Maciej „Mec” Adamski: „Będziemy eksperymentować”

[maj 2018; zapiskimuzyczne.pl, wpis z maja 2018 roku]

Rozmowa z Maciejem „Mecem” Adamskim, wokalistą Ivo Partizan.

***

Dlaczego do reaktywowanego w 2015 roku Ivo Partizan dołączyłeś dopiero po kilku miesiącach?
Trzydzieści lat temu skończył się pewien etap, zawiesiliśmy działalność (czego nie żałuję, bo był to odpowiedni moment), ze sceny zeszliśmy z podniesionym czołem i nie wierzyłem, że kiedykolwiek wrócę.
Reaktywowanie Ivo Partizan to głównie zasługa Leszka Duszyńskiego, który cały czas miał gitarę w domu, coś tam tworzył. Nie ukrywam, że podpowiedziałem mu, żeby się spotkał ze Sławkiem Rucińskim, choć byłem sceptyczny i nie wierzyłem, że im się powiedzie. Ale założyli zespół RiD, który fajnie egzystował, miało to wszystko ręce i nogi, coraz więcej dawali koncertów.
Inicjatywa wyszła z ich strony – zapytali, czy bym spróbował. Mikrofonu nie miałem prawie trzydzieści lat w rękach, sam nie byłem pewien, jak to wszystko wyjdzie, bo jednak lata lecą – głos to nie jest gitara, którą się złapie i zagra. Ale jakoś się udało, jestem z tego powodu bardzo szczęśliwy. Dziękuję chłopakom, że stworzyli mi możliwość powrotu do śpiewania.

O Ivo Partizan zostało już niemało powiedziane i napisane. Zdecydowanie mniej znane są losy innej mogileńskiej grupy z lat osiemdziesiątych, z tobą w składzie – Bunkier, w pewnym momencie przemianowanej na Porcelanowego Człowieka.
Bardzo cieszę się, że podjąłeś ten temat, bo należy powiedzieć parę słów o Bunkrze i początkach naszego grania.
Gdzieś od siedemnastego roku życia byłem wiernym fanem, jeździłem za mogileńskimi zespołami – Ciężkie Czasy, DNA i inne. W życiu nie zakładałem, że pojawię się na scenie. A wszystko za sprawą braci Holaków, Marka i Staszka. Marek, jako najstarszy z nas, pokazał nam, że jest jakaś inna muzyka – Sex Pistols, The Clash, The Damned, UK Subs. Dla mnie to była kompletna nowość, od razu we mnie to trafiło. To dzięki Markowi zacząłem się interesować taką muzyką. A dzięki Staszkowi zaczęło się moje granie. Co prawda, w młodości miałem kontakt z muzyką, uczyłem się grać na pianinie, tak że nie była to jakaś dla mnie nowość, ale w życiu nie przypuszczałem, że złapię za gitarę i będę grał. A Staszek mnie przekonał, że to jest bardzo prosta rzecz. Rzeczywiście, przyniósł kiedyś bas, pokazał parę funkcji i wyszło.
Formację Bunkier żeśmy założyli z Ryszardem Kierczem, czyli „Siwym”, i Markiem Holakiem. Utwory głównie komponował Marek, on przygotowywał pierwsze teksty. Mieliśmy zmieniających się perkusistów, ale ta trójka niezmiennie tworzyła pierwszy mogileński zespół punkowy.
Zagraliśmy parę ciekawych koncertów. Najbardziej pamiętam ten w Klubie Nurt w Poznaniu – graliśmy między innymi z One Million Bulgarians i bydgoską formacją punkową Abaddon. Bardzo fajny koncert.
W Bunkrze powstał też pierwszy utwór Ivo Partizan, który w prawie niezmienionej wersji gramy do dzisiaj. Gdzie jest Bóg? (pierwszy tytuł – Where Is God?) – ja napisałem słowa, ułożyłem pochód na basie, Marek dołożył gitarę.
Jak to bywa z większością zespołów, z większością muzyków – im lepiej mi się grało, im więcej było możliwości, tym bardziej zaczynało mi się chcieć grać coś nowego, coś swojego. Doszło też to, że wnikliwie śledziłem zachodnią scenę muzyczną, odkryłem takie zespoły, jak Joy Division, The Cure, Siouxsie and The Banshess, Cocteau Twins i wiele innych. Sam zacząłem wytyczać swoją ścieżkę i w ten sposób zespół Bunkier, naturalnie, bez żadnej zawiści, się rozleciał. „Siwy” z Markiem poszli dalej w tym ortodoksyjnym punku, a ja założyłem zespół Ivo Partizan. Do gry zaprosiłem Sławka Rucińskiego i Mariusza Twarużka. Grałem na basie i śpiewałem, ale potem stwierdziłem, że trzeba się skupić na śpiewaniu i dołączyliśmy Leszka Duszyńskiego. Tą żelazną czwórką graliśmy parę lat.

Gdzie jest Bóg? to niejedyny grany przez was utwór z repertuaru grupy Bunkier. Na Alter Bibie [Kropa Pub w Inowrocławiu, 5 listopada 2017 roku] piorunujące wrażenie zrobił na mnie Sajgon. Dlaczego tytułowy Sajgon w tekście zmienia się w Warszawę?
Były dwa utwory Bunkra – Sajgon i Warszawa. Z tych dwóch utworów – i muzycznie, i tekstowo – zrobiliśmy jeden. Tak wyszło. Obydwa miasta mają tragiczną historię, nie będę się na ten temat rozwodził – wszyscy wiemy, o co chodzi.

Czy są jeszcze jakieś utwory Bunkra, które ujrzą światło dzienne?
Marek Holak miał bardzo dużo fajnych tekstów, na przykład: Miłości nie ma i nie będzie / miłości nie ma i nie będzie / odpierdolcie się ode mnie. Mógłbym z nich coś wyjąć, coś dołożyć, bo wiadomo – wtedy śpiewało się krótko, zwięźle i na temat. Na pewno nie będzie to nasz priorytetowy kierunek, ale są dni, że przychodzi coś do głowy, przypomina się albo gdzieś, ktoś podrzuci jakiś stary materiał. Jak na przykład Konie czerwone. Wszyscy nas prosili: Taki fajny utwór, zróbcie, zróbcie. Jeżeli chodzi o warstwę muzyczną, jest to już utwór z gatunku tych trudniejszych. Chłopaki troszkę bali się tego podjąć, szczególnie sekcja rytmiczna, tak to wyczuwam, że niby nie podołają. Ale naciskaliśmy ze Sławkiem, że musimy to zrobić, bo ludzie tego oczekują i na Pyszadle [III Ogólnopolski Festiwal Filmów Satyrycznych Pyszadło w Mogilnie, 24 maja 2018 roku] to zagramy.

Skąd w tekście te konie czerwone?
Przez przypadek – oglądałem jakiś album i natknąłem się na obraz Kąpiel czerwonego konia. Jest to praca młodego malarza rosyjskiego z lat dwudziestych, już radzieckiego można powiedzieć. Wtedy była taka tendencja do szokowania, kto obejrzy ten obraz, będzie wiedział, o co chodzi.
W środowisku mogileńskim jestem znany z tego, że interesuję się historią Żydów polskich. Na Rock na Bagnie w Goniądzu jechaliśmy przez Jedwabne. Symboliczne miasteczko, aż korciło mnie, żeby zjechać w miejsce, gdzie płonęła stodoła z mieszkańcami. Teraz na koncertach śpiewam w partyzanckiej czapeczce, a w czwartek, jeżeli mi odwagi starczy, zaśpiewam w jarmułce, którą dostałem kiedyś w prezencie. Zobaczymy, jaki będzie efekt. Mam nadzieję, że nie dostanę pomidorami (śmiech).

Jako Ivo Partizan w latach osiemdziesiątych zagraliście łącznie kilkanaście koncertów. Które z nich najbardziej zapadły ci w pamięć?
Bezapelacyjnie Jarocin ’85. Życzę każdemu, żeby coś takiego przeżył. Wszystko było pierwsze – jak pierwszy seks, czyli coś, czego się w życiu nie zapomina. Wspaniała atmosfera, wspaniała publiczność… Dla nas, a przypomnę, że ja miałem 19 lat, Leszek – 18, Sławek – 17, Mariusz – 16, wszystko było „naj”. Jak zobaczyłem Mariusza za tymi bębnami na Dużej scenie, gdzie grało TSA, Maanam czy Republika, to byłem przekonany, że on zemdleje i spadnie z tego podestu.
Nagłaśniał nas Igor Czerniawski, muzyk Aya RL. Wyciągnął z naszej prostej muzyki wszystko – nie wiedziałem, że my tak brzmimy!
Bardzo mile wspominam kontakt z Walterem Chełstowskim, głównym twórcą festiwalu w Jarocinie. Coś, czego nie zapomnę i czego do dzisiaj się trzymam: zebrał przedstawicieli kapel, które miały grać, w Domu Kultury, a były tam różne środowiska, od metalowców, thrash metalowców, punków, po hipisów i rastamanów, i powiedział, między innymi, że jak na scenie wyczuje od kogoś alkohol, to zespół automatycznie wylatuje, nie jest dopuszczony do gry. Z Jarocina robiono, w propagandzie przede wszystkim, siedlisko wszystkiego, co najgorsze. Proszę mi wierzyć – każdy się trzymał tego regulaminu, każdemu tak zależało. Oczywiście, po koncercie były imprezy i tak dalej, bo to jest środowisko rock and rollowe, wiemy – sex, drugs and rock’n’roll, tego się już nie zmieni. Ale był taki porządek, taka dyscyplina. I to mi imponowało.
Kolejny najbardziej pamiętny moment to festiwal Rock na Bagnie. Może na mniejszą skalę, ale przypomniał mi Jarocin – zamykając oczy cofnąłem się trzydzieści lat wstecz.
Co jeszcze? Koncert w Zambrowie – białostockie, kawał drogi. Zaproszenie dostaliśmy. Mieliśmy niesamowite przygody. Oczywiście, jechaliśmy pociągiem, potem pekaesem, spaliśmy w prywatnej kwaterze. Przyjeżdżając do Zambrowa, na dzień dobry, a była to już prawie noc, zatrzymał nas patrol policji – wylądowaliśmy z Leszkiem na komisariacie, podobnie jak na Jarocinie ’85, gdzie go też zatrzymano. Powodów żadnych nie było, tylko to, że inaczej wyglądaliśmy. Pojawienie się w takim miasteczku takiej grupki ludzi od razu skutkowało tym, że byłeś już z góry podejrzany.
Bardzo fajny był festiwal Poza kontrolą w Warszawie, gdzie też otarliśmy się już o inny świat. Wtedy pierwszy raz usłyszałem amerykański zespół Swans, który sam się nagłaśniał i tak się nagłośnił, że ściany pękały, choć wszystko było selektywne, słyszalne.
Tych koncertów nie było za dużo, ale każdy coś tam wnosił i każdy był jakimś przeżyciem. Ale w pewnym momencie doszliśmy do ściany, wiedzieliśmy, że pewnych rzeczy nie przeskoczymy. Zespoły miały coraz lepszy sprzęt, ściągały z Zachodu różne przystawki, które mamy teraz – Sławek ma tego całą walizę, a my graliśmy na pożyczonych gitarach. Na przykład do Kalisza jechaliśmy bez basu, bo nam się zepsuł – pożyczyliśmy od zespołu Daab, któremu jeszcze raz serdecznie dziękuję (śmiech). Takie były realia – świat biegł do przodu, a my czuliśmy, że stajemy w miejscu i wspólnie powiedzieliśmy: pas. Nie było szans na nagranie płyty. O teledyskach – nie mówię. Nie mamy żadnego materiału z tamtych lat. Ma to pewien urok, bo teraz wszystko jest na skinienie ręki – między innymi dzięki chłopakom z Torunia, których pozdrawiam, mamy zarchiwizowane wszystkie koncerty nowego Ivo Partizan, przynajmniej te, na których ja śpiewałem; nawet nie mam czasu tego oglądać. A tak by się chciało przejrzeć chociaż z piętnaście minut materiału z lat osiemdziesiątych. W Jarocinie była ekipa, która kręciła film. Walca żeśmy grali, oni to skręcili. Co prawda, nie był wykorzystany w filmie, ale może nam się uda dotrzeć do tego nagrania, co by było super prezentem.

Twoje teksty mają mocny przekaz. W tamtym okresie nie mieliście problemów z cenzurą, na przykład w Jarocinie?
Jako Ivo Partizan nie mieliśmy nigdy problemów. Może inne kapele miały, na pewno inaczej to też wyglądało przy wydawaniu płyty.
Jeżeli chodzi o Jarocin to był pic na wodę. Dwóch facetów, którzy zawołali mnie do hotelu, musieli mieć tekst na maszynie napisany – siedzieli sobie przy flaszce, rzucili okiem, podpisali; byłem z dziesięć minut. A ze sceny, co bym tam krzyknął czy zaśpiewał – pełna swoboda. No chyba, żebym przegiął pałę, to może by ktoś wkroczył.
Wspomnę też taką sytuację z Jarocina ’84. Wtedy byliśmy na przesłuchaniach jako Bunkier. Roman Rogowiecki nas oceniał, bardzo mu się podobało, ale nie dostaliśmy się na koncert finałowy. Pamiętam taką specyficzną scenę. Jakiś punkowy zespół grał, byliśmy przed sceną, tańczyliśmy pogo. Jeden gość w takim wojskowym uniformie, moro niby, przesadzał. Myśleliśmy, że to jakiś podchmielony pankol. Raz zwróciliśmy mu uwagę, drugi, trzeci… W końcu był tak agresywny, że poszedłem do milicyjnej suki, która stała obok i go zwinęli. W życiu bym nie przypuszczał – się okazało, że on sobie siedzi, z milicjantami papieroski pali jak kolega (śmiech). Czyli z firmy facet, typowy prowokator.
Z Bunkrem mieliśmy inne zdarzenie. Próby robiliśmy w Harcówce, dyrektor Domu Kultury dawał salę i sprzęt, ale za to musieliśmy grać na różnych imprezach okolicznościowych. Nie pamiętam już, czy to było 1 maja, czy może 9 maja – graliśmy w dawnej sali Sokoła w Mogilnie, tam dzisiaj jest biblioteka. Jakiś czas po tym występie Marek przynosi kasetę i mówi, że ma nagrany nasz koncert. Wtedy chodził z pewną dziewczyną – okazało się, że jej ojciec był esbekiem i nas nagrywał, pewnie na kaseciaku. Nie wiem, jak ona ją zdobyła. Słuchaliśmy naszego koncertu z esbeckiej kasety (śmiech).

IVO PARTIZAN ROCK NA BAGNIE 2. LIPCA 2016 (2016, SZOP NA BAGNIE)

LESZEK DUSZYŃSKI – GITARA, WOKAL; SŁAWEK RUCIŃSKI – GITARA, KAROL WALKOWSKI – BAS, MACIEJ ADAMSKI (MEC) – WOKAL, AREK KUBIAK – PERKUSJA
ZABIJ TEN CZAS, WYRAZ TWARZY, GDZIE JEST BÓG?, WALC NR 1, KIM JESTEM, WIERSZ DLA NIEZNAJOMEGO PRZYJACIELA NAPISANY, KOBIETA ŻUL, EZOTERYCZNA, PUSTKA, CIĄGLE CZEKAM, MENGELE
Drugi w tym roku album sygnowany nazwą Ivo Partizan (jak zapowiedział wydawca – pierwszy w serii Oficjalny Bootleg Bagienny). 
Kilka interesujących nowości na cd (na czele z moim faworytem – utworem Wyraz twarzy).
W zestawie Mengele, Zabij ten czas, Wiersz dla nieznajomego przyjaciela napisany i Ciągle czekam.
Nie słychać podziału na stare i nowe Ivo Partizan.
Jest chropowato, surowo, autentycznie.
Wszystko pięknie? Prawie wszystko. Irytuje mnie publiczność, która… chyba została dodana do tego koncertu już po 2 lipca 2016 roku. Jeżeli tak było to proszę mi powiedzieć: po co?

W roku 1987 w Magazynie Muzycznym zespół Ivo Partizan zamieścił ogłoszenie, że poszukuje wokalistki, klawiszowca i osób grających na instrumentach ludowych. W tym czasie chcieliście wzbogacić wasze granie muzyką ludową?
Właśnie to był ten moment poszukiwań – szukaliśmy, żeby urozmaicić brzmienie. Nie chcieliśmy być taką ludową kapelą, na które jest moda teraz – Enej czy coś w tym stylu, słuchaliśmy The Wolfgang Press, Cocteau Twins czy This Mortal Coil. Zaczęło się od tego, że ktoś mi przyniósł taką starą cytrę, ale nie umieliśmy jej nastroić. Widzieliśmy, że to jest sprawa, której nie możemy przeskoczyć, myśleliśmy, że może pojawi się ktoś, kto sam gra na takim instrumencie. Teraz jest doba Internetu – sprawa do załatwienia w dwa dni, a wtedy… Po prostu nastąpiło zatrzymanie się w rozwoju, stanęliśmy pod ścianą, której nie mogliśmy pokonać.

A czy dzisiaj myślicie o pójściu w kierunku muzyki ludowej?
Bardzo dobre pytanie. Też jesteśmy w takim momencie, kiedy praktycznie odkurzyliśmy wszystkie stare wartościowe utwory Ivo Partizan, gramy też te, skomponowane przez Leszka i Sławka. Najwyższy czas, żeby wzbogacić nasze instrumentarium, pokazać, że szukamy czegoś nowego. Mamy już w zespole saksofon i tubę. Będziemy eksperymentować. Marzy mi się napisanie utworu takiego typowo bałkańskiego. Kiedyś próbowaliśmy, śpiewałem pseudo serbsko-chorwackim, bo oczywiście, nie znam tego języka, ale bardzo melodyjnie brzmi, co mi się podoba.
Bałkańska muzyka bardzo mnie interesuje. Takie brzmienia chciałbym wprowadzić, ale, absolutnie nie iść w kanał, że tylko takie utwory – raczej jak najwięcej urozmaicone, żeby publiczność wychodziła z koncertu z przekonaniem, że każdy utwór coś nowego wnosi. W tym kierunku będziemy chcieli iść, ale jest to uwarunkowane tym, że spotykamy się raz w miesiącu. Czekamy, może przyjdą wakacje, przyjedzie Sławek, a może my gdzieś pojedziemy, tam się spotkamy i parę dni spędzimy razem. Jestem dobrej myśli. Na pewno nie zarzucamy starych utworów, ale program mamy już na tyle bogaty, że możemy zagrać też bardziej żywe utwory. Tak chcemy zrobić na Pyszadle. Zdradzę, że mamy już przygotowany kower zespołu Joy Division Transmission. Jest to, przynajmniej dla mnie, hymn muzyczny – kiedy tego słucham, zawsze dreszcze mnie przechodzą. Tekst będę się starał śpiewać po polsku, oczywiście na bazie tekstu Iana Curtisa – jak to wyjdzie, zobaczymy.

Wątek bałkański to nie nowość w twoim muzycznym życiorysie.
Jak mówiłem, interesuję się bardzo historią. Może wrócę do Mengele. Jak powstał ten utwór? Mengele powstał późnym wieczorem, leżeliśmy z moją obecną żoną, a wtedy jeszcze dziewczyną, Aliną, i słuchaliśmy Głosu Ameryki. Padła informacja, że w Brazylii znaleziono ciało w rzece i najprawdopodobniej jest to ciało Josefa Mengele. Wtedy akurat miałem encyklopedię drugiej wojny światowej, poczytałem sobie, no i napisaliśmy podstawy tekstu. Część utworu śpiewamy po niemiecku. Można powiedzieć, że współautorem tekstu jest moja żona, bo wtedy chodziła do Gniezna, do liceum, gdzie uczyła się języka niemieckiego – ja jej zapodałem, co bym chciał zaśpiewać, a ona to przełożyła na niemiecki. Jednej nocy powstało około 80% tekstu i cała koncepcja utworu Mengele.
W tej samej encyklopedii moją uwagę przykuło zdjęcie Ivo Loli, oczywiście w mundurze, w rogatywce. Poczytałem o nim. Fakt faktem, było napisane, że jest przywódcą młodzieżowej organizacji partyzanckiej o zabarwieniu komunistycznym, ale, wiadomo, wtedy w informacjach oficjalnych tylko tak można było pisać. Obejrzałem film jugosłowiański Okupacja w 26 obrazach, gdzie pokazany był terror Czetników i Ustaszy, tragedia, która się powtórzyła w Jugosławii pod koniec wieku XX. Wciągnął mnie ten wątek bałkański, zobaczyłem jak ci ludzie żyją. Wychowałem się u moich dziadków na wsi, pod Toruniem i takie klimaty były mi bardzo bliskie – takiego wspólnego słowiańskiego ducha wyczułem między Polakami i Jugosłowianami. Bardzo mi się spodobało, chciałem to przeszczepić: Ivo Lola – Ivo Partizan, coś trzeba było wymyślić (śmiech).

Dlaczego trzydzieści lat temu nie chciałeś, żebyście grali Mengele? Utwór wykonaliście tylko na Jarocinie ’85 i kilka miesięcy później na festiwalu Poza kontrolą.
Ten utwór jest dla mnie świętością, którą trzeba szanować. Gdyby go codziennie grano, to spowszednieje. Jak Hymn Polski. Każdy zawodnik czy kibic czeka na moment, kiedy się ten Hymn zagra, cała Polska tym żyje – gdybyśmy mieli tego codziennie słuchać, to by to spowszedniało i nie byłoby tego efektu.
Do dzisiaj nie lubię grać Mengele na próbach, nie lubię jak jest grany na koncertach. Na przykład jestem przeciwny, żeby to zagrać na Pyszadle. Ale rozumiem chłopaków – mają prawo do swojego zdania. W zespole nie ma takiego dogmatu, że musi być tak, jak powie Maciej czy Leszek, każdy wypowiada swoje zdanie. Moje zdanie w tej kwestii jest właśnie takie.

Po latach nie myślisz o tym w kategoriach: gdybyśmy grali ten utwór częściej, to może teraz bylibyśmy w innym miejscu?
Odpowiem krótko: może tak, a może byśmy się stali zakładnikiem jednego utworu. Przez pewien czas to nam groziło, bo na bis publiczność tylko: Mengele, Mengele, Mengele!.

Bunkier znaczył coraz więcej – założyłeś nowy zespół, na Jarocinie ’85 zdobyliście publiczność między innymi utworem Mengele – rok później na tym festiwalu zagraliście już zupełnie inny repertuar, nie od razu znalazłeś się w szeregach reaktywowanego Ivo Partizan, teraz znowu szukacie… Widać, że lubisz chodzić własnymi drogami.
Ostatnio pani dyrektor mi powiedziała, w szkole mieliśmy mały zgrzyt: Panie Macieju, pan chodzi własnymi ścieżkami. Taki jestem po prostu (śmiech).

Miejsce, w którym chciałbyś zagrać z Ivo Partizan.
Na pewno nie chciałbym zagrać już w Jarocinie. Byłem dwa razy – dwa i trzy lata temu. To już nie jest to. Nie chciałbym obrażać ludzi, którzy teraz to robią, ale już nie odnalazłbym się, za dużo tego wszystkiego – tu koncert, tam koncert, ludzie chodzą tacy otumanieni, sami nie wiedzą czego by chcieli.
A gdzie bym chciał zagrać? Na pewno bym chciał zagrać w Goniądzu jeszcze raz, może dane nam to będzie. Chciałbym też zagrać nocny koncert nad jeziorem, przy lesie. A gdzie – to jest nieistotne. Nawet na plaży w Wiecanowie, do czego się przymierzaliśmy już w tamtym roku. Żeby przed sceną było wielkie ognisko – to by było całe oświetlenie, żadnych tam innych gadżetów. Zaprosić jakąś fajną kapelę, która gra podobną muzykę do naszej. Ludzie na kocach, leżą sobie, a my gramy.
Marzy mi się, żeby zagrał z nami Mariusz Twarużek, który jest ciężko chory, może na elektronicznej perkusji, ale żeby zagrał koniecznie.
Nie zależy mi, żeby zagrać przed pięćdziesięciotysięczną publicznością. Najważniejszy jest klimat, a czy to będzie pięćdziesiąt, pięćset czy pięć tysięcy osób – nigdy do tego nie przywiązywaliśmy wagi. Najważniejsze, żeby było parę osób, po których widać, że im zależy.

A czy możliwe jest, żeby na scenę, choćby na jeden koncert, wrócił zespół Bunkier?
Pytanie należy kierować do Marka Holaka, bo jak mówiłem – co innego śpiewanie, a co innego gra na gitarze. Nie wiem jak z tym u niego, a nie wyobrażam sobie, żeby on nie uczestniczył w tym projekcie. Ja jestem otwarty, bardzo mi zależy na kultywowaniu pamięci zespołu Bunkier, tym bardziej, że grał tam „Siwy”, mój, już świętej pamięci, szwagier.