Sławomir Ruciński: „Zeszliśmy ze sceny – jeszcze brawa trwały”

[sierpień 2014; nowyhoryzont.blog.pl, wpis z 25 października 2014 roku]

O mogileńskiej grupie Ivo Partizan, a także o tym, co przed i co po Ivo rozmawiam z gitarzystą zespołu, Sławkiem Rucińskim.

***

Pierwsza połowa lat osiemdziesiątych w Polsce to czas punk rocka, nowej fali i zimnej fali. Jak wyglądała mogileńska scena muzyczna przed Ivo Partizan?
Jeden z pierwszych mogileńskich rockowych zespołów, które kojarzę to zespół Ciężkie Czasy, była to muzyka inna niż to, co można było usłyszeć w mediach – taka muzyka pozaradiowa. Wydaje mi się, że wtedy koncertowo to tylko ten zespół tutaj działał.
Początek lat osiemdziesiątych… Może powiem, co ja tutaj robiłem. Pierwszy zespół, który razem z bratem – obecnym menedżerem RiD, założyliśmy na początku lat osiemdziesiątych (rok 1982-83), nazywał się Afekt. To było takie ciężkie rockowe granie – fascynacja Black Sabbath, AC/DC, Led Zeppelin czy Uriah Heep. To krążyło między kolegami, do tego mieliśmy dostęp. Ale pierwsze płyty, które w ojca dyskografii znalazłem to były płyty pocztówkowe Beatlesów (Hey Jude, Michelle). Te płyty największy wpływ na mnie wywarły wtedy. I to, co krążyło między kolegami. Chociaż w dyskografii ojca były też Homo Homini, Alibabki…
Pierwszy był Afekt, a po nim – Krach 666 (rok 1983-84). Później taki „zakręt” pojawił się, gdy w nagraniach mojego kuzyna usłyszałem jakiś klubowy koncert zespołu Kryzys. Raz, że w języku polskim, dwa: zdawało mi się, że grali bardzo prosto, ale zdziwiło mnie to, że można grać prosto, a można mieć taki wpływ na słuchacza. O ile AC/DC, Led Zeppelin, Black Sabbath i te wszystkie inne tuzy grały muzykę, która miała wpływ, to zdawało mi się, że jest to dalekie, mało dostępne i niezrozumiałe dla mnie, mieszkańca Mogilna.
Kryzys to było dla mnie takie inne spojrzenie na muzykę – minimalny prymitywizm w dźwiękach i szukanie tych dźwięków, które trafiają. O tym, że są to dźwięki szczere nie będę mówił, bo to oczywiste, że muszą być szczere. To do dzisiaj pozostało w kręgu moich zainteresowań muzycznych i z tego też wziął się pierwszy koncert punkowy, na którym byłem w Trzemesznie, jeszcze jako uczeń szkoły podstawowej. Zespół nazywał się Rewizja. To chyba nie tylko dla mnie był pierwszy koncert punk rockowy – z tego, co wiem, był to w regionie pierwszy koncert tego typu muzyki. Ciężkie Czasy grały ostrą muzykę rockową, ale na pewno nie był to punk rock bardziej oscylował wokół AC/DC, Led Zeppelin i tym podobnych tuzów.
Koncert Rewizji to też kolejny taki „zakręt”. Czułem, że jest to muzyka, która do mnie trafia – w języku polskim, prosta, bez potrzeby grania 50 000 dźwięków. Czasami trzy, cztery trafione akordy lepiej trafiają do słuchacza.

Ludzie zaczęli tak grać, ponieważ mieli dosyć tych 50 000 dźwięków miało być prosto, miały być emocje.
Wtedy nawet nie wiedziałem, że to się punk rock nazywa. Takie inne spojrzenie i pójście bardziej w stronę przekazu, co się dzieje wokół, co się działo wtedy w Polsce politycznie – przemiany, Solidarność i tak dalej. Żyjemy w tych czasach i w tym miejscu, a nie w Australii – tam, gdzie powstawał zespół AC/DC, i to jest mi bliższe, to jestem ja.
Już po tym „zakręcie” był kolejny zespół – Kabaret, który założyłem razem z Leszkiem Duszyńskim i Mariuszem Twarużkiem. Obecnie tworzymy zespół RiD – poza Karolem Walkowskim, który wtedy był jeszcze zbyt młodym chłopcem (śmiech). Karol też miał swój zespół, punk rockowy – Herberga, ale to było wiele lat później.
Kabaret zagrał tylko dwa koncerty – chyba w ‘84 i ‘85 roku, w Inowrocławiu i w Mogilnie. Mieliśmy mało utworów muzycznych, ale chcieliśmy jak najszybciej wyjść, jak najszybciej przekazać to, co czuliśmy i to, co tworzyliśmy. Publika, która się zebrała na koncercie w ‘85 roku w Harcówce (istniejący do dzisiaj budynek w Mogilnie – przyp. erbe) poprosiła, żebyśmy jeszcze raz zagrali. To było dla nas bardzo ważne – pomimo tego, że gramy coś, co jest w nas i co jest od nas, a nie ze świata, może zainteresować słuchaczy.
Muzyka oscylowała w rejonach cold wave już wtedy. Kiedy powstawał materiał nie wiedziałem, że tak się to nazywa. Kilka dni przed czy po tym koncercie w Harcówce, w jakiejś radiowej audycji nocnej – u Beksińskiego czy Kaczkowskiego, usłyszałem koncert z płyty Still Joy Division. Do dzisiaj ludzie zarzucają Ivo Partizan, że były to „zrzynki” Joy Division, z czym zupełnie nie mogę się zgodzić. Utwory zespołu Kabaret i Ivo Partizan powstawały u nas, w Mogilnie, a w tym samym czasie – no, może troszeczkę wcześniej, w Anglii to samo robiło Joy Division. Oni też mówili, że byli na koncercie punk rockowym – na Sex Pistols, i to miało na nich wpływ. To się nałożyło. Nie ukrywam, że Still na mnie duży wpływ wywarło. Mówię: Kurczę, jest to mi tak bliskie. To jest to, co my tutaj robimy.

Pozwolisz, że do tego wątku wrócimy w dalszej części rozmowy. W Mogilnie istniał też zespół Bunkier. Kabaret to było 3/4 przyszłego Ivo Partizan, a w zespole Bunkier na gitarze basowej grał Maciej „Mec” Adamski. Jak doszło do tego, że zwarliście szeregi?
Nasz kontakt i to zwarcie szeregów nie nastąpiło na bazie zespołu Bunkier. O ile pamiętam, Bunkier też przechodził ewolucję w stronę muzyki nowofalowej – grali już nie tak ostro, nie tak punkowo. Więcej o tym muzycy mogliby powiedzieć. Grali także pod nazwą Porcelanowy Człowiek. „Mec” też grał w tym zespole.
Po mogileńskim koncercie zespołu Kabaret podszedł do mnie Maciej. Kojarzyłem go z różnych towarzyskich spotkań, aczkolwiek nie był mi bardzo bliski wtedy – miałem swój krąg znajomych, wiekowo i muzycznie. Maciej do mnie podszedł, gratulował koncertu i poprosił, żebyśmy się spotkali i porozmawiali o muzyce, bo też ma pewne przemyślenia – najlepiej jak najszybciej. Na drugi dzień spotkaliśmy się u niego w domu. Długo rozmawialiśmy o muzyce, słuchaliśmy oczywiście, i stwierdziliśmy, że mamy bliską nić porozumienia, że warto zrobić coś razem. Mogę powiedzieć, że to był dzień, kiedy urodził się zespół Ivo Partizan.
Pierwsza myśl – kto? Ja byłem w Kabarecie, Maciej w Porcelanowym Człowieku czy Bunkrze, a nie chcieliśmy, żeby to była kontynuacja któregoś z tych zespołów. Oczywiście, liczba muzyków była ograniczona na terenie miasta i stąd rozmowy z Mariuszem Twarużkiem – poprosiłem go, żeby zagrał z nami w zespole, który właśnie ma powstać. Później Maciej wymyślił nazwę „Ivo Partizan”. Akceptacja była od razu. Gdyby przywiózł nazwę „Ivo Lola” czy jakąś inną to też byłaby akceptacja. Chodziło nam o samą muzykę, a nie o nazwę – tak samo jak teraz podchodzimy do nazwy „RiD”. „Ivo Partizan” fajnie brzmiało. Później dopiero z gazet dowiedziałem się kto to był. Maciej jako starszy ode mnie mój kolega wiedział o tym. On się tym interesował i bardziej był może w tych sprawach oczytany historycznie – o ile teraz to jest mniejszy przeskok, wtedy te, bodajże, dwa lata różnicy między nami to trochę było.
Ja, Maciej i Mariusz stworzyliśmy materiał, który później nagrał Marek Bieganowski w Harcówce. Kasetę wysłaliśmy do Jarocina. Był to inny materiał niż ten, który zagraliśmy w ‘85 roku. Był jeden chyba numer… Nie pamiętam teraz, ale na pewno było dużo utworów, których później tam nie graliśmy. Mengele powstał później, na przykład. Walter Chełstowski dał nam szansę zagrania na Dużej Scenie, a u nas to wszystko się rozwijało i wiedzieliśmy, że można jeszcze inaczej, jeszcze fajniej, że można bogaciej, że można więcej. Stworzyliśmy inne utwory. Podjęliśmy ryzyko – tamten materiał był fajny i zrozumiały, ktoś dał nam kredyt zaufania, a my przychodzimy z czymś innym. Nie było tak, że my wiedzieliśmy, że komuś się to spodobało, więc tak zagramy, bo komuś się spodobało. My byliśmy już krok do przodu i wychodziliśmy z tym: Jeśli się spodoba to okej, to jest nasze.

Musiało się spodobać, ponieważ przebrnęliście przez sito konkursowe. Zanim jednak o Jarocinie ‘85 chciałbym wrócić do sprawy składu. Kasetę wysłaliście jako trio. Dlaczego Leszek Duszyński dołączył do was dopiero na krótko przed jarocińskim Festiwalem?
Z Kabaretu tylko zaprosiliśmy perkusistę Mariusza, ponieważ „Mec” grał na basie i śpiewał wcześniej w zespole Bunkier czy Porcelanowy Człowiek, a ja byłem gitarzystą. Nie było potrzeby, żeby jeszcze kogoś zapraszać. W trakcie prób okazało się jednak, że trudno jest Maciejowi grać jednocześnie na basie i śpiewać – musiał ograniczać pochody basowe, dlatego że nie radził sobie z wokalem. Przypuszczam, że gdyby się uparł, to by przysiadł i to opanował, ale nigdy nie było dla nas ważne, żeby grać dobrze technicznie – w tamtych czasach najważniejszy był przekaz. Wspólnie stwierdziliśmy, że nie ma sensu siedzieć nad kolejnymi ćwiczeniami muzycznymi i że potrzebujemy jednak basistę. Najbliższy był mi Leszek Duszyński, który jeszcze grał w Kabarecie. Po odejściu Mariusza do Ivo Partizan ten zespół jeszcze przez kilka miesięcy funkcjonował i z tego, co wiem, powstawały nowe utwory, a nasze stosunki po odejściu moim, troszeczkę były zimne i tylko spotkania typu: spotkajmy się, porozmawiajmy, mogły mieć miejsce. Pamiętam, umówiliśmy się na stacji benzynowej przy tym dużym kościele, który stoi przy wyjeździe z Mogilna.

Może dlatego na tej stacji benzynowej, ponieważ w tym czasie tam pracował Maciej Adamski.
Ano właśnie! Wiesz więcej ode mnie (śmiech).

Sam mówił o tej pracy w wywiadzie dla Expressu Inowrocławskiego (dodatek Mogilno z 31 grudnia 2009 roku).
Lechu zaczął przychodzić na próby, bardzo szybko „łapał” materiał. Do wyjazdu do Jarocina udało się opanować w czwórkę ten materiał i już tak zostało – nie poprosiliśmy go, żeby zagrał na Festiwalu, tylko żeby został członkiem zespołu.

Leszek Duszyński prowadził dziennik – fragmenty zostały opublikowane w tygodniku Pałuki i Ziemia Mogileńska, nr 31 z 2005 roku. Zanotował między innymi, że na przesłuchaniach konkursowych na Jarocin ’85, które odbywały się w Jarocińskim Domu Kultury zagraliście Walc nr 1 i Mengele. W połowie drugiego utworu szef festiwalu, Walter Chełstowski wam przerwał; później się okazało, że do konkursu się dostaliście. Wspomniał również o tym, że Stanisław Holak, który był wówczas z wami, po występie stwierdził, iż zagraliście na 20-30% swoich możliwości.
To jest jego ocena. Ja uważam, że w JOK-u, na przesłuchaniach wstępnych zagraliśmy na 100% swoich umiejętności. Wtedy potrafiliśmy tak zagrać i tak zagraliśmy. To było nasze pierwsze wejście na scenę jako Ivo Partizan i z taką muzyką.

A jak wam się grało po raz drugi jako Ivo Partizan, na koncercie konkursowym?
Zagraliśmy na bardzo dobrym, profesjonalnym nagłośnieniu. Kolejny atut to to, że zagraliśmy w nocy. Muzyka była osadzona w czarnych kolorach – gdybyśmy zagrali o dwunastej w południe, w pełnym słońcu, pewnie inny byłby odbiór.

Co zagraliście?
Zagraliśmy Walc nr 1, Zabij ten czas, Walc nr 2 i Mengele. Po pierwszym utworze nie słyszałem gwizdów, nie słyszałem ze strony publiczności oznak tego, że coś się może nie podobać albo coś może nie być dla nich zrozumiałe w tym, co robimy. Po czwartym numerze bardzo długo trwały brawa. Zeszliśmy ze sceny – jeszcze brawa trwały. To było dla nas oznaką, że to, co robimy to jest właśnie to.
Ja byłem pewny, że to, co robimy jest szczere. Obojętnie jak wtedy byłoby to przyjęte, gralibyśmy nadal. O ile teraz zespoły wiedzą o tym, że żeby zaistnieć to gdzieś ten element komercji musi się pojawić. Wtedy nie było napisów […] [tu padły nazwy dwóch znanych marek] czy jakichś innych sponsorów – wtedy wiedziałem, że tylko jest muzyka i to jest nasza siła.

Jako jeden z laureatów wystąpiliście po raz trzeci. Zagraliście te same utwory?
Zagraliśmy te same utwory. Po Mengele znowu trwały bardzo długo brawa – owacja. I był bis. Nie chcieliśmy powtarzać jeszcze raz tych utworów, więc zagraliśmy utwór Gdzie jest Bóg? Porcelanowego Człowieka czy Bunkra. Wtedy na basie zagrał „Mec”, dlatego że Lechu nie był przygotowany do tego numeru.

Nagrodą za znalezienie się w gronie zwycięzców Jarocina ‘85 była gitara i pieniądze, których podobno nigdy nie zobaczyliście.
Pieniądze były, ale nie pamiętam, co się stało z nimi – chyba zespół nawet ich nie zobaczył.

Obserwowaliście festiwalowe występy innych wykonawców?
Obserwowaliśmy i widzieliśmy jak duża przepaść dzieli nas chociażby pod względem sprzętu. W jednej szkole spały z nami Kosmetyki Mrs. Pinki. Zespół miał dużo lepsze gitary od nas. Ja grałem na gitarze zrobionej przez stolarza z Mogilna – miał ksywę „Łajer”. „Mec”, o ile pamiętam, też miał bas zrobiony przez jakiegoś stolarza. Do tego stare Eltrony w Harcówce. W drugim dniu Darek Kulda z Kosmetyków Mrs. Pinki pożyczył mi efekt gitarowy – chorusa czy coś takiego. Rozmawialiśmy o brzmieniu, o tym, że jest w ogóle coś takiego jak zewnętrzny efekt gitarowy. Nic o tym nie wiedziałem (śmiech) – myślałem, że to wszystko można uzyskać poprzez samą grę. Wtedy dopiero zauważyliśmy, że trzeba jednak postawić też na sprzęt i trzeba się rozwijać w tym kierunku – nie tylko te trzy dźwięki, które mają pasować w utworze, ale że jeszcze można coś więcej zbudować wokół tego.
Teraz stwierdzam, że takie szukanie brzmień, kolejnego efektu gitarowego, nakładanie, psuje to, co jest najważniejsze – odnalezienie tych tak zwanych trzech dźwięków, które zauroczą słuchacza. One są najważniejsze, a nie zachłyśnięcie się efektami gitarowymi czy brzmieniem.

MOGILNO. IVO PARTIZAN ZAGRALI DLA „SERNIKA” (25.09.2015)

To był wyjątkowy koncert. Ivo Partizan zagrali dla przebywającego w szpitalu perkusisty grupy, Mariusza „Sernika” Twarużka. Dochód zostanie przekazany na jego rehabilitację. Sądząc po frekwencji – w sali Kina Wawrzyn nie dla wszystkich starczyło miejsc siedzących, nie będzie to mała kwota. Maciej „Mec” Adamski, nawiązując do występu Ivo Partizan na Jarocinie ’85 (wszyscy członkowie grupy mieli wówczas po kilkanaście lat, a najmłodszy był właśnie Sernik), powiedział między innymi: 25 tysięcy ludzi, noc. I nasze wielkie obawy, czy Mariusz wytrzyma. Mariusz nie tylko nie wytrzymał – nie pękł. Zagrał z nas najrówniej, najlepiej. […] jestem przekonany, że nie pęknie w tak trudnej życiowej sytuacji, w jakiej się teraz znalazł. I wasza reakcja na nasz apel świadczy o tym, że jeżeli tyle serc będzie biło razem dla niego, to na pewno wszystko się dobrze zakończy i jeszcze zagrasz z nami. Zebranym podziękowała także żona Mariusza Twarużka: Wiele razy braliśmy z Mariuszem udział w różnego rodzaju akcjach i koncertach charytatywnych, ale nigdy nie spodziewałam się tego, że kiedyś taki koncert zostanie również zagrany dla nas. […] Dobrze, że Mariusz ma taką pasję, którą jest gra na perkusji i głęboko w to wierzę, że jeszcze kiedyś zagra dla was koncert, podczas którego sam wam osobiście podziękuje. Dzisiaj ja mogę wam tylko powiedzieć: dziękuję, dziękuję, dziękuję!. A na koniec… ze sceny telefon do „Sernika”. Maciej Adamski żartował: Uprzedziłem go, co prawda. Będziecie go słyszeć. Chyba, że śpi – już pora taka… . Nie spał. Krótka rozmowa, burza oklasków i wspólne wysłuchanie utworu Walc Nr 1, w wersji zarejestrowanej 30 lat temu na Festiwalu w Jarocinie. To było najlepsze z możliwych zakończenie tego koncertu…
Wyjątkowy również dlatego, że w swojej historii Ivo Partizan zagrali w Mogilnie po raz drugi (poprzedni koncert odbył się 29 lat temu), a po raz pierwszy po reaktywacji z Maciejem Adamskim w składzie. Mec zaśpiewał Walc Nr 1 i Tak wielu było nas: Ja jestem pierwszy raz po trzydziestu latach na scenie. Nie wiem, jak mi to wyjdzie, ale liczę na waszą wyrozumiałość i na Marka Bieganowskiego za konsoletą. Wyszło bardzo dobrze.
Poza Walcem Nr 1 – w wersji live i z odtwarzacza, Leszek Duszyński (śpiew, gitara, melodyka), Sławomir Ruciński (gitara), Karol Walkowski (bas) i Arkadiusz Kubiak (perkusja), zagrali jeszcze dwa inne, nazwijmy to, klasyczne utwory Ivo Partizan – Mengele i Zabij ten czas. Od tego – a jakże! – zaczęli. Niestety, na miejsce dotarłem dopiero w połowie pieśni o Josefie Mengele. Ale ciary na plecach poczuć zdążyłem. Bo choć zagrane trzy dekady od momentu powstania, to w tych utworach klimat, magia i powiew zimnej fali są wciąż obecne. Ciągle czekam, Kobieta żul, Ezoteryczna, Żaba, Komisariat policji, Koniec mój będzie bliski czy Wiersz dla nieznajomego przyjaciela napisany – to już Ivo Partizan XXI wieku, zdecydowanie bardziej zadziorni. Ale różnica między starym a nowym nie była tak wyraźna, jak w czasie majowego koncertu zespołu w Spichlerzu Polskiego Rocka w Jarocinie. Może dlatego, że wyremontowany Wawrzyn to profesjonalnie przygotowana sala koncertowa – słuchanie tam muzyki to czysta przyjemność! A może dlatego, że Ivo Partizan ciągle potrafią zaskoczyć, czego dowodem Tak wielu było nas – bliskie dokonaniom grupy z ’85-’86 roku (dla mnie najlepszy fragment koncertu – komuś jeszcze ten utwór skojarzył się z Atmosphere Joy Division?).

W tomach książki Grunt to bunt. Rozmowy o Jarocinie można znaleźć opinie na temat waszego występu – od bardzo pozytywnych po zarzuty, że poprzez zimnofalowe granie chcieliście się przypodobać Walterowi Chełstowskiemu i „załapać” na panujący w 1985 roku festiwalowy, „joydivisionowy” trend.
Kiedy powstawał ten materiał – nie wiedzieliśmy, że istnieje ktoś taki jak Walter Chełstowski i co jest w kręgu jego zainteresowań. Byliśmy z miasteczka Mogilno, a nie z Warszawy czy z Poznania.

Nie kojarzyliście trendów.
Nie kojarzyliśmy zupełnie. Dla nas było ważne to, co się dzieje w Mogilnie – tu, na tych ulicach szarych. Dla mnie korzeniami był zespół Kabaret, a dla „Meca” – Porcelanowy Człowiek i Bunkier. Jak już wcześniej powiedziałem, Walter Chełstowski wybrał materiał, który był na kasecie wysłany. A tam były inne utwory – może jeden czy dwa numery później zagraliśmy. Wiedzieliśmy, że one się spodobały skoro zostaliśmy wybrani, a jednak stwierdziliśmy, że pokazujemy to, co my chcemy. Równie dobrze w JOK-u Chełstowski mógł powiedzieć, że to nie jest to. Informacja istotna, a chyba dotąd nigdzie się nie pojawiła – na kasecie do Jarocina był inny materiał. I to jest odpowiedź na te zarzuty.

W 1985 roku Stanisław Holak w Jarocinie był z wami jako człowiek z mogileńskiego Domu Kultury, a rok później stanął z Ivo Partizan na scenie. Maciej Adamski we wspomnianym wywiadzie dla Expressu Inowrocławskiego podkreślił jego ważną rolę dla Ivo Partizan. Powiedział: Inspirował nas do tworzenia muzyki.
Inspiracja jest ulotna – nie jest mierzalna matematycznie, nie można jej dostrzec, nie można pokazać, że była albo nie było jej w sposób zamierzony czy nieświadomy. Być może Maciej miał jakieś inne kontakty ze Stanisławem Holakiem i jeśli mówił, że nas inspirował to miał na myśli tylko siebie. Jeśli mówił o zespole to na pewno Stanisław Holak mnie nie inspirował, on wtedy grał muzykę swingującą z zespołem Letni Swing. W historii Ivo Partizan nie było nawet takich spotkań ze Stanisławem Holakiem, gdzie byśmy wspólnie słuchali muzyki czy rozmawiali na temat muzyki. Nie wiem o jakiej jego ważnej roli dla Ivo Partizan myślał Maciej…, ja jej nie dostrzegam, chociaż… pamiętam, że otwierał nam drzwi na próby w Harcówce.

Na Jarocinie ‘86 przyszły lider Malarzy i Żołnierzy wspomagał was grą na klawiszach. To nie była jedyna nowa twarz Ivo Partizan na festiwalowej scenie – na instrumentach perkusyjnych zagrał Marek Sadecki.
Marek Sadecki… Nie pamiętam… Lepiej pamiętam ‘85 rok. Nie wiem z czego to wynika. On grał z nami na próbach, ale czy stanął wtedy na scenie? Grał. Pamiętam takie zdjęcie: idziemy ulicą razem, jest Marek Sadecki i jest Stanisław Holak.
Marek Sadecki to osoba, która się pojawiła, ponieważ bardzo bliska była nam muzycznie. Nie chcieliśmy robić ksera na ‘86 rok tylko cały czas się rozwijać. Elementem rozwoju były instrumenty perkusyjne, które w niektórych numerach mogą podbić, mogą spowodować, że coś się zadzieje brzmieniowo, bo ten instrument daje też jakieś brzmienie i dynamikę. A to było ważne, bo nie mieliśmy tych efektów gitarowych. Teraz możemy to sobie rozkręcić, szukać – raz możemy mieć takie brzmienie, później coś innego. Kiedyś tego nie mieliśmy, więc szukaliśmy innych elementów – stąd te instrumenty perkusyjne. Marek był bardzo osadzony w tym, co robiliśmy. Uważam, że był najbliższy właśnie nam wtedy i dlatego poprosiliśmy go, żeby zagrał.
Stanisław Holak… Nie wiem czy jako opiekun znowu się pojawił, czy bardziej może jako kolega Macieja, który go poprosił, żeby się pojawił. Zagrał na dziecięcym Casio w jednym fragmencie utworu Konie czerwone. Oczywiście nigdy nie był członkiem Ivo Partizan – to było tylko jedno wejście na scenę.

Przemysław Thiele – członek grup: PF Brut, Ciechoroba i Kolaboranci, w rozmowie z Grzegorzem K. Witkowskim (Grunt to bunt. Rozmowy o Jarocinie, t. 2, s 563) zarzucił wam, że w czasie między Jarocinem ’85 i ’86 nie zrobiliście żadnych muzycznych postępów.
Nie wiem na jakie obszary naszych muzycznych dokonań on patrzył. Było na pewno inaczej, więc ten zarzut, że my przez rok nic nie zrobiliśmy jest zupełnie „z nieba”. Tak jak ten wcześniejszy. Wydaje mi się, że laik, który posłucha koncertu z ‘85 i z ’86 roku powie: Jest inaczej. Nie wiem czy lepiej – teraz stwierdzam, że nie. Znaczy, staraliśmy się – był krok do przodu, ale tak naprawdę później okazało się, że to było bardziej w bok, niż do przodu. Wydaje mi się, że dla nas obciążeniem było to, że zagraliśmy jako te „gwiazdy”. To już się kłóciło jakby wewnętrznie z nami: Ale jakie gwiazdy? My po prostu gramy. To obciążenie, myśl, że trzeba zrobić coś innego: teraz to musimy nad tym stadionem się unosić, najlepiej latać w powietrzu, spowodowały, iż efekt końcowy nie był taki jak byśmy chcieli. Byliśmy młodymi ludźmi i zachłyśnięcie się od razu tym, że w ’86 roku mamy wystąpić jako gwiazdy zakłóciło to, co dla nas – undergroundu, było najważniejsze. Zbyt dużo złota powoduje, że człowiek jest ociężały.

Na Jarocinie ’86 był kręcony dokument My blood, your blood. Mieliście się tam znaleźć – nawet dostaliście za to pieniądze, ale ostatecznie Ivo Partizan nikt nie zobaczył na ekranie [już po opublikowaniu wywiadu okazało się, że chodziło raczej o film Fala, zarejestrowany na Festiwalu w Jarocinie rok wcześniej]. Dlaczego?
Przed koncertem przyszedł do nas człowiek z firmy i podłożył jakieś dokumenty do podpisania: Będzie film. Chcecie?. My: Chcemy. Jeżeli to będzie pamiątka, która pozostanie po nas, to bardzo fajnie. Wróciliśmy do Mogilna, przyszła informacja, że są pieniądze do odebrania na poczcie. To naprawdę były duże pieniądze – mogłem sobie pozwolić wtedy na lepszą gitarę.
Czekaliśmy na ten film – z rok to trwało. Chyba nawet w naszym kinie mogileńskim też był grany. Kilka razy obejrzeliśmy – okazało się, że nas nie ma. Były zespoły, o których się tak dużo wtedy nie pisało, a jednak się pojawiły. A nas nie było. Ale to nie była informacja, która by nas bardzo zdołowała i to nie był gwóźdź do trumny – my się cieszyliśmy, że dostaliśmy pieniądze.

Jak myślisz, dlaczego w tym dokumencie zabrakło dla was miejsca? Mogło chodzić o głównego bohatera utworu Mengele?
Nie wiem. Może tak, a może o to, że film ma określony czas i w tym czasie może się znaleźć tylko ileś zespołów. Część z nich mogła się pojawić tylko dlatego, że były bliżej twórców filmu – koszula bliższa ciału. Ale to jest takie gdybanie.

Pamiętasz, co zagraliście w 1986 roku?
Szczerze powiem, że nie kojarzę. Pamiętam, że były Konie czerwone. O ile dzisiaj mógłbym usiąść i zagrać cały materiał z ‘85 roku, to z ‘86 – niewiele.

Dlaczego?
Tak jak powiedziałem – to brzemię, że musimy zagrać jako gwiazdy nam przeszkodziło. Ja uważam, że byliśmy zbyt młodzi i że to przyszło zbyt szybko. Cztery utwory i już wielkie „halo” na 30 lat.

Ile mieliście utworów w repertuarze?
Cztery z ‘85 roku, z ‘86 chyba sześć… Dziesięć takich, które graliśmy na koncertach. Później jeszcze graliśmy w Kaliszu na takim większym koncercie. Tam też inne numery były, dzisiaj też bym ich nie zagrał – nawet tytułów nie pamiętam. Na pewno nie było więcej niż 15.

Część z tego można znaleźć w Internecie. W opublikowanej na blogu rozmowie, której głównym tematem była działalność grupy RiD, Leszek Duszyński, mówiąc o Ivo Partizan, powiedział między innymi: Mamy jeszcze kilka utworów, lecz ich jakość nie pozwala na ich wydanie. Co to za utwory?
Są to utwory z prób, o ile kojarzę.
Ivo Partizan to trzy etapy. Pierwszy to rok ’85. W ’86 to była już inna muzyka. Nie mogę się zgodzić z tym człowiekiem, który powiedział, że nie było rozwoju – był rozwój, ale nie tak jak byśmy chcieli, nie rozwój in plus, tylko in minus. To jest drugi etap. Trzeci etap to tak zwany „etap kaliski”. Ja byłbym skłonny powiedzieć, że już wtedy wróciliśmy na naszą drogę. I szkoda, że nie ma utworów z tego okresu. Ja bym wolał, żeby nie było tych z ‘86 roku, które gdzieś tam są, a były te późniejsze, z roku ‘87 bodajże, które graliśmy na jednym czy na dwóch koncertach. One by więcej chyba przekazały – były takim przejściem z powrotem na tę stronę, na której czuliśmy się najlepiej.

W 1987 roku do Magazynu Muzycznego (nr 10, s. 19) daliście ogłoszenie, że poszukujecie klawiszowca, wokalistki i osób grających na instrumentach ludowych. To pokazuje, że wasza muzyka się zmieniała.
Wiedzieliśmy, że jeśli ma być osadzone to w tym, co jest wokół nas, to kultura ludowa jest chyba najbliżej. To są takie korzenie. Po co szukać naleciałości amerykańskich, angielskich czy innych skoro kultura ludowa jest bliżej nas? Później to się pojawiło w fascynacjach Ciechowskiego i w muzyce innych zespołów. My wtedy już wiedzieliśmy, że warto jest pochylić się i sięgnąć po kulturę ludową. Ale nie tę odegraną – przyśpiewki ludowe (śmiech), tylko: My, młodzi ludzie, osadzeni w undergroundzie, wychowani na punk rocku, czujemy siłę tej kultury ludowej.

Począwszy od lat dziewięćdziesiątych wielu wykonawców łączy rocka z folkiem.
Przypuszczam, że przed nami chyba ktoś z kręgu zespołów undergroundowych też się tym zainteresował.

Przyznam, że nie kojarzę.
Ja też nie kojarzę (śmiech). Ale jestem daleki od tego, żeby sobie przypisywać etykietę tych, którzy po raz pierwszy coś takiego zrobili.
Było to zainteresowanie kulturą ludową, było przejście na tę stronę. Wtedy powstawały utwory, które nigdy nie zobaczyły światła dziennego. Był jeden bardzo sprawny gitarzysta, nie pamiętam skąd – z Gniezna czy gdzieś stąd, zafascynowany kulturą ludową. Zagraliśmy jedną czy dwie próby z nim, ale czuliśmy, że on w swojej grze stawiał na technikę, że nie ma w tym prostoty kultury ludowej. A siłą kultury ludowej jest prostota.

Tak jak w punk rocku.
Tak jak w punk rocku. Może właśnie dlatego poszliśmy w tę stronę – to nie było świadome. A w tym, co on nam proponował nie było za dużo tej prostoty i tej siły tylko bardziej technika i wydumane dźwięki wokół tego. Ozdobniki, które nie były potrzebne. Chcieliśmy je odrzucić, ale nie mogliśmy się dogadać i nic z tego nie wyszło.

Chciałbym jeszcze wrócić do koncertów. Wiadomo, dwa „jarocińskie” były bardzo ważne, ale zagraliście jeszcze między innymi w Warszawie na Poza kontrolą w sierpniu 1985 roku, na Festiwalu Muzyki Nowej i Odjazdowej w Katowicach (kwiecień 1986), w toruńskiej Od Nowie (grudzień 1986)…      

W Zambrowie.

Ostatni raz wystąpiliście w czerwcu 1987 roku – na Święcie Młodości w Kaliszu.
To był ten trzeci etap.

Który z waszych koncertów był dla ciebie najważniejszy?
Tych koncertów i tych utworów było tak mało, że każdy był ważny. Ale byłbym kłamcą, gdybym powiedział, że ten pierwszy nie był wyjątkowy. Może dlatego, że wszyscy się odnoszą do tego wydarzenia. Z kimkolwiek rozmawiam, słyszę: Tak, tak – ’85, pamiętam was, graliście.

A jak po sukcesie na Jarocinie ‘85 byliście odbierani w waszej rodzinnej miejscowości?
Pamiętam odbiór od mojego dziadka, który mieszkał w Kruchowie (miejscowość między Mogilnem a Trzemesznem – przyp. erbe). Wiadomo, dziadek nie słuchał takiej muzyki (śmiech), ale dowiedział się i się cieszył. To były najważniejsze chyba słowa, które usłyszałem – powiedział, że jest dumny ze mnie.

Nadal byliście zwykłymi, młodymi ludźmi, którzy nierozpoznani mogli chodzić ulicami Mogilna?
Pojawiały się osoby, które chciały mieć wpływ na nas, chciały z nas zrobić kogoś kim nie byliśmy.

Nie zrobiliście tej tak zwanej kariery. W Magazynie Muzycznym (nr 12 z 1987 roku) Maciej Adamski powiedział między innymi: […] wychodzimy z założenia, iż nie należy robić specjalnych zabiegów wokół własnej działalności. Skończyło się tym, że zagraliście kilkanaście koncertów i nie pozostał po was nawet singiel.
Teraz bardzo często pojawia się nie zespół, tylko projekt. A każdy projekt to nie grupa kolegów tylko takie działanie bardziej właśnie projektowe – przemyślane, z wyznaczonym celem. My nie mieliśmy celu: odnieść sukces komercyjny czy jakąś karierę. Jeśli tego nie było, to nigdy nie było też dążenia i ruchów wokół tego: Co zrobić? Może zagrajmy tak jak ktoś lubi czy jak ktoś oczekuje, to wtedy zrobimy karierę albo coś tam się pojawi. Albo: Tak zagraliśmy w ’85. Było fajnie. No to teraz jedziemy na tym, odcinamy kupony. To się tak zakończyło tylko dlatego, że Ivo Partizan nie było projektem. To słowo zabija przekaz i skupienie się tylko i wyłącznie na ludziach.

Jednak byliście o krok od tego, żeby osiągnąć więcej, żeby zrobić krok dalej. W historii rocka były i są zespoły o podobnym, niekomercyjnym podejściu do muzyki, a mają na swoim koncie chociażby jeden album studyjny.
Bardzo często to były czy są to zespoły z dużych miast. Nasze tak zwane mogileńskie zagłębie muzyczne nie było nigdy tak silne i tak bliskie branży muzycznej. Po co ktoś z Warszawy czy z Gdańska miałby specjalnie przyjeżdżać do Mogilna skoro u siebie ma też zespoły? Bardzo często się pojawiają informacje, że któryś z muzyków albo całe zespoły przeprowadzają się do dużych ośrodków z dostępem do branży.

Do tego zmierzam – przekleństwo prowincji, które nie pozwala rozwinąć skrzydeł.
Aczkolwiek bardzo szanuję to nasze zagłębie mogileńskie.

Zgodzisz się ze mną, że tutaj zespoły ciągle powstają, ponieważ działa magia takich mogileńskich grup jak właśnie Ivo Partizan?
Tylko, że nie zmieniło się to, iż może im się udać, ale znowu się skończy tak jak z nami. Jak powstają to muszą wiedzieć, że powstają w Mogilnie. Nie dziwię się, a może i dziwię, że są zespoły, które pochodzą z Mogilna, a jednak wolą mówić, że pochodzą z Poznania na przykład. Są takie projekty mogileńskie i ludzie się nie przyznają do Mogilna. Może dlatego właśnie, że są to projekty i że celem ich jest zrobienie kariery. Ale wydaje mi się, że tak naprawdę czas pokaże, i to czas będzie weryfikował, że jednak te zespoły, których nie można nazwać projektem, i których nie celem była kariera na dłużej zaistnieją, i że to one będą miały wpływ, to one będą trendy wyznaczały. I pomimo tego, że kariery nie zrobią, warto jest założyć jakiś zespół i robić coś tylko dlatego, żeby można było spojrzeć w lustro i powiedzieć – to było naturalne i prawdziwe.
Bardzo się cieszę, bo pojawił się taki młody muzyk – „Yoko Chanel”, o którym mogę powiedzieć: Wow! Czas umierać (śmiech). Uważam, że przez te 25 lat w mogileńskim zagłębiu muzycznym nie było tak fajnego wykonawcy jak „Yoko Chanel”. On nie patrzy na to, co obok, tylko robi swoje – własnym nakładem. U niego też czuję najbardziej ducha prawdy, ducha takiego przesłania. To miało duży wpływ na to, że nasze drogi – w trakcie nagrań RiD, się skrzyżowały.

W 1988 roku podpisaliście umowę, na mocy której majątek Ivo Partizan został podzielony. Jakie czynniki miały wpływ na to, że zespół przestał istnieć?
Ja wyprowadziłem się do Bydgoszczy, gdzie byłem w Studium Nauczycielskim. Tam przez tydzień mieszkałem, a próby były tyko w weekendy. To utrudniało, bo chłopcy chcieli grać w tygodniu, a mnie nie było – jakieś podenerwowanie się pojawiało. Później wyprowadziłem się do Łodzi. To już w ogóle odległość.
Przez dwa lata pobytu w Bydgoszczy – pomimo tego, że dojeżdżałem do Mogilna na próby, jeszcze grałem w zespole punk rockowym Dekadent. Zagraliśmy kilka koncertów, w Łodzi między innymi, w Bydgoszczy dwa czy trzy – z Variété graliśmy koncert.

Dzisiaj 3/4 Ivo Partizan gra w zespole RiD, ale przez długie lata ty byłeś jedynym muzycznie aktywnym członkiem zespołu.
Różne były moje drogi muzyczne. To, co w Kabarecie, co w Ivo Partizan czy teraz w RiD – zawsze gram „od siebie – to co ja chcę” nie patrząc się na to, co ktoś powie. Wtedy to ma większą wartość dla mnie. Nie będę nigdy się układał i jeśli moje serce i mój duch muzyczny mówi: zagraj to – ja to zagram. Nie będę też siebie muzycznie ograniczał tylko dlatego, żeby w oczach kogoś wyglądać na tego, który jest związany z jakimś jednym nurtem muzycznym. Nigdy nie byłem chorągiewką, nie układałem się pod trendy muzyczne czy publikę… Ot co.
Tak jak powiedziałem – Łódź, chłopcy bardzo daleko, w Mogilnie, a ja chciałem grać. W Bydgoszczy był Dekadent, a w Łodzi przez moment miałem kontakt z basistą Moskwy, „Rogozem” Rogozińskim. On już wtedy odszedł z Moskwy. Rozmawialiśmy o tym, żeby wspólnie coś zrobić. Spotykaliśmy się w Klubie Siódemki w Łodzi – sporo zespołów tam ma próby. „Rogoz” wyjechał jednak do Kanady, do rodziny. Ale jakby taki zaczątek już był. Ciężko było znaleźć w Łodzi muzyków – wiadomo, ja tam się przeprowadziłem, nie miałem grona znajomych dużego, więc postanowiłem, że nie dołączę do jakiejś grupy tylko sam skupię wokół siebie ludzi. Pojawił się taki pomysł, którego celem było skupienie wokół siebie ludzi przychylnych i takich, którzy czują to samo, co ja. Powstał zespół Lovos. Z rok bawiliśmy się, cztery utwory chyba nagraliśmy, nawet jakiś teledysk nagraliśmy –Brokat.
Lovos to był taki może powrót mój do tego, że można zagrać to, co ja chcę zagrać, a nie to, co jest trendem.
Później założyłem Level 1, w którym pojawił się łódzki raper, mój kolega Tris. On rapował w zespole rockowym Tosteer i to muzycy tego zespołu, i zespołu Normalsi, wspomagali mnie muzycznie. Zaprosiłem ich do współpracy zdając sobie z tego sprawę, że potrzebuję ludzi, którzy nie mówiliby mi, że oni czują inaczej, że chcą coś innego zagrać, tylko żeby mi zawierzyli i zagrali to, co gdzieś we mnie tam gra. Czyli pomysły muzyczne moje, a teksty Trisa – bardzo fajnie teksty pisał, takie prawdziwe.
W 2003 roku nagraliśmy płytę w profesjonalnym studio –Tonn (12 utworów). Jeden z utworów pojawił się nawet na liście przebojów Radia Łódź – na drugim czy na trzecim miejscu. Pojawił się dlatego, że w tym radiu pracował redaktor, który był na koncercie Ivo Partizan w Jarocinie, w ’85 roku. Przez przypadek dowiedział się, że ja mieszkam w Łodzi, gram w zespole. Zaprosił mnie na wywiad i poprosił, żebym przyniósł jakieś utwory zarejestrowane. Przyniosłem utwór pod tytułem Cele. On puścił ten utwór kilka razy, gdzieś tam komuś też podrzucił, ludziom się spodobało. Nie pamiętam, który to był rok, ale to było w czasie, kiedy zaczynał zespół Happysad – przez kilkanaście tygodni na liście przebojów ja byłem przed nimi, a oni za mną, albo oni przede mną, a ja za nimi (śmiech).

W przyszłym roku mija 30 lat od sukcesu Ivo Partizan w Jarocinie. Myśleliście, żeby to jakoś uczcić?
Myśleliśmy żartując. A od żartów do jakiejś rozmowy dalszej jest bardzo blisko.
Zaczęliśmy od żartów, bo generalnie śmieszy nas to, że zespoły celebrują takie wydarzenia jak „lecia”. Dla mnie muzyka kojarzy się z tym, co teraz czuję, co jest wokół mnie, a nie z odgrzewaniem tych tak zwanych kotletów starych.

Może i kotletów starych, ale jestem przekonany, że jest sporo ludzi, którzy by chcieli posłuchać Ivo Partizan przy okazji tej „trzydziestki” – na żywo czy z płyty.
Dlatego też gdzieś takie myśli się pojawiły. Ale tak jak powiedziałem – najpierw mnie to śmieszyło bardzo, bo zdawało mi się, że to powinno być jak najbardziej odległe, bo to się kojarzy z takim uniformem, czyli: jest zespół to musi być lecie. Jeszcze jest coś takiego jak pierwiastek prawdy. Jeśli ja mam zagrać coś, co tworzyłem i czułem 30 lat wstecz, to nie będzie to prawdziwe. A na tyle szanuję słuchacza, że bardzo chętnie zagram – wyjdę dzisiaj czy jak będę miał 70 lat, ale zagram to, co czuję w tym danym momencie. Są płyty albo ich nie ma jak w naszym przypadku, są nagrania: Proszę bardzo – wróć, jeżeli cię to interesuje. Ja wtedy tak zagrałem. Te dźwięki wypływały w ’85, a nie w 2014 roku.

Jubileusz można uczcić wydawnictwem. Waszą muzykę mogą zagrać inne grupy.
Tribute (śmiech).

Wydać płytę z materiałem archiwalnym i zrobić na przykład koncert poświęcony Ivo Partizan.
Kilka lat temu pojawiła się informacja, że jakieś wydawnictwo – chyba DadaSerpent, jakąś składankę szykowało z nagraniami Ivo Partizan.
Jeśli ktoś zgłosi się i będzie chciał coś takiego zrobić to ja jestem otwarty. Jeśli by to miało uczcić czy w jakiś sposób zaakcentować te 30 lat nasze – to proszę bardzo. Ale nigdy nie wejdę do studia i nie stanę na scenie, żeby nasze utwory zagrać nuta w nutę. Ja mogę wejść jako członek Ivo Partizan, ale w nowym zespole – RiD. W RiD jest 3/4 członków Ivo Partizan, więc według mnie jest to reaktywacja tamtego zespołu. Jeśli ktoś chciałby po 30 latach Ivo Partizan to: Proszę, posłuchajcie RiD – jest to nasze nowe spojrzenie na dzisiejsze czasy.