yoga – gitara, Pająk – bas, Kasia – wokal, Ignatz – perkusja, Kuba – gitara. W pierwszej części zagrali szybko i ciężko, w drugiej natomiast bardziej klimatycznie, zimno-falowo i… bardzo przebojowo – utwór, w którym pojawił się taki oto fragment tekstu: Czy kochasz swój kraj (Kasia Osuch zażartowała: Mamy hicior). Na bis niespodzianka – Wild Thing.

Zdarzyło ci się być nie tylko wokalistką?
W zespole – żadnym. Kiedyś zaczęłam chodzić do szkoły muzycznej – pianino. Mówiłam już, że tata grał na akordeonie. Jako dziecko, pamiętam, akordeon był większy ode mnie, a ja na kanapę i go mordowałam. Jednak śpiewanie – niech gra ktoś inny (śmiech).

Lubię zabawę w muzyczne skojarzenia. Początkowo twój wokal kojarzył mi się tylko z Anją Ortodox, teraz – z polskimi wokalistkami z lat osiemdziesiątych.
Może gdzieś to tam zostało. Urodziłam się w 1979 roku – moje starsze siostry słuchały różnej muzyki, więc może siedzi to w świadomości. Ale pamiętam Korę i Maanam, zespół Banda i Wanda. Pamiętam też Stevie Wondera, Madonnę, Kim Wilde i takie tam inne. Potem muzyka, której słuchali rówieśnicy.

Ten swój wokal ćwiczyłaś?
Tak od dziecka śpiewałam. Niektórzy mi mówią, że mam już coś, czego się ludzie uczą. Nie mi to oceniać. Zawsze potrzebowałam, żeby ktoś mi powiedział, co mam robić, jak mam robić, żeby to było jeszcze bardziej wydajne – w życiu kilka takich lekcji wzięłam.

Przyszłość muzyczna Katarzyny Osuch?
Nie wiem, nie myślę o tym. Mam wizję, chciałabym to jeszcze poczuć na własnej skórze…

Co byś chciała poczuć?
Chciałabym poczuć taką energię, duży „power”. Dużą publiczność – nie, żeby mnie tam zaraz kochali, ale żeby tę energię dzielić właśnie z taką dużą liczbą osób. Widzę tych ludzi pod sceną (śmiech). Może mi się uda tę wizję zrealizować.

Nie dają mi spokoju te chóry prawosławne – wróćmy do tego tematu.
Tak jam mówiłam wcześniej, troszeczkę miejsc zamieszkania miałam w życiu. Urodziłam się na Warmii, ale po roku czasu – mój tata był leśniczym – przeprowadziliśmy się na Podlasie. Byliśmy jedną rodziną katolicką na całą wieś, gdzie mieszkali sami prawosławni. I pamiętam te chóry, jak te kobitki śpiewały sobie pod jakąś tam jabłonią albo babuszki gdzieś tam skubały gęsi i śpiewały z tym pięknym zaciąganiem (śmiech). Lubię coś takiego. Uczestniczyłam w mszach w cerkwi, w uroczystościach związanych ze świętami prawosławnymi. Śpiew chóru cerkiewnego ma jakąś magię. Chciałabym to kiedyś wkomponować w utwory CORR. Zobaczymy, może się uda.

A muzyka ludowa Kujaw cię nie zauroczyła?
Lubię jeszcze muzykę góralską, a kujawską – jakoś tak nie (śmiech).
Kocham Podlasie, sercem jestem zawsze na Podlasiu i z chęcią wracam tam co rok. Tam mój tata jest pochowany, tam mam jeszcze znajomych ze szkolnych lat, do dziś utrzymujemy kontakt.