Marek Kruszewski: „Maanam, Perfect to był zupełnie inny rodzaj muzyki”

[październik 2016; zapiskimuzyczne.pl, wpis z 27 października 2016 roku]

Rozmowa z Markiem Kruszewskim, szefem Domu Kultury w Strzelnie w latach 1981-1983.

***

W kronice Miejsko-Gminnego Ośrodka Kultury i Rekreacji w Strzelnie znalazłem informację, że 13 maja 1984 roku w strzelneńskim dawnym Kinie Kujawianka odbył się I Przegląd zespołów rockowych. Na jednym ze zdjęć wśród publiczności jest pan. Pamięta pan te koncerty?
W 1984 roku już nie pracowałem w Domu Kultury.
Tych imprez było wiele, ale ta impreza akurat była pierwszą, którą organizował nasz Dom Kultury. Poprzednie imprezy typu takich przeglądów organizowało Nakło, organizowało Mogilno, Gniewkowo, Tuchola. Pamiętam, bo jeszcze wtedy jeździłem z zespołem. A ta chyba była pierwszą, która odbyła się tu u nas w Strzelnie.

Był pan szefem Domu Kultury w Strzelnie w latach 1981-1983.
Zostałem szefem Domu Kultury po pani Lidce Kozłowskiej. Wtedy naczelnikiem gminy Strzelno był pan Iwiński. Gdy pani Kozłowska odchodziła na emeryturę, zgłosiłem swoją kandydaturę i zostałem przyjęty.
Najśmieszniejsze w tym wszystkim jest to, że zostałem dyrektorem „Kultury” z dniem 15 grudnia 1981 roku, a 13 grudnia wprowadzono stan wojenny. W sumie to pierwsze moje dwa, trzy miesiące „dyrektorowania” polegały na tym, że siedziałem w domu i odbierałem pensję (śmiech). Taka była prawda. Wszystko było pozamykane. Ja – co prawda – przejąłem wszystko na stan, bo to zdążyłem, ale nie miałem prawa do niczego wejść.
Pierwsze nasze spotkanie z młodzieżą w Domu Kultury odbyło się gdzieś na przełomie miesiąca marca i kwietnia, może maja 1982 roku. Na tym spotkaniu obecny był komisarz wojskowy i nasz I sekretarz partii pan Beśka. Witając gości najpierw powitałem komisarza wojskowego, a później I sekretarza, za co przez sekretarza zostałem opierdolony, ponieważ partia była najważniejsza i należało najpierw powitać pana Beśkę.

Czyli pan został szefem Domu Kultury w Strzelnie dwa dni po wprowadzeniu stanu wojennego?
Wiedziałem o tym wcześniej, ale dwa dni po wprowadzeniu stanu wojennego oficjalnie zostałem szefem Domu Kultury (śmiech). Wtedy jeszcze kierownikiem, dopiero później zostało to przemianowane i z kierownika zrobił się dyrektor.

W pierwszej połowie 1982 roku mieliście spotkanie i od tego momentu Dom Kultury zaczął normalnie działać?
To niezupełnie było tak. Dom Kultury praktycznie z tego marazmu zaczął wychodzić w końcowym okresie dyrekcji pani Kozłowskiej. Wtedy nie wiem skąd – z funduszy centralnych czy wojewódzkich znalazły się pieniądze na zakup sprzętu, mebli i na malowanie. W 1981 roku odmalowano Dom Kultury, zakupiono sprzęt muzyczny i to na owe czasy dobry sprzęt – organy B2, czyli dwuklawiaturowe, zestaw perkusyjny, zestaw nagłaśniający Eltron 100, Eltron 60. W ogóle to był duży zakup. I wtedy zawiązał się pierwszy zespół muzyczny przy Domu Kultury. Po długim okresie marazmu, kiedy rzeczywiście nie było ani z kim, ani na czym. Może z kim by było, ale na czym – nie. Ten zespół powstał na bazie takich – powiedzmy – entuzjastów, do których należał Krzysztof Kotecki, bracia Adamscy – Ewuch i Mariusz, Mirek Głowicki grał na perkusji. I tak to się zaczęło.
Do Domu Kultury przyszedłem po odejściu pani Kozłowskiej na emeryturę. Jednocześnie Krzysztof Kotecki poszedł do wojska. I nastąpiła zmiana w składzie zespołu. Jedni odeszli, drudzy przyszli. Mirek Głowicki się gdzieś wyprowadził, bracia Adamscy… Jakoś nam nie było po drodze. Wtedy zacząłem tworzyć ten zespół na nowo. Moim pierwszym partnerem, z którym zacząłem był Janusz Stube, później doszedł Wojtek Konieczny na gitarze. Krzycha nie było, szukaliśmy kogoś na organy, na perkusję. Na organy przyszedł Waldek Błaszak, na perkusji przez jakiś czas grał mój kolega z liceum Sylwek Nierybiński. Później to się tak tasowało. Trudno mi w tej chwili wymienić wszystkich, po prostu były takie przetasowania. Ale od tego czasu zaczęło się jakieś tworzyć to życie muzyczne.

To się działo w czasach, kiedy pan już był szefem Domu Kultury?
To był koniec lat siedemdziesiątych… raczej początek lat osiemdziesiątych. Trudno to w tej chwili umiejscowić w czasie dokładnie – kto, kiedy.

Z tego okresu takie znaczące znane mi przedsięwzięcie kulturalne to obchody 750-lecia miasta Strzelna w połowie 1982 roku.
Właśnie byłem dyrektorem w tym okresie. Wiązało się to nie tylko ze sprawami muzycznymi, bo tam było wiele, wiele innych imprez. Gdzieś mam zachowane wycinki z prasy, kiedy podobno jeden ze statków Polskiej Żeglugi Morskiej miał być nazwany Strzelno.
Wypadło mi to akurat w takim nieszczęśliwym okresie, że w pierwszej części tych obchodów byłem na wycieczce w Bułgarii. Po prostu miałem to załatwione wcześniej i tak wyszło. A wiadomo jak w tamtych czasach było trudno w ogóle zagraniczną wycieczkę załatwić. W tym czasie moje obowiązki przejął Krzysztof Kotecki.

Jak od strony muzycznej wyglądały te obchody 750-lecia? W kontekście muzyki, która mnie najbardziej interesuje, czyli około-rockowej…
Młodzieżowej.

Wtedy też tak nazywanej.
Trudno to określić. Ten zespół istniał, ten zespół grał – obsługiwaliśmy te obchody na zasadzie imprez takich typowo zabawowych, powiedzmy dyskoteki, nie-dyskoteki, tego typu rzeczy. Nie zorganizowaliśmy w tym czasie – o ile dobrze pamiętam – żadnego przeglądu muzycznego. Bardziej to się skupiało na takim rysie historycznym. Trudno może mi słowa znaleźć w tej chwili, ale bardziej to były takie spotkania typu…

Okolicznościowego?
Tak, okolicznościowego. Plus zespół Klubu Seniora, który wtedy jeszcze był prowadzony przez panią Kozłowską. Gdy ona odeszła, zajmowało się tym wiele osób, ale dopiero później pan Ildefons Basiński to wyprowadził na prostą. Ne pamiętam nazwisk wszystkich osób, które tam występowały. Była pani Klimczak, był Basiński… wiele osób, które robiły dobrą robotę na tym polu.

A ten zespół w Domu Kultury jaki rodzaj muzyki grał? Tworzyliście utwory własne?
Na te uroczystości związane z 750 rocznicą powstania Strzelna została stworzona piosenka, której słowa napisała pani… była więźniarka Oświęcimia…

Pani Halina Gorlach.
Tak. Nie pamiętam już całej tej piosenki: Strzelno – kujawski zakątek / Strzelno – starych dziejów wątek… coś takiego. Muzykę do tego napisał Krzysztof Kotecki. Powiem inaczej. My próbowaliśmy napisać swoją, ale nam to nie wyszło i od chyba pana Iwińskiego otrzymaliśmy słowa. I do tego Krzychu napisał muzykę. Był to taki hymn obchodów (śmiech). Zresztą dobrze przyjęty przez mieszkańców.

I pewnie został wykonany w nieistniejącym już, tak zwanym amfiteatrze w strzelneńskim Parku 750-lecia?
Amfiteatr to było jedno wielkie nieporozumienie (śmiech). Po prostu proponowano budowę amfiteatru w Parku Klasztornym, bo wtedy zabrano się za jakieś takie – powiedzmy – ucywilizowanie tego parku (śmiech). Projekt amfiteatru stworzył pan Marian Białek. Niestety, moim zdaniem to była jedna wielka stodoła. Nie obrażając pana Białka, bo robił być może to, na co mu pozwalały finanse. Do tego amfiteatru dołożono mnóstwo pracy społecznej. Nawet z dzieciakami, które przychodziły do Domu Kultury kopaliśmy fundamenty pod to koło całe, na którym był ten niby grzybek.
Tam odbywało się gros koncertów, ale moim zdaniem to był jeden wielki niewypał, choć pomysł stworzenia takiego miejsca w założeniu nie był zły.

Pracował pan w Domu Kultury jeszcze przed grudniem 1981 roku?
Czy pracowałem? Nazwijmy to: udzielałem się. Po odejściu Krzysztofa do wojska jakoś tak na jesieni 1981, zacząłem się udzielać w tym Domu Kultury. Trudno powiedzieć: udzielać się (śmiech). Człowiek przychodził, słuchał, siedział tam. Spędzał tam czas. Miałem parę takich pomysłów, żeby to zrobić i tamto zrobić. Zostało to przyjęte. Później pani Kozłowska poparła mnie na stanowisko kierownika wtedy jeszcze Domu Kultury.

Lata, w których kierował pan Domem Kultury przypadły na stan wojenny. Jak wyglądała działalność statutowa „Kultury” w tym trudnym okresie?
Nazwijmy to tak: nikt nam oficjalnie tego nie blokował, były różne formy aktywności, na przykład fotografika, ale ze wszystkiego się trzeba było „spowiadać”. Oficjalnie można było robić dyskoteki. Wtedy w działalność Domu Kultury zaangażowało się wielu moich kolegów, między innymi mogę wymienić mojego brata, Jacka, Andrzeja Witczaka, który był czasami taką „duszą” dyskotek, prowadził koło fotograficzne – miał ciągle jakieś fajne pomysły i ciągle czymś tam zaskakiwał. Mariusz Smykowski. Wiele dziewczyn: Ola Szczygielska, obecnie Baranowska, Ewa Kasprzyk. Było wiele i dziewczyn, i chłopaków, którzy tym po prostu żyli, tworzyli codzienność. Gdy już byłem tym kierownikiem Domu Kultury, z czasem dyrektorem – chyba po roku nastąpiło przemianowanie Domu Kultury na Miejsko-Gminny Ośrodek Kultury i w związku z tym powstała funkcja dyrektora; dla mnie to nie miało żadnej różnicy, bo to była tylko nazwa – praktycznie co wieczór było gros zajęć, spotkań. Spotykaliśmy się, posiedzieliśmy, pogadaliśmy. Przyszli chłopaki – trochę pograliśmy. To było takie na luzie.

A sprzęt kupiony pod koniec kadencji pani Kozłowskiej ciągle był w Domu Kultury?
Był.
Pod koniec mojej kadencji, po dość długim staraniu udało się uzyskać z Wojewódzkiego Domu Kultury dość dużą dotację. Tę zasługę mogę przypisać sobie. Nie wiem jak to było dalej załatwione… A! Bo tu trzeba jeszcze zaznaczyć jedną rzecz. Cały czas Dom Kultury Strzelno podlegał pod Dom Kultury Mogilno, pod panią Krause – ona była tam dyrektorem. Później nastąpiła jakaś taka reorganizacja, że to się „urwało”.
Otrzymaliśmy przeszło dwieście tysięcy złotych. Na owe czasy była to kupa forsy. Za te pieniądze kupiliśmy nowe organy Vermona – niemieckie, „DeDeeRowskie”, ale to już była klasa. I nowy sprzęt nagłaśniający – też Vermona. Później kupiliśmy, ale to już była duża walka (śmiech), żeby kupić coś z komisu, bo – niestety – to były takie czasy kiedy był sprzęt, ale nie szło dostać rachunku. Jechałeś: Owszem, proszę bardzo, ale rachunku panu nie wystawimy. Po długich staraniach udało nam się kupić zachodnie piano – Crumara. To było takie elektryczne pianino, ale dobra „bajka”. Udało nam się kupić mikser Vermona, ale do końca chyba się nie nauczyliśmy go obsługiwać (śmiech).

Kto korzystał z tego sprzętu?
Częściowo był wykorzystywany na to, żeby zachęcić tych ludzi, którzy grali przy Domu Kultury. Zresztą sam też w tym uczestniczyłem. Jeździliśmy na chałtury – graliśmy na weselach, na zabawy. Ci ludzie w zamian za to obsługiwali wszelkiego rodzaju imprezy, które w dziewięćdziesięciu procentach były zlecane przez władze partyjne i gminne. Jeszcze płacili. Oficjalnie to się nazywało „wypożyczeniem sprzętu”. Sprzęt był również wykorzystywany na dyskotekach oraz do nagłaśniania zebrań, spotkań, konferencji i tym podobnych.

Do którego miesiąca 1983 roku szefował pan Domowi Kultury?
Do końca sierpnia albo do końca września.

Jakie w latach 1982-1983 były sztandarowe imprezy, organizowane przez Dom Kultury? I czy naprawdę wówczas nie musieliście się zmagać z cenzurą prewencyjną?
Cenzura prewencyjna? Być może nie, ale były odgórne założenia co ma być: w dniach tych i tych organizowane są Dni Strzelna czy coś takiego, macie zrobić to czy tamto, i – przede wszystkim – ułożyć program, zaprosić gości; później przedstawić nam, co my zaakceptujemy. Z tym, że człowiek wiedział co może, a czego nie może. Wiadomo, że nie bawiliśmy się w jakieś skrajne przypadki – organizacja manifestacji czy coś takiego (śmiech). Chociaż rok 1981 był rokiem bardzo trudnym, bo był to okres wzmożonego działania Solidarności, która próbowała zabrać wiele przywilejów władzy i sama dyktować, co mamy robić.
Oczywiście były „żelazne” imprezy typu 1 Maja, 22 Lipca, które musiały się udać.

W którym roku były pierwsze Dni Strzelna? Bo obchody 750-lecia…
To był właściwie początek organizowania Dni Strzelna. Później nastąpiły przetasowania władzy. Ale to były takie przetargi, walka o władzę i kupa śmiechu w sumie z tego. Przez intrygi I sekretarza, pana Beśki, Iwiński został usunięty ze stanowiska. Pan Beśka liczył na to, że zostanie naczelnikiem, ale mu się nie udało. Gdy przedstawiciel Wojewódzkiego Komitetu Partii przyjechał na konferencję sprawozdawczo-wyborczą, kiedy pan Beśka był przywieziony w teczce, II sekretarz, pan Wegner wstał, powiedział wyraźnie o sprzedawaniu ciągników za kasę i innych przekrętach, bo taka była prawda. Wtedy „poleciał” pan Beśka i nagle zrobiła się wielka luka, nie wiadomo było kogo wybrać na I sekretarza. Ktoś tam zaproponował pana Świdowskiego, a on nie był w ogóle na liście delegatów, więc szybko wciągano go na listę delegatów i zrobiono I sekretarzem.

W 1982 roku były Dni Strzelna?
Była to impreza być może nie zwana jeszcze jako Dni Strzelna, po prostu rekreacyjna. Zorganizowaliśmy wtedy jakieś pokazy karate, jakieś tańce, występy folklorystyczne. Oczywiście wykorzystano szkoły, a wszystko kończyła zabawa, na której grał zespół.
Próbowałem jeszcze wtedy nawiązać współpracę z innymi domami kultury, szczególnie z Domem Kultury w Jeziorach Wielkich. Tam dyrektorem był mój dobry kolega Irek Woźniecki.

Jak to wyglądało w roku następnym?
Wiem, że były takie imprezy organizowane w każdy czerwiec, ale jak one się zwały… Nie potrafię powiedzieć. Po prostu nie pamiętam. Ale chyba już wtedy zaczęto używać nazwy Dni Strzelna.

A co z repertuarem zespołu, który istniał przy Domu Kultury? Lata 1982 – 1983 w Polsce to czas Maanamu, Perfectu.
Maanam, Perfect to był zupełnie inny rodzaj muzyki. Te nasze zespoły bazowały raczej na Beatlesach, Czerwonych Gitarach, Niebiesko-Czarnych – na muzyce lat sześćdziesiątych, siedemdziesiątych (śmiech). Próbowaliśmy grać muzykę Lady Pank, Perfectu, ale były to sporadyczne wypadki.

Nie przychodzili do was młodzi ludzie?
Wiele tych osób się przewinęło. Ten zespół się tak ustabilizował, taki stały skład stworzył, kiedy z wojska wrócił Krzysztof. Na gitarze grał Wojtek Konieczny, ja grałem na basie, Janusz Stube na prowadzącej, a Antek Parada grał na perkusji. Czasami na saksofonie grał z nami Janusz Pękała. Grali również Waldek Błaszak, bracia Zbyszek i Zdzisław Koteccy. Później, gdy już odszedłem, na bas przyszedł Zenek Szalaty z Kwieciszewa, czy z Goryszewa – gdzieś z tych okolic. On później tragicznie zginął w wypadku.

Nie zdarzyło się, że przyszła grupa piętnasto-, szesnastolatków z zamiarem grania swojej muzyki?
Nie, tego nie było. A nawet jeśli było to – w sumie – był to słomiany zapał. Wydaje mi się jednak, że ci co przyszli, liczyli na to, że szybko zostaną „gwiazdami”, a to przecież nie jest takie proste.

A gdyby przyszli to by mogli?
Tak, dla nikogo drzwi nie były zamknięte. Przynajmniej za mnie, bo nie wiem jak było później.

Po kilku latach wrócił pan do pracy w Domu Kultury.
Odszedłem z Domu Kultury w 1983 roku. Wtedy podjąłem pracę – ale to była bardzo krótka praca w moim zawodzie – w PBRol Mogilno. Później otrzymałem propozycję pracy etatowej w Związku Harcerstwa Polskiego. To był rok 1984. W 1986 roku wróciłem, ponieważ ówczesny instruktor Irek Jackowski, został powołany do wojska i ówczesny naczelnik gminy, pan Panfil wyraził zgodę, żebym przyszedł ponownie do pracy, do Domu Kultury. Jako instruktor pracowałem tam dwa lata. To był ten okres, kiedy Dom Kultury przenosił się z Rynku do Kina. Wtedy nastąpiła zmiana dyrektora – został nim pan Kwiatkowski. Ja po odejściu z pracy wygrałem konkurs na dyrektora Domu Kultury w Pakości.

Dodajmy: z Rynku, czyli z miejsca, w którym dzisiaj mieści się Miejska Biblioteka Publiczna.
Tak, stamtąd Dom Kultury przenosił się do Kina. Większość mojego czasu pracy to był remont Kina – malowanie i wszystko z tym związane.
W Kinie zaczęliśmy organizować więcej imprez.

Wcześniej też wykorzystywaliście salę kinową. Wspomniany na początku naszej rozmowy I Przegląd muzyki rockowej odbył się w Kujawiance.
Wykorzystywaliśmy, ale na większe i za zgodą gminy. Tym bardziej, że sprawy związane z wykorzystywaniem Kina były związane z tym, że władze gminne musiały załatwiać zezwolenie, żeby w Kinie te imprezy mogły się odbywać, ponieważ to podlegało pod „Kinematografię”. Dopiero chyba w 1987 roku „Kinematografia” zaczęła się pozbywać kin. I wtedy my jako Dom Kultury przejęliśmy Kino. Otrzymaliśmy dodatkowe etaty – na operatorów, na biletera, na kasjera. W sumie łączyliśmy to na zasadzie takiej, że było pół etatu bileter, pół etatu instruktor. Po prostu jak się dało.
Wtedy imprezy zaczęły odbywać się w Kinie. To był czas imprez, które organizowaliśmy mając już scenę, mając widownię, mając możliwości. Oprócz projekcji kinowych odbywały się projekcje video, bo wtedy to było jeszcze taką nowością, odbywały się dyskoteki.

W temacie: muzyka rockowa, w latach 1986-1988 coś się zmieniło?
Zespoły istniały te same. Ja na jakiś okres czasu wróciłem do zespołu, być może przez to, że tam podjąłem pracę.
Odbywały się właśnie wtedy przeglądy muzyczne, odbywały się różnego rodzaju spotkania, imprezy. Trudno mi w tej chwili precyzować, jakie to były spotkania, kto grał, ale wiem, że na tych przeglądach występowały zespoły z Gniewkowa, występowały zespoły z Mogilna, z Trzemeszna. My również graliśmy w Jeziorach Wielkich, Gniewkowie oraz organizowaliśmy – przez dwa sezony – dyskoteki i zabawy w Przyjezierzu, na których grał zespół.

Niezmiennie z The Beatles w repertuarze?
… To była taka mieszanka. Trudno mi to sprecyzować, czy to była muzyka taka czy inna. Raczej to była mieszanka. Było… no jeszcze nie disco polo, ale takie a’ la disco polo (śmiech), była muzyka rockowa, była muzyka… różna, nazwijmy to ogólnie. Czasami próbowaliśmy własnych kompozycji, ale raczej bez sukcesów.

A co z publicznością? Taka impreza była organizowana na zasadzie, że szkoła przychodziła…
Nie, nie, nie! Nigdy nie robiliśmy – że się tak wyrażę – spędów. Była to muzyka dla wszystkich i przychodzili wszyscy. Duża część społeczeństwa, dużo młodzieży przychodziło, która bawiła się, kiedy jeszcze były krzesła na sali kinowej – w bocznych przejściach się bawiła. To było takie „na żywioł”. I było bardzo fajne.
Korzystaliśmy również z propozycji Estrady. Wtedy miałem okazję poznać wiele znanych osób, jak chociażby złotego medalistę z Monachium Władysława Komara, Kalinę Jędrusik, Bolesława Gromnickiego, Jacka Krawczyka. Bardzo miło wspominam te spotkania. Cieszyły się one dużą popularnością.
Tak na zakończenie opowiem o jeszcze jednym epizodzie muzycznym w mojej „przygodzie z muzyką”. W 1980 roku, gdy Dom Kultury miał swój zespół –  Krzysztof Kotecki, bracia Adamscy – my, to znaczy Janusz Stube, Sylwek Nierybiński i ja szukaliśmy możliwości, by – że tak powiem – wyżyć się muzycznie. Podjęliśmy współpracę z panem Władysławem Reinholzem, który był opiekunem świetlicy przy PSS Społem.
Świetlica dysponowała odpowiednim sprzętem – nagłośnienie, gitary, perkusja, organy. Po krótkim czasie zawiązał się zespół. My plus Mieczysław Waszak na organach. Z czasem dołączył jeszcze Wojtek Konieczny na gitarze prowadzącej oraz solistka Magda Koszal. Jedyna większa impreza, jaką zaliczyliśmy to Wojewódzka Spartakiada PSS Społem w Tucholi. Była to impreza sportowo-rekreacyjna, trwała trzy dni – kilka występów, w tym na rynku w Tucholi oraz co wieczór zabawa taneczna.
Było miło, ale – niestety – zespół po niecałym roku rozpadł się z przyczyn, o których nie chcę mówić.