Rozmowa osiemnasta. Maciej Michalak – „Blues! Przede wszystkim”

[luty 2016; nowyhoryzont.blog.pl, wpis z 20 marca 2016 roku]

Z Maciejem Michalakiem spotkałem się w ostatnią niedzielę lutego, w miejscu bardzo przyjaznym tego typu spotkaniom. Był też Sławek Tarczewski, który – jak się okazało – udzielał się w strzeleńskim Extermination w tym samym czasie, kiedy Maciej był członkiem… Ivo Partizan!

***

RAFAŁ BUDNY: Jedyne co wiem: w drugiej połowie lat osiemdziesiątych byłeś członkiem strzeleńskiego zespołu rockowego.

MACIEJ MICHALAK: To gdzieś ’88, ’89 mógł być… ’89, na pewno. Zespół się nazywał – wzięliśmy nazwę z Mogilna – Ivo Partizan.

RB: Ivo Partizan?

MM: Tak, Ivo Partizan.

RB: Dlaczego akurat tak? Przecież zespół o takiej nazwie prawie w tym samym czasie istniał w Mogilnie.

MM: Nie wiem. Tak myślimy: No dobra, jaka nazwa?, a Wesołowski wyskoczył: Ivo Partizan!. Tak padło. Dobra, to Ivo Partizan i już. Pod tą banderą występowaliśmy. Ludzie nas skojarzyli z tymi z Mogilna i taka fama poszła, że my niby kiedyś w Jarocinie graliśmy i tak dalej (ogólny śmiech). Tak, byliśmy, byliśmy, oczywiście… (Ivo Partizan z Mogilna zagrali na Jarocinie w 1985 i 1986 roku – przyp. RB).

SŁAWOMIR TARCZEWSKI: Wesołowski też miał epizod z tą ekipą mogileńską.

RB: Kto grał w tym strzeleńskim Ivo Partizan?

MM: Ja na wokalu i harmonijce, Grzechu Wojciechowski na gitarze, na perkusji Robert Wesołowski i młodszy syn nauczycielki, która chemii i fizyki uczyła w Liceum.

ST: Robert Szczepaniak.

MM: Dokładnie. On grał na basie.

ST: A Jacek Łuczak z wami pogrywał? Bo mieliśmy razem próby.

MM: Nie, Łuczak na pewno nie grał z nami. Na basie grał Szczepaniak.

RB: Jak się zebraliście?

MM: Pierwsze było to, że do Strzelna sprowadziłem dwóch chłopaków z Inowrocławia. Do technikum tam chodziłem, do „wieczorówki” i tam ich poznałem. Kierownikiem w Domu Kultury wtedy był pan Kwiatkowski.

RB: To było jeszcze przed Ivo Partizan?

MM: Tak. Ale to nie doszło do skutku, bo pierwsza próba, jak wynieśli ten sprzęt to… Normalnie podarte błony od perkusji, jeden chyba wzmacniacz był, dwie kolumny jakieś (śmiech). Ci się po prostu zrazili, mówią: Nie, to nie ma sensu. Tak że tutaj tę ekipę zebrałem.

RB: Czyli ty byłeś twórcą grupy?

MM: Tak, ja byłem. Jak ci z Inowrocławia przyjechali to już Grzecha Wojciechowskiego zwerbowałem. Później mówię: Nie poddamy się! Trzeba poszukać. Nawinął się Wesołowski. A basista chyba jakoś sam przyszedł. „On nigdzie nie będzie wyjeżdżał ze Strzelna, w żadne trasy koncertowe” – takie chimery stroił (śmiech). W czasie rozmowy kierownik Domu Kultury mówi: To ja załatwię sprzęt. Gdzieś tam był pochowany ten lepszy sprzęt, nie będziemy w to wnikać.

RB: Nie mieliście problemów z nazwą, nikt z Mogilna nie protestował?

MM: Nie, bo w zasadzie co tu graliśmy? Jeden wyjazd był, w Barcinie chyba.

ST: I w Janikowie jeszcze.

MM: No, dwa wyjazdy poza Strzelno. A tak to graliśmy tutaj.

RB: Jaką muzykę graliście?

MM: Blues! Przede wszystkim.

RB: Komponowaliście własne utwory czy graliście kowery?

MM: Coś innego też, ale głównie graliśmy kowery Dżemu. Przede wszystkim sztandarowe Czerwony jak cegła i Whisky, to na każdym koncercie. Później Grzechu jeszcze coś tam wymyślał… I skomponowaliśmy własny utwór – Blues robotnika czy Blues robotniczy, nie pamiętam już. Dość dobry utwór.

RB: Pracowaliście nad tym utworem wspólnie?

MM: To miał pomysł basista z Inowrocławia, na tej pierwszej próbie.

RB: Czyli to działo się w czasie krótkiej współpracy z tymi twoimi dwoma kolegami z Inowrocławia?

MM: Dokładnie. Jeden to „Poeta” był, tak na niego mówili, bo pisał wiersze. A ten to nie wiem, chodził chyba do liceum czy jakoś tak. Był początek, pierwsza zwrotka, później dopisałem kilka następnych, refren i tak dalej.

ST: Pamiętasz ten tekst?

MM: To jest blues robotnika… Nie pamiętam (śmiech). Robotniczy blues, że wcześnie wstaje, idzie do pracy… Wiesz, szare życie i tak dalej.

RB: Opowiedz więcej o waszej aktywności muzycznej – próby na pewno były, o dwóch koncertach już wspomniałeś…

MM: Próby… To różnie z tymi próbami było…

ST: Mi się wydaje, że było ich dużo. My wtedy z wami próby mieliśmy w Domu Kultury, po was właziliśmy – Robert Szczepaniak się wymieniał tylko, grał w tym czasie w Extermination – wy non stop graliście.

MM: Było dość dużo tych prób.
Jak długo? Nawet rok nie działaliśmy. Latem założyliśmy – czerwiec, lipiec mógł być, i bo ja wiem, do jesieni? Dwa, trzy czy cztery miesiące podziałaliśmy. Coś tam jeszcze chodziło później po głowie, ale: A, tam, nie ma co wracać, co było to było. Jam session jak sobie chcieliśmy pograć to się spotykaliśmy u Grzecha na działce czy gdzieś tam u mnie.

RB: A w Strzelnie zagraliście?

MM: Tak. Pierwszy koncert był w Parku 750-lecia, w tej muszli. Tam wtedy trzy zespoły wystąpiły, my i jeszcze dwa inne.

ST: My.

RB: Jak zapamiętałeś ten koncert?

MM: Dobrze (śmiech). Tam nic nie było słychać w tej muszli, normalnie nie słyszałem, co śpiewam i tak dalej.
Ale Piotruch Lewandowski, który też tam grał, stwierdził: No, no, na pierwszy raz to dobrze zagraliście.

RB: Jak zostaliście przyjęci?

MM: Dość dużo ludzi zeszło się. To było późnym popołudniem, my chyba jako pierwsi zagraliśmy.

ST: Jak „Królik” (Robert Wesołowski – przyp. RB) z Mogilna do Strzelna się przeniósł, to ludzie stamtąd tu przyjeżdżali. Właściwie pogowali ci z Mogilna.

RB: Koncert w Parku 750-lecia był jedynym występem Ivo Partizan w Strzelnie?

MM: Nie, jeszcze w Kinie graliśmy. Taki wkurzony byłem, bo wypadła jakaś rocznica czy jakieś święto, przez jakiś okres nie mieliśmy prób… Sprawa była tego rodzaju, że był pan taki a taki, który przychodził albo nie przychodził – my czekamy a on w ogóle nie przychodzi. A wy graliście? (pytanie skierowane do Sławka – przyp. RB).

ST: Ja pamiętam tylko ten w muszli.

RB: Byłeś wkurzony, bo mieliście mieć próby, ale ktoś z Domu Kultury nie zawsze wywiązywał się ze swoich obowiązków? Ostatecznie jednak zagraliście.

MM: Tylko chyba z trzy czy cztery utwory zagraliśmy i na tym koniec.

RB: A jak doszło do tego, że zagraliście w Janikowie i Barcinie?

MM: Zaproszenie dostaliśmy.

ST: W Domu Kultury to było organizowane w ramach wymiany.

MM: W Barcinie taka facetka prowadziła ten Dom Kultury. I po prostu przez Dom Kultury zostaliśmy zaproszeni. Dobrze się grało.

RB: Sprzęt był porównywalny do tego w Strzelnie?

MM: Nie, to było „nieba a ziemia”. Wystawili „perkę”, prawie nowa perkusja, wzmacniacze, wszystko normalnie „cacy”. W porównaniu z tym sprzętem, w Strzelnie to normalnie średniowiecze (śmiech).
Na końcu „Zyga” (Grzegorz Wojciechowski – przyp. RB) zaczął solówkę jakąś taką ostrą i ta pani dyrektor się wkurzyła, wyciągnęła jacka, mówi: Kończymy koncert (ogólny śmiech).

ST: To wasze granie się przeradzało w takie jam session.

MM: Dokładnie!

ST: Przedłużane było na maksa.

RB: Czyli „ciągoty” improwizacyjne mieliście?

MM: Tak, mieliśmy.

ST: Oni szczególnie, „Zyga” grał na gitarze, Maciej harmonijka…

RB: A „ciągot” kompozytorskich nie było? Nie myśleliście, żeby skomponować coś poza Bluesem robotniczym?

MM: Były „ciągoty”, ale później mniej prób było, a to, a tego… Mi się to nie podobało.

RB: Co ci się nie podobało?

MM: Z panem z Domu Kultury był problem cały czas.

ST: Musieliśmy się zamknąć, przestać grać, bo był hałas.

MM: Dokładnie.

RB: Muzyka rockowa nie była mile widziana w Domu Kultury?

MM: Kierownik był zachwycony. Jeszcze żadnej próby nie mieliśmy, a on mówi: Wspaniale gracie (ogólny śmiech). Ręce opadły…

RB: Jeszcze nic nie usłyszał, a już pochwalił (śmiech).

MM: Taki w porządku facet, chodził w garniturze w kratkę.

RB: Z powodu problemów w Domu Kultury rozwiązaliście zespół?

MM: Coraz mniej prób… A to, a tego… I skończyliśmy.

ST: Potem była ta pani, jak ona się nazywała?

RB: Ilona Przychocka.

ST: Było coś takiego, że ona chciała nuty od nas? (pytanie skierowane do Macieja – przyp. RB).

MM: Tego to nie pamiętam.

ST: Że możemy przyjść, grać w Domu Kultury, ale: Przynieście mi nuty.

MM: Nie wiem.

ST: Jak była ta kierowniczka to już tam nie dało rady grać w ogóle.

MM: Nie pamiętam tego, już nas nie było. Kwiatkowski był jak my tam chodziliśmy.

RB: Poza koncertowaniem podejmowaliście jakieś działania, żeby kogoś zainteresować waszym graniem?

MM: Nie. Dla przyjemności w zasadzie graliśmy.

RB: A po Ivo Partizan myślałeś o założeniu kolejnego zespołu?

MM: Raczej nie. Technikum skończyłem, po ’90 roku zacząłem pracę w Pogotowiu. To się już później rozpadło, z Grzechem Wojciechowskim się tylko trzymałem. Sami w domu, jak się spotykaliśmy, to sobie takie jam session robiliśmy. Nie wiem czy Wesołowski grał gdzieś, chyba grał.

ST: Cały czas gdzieś tam grał.

RB: Cofnijmy się do czasów przed Ivo Partizan. Kiedy zainteresowałeś się muzyką rockową?

MM: W szkole zawodowej. U znajomego, Roberta Miklaszewskiego, usłyszałem Thin Lizzy, utwór Whiskey on the jar. Tak się trzymaliśmy razem, do lasu chodziliśmy – ornitologia i tak dalej. Kojarzysz Roberta? On jest w Brodnicy strażnikiem leśnym. Jak teraz kiedyś był zjazd w Liceum, to go spotkałem – mnie nie poznał w ogóle (śmiech).
I ten utwór mnie tak zauroczył. W zasadzie rock, blues się zaczął właśnie od Whiskey in the jar. Robert miał takiego Kaprala, kaseciaka. Ja sobie później kupiłem Kasprzaka! W nocy – Black Sabbath, nagrywanie… (ogólny śmiech). Kupowało się jakieś kasety z Mecem i się mazało, nagrywało.

ST: Z tego wynika, że Miklaszewski słuchał dużo muzyki. Miał płytotekę, kupował płyty?

MM: Na kasety też nagrywał. On miał dość dużą płytotekę, dużo od niego właśnie pożyczyłem. Cztery albumy Led Zeppelin – I, II, III, IV – przegrałem. No i przede wszystkim nasz wódz, Jimi Hendrix… Co jeszcze? Janis Joplin.

RB: Tylko w ten sposób zdobywałeś muzykę?

MM: Kupowałem kasety. Mało, w Strzelnie raczej nie, jak już to w księgarni (Księgarnia Piastowska przy Rynku, bardziej znana jako księgarnia „u Wiatrowskiej” – przyp. RB). Później jakieś w lombardzie się pojawiły, patrzę: TSA, ta czerwona płyta TSA! Biegiem normalnie – kupiona! (ogólny śmiech). Lombard był tam, gdzie jest […] [tu padły nazwy dwóch firm, miejsce blisko skrzyżowania ulic: Kolejowa – Św. Ducha – Powstania Wielkopolskiego].

ST: Tam był taki lombard!

RB: Kojarzę! Taka buda drewniana.

MM: A poza tym co? Się kupiło kabel, dwa magnetofony – wymienialiśmy się, przegrywało się z jednego na drugi. Mam trochę jeszcze tego.

RB: Pamiętam, że długie włosy miałeś.

MM: Jedenaście lat.

RB: Jak byłeś odbierany jako ten długowłosy w takim prowincjonalnym mieście jak Strzelno?

ST: Od wojska się wymigałeś?

MM: Odrabiałem w Pogotowiu wojsko i tam później zostałem dziesięć lat.
Pamiętam, wyszedłem kiedyś na miasto, idę sobie, tak się wszyscy patrzą z pogardą na mnie (ogólny śmiech), nie wiem o co chodzi! I później mi kolega mówi, że ksiądz na mszy coś mówił o narkomanach. Mówię: Aha, to takie buty, że tak się wszyscy dziwnie na mnie patrzą. To małe miasteczko. W dużych miastach – Inowrocław powiedzmy – tam była kawiarnia, się spotykali…

ST: A ten ksiądz…

MM: Rawski to wspomniał.

ST: W którym to mogło być roku, ’86?

MM: Nie, to później było, do technikum już chyba chodziłem… ’89 mógł być.

RB: Spytałem o reakcje ludzi, bo pamiętam jak jako dzieciak zareagowałem na Sławka i jego znajomych, których mijałem gdzieś w Strzelnie – kurtki dżinsowe, dłuższe włosy… Wręcz się ich przestraszyłem (śmiech).

MM: Jeździliśmy na koncerty do Brodnicy, w parku były – blues, reggae i rock. Pamiętam, wracam rano, niedziela to już była (śmiech). Idę ulicą i tylko takie szepty słyszę (charakterystycznie zniża głos przyp. RB): E, zobocz, z „Jarocina” wrócił (ogólny śmiech). Tak było, oni tak odbierali.

RB: Poza Brodnicą na jakieś inne koncerty jeździłeś?

MM: Jeździłem. Ostatnio na Lennym Kravitzu byliśmy na Bemowie.
W tamtych czasach to się jeździło non stop. Przede wszystkim Brodnica. Co tam jeszcze? Na Deep Purple byłem, chodziłem z dziewczyną z Inowrocławia i pojechaliśmy na Purple do Poznania – ’91, ’92 mógł być. A z Robertem Miklaszewskim do Warszawy, klub Stodoła, Golfa „jedynkę” jeszcze miałem, specjalnie pojechaliśmy na TSA. Oni kupę czasu siedzieli w Stanach Zjednoczonych, jak wrócili do Polski to był pierwszy ich koncert. Szok totalny…

RB: A pierwszy koncert na jaki pojechałeś poza Strzelno?

MM: Pierwszy koncert? Zaraz ci powiem… Zespół Dżem w Inowrocławiu, w Teatrze. Pan Rysiu był tak nawalony, że chyba z 20 minut czy ileś… (ogólny śmiech), zostawił cały zespół i sobie wyszedł. Tadeusz Nalepa w Kruszwicy w Domu Kultury. Też byliśmy z Piechockim. Pieszo wracaliśmy później, bo nikt nie chciał nas zabrać. I Święto Młodości, Kruszwica. Pamiętasz? (pytanie skierowane do Sławka – przyp. RB).

ST: Tak.

MM: To były fajne imprezy, tam się zjeżdżały zespoły – punk, nie punk, heavy metal.

ST: Najbardziej wtedy, kiedy były Róże Europy, Kobranocka, Proletaryat jednego dnia. Kto jeszcze? Daab jeszcze wtedy też był. To było przegięcie…

MM: Inowrocław, stadion, też na koncertach byłem.

ST: A Jarocin?

MM: W Jarocinie, przyznaje się, nie-by-łem! Nie będę kłamał. Grzechu Wojciechowski to tam jeździł podobno, ale ja wtedy jeszcze z nim nie trzymałem.

RB: Na jakimś koncercie w Mogilnie zdarzyło ci się być?

MM: Był jakiś koncert w parku, ale to jeden wielki niewypał (śmiech). Wiem, że mieliśmy jechać na zlot hipisów – to gdzieś w Koninie czy za Koninem było, z Wilczyna mieliśmy kumpla jeszcze zabrać, „Apacza”. Ale jakoś tam…, mówię: A, pier…… . I wtedy ktoś „puścił” hasło: A, tam, to nie jedziemy. Jest impreza w Mogilnie. Pojechaliśmy do parku, do Mogilna – tam jakieś zespoły punkowe grały.
Poza tym – mi się przypomniało teraz – jak chodziłem do technikum do Inowrocławia to poznałem taką Swietłanę, tam w Domu Kultury pracowała. Ona już nie żyje, przyjeżdżała do Kolorowej, jak Eryk (Szydzik – przyp. RB) wystawiał te swoje obrazy. To tam sobie wchodziłem do nich jak mieli próby – „Wróbel” na perkusji, taki niesamowity gitarzysta grał. Nieźle „trzaskali”.

RB: To się w Inowrocławiu działo?

MM: Tak, w Inowrocławiu.

ST: Deep River się nazywali?

MM: Nie pamiętam. Ten gitarzysta później do Francji wyjechał…

ST: Divers! A gitarzysta to „Zjawa”. Jaki to był zespół!

MM: „Jechali” nieźle.

ST: Grali coś takiego: Satriani, ale mniej melodyjnie. Taki „wy…….” na gitarach, że szok. Oni byli pod Domem Kultury, jak otwierali Róże Europy w Sokolni (sala w Inowrocławiu – przyp. RB) to Róże Europy nie miały po co wychodzić. „Zjawa” do Francji wyjechał, bo poznał kobietę z majątkiem, z winnicą… A Swietłana… To ona Quidam wypromowała (Quidam miał swój początek w grupie Deep River – przyp. RB).

MM: Ona z nami pojechała też do Brodnicy właśnie. Zawsze stopem jeździliśmy, a z powrotem pociągiem przepełnionym.

RB: Większą grupą jeździliście, taką strzeleńsko-inowrocławską?

MM: I Mogilno do tego jeszcze. Tak się trzymaliśmy. Imprezy zawsze robiliśmy pod koniec września, początek października, wynajmowaliśmy dwa pokoje w Przyjezierzu, Pod Dębami. Z dwadzieścia osób było… Tam było dopiero jam session (ogólny śmiech) – dwie gitary były zawsze, ja harmonijka… To były lata dziewięćdziesiąte.

RB: Wróćmy do zespołu Ivo Partizan. Dlaczego wokal i harmonijka?

MM: No bo tak jakoś… Na gitarze się później nauczyłem grać. Znajomy miał taką chińską harmonijkę dużą. Mówię: Nie chcesz jej sprzedać?. I kupiłem tę harmonijkę, i wszyscy pod drzwiami się nabijali jak przychodzili, kiedy ćwiczyłem. Te piski i tak dalej – na początku to nic nie wychodziło, ale tak stopniowo, stopniowo… Bo ja ze słuchu grałem – ktoś mi zagrał na gitarze to się podstawiałem z tą harmonijką. Później w Bydgoszczy, w muzycznym, drugą kupiłem – oryginalna „Hohnerka” C-Dur. To jak w Pogotowiu pracowałem – kupę pieniędzy… (pokazuje tę harmonijkę – przyp. RB).

RB: „Pogrywasz” jeszcze?

MM: Tak.

ST: A „Zyga” cały czas gra?

MM: Kiedyś od znajomego gitarę odkupiłem i zacząłem się uczyć grać, też kawałki bluesowe i tak dalej. Ale w latach 2008-2010 musiałem działalność założyć, ZUS opłacić i Grzechowi sprzedałem, to chyba raczej gra.
Tę gitarę Miklaszewski kupił. I jak koncert mieliśmy w Strzelnie, gdzie graliśmy Whiskey, to od niego właśnie tę gitarę – pudło pożyczyliśmy. Później on mówi: Nie chcę już tego. Bo za bardzo mu nie wychodziło na tej gitarze. Mówię: To dobra, dawaj, ja się trochę podćwiczę.

RB: Zanim zacząłem nagrywać rozmowę wspomniałeś, że Robert Wesołowski cię namawia, żebyście znowu pograli.

MM: W tamtym roku mnie gnębił, nawet żeby jeździć, bo w Mogilnie czy Janikowie potrzebowali kogoś do zespołu. Mówię: Nie mam czasu.