Leszek Duszyński: „Teraz jest nowy wiatr”

[październik 2016; zapiskimuzyczne.pl, wpis z 1 listopada 2016 roku]

Rozmowa z Leszkiem Duszyńskim – członkiem zespołu Ivo Partizan (wokal i gitara plus harmonijka klawiszowa w utworze Mengele), burmistrzem Mogilna.

***

Kiedy Leszek Duszyński uświadomił sobie, że muzyka rockowa to coś więcej niż tylko rozrywkowy dodatek do życia?
To było na początku lat osiemdziesiątych. W kraju powstała Solidarność. Wszystko zaczęło się na nowo organizować – ludzie uwierzyli, że można zmienić ten „syf”. Również wtedy nastąpił olbrzymi wysyp zespołów rockowych, w szeroko pojętym tego słowa znaczeniu. Słuchało się przeróżnej muzyki, ale tak naprawdę największe wrażenie wywarła na mnie muzyka punkowa i zimnofalowa, taka alternatywna muzyka.
Z Darkiem Rucińskim, Sławkiem Rucińskim i Mariuszem Twarużkiem też spróbowaliśmy swoich sił w graniu. To był trzon przyszłego Ivo Partizan.

Pojawił się zespół Kabaret.
Kabaret to była muzyka zimnofalowa. Wzorowaliśmy się przede wszystkim na Joy Division.
Oprócz tego w mojej podróży muzycznej zawsze towarzyszyła mi literatura. Spotykaliśmy się, rozmawialiśmy o muzyce, literaturze, sytuacji w kraju. Pisaliśmy wiersze, nosiliśmy długie pokrowce. Wkrótce spotkaliśmy drugą ekipę – Ryszarda Kiercza pseudonim „Siwy”, Macieja Adamskiego pseudonim „Mec”, czy Marka Holaka pseudonim „Wiarus”. Było nas coraz więcej i więcej. To oni założyli grupę Porcelanowy Człowiek a później Bunkier. W połowie lat osiemdziesiątych w Mogilnie aktywnych było kilka zespołów. Stąd częste „przepływy” kadrowe z jednego zespołu do drugiego.

W pewnym momencie Sławek Ruciński znalazł wspólny język z Maciejem Adamskim i odszedł z Kabaretu.
Dokładnie. Jestem trochę kronikarzem zespołu. W domu mam plakat zrobiony ręcznie przez Sławka Rucińskiego, który informował, że w Harcówce (Młodzieżowy Dom Kultury) zagrają dwa mogileńskie zespoły: Kabaret i Bunkier. Bunkier grał już wtedy bez Macieja Adamskiego. To było 2 marca 1985 roku. Tak więc informacje mówiące o tym, że Ivo Partizan powstał w 1984 roku są nieprawdziwe. Ivo Partizan powstał tuż po tym koncercie. Maciej Adamski był tam jako widz – zaproponował Sławkowi i Mariuszowi przejście do nowo utworzonego przez niego zespołu, który miał się nazywać Ivo Partizan. Oczywiście nie miałem o to żadnych pretensji. Szybko czas pokazał, że było to rozsądne posunięcie.
Maciej miał pomysł na pierwszy etap działalności Ivo Partizan, który przypadł na lata osiemdziesiąte. Chłopaki wysłali kasetę do Jarocina i się zakwalifikowali. Maciej wówczas powiedział, że w Jarocinie nie będzie jednocześnie śpiewał i grał na gitarze basowej. Uznał, że jest to dość trudne. Teraz doskonale o tym wiem. Padła więc propozycja, bym to ja zagrał z nimi koncert. Zaczęły się próby w nieistniejącym już starym amfiteatrze w parku – w korytarzu – ponieważ raptem okazało się, że nie ma dla nas miejsca w Młodzieżowym Domu Kultury. Ale historia Ivo Partizan jest znana. Przede wszystkim Maciej był tą wiodącą postacią. Mocno wspierał go Sławek Ruciński.

W tej historii pojawia się wątek Dziennika basisty, który napisałeś w latach 1985-1986. To bardzo interesujący przyczynek do dziejów zespołu.
(śmiech) Inaczej bym to teraz napisał.

Ten tekst został opublikowany w 2005 roku na łamach tygodnika Pałuki i Ziemia Mogileńska, a w ubiegłym roku także w czwartym tomie książki Grunt to bunt. Rozmowy o Jarocinie Grzegorza K. Witkowskiego.
Mnie przekonał autor tej pozycji. Mówię: No, gdzie… to były zapiski takiego naprawdę szczeniaka, który miał wtedy osiemnaście lat. To tak samo jak z pracą magisterską – gdy ją po latach czytasz, to zupełnie inaczej byś ją teraz napisał. Ale Grzegorz Witkowski mnie przekonał i jest to w tej książce.

Opisałeś udział Ivo Partizan w festiwalach Jarocin 1985 i Jarocin 1986. Dlaczego tylko ten fragment waszej działalności?
Właśnie nie wiem dlaczego. Czy to była potrzeba chwili? Bo dla mnie granie na festiwalu w Jarocinie było spełnieniem marzeń. W tamtych czasach festiwal w Jarocinie miał swoją estymę – każdy chciał tam grać. I może dlatego było to ważne dla mnie wydarzenie. Stąd ten tak zwany „Pamiętnik basisty”.
Dobrze się czułem w tym zespole, aczkolwiek pod koniec funkcjonowania Ivo Partizan zaczęły się pewne tarcia. Każdy był już na tyle dojrzały, że miał swoją wizję w jakim kierunku powinien podążać zespół. A w grudniu 1989 roku, dokładnie szesnastego – tę datę pamiętam doskonale – w mieszkaniu u „Siwego” dokonaliśmy podziału majątku zespołu. To był koniec zespołu.

W 1989 roku? A nie rok wcześniej?
Wydaje mi się, że w 1989 roku… muszę to sprawdzić. Mam jeszcze gdzieś tę umowę spisaną odręcznie na kartce od zeszytu (rok 1988 – przyp. erbe).
Później zaczęły się sprawy egzystencjonalne…

Zatrzymajmy się jeszcze przy Ivo Partizan. Sławek Ruciński muzykę zespołu podzielił na trzy etapy: rok 1985, rok 1986 i tak zwany etap kaliski, czyli rok 1987. Jak ty to widzisz?
Nam zabrakło pewnej konsekwencji, ponieważ jeżeli wylansował nas Jarocin 1985 roku, to powinniśmy bazować na tych utworach. Oczywiście robić nowe, bo były pomysły. My natomiast… nie wiem… Maciej wówczas zadecydował, że utworu Mengele nie będziemy już grać. Tylko dwa razy ten utwór zagraliśmy – pierwszy raz na festiwalu w Jarocinie i na koncercie Poza kontrolą w Warszawie. Te koncerty odbyły się w 1985 roku. Utwór Mengele był naszym znakiem rozpoznawczym, choć wtedy rzeczywiście dotknęła nas olbrzymia fala krytyki. Być może właśnie tym kierował się Maciej, by nie być postrzeganym jako zespół jednego utworu. Zaczęliśmy szukać, co koncert to był praktycznie inny repertuar. Nie było promocji tych utworów. To upadło i dlatego – po części – zgadzam się ze Sławkiem Rucińskim, że było kilka etapów. Rok 1985 – sukces, raptem rok później zmieniamy praktycznie o sto procent naszą muzykę, są poszukiwania, które – z perspektywy czasu – nie przyniosły pożądanego rezultatu.

Kilka lat temu ktoś w mojej obecności puścił pewne nagranie – gitara akustyczna i wokal – a ja: Znam ten głos. Ów młody człowiek znalazł ten utwór w Internecie. To byłeś ty. Po Ivo Partizan muzyka w twoim życiu ciągle była obecna?
Tak jak mówiłem, na pierwszy plan wyszły sprawy egzystencjonalne, po studiach – normalna rzecz – praca, rodzina. My tak naprawdę przestaliśmy się spotykać. Tylko z Maciejem utrzymywałem kontakty, bo mieszkał – i mieszka do tej pory – w Mogilnie.
Po jakimś czasie postanowiłem powrócić do muzyki. Kupiłem gitarę elektroakustyczną, zacząłem grać cudze kawałki. Aż któregoś dnia stwierdziłem, że mogę przecież tworzyć swoje: Mam pełną głowę pomysłów. I tak się zaczęło. Tych utworów skomponowałem – plus swoje teksty prawie osiemdziesiąt. Jedne są lepsze, drugie gorsze (śmiech). Pojechałem kiedyś nagrać je do studia, do Bydgoszczy, aby mieć jakąś bazę. Widocznie stamtąd pochodzi ten utwór, który słyszałeś.
I znowu było mi czegoś za mało. Chciałem usłyszeć te utwory w innej, bogatszej aranżacji – druga gitara, sekcja rytmiczna. Spotkałem się kiedyś z Maciejem i mówię: Wiesz co „Mec”, chciałbym spróbować swych sił w rozszerzonej formule muzycznej. On na to: Zadzwoń do „Rutka” – „Rutek” ci pomoże. Wziąłem więc telefon do ręki i zadzwoniłem. Sławkowi Rucińskiemu przesłałem dwie nagrane przeze mnie płyty. On później odpisał: Świetne. Teksty są fajne. Przyjeżdżaj – zrobimy coś. I tak na nowo zaczęła się nasza przygoda. Nie myśleliśmy wtedy o Ivo Partizan, że jeszcze kiedyś spotkamy w starym składzie, i że to przybierze takie rozmiary.

W 2014 roku, kiedy graliście pod szyldem RiD, rozmawialiśmy o tym zespole i o Ivo Partizan. Powiedziałeś wówczas, że nie jesteś zainteresowany graniem jako Ivo Partizan. Minęło kilka miesięcy i stało się to, do czego – tak na marginesie – wówczas was gorąco zachęcałem, czyli reaktywowaliście Ivo Partizan. Dlaczego zmieniłeś zdanie?
(śmiech) Czysty przypadek, aczkolwiek po przeanalizowaniu tego wszystkiego stwierdziliśmy, że musimy wrócić do grania jako Ivo Partizan. My naprawdę byliśmy pryncypialni w tym, co robiliśmy. Przypomnę jeden fakt. Kiedy w 1985 roku w Jarocinie publiczność głosowała na zespoły tam grające, to my, chłopaki z Ivo Partizan, na siebie nie głosowaliśmy. Uważaliśmy, że tak nie wypada. Dziwne podejście, ale tacy byliśmy.
Kiedy rozmawiałem z tobą po naszej reaktywacji muzycznej, to stwierdziłem, że nie będziemy grać jako Ivo Partizan, dlatego że byłoby to nie fair wobec Macieja Adamskiego, którego z nami nie było. Ale kiedy po kilku miesiącach zadzwonił do mnie Sławek i powiedział, że w Spichlerzu Polskiego Rocka w Jarocinie chcieliby nas zobaczyć, ale jako Ivo Partizan, pomyślałem: Rzeczywiście, obecna scena muzyczna, to jest ściana nie do przejścia dla nowych zespołów.
Żeby była sprawa jasna – nie mam zamiaru robić żadnej kariery muzycznej. Chciałem tylko na nowo stanąć na scenie i grać. Nam to się udaje, na siłę tego nie robimy. Doskonale wiesz, ile to kosztuje – sprzęt, wynajmować salę czy też jeździć na koncerty, które nie pokrywają poniesionych kosztów. Ale nas to na razie jeszcze cieszy i bawi.
Uważałem, że to jest nie w porządku wobec Macieja, ale kiedy dotarła do nas informacja z Jarocina, bez wahania powiedziałem: Okej, spotkam się z Maciejem i zaproponuję mu, by do nas dołączył. Na początku Maciej nie był przygotowany. W ogóle uważał, że niektóre teksty są zarezerwowane dla mnie. Nie wiem dlaczego, w końcu Maciej ma zdecydowanie lepszy głos, ale jest leniem i nie chce uczyć się tekstów (śmiech). Ale pomału, pomału, pomału… coraz więcej śpiewa.
Cieszę się bardzo, że mój powrót do muzyki spowodował, że na nowo się spotykamy. I że mam duży wkład w drugi etap działalności Ivo Partizan.

Dodajmy – coraz bardziej owocny.
Są różne chwile. Lubię pisać daty, kiedy tworzę jakiś tekst czy utwór. To pokazuje etapy rozwoju, kiedy byłeś płodny twórczo, a kiedy nie. Nieraz są takie okresy, że nic nie napiszesz. Ale nic na siłę. Po festiwalu Rock Na Bagnie musiałem się zresetować. Nie było żadnych prób – nie dążyłem do tego – musiałem troszeczkę odpocząć, przemyśleć na nowo pewne kwestie. Teraz jest „nowy wiatr”.

Niedawno ukazała się płyta z zapisem waszego koncertu na tym festiwalu. Kilka miesięcy temu własnym sumptem wydaliście album studyjny pod tytułem Zabij Ten Czas. Materiał – świetny, gorzej w kwestii wydawniczej. Znacznie bardziej przyłożyliście się do Edycji Limitowanej RiD. Co spowodowało, że płyta Ivo Partizan ukazała się w tak ubogiej wersji?
To pytanie do Darka Rucińskiego, który pomaga nam w sprawach organizacyjnych i zaangażował się w ten projekt.
Na początku mieliśmy informację, że jakaś wytwórnia jest zainteresowana wydaniem płyty. Okazało się, że nic z tego nie wyszło. Jadąc na festiwal Rock Na Bagnie chcieliśmy mieć nagrany materiał, by pozostawić po sobie coś trwałego. Stąd taka decyzja. Wydaliśmy własnym sumptem sto płyt. Ważne, że utwory są zarejestrowane. Można zawsze do nich wrócić i profesjonalnie wydać płytę.
Jestem zwolennikiem, by nagrać jak najwięcej utworów. Mamy ich dużo. Nieraz wydaje się, że one są jednak słabe, nie nadają się do grania na koncertach, ale po jakimś czasie stwierdzasz, że są okej.
Faktem jest, że głównym sponsorem tych nagrań byłem ja – na razie jestem jeszcze do tyłu (śmiech). Ale to jest hobby, a hobby kosztuje.

IVO PARTIZAN W JAROCIŃSKIM SPICHLERZU POLSKIEGO ROCKA (30.05.2015)

Spichlerz Polskiego Rocka w Jarocinie, sobota, 30 maja 2015 roku, godzina 19 z minutami. W roli głównej: Ivo Partizan, świętujące swoje lecie – wiosną minęło 30 lat od powstania zespołu, a latem minie 30 lat od ich sukcesu na Jarocin ’85.
Na początek spotkanie z zespołem. Rozmowę prowadziła związana ze Spichlerzem, sympatyczna i oddana temu, co robi Julia Rzepka. Był czas na przypomnienie krótkiego żywota Ivo Partizan i wspomnienia z tym związane. U Sławomira Rucińskiego i Leszka Duszyńskiego (jedyni obecni na sali muzycy, którzy byli członkami grupy w latach osiemdziesiątych) widoczne i słyszalne wzruszenie. Sławomir Ruciński: To, że możemy tu wrócić, to naprawdę dla nas wielki sukces wewnętrzny, ale też – tak jak powiedziałem – wzruszenie i… To naprawdę coś fajnego. Warto było zagrać te tylko 13 koncertów, warto było zagrać w ’85 roku, żeby teraz, po trzydziestu latach, mając ileś lat (śmiech), móc na nowo to samo przeżywać i… Człowiek w pewnym wieku znów się staje dzieckiem, powraca – my teraz też wracamy, jesteśmy dziećmi na nowo. Był moment, że rodziny, praca, dzieci pojawiały się – teraz możemy sobie pozwolić na to, że znowu powracamy do tego czasu, kiedy ja miałem 17 lat.
Były rozmowy o przyszłości grupy (Uwaga! Być może zagrają na jarocińskim Festiwalu w przyszłym roku). Nie zabrakło też urodzinowego tortu ze znanym rysunkiem przedstawiającym muzyków – całość nawiązywała do logo Jarocina. Muzycy natomiast przygotowali inną niespodziankę – do zbiorów Spichlerza przekazali kopię pewnego, ważnego dla Ivo Partizan rysunku. Leszek Duszyński: To jest rysunek, który nam towarzyszył w ’85 roku. To narysował Kain May, artysta, który był związany z Kosmetyki Mrs. Pinki. Podpisaliśmy się – wszyscy członkowie, którzy na przestrzeni tych lat grali. Sławek Ruciński: Kain powiedział, że tak widzi naszą muzykę. To był ’85 rok – słuchał, po koncercie przyszedł. Ten rysunek był na szarym papierze – na dużym kartonie szarego papieru.
Część druga to koncert. Zaczęło się od puszczonej z taśmy bałkańskiej pieśni o Ivo Loli (dla niewtajemniczonych: od tego człowieka wzięła się nazwa grupy). Na początek Mengele! Jeszcze tajemnicą było, że na instrumencie klawiszowym gra Leszek Duszyński, ponieważ Ivo Partizan rozpoczęli koncert schowani za… folią. Mengele plus rozmyte sylwetki muzyków – to robiło wrażenie. 
Po tej pieśni przyszedł czas na Zabij ten czas, a później Leszek Duszyński chwycił gitarę i pojawiło się Ivo Partizan bardziej hałaśliwe, bardziej punkowe, w wydaniu znanym chociażby z ubiegłorocznej EPki grupy RiD (od niedawna RiD to właśnie Ivo Partizan). Zagrali między innymi: Ciągle czekam, Żaba, Kobieta Żul, Ezoteryczna, Komisariat policji i Wiersz dla nieznajomego przyjaciela napisany. Na bis ponownie Mengele i Zabij ten czas, a ja po raz kolejny na własnej skórze poczułem to, o czym mówił Stanisław Holak, wspominając koncert Ivo Partizan na Jarocin ’85 (rozmowa ukazała się w pierwszym tomie książki Grunt to bunt. Rozmowy o Jarocinie) – w Spichlerzu też zapadł zmierzch, a ich muzyka zadziałała fantastycznie…
Ivo Partizan zagrali w składzie: Leszek Duszyński – śpiew, gitara i klawisze, Sławomir Ruciński – gitara, Karol Walkowski – bas i śpiew, Arkadiusz Kubiak – perkusja.

W 2014 roku rozmawialiśmy też na temat waszego wspólnego grania z Maciejem Adamskim. Powiedziałeś, że stwierdził on, iż nie będzie śpiewał twoich tekstów, ponieważ ich „nie czuje”…
Na całe szczęście zaśpiewał. Wyraz twarzy to mój tekst.

…ty z kolei śpiewasz Mengele czy Zabij ten czas. Miałeś jakieś opory?
Gdy jechaliśmy rok temu na koncert do Jarocina, nie wiedzieliśmy, czy Maciej będzie z nami śpiewał. Natomiast, kiedy graliśmy w Gnieźnie przebywał wtedy w szpitalu. Ale później zaczął przychodzić na próby.
Nie chciałem, żeby to był taki jednoznaczny podział, że stare Ivo to jest Maciej Adamski, a nowe Ivo jest bez niego. Dlatego jest takie mieszanie wokalem. Maciej śpiewa część utworów, a nowe tworzę pod jego kątem. On nie lubi, kiedy jest dużo tekstu, więc muszę pewne rzeczy korygować. Zresztą po czasie stwierdzam, że to jest bardziej przyswajalne dla ucha jeżeli jest mniej tekstu.

W swoich tekstach poruszasz kwestie istotne. Na przykład Kobieta żul.
To była autentyczna kobieta, którą spotykałem na ulicy – zaczepiała przechodniów, nieraz załatwiała swoje potrzeby fizjologiczne na przystanku autobusowym. Uważam, że to jeden z lepszych utworów. Wiadomo, dużo wniósł też Sławek. On zawsze mi mówi, że jeżeli mam jakiś pomysł na utwór, to jemu pierwszemu wysłać – nałoży wówczas gitarę, a później można z tym iść do sekcji rytmicznej. Chyba ma rację, wtedy utwory muzycznie „się kleją”.

Tekst utworu Żaba z Edycji Limitowanej RiD: przemoc domowa.
To, czego my nieraz nie dostrzegamy, to co się dzieje za ścianą.

W Kobiecie ezoterycznej jest fragment o Święcie Niepodległości. Niestety, wielu z nas 11 Listopada kojarzy się z faszystami, burdami na ulicach. Czy jako autorowi tekstów zdarzyło ci się, że miałeś wątpliwości, iż jako burmistrz – bo taką pracę wykonujesz – niektórych kwestii nie powinieneś poruszać w swoich utworach?
Burmistrzem się bywa. To po pierwsze. I chyba nikt jeszcze nie zabronił, by burmistrz nie mógł śpiewać i grać.
Ten utwór powstał trzy lata temu, kiedy jeszcze nie było tego takiego mocnego przechyłu w prawą stronę. Uważam, że sytuacja w Polsce idzie w złym kierunku. Jest coraz większy przejaw nietolerancji, agresji. Już wtedy uważałem, że coś się dzieje niedobrego. Niedawno pokazałem chłopakom nowy utwór – Boję się. Jest jeszcze mocniejszy tekst niż w Kobiecie ezoterycznej.
Oczywiście chcemy być apolityczni jako zespół, natomiast na pewno będziemy antyfaszystowską kapelą.

Burmistrzem Mogilna jesteś już – jeżeli dobrze policzyłem – trzecią kadencję. Aktywność samorządową od polityki dzieli mały krok. Czy trudno jest pogodzić żywioł polityki z żywiołem rocka alternatywnego?
Bardzo trudno. Kiedy zachorował „Sernik” chcieliśmy coś dla niego zrobić, żeby mu pomóc. Wpadliśmy wówczas na pomysł koncertu charytatywnego. Pieniądze uzyskane ze sprzedaży biletów i przeprowadzonej kwesty miały w całości być przeznaczona na leczenie Mariusza. Miałem jednak obawy, jak mogileńska publika mnie przyjmie, czy zrozumie i zaakceptuje to co robię. Formuła koncertu była otwarta, a przekrój wiekowy dość spory. Aby rozwiać ewentualne obawy publiczności przed koncertem wyszedłem na scenę i w kilku słowach wyjaśniłem o co nam chodzi i dlaczego to robimy. Muzyka łączy pokolenia. Zostaliśmy życzliwie przyjęci.
Nie mam zamiaru robić żadnej kariery politycznej. Mnie to nie interesuje. Bardziej staram się być samorządowcem, a ludzie co cztery lata oceniają, czy nadaję się na to stanowisko, czy też nie. Nie jestem „przywiązany” do stołka.

Mogilno jest fenomenem na mapie miast prowincjonalnych. Nasycenie tego miasta muzyką około-rockową trzeba mierzyć miarą miast nieprowincjonalnych. Twoim zdaniem – skąd to się bierze?
Nie mam pojęcia skąd to się bierze. Być może z tradycji, z tego, że w latach osiemdziesiątych kilku zespołom udało się wyjść poza ramy lokalnej sceny muzycznej. Mam tu na myśli takie zespoły jak Ivo Partizan czy też Malarze i Żołnierze. Nie można także zapomnieć o takich zespołach jak Bunkier, czy Herberga. Później te tradycje kontynuowały młode zespoły, na przykład Kumka Olik, Living on Venus, Pelvis, Lilly Hates Roses. Dobry warsztat muzyczny – na wysokim poziomie – prezentuje Maciej Krystkowiak.

Z zupełnie innych rejonów muzycznych – Dixie Team.
Dokładnie.

Jako władza samorządowa wspieracie mogileńską scenę muzyczną.
Po pierwszych wyborach samorządowych, dziesięć lat temu, przyszli do mnie pozytywnie nakręceni ludzie z koncepcją ratowania budynku byłego magazynu zbożowego. Mieli pomysł, by właśnie tam odbywały się przeróżne wydarzenia artystyczne. Budynek byłego magazynu zbożowego miał stać się miejscem niezależnej kultury. Według założeń miały odbywać się tam imprezy plastyczne, teatralne, liczne happeningi. Po jego obejrzeniu od razu złożyłem deklarację pomocy. Jednocześnie zaproponowałem, by w magazynie odbywały się także cykliczne koncerty muzyczne. Nazwałem je Muzyką Pozaradiową. W magazynie miała grać muzyka, której nie można było na co dzień usłyszeć w komercyjnych stacjach radiowych. Ten pomysł, by budynek byłego magazynu zbożowego stał się miejscem niezależnej kultury, powiódł się. Przez kilka lat odbywały się tam przeróżne imprezy artystyczne, a o Mogilnie było głośno w całej Polsce.

Z przykrością muszę stwierdzić, że na koncerty do Magazynu Zbożowego GS – bo taką nazwę przyjęło to miejsce – zacząłem chodzić od koncertu zespołu Pustki, który okazał się… ostatnim koncertem przed unieruchomieniem Magazynu.
Podejmujesz działania, mające na celu uratowanie tego obiektu. Na sesji Rady Miejskiej w Mogilnie uchwała o kupnie działki z budynkiem jednak przepadła. Jaka jest teraz alternatywa dla alternatywy mogileńskiej?
Z podjęciem decyzji co do dalszego losu nieczynnego magazynu zbożowego nie można było już dłużej czekać. By pozyskać na ten cel unijne środki należy opracować program rewitalizacji. A to wymaga czasu. Znane są już terminy konkursów. Poza tym ten obiekt z roku na rok niszczeje i grozi mu rozbiórka. Stąd na ostatniej sesji Rady Miejskiej w Mogilnie przedłożyłem projekt uchwały o jego kupnie przez gminę. Niestety, radni ten pomysł odrzucili. To wielki błąd. Radni kompletnie nie zrozumieli idei niezależnej kultury i potrzeb młodzieży. Trudno w tej chwili wskazać alternatywne rozwiązanie. Trzeba to jeszcze raz na spokojnie przemyśleć.