Robert „Żaba” Żuchowski: „Świetnie spędzony czas”

[sierpień 2014; nowyhoryzont.blog.pl, wpis z 23 sierpnia 2014 roku]

PJWNR, FonoFuzja, Not All Done i solowo jako „Żaba”. Robert Żuchowski ze Strzelna – młody miłośnik nie tylko rapu z dziesięcioletnim stażem artystycznym. Zbliżający się jubileusz to dobry powód, żeby porozmawiać.

***

Rap czy hip hop – jest jakaś różnica?
Hip-hop to kultura, rap to muzyka.

Czyli porozmawiamy o rapie. Ile masz lat?
Dwadzieścia cztery.

Zdajesz sobie sprawę z tego, że w przyszłym roku możesz obchodzić jubileusz działalności artystycznej? Na początku 2015 roku minie dziesięć lat od momentu, kiedy powstał duet PJWNR.
W 2005 zaczęliśmy, w 2006 pierwsza nasza nielegalna płyta, że tak to nazwę – domowej produkcji [śmiech].

Są plany jubileuszowe?
Szczerze powiedziawszy, nie myślałem o jubileuszu. Teraz mi przypomniałeś o tym [śmiech]. Faktycznie, można by było zrobić jakiś koncert z „Majkim”. On trochę odszedł od muzyki, bardziej fotografią się zajmuje – profesjonalnie już, na studia się dostał i tak dalej, ale trochę zatęsknił za graniem i ostatnio próbę sobie zrobiliśmy. Dawno tego nie było. Fajnie wypadło.

Z Mikołajem „Majkim” Konkiewiczem tworzyłeś wspomniane PJWNR. To skrót od Przyszłość Jest W Naszych…
Rękach.

Powstaliście w lutym 2005 roku. Przez trzy lata zagraliście kilka koncertów i wydaliście dwie płyty – Z miłości do rapu w 2006 roku i Chwile refleksji w 2007 roku.
Zgadza się.

Rozmawialiśmy na ten temat w 2008 roku – artykuł o was został opublikowany na łamach Gazety Pomorskiej [Hip-hopowy głos pokolenia, numer z 15 stycznia 2008 roku]. Powiedzieliście wówczas między innymi, że rapem chcielibyście się zajmować przez całe życie. Minęło sześć lat – czy w twoim przypadku coś się zmieniło?
Zajmuję się. Całe życie [śmiech].

Chciałbyś to robić zawodowo?
To jest dla mnie pasja bardziej, bo z tego nie ma pieniędzy konkretnych. To można zauważyć po raperach – nawet ci bardziej znani, na przykład, mają za sobą jeszcze sklepy z ciuchami. Ciężko się jest wybić na dzisiejszym rynku.

Jak sądzisz, czy gdybyś zaczynał w dużym ośrodku miejskim byłoby ci łatwiej, byłbyś teraz bardziej popularnym muzykiem?
Ciężko powiedzieć. Ja nigdy nie kładłem nacisku na popularność. Może tak – nie jestem medialny [śmiech]. Nawet teraz mam wersy o tym na nową płytę: cholerna telewizja to dla mnie złe miejsce. Kiedyś byliśmy i… wolę „plenerówki” [śmiech].
Ja jestem zdania, że trzeba robić swoje i tyle. Bez względu na to czy jesteś tu, czy tam. W Poznaniu też mieszkałem i szału nie było [śmiech]. Tu mi jest lepiej i tu sobie będę żył. Chyba, że się jakieś losowe sytuacje wydarzą.

Wiem, że cenisz sobie niezależność.
Tak. Nie lubię jak ktoś mi coś narzuca, lubię po swojemu robić. Jak robię jakiś numer to robię tak jak chcę, żeby brzmiał. Może nie współgra to z ilością utworów. U niektórych raperów można zauważyć, że oni multum tego robią. Ja wolniejszy mam proces tworzenia – dwa lata temu wydałem pierwszą solówkę swoją, w tym roku chciałbym wydać drugą.

PJWNR to twój pierwszy zespół?
Wcześniej się działo, ale to śmieszne było dosyć. W 2003 czy 2004 roku – mogę się mylić, bo nie mam pamięci do dat, założyliśmy sobie skład na Osiedlu Piastowskim pod nazwą Projekt Strzelno. Każdy chciał nagrywać i wiadomo – szesnaście osób, na koniec nic nie nagraliśmy [śmiech]. Ale pierwszy skład już był. Później zostaliśmy we dwójkę, z „Majkim” tylko. Zaczęło się w Domu Kultury – chodziliśmy tam na ferie i tak się spiknęliśmy.
Pierwsze nagrania to była kamerka internetowa, taka jeszcze stara mega, z klocków Lego czy z czegoś. Podpinaliśmy to do kompa. Kabel przewieszony przez żyrandol, na środku pokoju ta kamerka wisiała i po kolei lecieliśmy. Wtedy nie mieliśmy pojęcia ani o edycji, ani o cięciu zwrotek. Nic nie miał człowiek pojęcia.
Pierwsze numery nagraliśmy na Piastowskim [wspomniane już osiedle w Strzelnie – przyp. RB], u mnie w mieszkaniu. Dalej co było? Nagraliśmy Z miłości do rapu. Człowiek się bał jak to ludzie przyjmą. Jak to w czasach gimnazjum – żeby nie wyszedł na pośmiewisko [śmiech]. Ale ciepło to przyjęli. Po tej płycie ludzie nas poznali, zobaczyli, że coś się dzieje Strzelnie. Czytałem na twoim blogu, że były u nas różne zespoły, o których nie wiedziałem…

Ale to były grupy rockowe. O raperach nie słyszałem – PJWNR było czymś nowym.
Dokładnie, czymś nowym.
W 2007 roku – Chwile refleksji. Już ludzie kojarzyli nas, słuchali tego. Internet już był. Nie, ja chyba jeszcze nie miałem, jeszcze mi nie założyli wtedy. Ale inni już mieli [śmiech]. Po tej płycie pierwszy koncert był nasz – w 2007 roku na Rynku graliśmy na Dni Strzelna. Pan Piotr Lewandowski […] mnie zapytał czy nie chcielibyśmy zagrać. Mówię: Pewnie. Wtedy posrani byliśmy mega [śmiech]. Stoję na tym Rynku, jeszcze przed koncertem, patrzę, sucho w pysku… Jak wszedłem na scenę, nogi zaczęły się trząść, ale po pierwszym numerze już pewności siebie człowiek nabrał i to szło dalej. Ludzie się zebrali wokół Rynku – bardzo fajnie było. Jeszcze mam nagranie video z tego koncertu.

Co ci dało PJWNR?
Na pewno doświadczenie studyjne w tworzeniu numerów. Koncertowo – pograliśmy, ale nie było tego dużo.

W Glasgow na przykład wystąpiliście.
To był jeden z większych wypadów. Ja na początku przeczytałem, że do Głogówca [śmiech]. Tak z wrażenia chyba. Mówię: Do Głogówca? . Chwilę odczekałem: Gdzie, Glasgow? . Myślałem, że ktoś mi się podszywa pod Gadu Gadu i sobie jaja robi. Mariusz Stachowiak – „Maniek”, do mnie napisał. Dopiero uwierzyłem, że my faktycznie tam lecimy jak zabukował dla nas bilety na samolot. Ja nawet jeszcze osiemnastki nie miałem. Nie, miałem – dwa miesiące po osiemnastce byłem, „Majki” nie miał. Z moim ojcem poleciliśmy.

W Internecie znalazłem informację o projekcie Kensee & PJWNR i EPce pod tytułem Gdzieś. Kto lub co kryje się pod pseudonimem „Kensee”?
„Kensee” to jest kuzyn Konrada Kwiatkowskiego, który przebywa w Austrii. On jest producentem muzycznym, tworzy podkłady. Wszyscy Konrada znamy, ale to „Majki” się najbardziej z nim trzyma. I tak jakoś do wymiany doszło, że my rapowaliśmy, a on tworzył bity.

Kto wpadł na pomysł utworu Ten świat, w którym słyszymy Niemena śpiewającego pieśń Dziwny jest ten świat?
To akurat „Kenseego” pomysł był, to on ten bit podesłał.
Już nie pamiętam tej EPki. Trochę utworów się nazbierało, ciężko zapamiętać [śmiech].

Ja mam notatki [śmiech].
To dobrze, bo jakbym miał wszystko wymienić to na pewno bym sobie nie poradził [śmiech].

Po PJWNR przyszedł czas na FonoFuzję. W repertuarze też mieliście utwór zatytułowany Z miłości do rapu. Dlaczego zainteresowałeś się rapem, a nie na przykład muzyką poważną?
Jedną z pierwszym moich kaset to chyba Metallica była. To nie do końca rap [śmiech]. Kuzyn, świętej pamięci już, w Polonezie [marka samochodu – przyp. RB] mnie zaraził tym rapem. Wsiedliśmy do samochodu, miał kasetę, wrzucił ją. Pamiętam, taki stary skład był – 003, dosyć kontrowersyjna piosenka: Będę bił – czy podbijał – będę gwałcił i zabijał. Słowa ostre, ale za to: będę na spokojnie ludzi mijał. Wtedy ludzie bardzo negatywnie podchodzili do tego typu muzyki, że taka buntownicza i tak dalej.
Do polskiego rapu nie miałem dostępu, bo nie miałem Internetu – wszystko na modemach, a nie każdego stać było na to. Miałem satelitę [tak zwaną telewizję satelitarną – przyp. RB] w domu. Na niemieckiej bardzo często puszczali, jeszcze wtedy na Vivie i podobnych kanałach, różnego rodzaju rap. Ja przeważnie niemieckiego słuchałem – Bushido, Sido, Eko Fresh i tak dalej. Ta muzyka trafiała do mnie. Lubię to, że oni konkretnie gadają [śmiech]. Lubię konkrety.

FonoFuzja powstała w 2008 roku – PJWNR połączył siły z kolegami ze szkoły, z Liceum przy ul. Gimnazjalnej w Strzelnie, miłośnikami rockowego grania. Fuzja ludzi myślących rockowo z ludźmi myślącymi rapowo?
Dokładnie tak. „Majki” chyba z Krystianem Niedźwiedzińskim wpadli na pomysł, żeby coś spróbować zrobić razem, jeden numer: Dobra, robimy jeden numer. Poszliśmy na próbę. Oni zrobili muzykę, my zaczęliśmy rapować pod to.
Nabrało to rozmachu większego, bo ludzie… My graliśmy sobie w przerwy, a ludzie sami wchodzili do kanciapy naszej, żeby posłuchać. Czasami było tak, że oni się tam nie mieścili [śmiech]. Takie małe koncerciki dawaliśmy jakby i to tak popłynęło. W Liceum pierwszy oficjalny koncert zagraliśmy. Pan dyrektor Marian Mikołajczak zawsze nam na rękę szedł, nigdy z niczym nie było problemu.
Później dużo festiwali zahaczaliśmy, sporo miast w Polsce zwiedziliśmy – Toruń, Poznań, w Hajnówce byliśmy, w Turku, Wymiarki jeszcze były… Mieliśmy takie okresy, że graliśmy co tydzień, co dwa tygodnie, a nieraz dwa koncerty w dniu. Fajne to było – jeździliśmy, zwiedzaliśmy Polskę sobie.

Swoją muzykę określaliście mianem rapcore. Gitary tną jak we wspomnianym przez ciebie zespole Metallica.
Muzyką chłopaki się zajmowali, więc nie wiem – może też nadawaliśmy na wspólnych falach. Muzykę chłopaki, a teksty ja z Mikołajem tworzyliśmy do tego.

Na koncie macie EPkę pod tytułem FFragment. Materiał został nagrany w swarzędzkim Studio Czad.
Nasz menedżer, Krzysztof Januchowski…

Dodajmy – ksiądz, z którym w Liceum mieliście religię.
Dobry kumpel to jest [śmiech]. Poznaliśmy się w szkole i tak zaczęliśmy się kumać. W sumie nadaje na tych samych falach.
Krzychu załatwił to studio. Mieliśmy duże wsparcie ze strony Burmistrza Strzelna. Wiadomo, że w szkole z kasą nie każdy błyszczał, a na studio potrzebowaliśmy wtedy tysiąc złotych chyba. Poszliśmy do Burmistrza Strzelna się zapytać, czy częściowo by nas wsparł, bo mieliśmy po sponsorach chodzić, żeby coś tam zebrać. Burmistrz całość nam zasponsorował. Dzięki temu mogliśmy nagrać tę EPkę.

To w okresie istnienia FonoFuzji w budynku Liceum stworzyłeś studio nagraniowe Kanciapa? Z częściowo wygłuszonymi ścianami, bo na zdjęciach widziałem…
Wytłaczanki [śmiech].

Do jajek [śmiech]. Istnieje jeszcze?
Amatorka musi być [śmiech].
Na pomysł wpadłem jak mieliśmy demo nagrać z Not All Done. To wtedy było? Tak, wtedy założyłem Kanciapę. Przeliczyłem koszta i mówię: W sumie to wyjdzie mi na sprzęt trochę. Ale jednak dużo, dużo, dużo więcej trzeba tego sprzętu niż myślałem. Rapowo było spoko, bo tam całą płytę swoją nagrałem, ale jednak instrumentów trzeba więcej. Poza tym myślałem, że w Strzelnie ktoś jeszcze wpadnie nagrać coś, ale to tak wszystko jakoś, nie wiem… Tacy przychodzili, co mieli większe ego niż umiejętności, a przecież trzeba wiedzieć gdzie się jest w szeregu.
Klasę zrobili w mojej Kanciapie. Przeniosłem studio do domu, a teraz to wyprzedaję, bo nie mam czasu się tym zająć. Ponadto otwieram własną firmę i trochę pieniążków potrzebuję.

Rok 2011 – na gruzach FonoFuzji powstaje Not All Done. Istniejecie, ponieważ Nie Wszystko Skończone.
Twierdzimy, że jeszcze jest zapał, żeby działać.

Koncertujecie – miesiąc temu na Jarocin Festival. Pojawiliście się też w telewizji.
Teraz pogrywamy mniej trochę – praca i tak dalej… Z FonoFuzją byliśmy w telewizji, w Patio TV w odcinku Bitwy o Łódźstock. Jeszcze nawiążę do tego. Najpierw były głosowania internetowe. Zgłosiliśmy się, szkoła nas wspierała, znajomi – bardzo fajne czasy w Liceum, najlepsze chyba. Pierwsza dziesiątka awansowała, eliminacje w Bydgoszczy. Pojechaliśmy tam. Dostały się dwa albo trzy zespoły, w tym my. Rok wcześniej było tak, że był koncert plenerowy w Łodzi. Myśleliśmy, że teraz też tak będzie, ale dzień czy dwa dni przed się dowiedzieliśmy, że mamy przyjechać do Łodzi, do studia telewizyjnego. Mówię: Łoooo… . W jury był Kuba Wandachowicz z Cool Kids of Death, ktoś z zespołu L.Stadt – nazwisk nie pamiętam. Bardzo mili ludzie. Dostaliśmy się do finału odcinka, a w finale odpadliśmy już.

Opowiedz o ostatnim koncercie Not All Done w Jarocinie.
Pierwszy raz na „Jarocinie” byłem [śmiech]. Spoko koncert. Fakt faktem, że bardzo późno było, bo o 3.20 chyba zaczynaliśmy.

Trzeba zaznaczyć, że graliście na polu namiotowym.
Na polu namiotowym, 3.20 w nocy. Myślałem, że ludzie już się zwiną, ale jak usłyszeli pierwsze dźwięki to się ich troszkę zebrało. Ciepło nas przyjęli.

Jest szansa, że ukaże się singiel, EPka czy płyta długogrająca sygnowana nazwą Not All Done?
Z nagraniami jeszcze nie za dobrze stoimy. Mieliśmy nagranie u „Ślepego” w studiu, w Poznaniu [Studio CRS – przyp. RB] – nagraliśmy numer Trzymam dystans. Teraz chcielibyśmy nagrać chociaż EPkę. Moglibyśmy nagrać płytę, ale to koszty są – nagranie jednego utworu w studiu, w którym byśmy chcieli to zrobić to jest koszt 650 zł.

Jak się odnajdujesz w zespołach łączących rocka czy nawet muzykę metalową z rapem?
Dużo lepiej niż w rapowych. Większa petarda, energia. Takim zamkniętym raperem nie byłem nigdy – że klapki na oczach, rap i nic innego nie widzę. Tak to nic się człowiek nie rozwija, stoi w miejscu. Ja zawsze byłem otwarty. Niedawno skoczyłem do Poznania na fajny koncert i szczerze polecam – God Is An Astronaut z Irlandii. Po prostu magia dla mnie. A ostatnio Turnaua sobie posłuchałem – mi się dzieciństwo przypomniało [śmiech].

Solowo tworzysz pod pseudonimem „Żaba”. Kilka lat temu wydałeś album pod tytułem Indywidualnie. Jak w tym przypadku wyglądał proces twórczy – to w pełni samodzielne dzieło?
Na płycie muzyka była z takiej strony, gdzie producenci tworzący bity udostępniają je do nagrywania. W materiale na nową płytę mam bity bezpośrednio od producentów, na wyłączność.

Wytłumacz, o co chodzi z tymi bitami – kupujesz je?
Producent tworzy bit, przesyła mi paczkę i zestawienie pętli krótkich. Wybieram sobie, co chcę i dostaję bit w ścieżkach osobnych, każdy instrument osobno. Nieraz można dać pomysł producentowi, że chciałbym w jakimś klimacie bit. I on coś tworzy. Teraz mam taki fajny bicik etniczny – mi się podoba, coś innego [śmiech]. Za wszystko płacę – najwięksi też płacą [śmiech]. To się odbywa legalnie, mam pełne prawo do nich. Do tego nagrywam wokal,  a producent jeszcze tworzy aranż pod to – zmienia niektóre miejsca w bicie, że tak powiem.

Czyli jaki jest twój wkład w powstanie twojego albumu?  
Mój jest pomysł na stworzenie całego krążka i warstwa liryczna.

Jeden bit to jeden utwór?
Jeden. To jak jeden podkład.

Możesz zdradzić ile taki bit kosztuje?
Zależy od jakiego producenta. Nie zarabiam na muzyce, więc staram się w rozsądnych cenach kupować, czyli powiedzmy te 70-80 zł ja daję.

Bity kupujesz, słowa są twoje. Co może cię zainspirować do napisania tekstu?
Ciężko powiedzieć, co konkretnie ma wpływ, to są różne czynniki. Nieraz człowiek ma ochotę sobie pofantazjować, a czasami opisać rzeczywistość – wyjrzę za okno, widzę przejeżdżający samochód, lampę, jest jakiś klimat i już o tym coś można napisać. Czasami jak coś mnie zdenerwuje na przykład. Ludzie nieraz potrafią zdenerwować człowieka. Miałem taki przykład niedawno, który mnie bardzo zirytował – jeden pan typu tych spod „Sportowego” [miejsce spotkań przed jednym ze sklepów w Strzelnie – przyp. RB] powiedział, że nie pójdzie do roboty, bo mu się nie chce. Już o tym jest jeden numer.

Jak ludzie odbierają twoją twórczość?
Na koncertach i w Strzelnie – bardzo pozytywnie. Nie spotkałem się, żeby ktoś, że tak powiem brzydko – pluł w ryj. Ale wiadomo, internetowi „napinacze” zawsze się znajdą [śmiech].

Muzyka z twoim wokalem jest dostępna tylko w Internecie czy też była wydawana w tradycyjnym tego słowa znaczeniu, czyli pudełko, okładka, płyta?
Z miłości do rapu była fizyczna. Chwile refleksji… Nie chcę skłamać, ale chyba też. EPka FonoFuzji też była fizyczna. Wszystko się rozeszło, niestety [śmiech]. Ja sam nawet nie mam FonoFuzji [śmiech].

Dla ciebie ma znaczenie, że płyty są, jak to określiłeś – „fizyczne”?
Tak. Ja wolę „fizyki” osobiście. Sam zbieram – jak finanse mi pozwolą, to kupuję sobie płytki. Na przykład płyta Indywidualnie – puściłem ją tylko w Internet i żałuję, bo nie wiedziałem, że ludzie tak to pozytywnie przyjmą, że będą pytali o tego „fizyka”. Teraz to już trochę po ptakach. Ale obiecuję, że następna będzie fizyczna. Materiał już jest, jedenaście numerów gotowych do nagrania. Zostaje mi tylko wejść do studia i nagrać to. Chcę jechać do studia w Bydgoszczy. Trzeba to zrobić od początku do końca na „fest” – bity od producentów, do tekstów się przyłożyłem (pewnie za dziesięć lat napiszę inne, ale w tym momencie uważam za dobre), fizycznie ładnie zrobiona, zafoliowana płyta. Chciałbym coś takiego zrobić, bo jeśli ktoś docenia mnie i jest w stanie położyć te 5 czy 10 zł, żeby koszty się wróciły, to ja chcę mu dać muzykę na poziomie, a płytę w konkretnej formie.

Jakbyś podsumował te dziesięć lat na scenie?
Świetnie spędzony czas przy tworzeniu muzyki i na wyjazdach. Jeśli ktoś miałby okazję, że tak powiem – pomuzykować sobie, to szczerze polecam. I przede wszystkim się nie bać.

Czujesz się spełnionym muzykiem?
Nie, jeszcze do końca nie. Ja jeszcze działam i nie mam zamiaru przestać [śmiech].

INNE OBLICZE HIP-HOPU (28.06.2016)

Robert „Żaba” Żuchowski. Strzelneński artysta, znany z duetu PJWNR oraz bliskich rockowi FonoFuzji oraz All Not Done, wydał swoją drugą płytę solową, a pierwszą – tak jak zapowiedział dwa lata temu – w tak zwanej formie fizycznej, czyli płyta kompaktowa, opakowanie, a dodatkowo również materiały promocyjne. „Żaba”: Plakat i dwie naklejki. Stwierdziłem, że jednak fajnie jest dać coś więcej od siebie niż tylko płytę.
Płyta zatytułowana Z innej perspektywy już jest i jednocześnie… jeszcze jej nie ma. „Żaba”: Miała być dostępna w marcu. Teraz miała być po dwóch tygodniach odkąd „puściłem” drugiego singla. Jak to mówią – „obsuwa” jest stałą hip-hopu, ciągle tam jest obecna [śmiech]. Temat powrócił w końcu naszego spotkania: Chciałbym to zrobić z „pompą” tak naprawdę. Chciałbym ludziom dać z jeden, może dwa klipy, żeby każdy się „osłuchał”. Zrobić jakiś konkurs jeszcze, żeby ktoś mógł tę płytkę sobie wygrać – może przedpremierowo jakoś albo już po premierze, to nie gra roli. Ale te klipy… Tak jakoś by mi zależało. Tylko najgorzej ten czas – ogranicza strasznie. Tak jak i ja, tak jak mój znajomy kamerzysta, Kamil – czasowo najgorzej. Finanse też, wiadomo, się nie oszukujmy. Tylko na tyle jesteśmy dobrze dogadani z Kamilem, że nie mogę narzekać na warunki. Koncerty też są w planach? „Żaba”: Też myślę – intensywnie myślę. Nie chcę zdradzać szczegółów, bo jeszcze to jest pomysł tylko w mojej głowie. Póki co, muszę jeszcze porozmawiać z innymi ludźmi, którzy by mi w tym pomogli. Podkreśla: Myślę i chciałbym. Chciałbym, bo tęskno mi trochę za tym – dawno nie byłem na scenie [śmiech].
Należę do grona osób, które już znają najnowsze dzieło Roberta. Album powstawał trzy lata. „Żaba”: To nie są trzy lata ciągłej pracy, bo jest masa innych obowiązków. Praktycznie moje wokale to już leżały chyba z rok [śmiech]. Jest też inny powód: Kto siedzi w muzyce – jest jakoś tam zakorzeniony, zna to od środka, czyli od podstaw tworzenia – to wie, ile to jest pracy. Niektórym z boku może się wydawać, że te czternaście numerów to tam można moment zrobić. Ale do końca to tak nie jest. Można zrobić byle jak, ale ja się staram zrobić to… Wolę dłużej, ale tak po swojemu.
Jakie wrażenia? Po obejrzeniu filmu Jesteś bogiem, hip-hop kojarzy mi się tylko i wyłącznie z tym, co zostało tam pokazane i przede wszystkim - zagrane. Stąd moje zaskoczenie – na Z innej perspektywy słychać orkiestrę, flet, klawisze, gitary, flet… „Żaba”: To się cieszę. Pozytywne zaskoczenie jest najważniejsze. I dodaje: Co jest najśmieszniejsze – to nie było planowane [śmiech]. Po prostu posłuchałem bitów, które tam udało mi się zdobyć. Pomyślałem, żeby gdzieniegdzie je przearanżować – wiadomo, jakieś drobne zabiegi – ale mimo wszystko nie skupiałem się na tym jak… Po prostu: „To mi się podoba”. Na tej zasadzie to było wszystko dobierane. To nie było na zasadzie, że skupiam się, że płyta ma być od „a” do „z” taka czy taka. Nie. Mam ochotę nagrać o tym, mam ochotę nagrać o tamtym i składam to w całość. I mi się wydaje, że udało mi się to w miarę złożyć w całość. Bo tekstowo czy muzycznie są kawałki mocniejsze, są też lżejsze. Nie jest wszystko w jednym klimacie. Bo hip-hop ma różne oblicza. „Żaba”: Wychowałem się na hip-hopie. Hip-hop jest taką jakby moją podstawą, ale często nie słucham tylko hip-hopu – słucham też cięższych klimatów, potrafię też posłuchać Grzegorza Turnaua. Żadna muzyka jakoś mi tam nie wadzi. Gdybym miał nastawienie na przykład na płytę typowo uliczną – nie wykluczam, być może kiedyś będzie – to nastawię się na typowo bity uliczne, typowo tekstowo, żeby to jakoś tam było związane z ulicą. Ja mam coś z ulicy, jednak mimo wszystko trochę już tak jestem – nie, że wyżej, bo nie chodzi o to – tylko że tak jakby w innym świecie może już żyję. Inne życie prowadzę – może tak. Tu mam do ogarniania firmę, dom – takie rzeczy, więc troszeczkę inne tematy może się nasuwają. Ale mimo wszystko  – według mnie – czasami jednak słychać tę ulicę.
Producentami zamieszczonych na albumie utworów są: „Boroproduct”, „Premier Arena”, „Streightbeats”, „Shardie”, „Bakuzs”, „CandyMusic”, „Getasound” i „Flushh”. Hip-hop spod znaku wspomnianej Paktofoniki usłyszałem tylko w utworze Dryfujący zegar. I fragmentach Na raz, gdzie przeplata się z… hard rockiem. Hard rock? Podobnych niespodzianek jest tu więcej. Na przykład Honorarium diabła ma w sobie coś z bluesa i muzyki kojarzonej z bezkresnymi preriami Dzikiego Zachodu. Robert ma trochę inne skojarzenia, a całość określa mianem „etniczne”: Zawsze chciałem na takim bicie nagrać [śmiech].
Nie należy zapominać o tekstach – to one są chyba w hip-hopie najważniejsze. Dopiero po którymś przesłuchaniu albumu zacząłem się wsłuchiwać w to, co ma do powiedzenia Robert. Moją uwagę przykuły przede wszystkim wspominkowe Jedna miłość i Dryfujący zegar. W opisie płyty między innymi zdanie: Bo to już dyszka! 10 lat brat!. Okazja, żeby spojrzeć za siebie? „Żaba”: [o Jednej miłości:] Trochę tak. Trochę w ten deseń to było [śmiech]. Opis po prostu. Pierwsza zwrotka była od dzieciaka, druga była o PJWNR, trzecia była o FonoFuzji. Proste, tam wielkiej filozofii nie było. [O Dryfującym zegarze:] Tam wspominam takie historie związane z Osiedlem [Piastowskim w Strzelnie – przyp. RB], gdzie biegaliśmy jako dzieciaki i różne akcje były. Zresztą opisane to wszystko jest w utworze. A druga zwrotka znowu nawiązuje do takich… [śmiech]. Tam jest typowo jedna akcja opisana, gdzie mieliśmy wyjechać na koncert no i kolega zaspał [śmiech]. I to była w zasadzie norma pewna. Takie śmieszne akcje. Chciałem właśnie taki pozytywny numer zrobić, gdzie każdy sobie włączy i tak z uśmiechem to przesłucha. I dodaje: Przy którym numerze? Nie chcę skłamać – albo przy „Dryfującym”, albo przy „Jednej miłości”, kolega – „Szydera” – mówił: „Ku…, ale doje….., mi się łezka zakręciła w oku” [śmiech].
Na dłużej zatrzymaliśmy się także przy utworze Zachłysnąć się. „Żaba”: Numer opowiada o zachłyśnięciu się. Zauważyłem, że czasem człowiek jest taką istotą, że zbyt szybko zachwyca się takimi drobnymi sukcesami. Czasami trzeba „zejść na ziemię”, spasować i po prostu pomyśleć kim się naprawdę jest, a nie kim w wyobrażeniu swoim się jest, dajmy na to w muzyce. Twierdzę, że my tak mieliśmy z FonoFuzją czasami. „Odbijała” nam „palma”. Znaczy, może nie dosłownie „odbijała palma” – takie zachłyśnięcie się. Może nie mocne, może to nie było jakoś tak widać, ale… Z jednej strony to jest potrzebne, bo jeśli ktoś jeździ po koncertach i nie jest pewny na scenie to dodaje pewności siebie takie cwaniactwo  – ja to nazywam. Ale czasami tego cwaniactwa może być za dużo i człowiek może się w tym pogubić. Cwaniakiem trzeba być, ale na scenie. A tak trzeba być normalnym [śmiech].
Zachłysnąć się to jeden z kilku fragmentów Z innej perspektywy, do nagrania którego Robert zaprosił gości. Tu towarzyszył mu „Musiel”. „Żaba”: To są znajomi w większości. „Musiel” – jedyny raper na płycie. Dlaczego jedyny? Nie wiem w sumie, tak wyszło [śmiech]. Po prostu mi mega pasował do tego numeru i sądzę, że się zaje…… w nim odnalazł. Są też „DJ Avens” (Intro), Shardie (Kropla w morzu), Łukasz Drwięcki (Na wyciągnięcie ręki), DJ Nambear (Na raz). A na koniec dziewczyna – Sonia Hornatkiewicz
(Jedna miłość). „Żaba”: Z Mogilna dziewczyna. Sonia to w ogóle „pozamiatała” [śmiech]. Nie spodziewałem się, że aż tak dobrze to wyjdzie. Powiem tak – nie do końca ona była zaplanowana, to był „spontan” totalny. Wcześniej miałem dwie inne dziewczyny, które… Nie będę mówił kto miał być, bo to nie o to chodzi. Miały być – z różnych powodów nie udało się, za co dziękuję Radkowi (Radek czyli „Musiel”) – widocznie tak miało być. Spytałem go czy nie ma jakiejś dziewczyny, która fajnie by się tu odnalazła. Tak myślał, myślał i mówi, że ma. Podsyłał mi jak dziewczyna śpiewa, mówię: „Ładnie, zobaczymy”. Jak mi wysłał, jak nagrała to mówię: „Nie jest ładnie, to mi się nie podoba – to mi się bardzo podoba!” [śmiech].