Wojciech „Pająk” Krzyżanowski: „Różni w swoich wyborach”

[zapiskimuzyczne.pl, wpis z 15 lutego 2017 roku]

Rozmowa z Wojciechem „Pająkiem” Krzyżanowskim, basistą zespołu CORR z Inowrocławia.

***

W styczniu 2015 roku na stronie nowyhoryzont.blog.pl opublikowałem twoje wspomnienia na temat zespołów Defekacja i Betsaida, które zakończyłeś słowami: Wilka zawsze ciągnie do lasu, jaki on by nie był, ten las. Tak, powróciliśmy do grania, to znaczy z bratem Maciejem i kolegą „Ignatz’em” pogrywamy sobie w trójkę. W chwili obecnej szukamy osoby do śpiewania. To był początek grupy CORR?
Dokładnie tak. To był początek grupy CORR. Krzysztof „Ignatz” Ignaczak, Maciej „Yoga” Krzyżanowski (kolejno: perkusja, gitara – przyp. RB) i ja.

Jak trafiliście na wokalistkę, Kasię Osuch?
Pewnego razu szedłem sobie deptakiem w centrum miasta i zobaczyłem taką bidulkę stojącą w kącie kamienicy z napisem na transparencie: wokalistka podejmie współpracę z zespołem, no to zabrałem to zmarznięte dziewczę i się zaczęło.
Oczywiście to żart. Kasia to znana i utalentowana wokalistka. Nie było łatwo ją namówić do współpracy, ale udało się. Duża w tym zasługa moich znajomych: Agnieszki Hejenkowskiej-Marek i Romana Kieszkowskiego. Nawiązałem kontakt z Kasią poprzez Facebooka, zaproponowałem jej, aby spotkała się z nami i obdarzyła nas swoim talentem. Spróbowała, zaiskrzyło, no i jest! Super, że tak się stało.

WOJCIECH „PAJĄK” KRZYŻANOWSKI O ZESPOŁACH DEFEKACJA I BETSAIDA

I.
Zespół powstał w kwietniu 1991 roku, z inicjatywy czterech kumpli: Mariusza „Kazia” Tarkowskiego, Marcina „Kowala” Kowalskiego, Daniela „Wowy” Wawrzyniaka i Wojtka „Pająka” Krzyżanowskiego. Byliśmy kumplami z jednej „ekipy” – rąbińskiej ekipy (Osiedle Rąbin w Inowrocławiu). Trzymaliśmy się razem, wspólnie imprezowaliśmy, jeździliśmy na koncerty. Znaliśmy się dobrze, ale to przypadek sprawił, że akurat to my postanowiliśmy stworzyć kapelę.
Pomysł narodził się podczas przypadkowego spotkania naszej czwórki na dworcu PKP w Inowrocławiu. Któryś z chłopaków wyskoczył z propozycją założenia kapeli rockowej. Chwilę później, jadąc pociągiem do Bydgoszczy, mieliśmy już wszystko obgadane, kto będzie na jakim instrumencie grał, a kto śpiewał. I tak, całkiem spontanicznie powstał zespół, który na długie lata zapadł wielu w pamięci. Chociaż nie umieliśmy grać (pomijając ogniskowe szlagiery), to coś w nas wrzało, chciało eksplodować, gnało nas w tym muzycznym kierunku. Drogowskaz już był skierowany tylko w jedną stronę.
Byliśmy tak podekscytowani tym wszystkim, że już po paru dniach zaczęliśmy szukać sprzętu do grania oraz miejsca na próby. Znaleźliśmy je w rąbińskim Klubie Rondo, tam też rozpoczęliśmy nasze pierwsze próby. Mieliśmy wtedy po 16-17 lat i ogromną ochotę, aby grać oraz głowy pełne ideałów.
Początki były bardzo trudne, jednak brak sprzętu grającego, nagłaśniającego, permanentny problem z akcesoriami, nie tłumił naszego zapału. Dzisiaj trudno w to uwierzyć, zwłaszcza młodym ludziom, którzy nie pamiętają tamtych czasów, ale często robiliśmy wiele rzeczy we własnym zakresie, na przykład przewody do gitar robione były z kabli koncentrycznych-antenowych, a nasz kolega, Krzychu „Ignatz” Ignaczak, robił nam wzmacniacze. Dziś jest wszystko dostępne na wyciągnięcie ręki, gdzie po kilku kliknięciach myszką komputerową możesz stać się właścicielem wymarzonego sprzętu grającego. Ale najważniejsze było to, że graliśmy!

II.
Zawsze przychodzi ten moment, że trzeba wymyślić nazwę zespołu, zwłaszcza wtedy kiedy zbliża się pierwszy koncert. Mieliśmy kilka propozycji, natomiast nazwę „Defekacja” podsunął nam kumpel z „ekipy”, Andrzej „Bidon” Biaduń. Od razu nam przypadła do gustu, odzwierciedlała nasz stosunek do otoczenia. Byliśmy przecież zbuntowanymi, aroganckimi małolatami, których nie interesował styl życia ludzi pokolenia naszych rodziców. Nosiliśmy czarne skóry, glany, kolorowe spodnie, na głowach mieliśmy irokezy. A muzyka, która najbardziej oddawała nasze podejście do rzeczywistości to był właśnie Punk Rock. Bywało, że nasze koncerty przeradzały się w jedną, wielką punkrockową biesiadę.

III.
Zespół tworzyli: Mariusz „Kaziu” Tarkowski (gitara, śpiew), Marcin „Kowal” Kowalski (śpiew), Daniel „Wowa” Wawrzyniak (perkusja) i Wojtek „Pająk” Krzyżanowski (bas, śpiew). Do pierwszego składu dołączył również „Michu”, kolega „Kowala” (imienia, niestety, nie pamiętam), który po jakimś czasie jednak odszedł z zespołu.
Przez nasz zespół przewinęło się kilku interesujących ludzi, warto tu wspomnieć o: Mariuszu „Wania” Śpiewakowskim, który zaczynał swoją karierę muzyczną, stawiał pierwsze kroki właśnie w Defekacji jako bardzo młody, grający na gitarze chłopak, a dzisiaj jest członkiem takich uznanych kapel jak Schizma i 666 Aniołów, oraz wspomniany Andrzeju „Bidon” Biaduń, który przez jakiś czas śpiewał z nami (bardzo fajny koncert w Szubinie), potem tworzył grupę HC/punk Macho Garfield.
Jako ciekawostkę dodam, że grał na basie w Defekacji również świetny Adam Lewicki z Inowrocławia, dzisiaj jeden z najlepszych lutników w Polsce. 

IV.
Repertuar był własny, graliśmy tylko jeden kower Siekiery – Idzie wojna.
Muzykę tworzyliśmy sami, zazwyczaj temat podany był przez „Kazia” lub przeze mnie. Większość tekstów była napisana przez mojego brata Macieja, ale również „Kaziowi” oraz mnie udało się popełnić kilka tekstów. W głowach młodych ludzi najczęściej rodzą się teksty mówiące o miłości, albo o tym jak jest im źle na tym świecie, jak to wszyscy skrzyknęli się przeciwko nim, jakie ciężkie życie ich spotkało, gdzie nie ma perspektyw na lepszy byt, gdzie dobro miesza się ze złem, dobry wybór ze złym wyborem. No i o wojnie, tak, obowiązkowo o wojnie. O krwawych, śmiertelnych zabawach durnych polityków, w których giną dzieci nie poznając jeszcze smaku soczystych owoców. O chciwym kleryku, ufajdanym słodkim winem. Tak, o tych tematach staraliśmy się nie zapominać w naszych tekstach. Oto tytuły niektórych utworów: Paragraf 210Poligon, Znienawidzeni tego świataNiesmak, Wojna, ŚmierdzielWyliczanka. 
Nigdy nie myśleliśmy o tym, żeby grać, aby osiągnąć jakiś sukces. Nie dążyliśmy do tego, byliśmy raczej wrogo nastawieni do jakichkolwiek komercyjnych przesłanek (każdy to odbierał oczywiście na swój sposób). Dzisiaj raczej trudno to sobie wyobrazić. Mieliśmy przecież po kilkanaście lat i mocno wierzyliśmy w ideały. Niestety, świata nie zmieniliśmy, życie popłynęło swoim nurtem, a my nie nagraliśmy żadnego materiału w zawodowym wydaniu. Były, co prawda, jakieś próby z wydawnictwem Fala, ale okazało się, że właśnie nie do końca zależy im na promowaniu sceny niezależnej. Szkoda, bo dzisiaj już nikt o tym nie pamięta. Była w obiegu kaseta magnetofonowa z nagraniami Defekacji – niestety marnej jakości. Jest jednak w planie remastering nagrań, aby pozostało coś z tego. Na pewno zarejestrowany jest koncert w inowrocławskim Miejskim Domu Kultury w 1992 roku, na kasecie VHS. Grały na nim takie lokalne zespoły jak: Mistification, Deep River (późniejszy Quidam), Mad, Divers, Four Anemics, no i Defekacja. Są nagrania z koncertów, ale niestety leżą zapomniane, zamknięte gdzieś w piwnicach i na strychach.

V.
Graliśmy sporo koncertów. Wtedy na nie przychodziło mnóstwo ludzi, inaczej niż dzisiaj. Najciekawsze to te, które odbywały się w małych klubach. W większości przypadków organizowane były przez młodych zapaleńców, którzy często na własny koszt zapraszali zespoły (warto wspomnieć w tym miejscu o takich postaciach z naszego regionu jak Krzysiu Loks, Marcin Karczewski, Jarek Hejenkowski). Zdarzyło się nawet kiedyś, w Mogilnie, że przyjechaliśmy na koncert jako widzowie, a wylądowaliśmy na scenie, ponieważ ktoś zobaczył, że Defekacja jest w komplecie, więc czemu nie gra? Pamiętam, że wtedy „Kaziu” miał awarię gitary, a graliśmy na pożyczonych, i zgromadzeni na sali ludzie tańczyli i śpiewali przy akompaniamencie samych bębnów. Takich scen się nie zapomina…  
Bardzo ważnym dla nas wydarzeniem był, oczywiście, pierwszy koncert, który odbył się w Trzemesznie w parku, na podwyższonej scenie. Dobrze, że ta scena była otoczona barierką, bo pewnie byśmy z niej pospadali, taka była trema.
Może nie najważniejszy, ale pewnie najzabawniejszy (z perspektywy czasu), to był koncert w Świeciu nad Wisłą. Jechaliśmy na niego chyba pół dnia, najpierw PKP, później PKS. Koncert odbywał się właściwie już w nocy. Wszystko było okej, do czasu kiedy wyszliśmy na scenę. Kiedy „Kowal” nas zapowiadał, akustyk wyrzucił mnie z moją gitarą, bo mu „przody” rozwalałem, „Kaziu” nagle miał awarię gitary, a „Wowa” połamał pałeczkę. Gdy „Kowal” odwrócił się do nas, zobaczył tylko sam sprzęt, bowiem my w tym czasie organizowaliśmy nowe instrumenty na zapleczu. Atmosfera robiła się coraz bardziej gorąca, tym bardziej, że okazało się, iż na widowni największą grupę widzów stanowili długowłosi fani spod znaku pentagramu i odwróconego krzyża, a nasi zaprzyjaźnieni tubylcy to była zaledwie garstka młodzików. Oczywiście „Kowal” nie byłby sobą, gdyby nie wymienił kilku ostrych zdań z metalowcami. Pachniało już niezłą zadymą! Byliśmy jak cztery koguty w jednej zagrodzie z wilkami. Jednak poradziliśmy sobie jakoś, grając mocno i głośno, a w międzyczasie wokalista dogadał się z publicznością. Późno w nocy cali i zdrowi trafiliśmy bardzo „grzeczni” do hotelu robotniczego, z którego nazajutrz wyruszyliśmy w drogę powrotną, najpierw PKS, później PKP.
Na pewno bardzo ważnym koncertem był ten z MDK-u w 1992 roku, ponieważ musieliśmy się zrehabilitować przed własną publicznością po wcześniejszym występie, właściwie strasznej zadymie w Teatrze Miejskim, gdzie grały takie zespoły jak Mad, Herberga, Schizma i Kolaboranci.

VI.
Defekacja nie była pierwszą punkową kapelą w Inowrocławiu (jak niektórzy twierdzą). Były przecież wcześniej Doktryna Lenina, Awaria, czy też Ostatni Raport, ale był okres, że była jedynym zespołem punkowym, który grał koncerty. Później pojawiły się: świetny Mad, niepowtarzalna Herberga z Mogilna, punkowe Ghetto (rąbińska ekipa również), i zaczęło być ciekawiej na naszej rodzimej scenie. Wtedy tak zwane „ekipy” trzymały się razem. Chłopacy z Mogilna, Pakości, Kruszwicy stale bywali w Inowrocławiu. Razem na koncerty, razem do baru. W skład zespołów często wchodziły osoby z różnych miast, więc następowała integracja.
Myślę, że mieliśmy chyba najlepsze miejsce w Inowrocławiu na próby, bowiem z Ronda przeprowadziliśmy się do kasyna wojskowego Ikar przy ulicy Jacewskiej. Bardzo serdecznie pozdrawiam Pana Kapitana, który ciągle do nas mówił: chłopaki, grajcie już byle co, tylko nie tę „Wojnę”. Kawałek pod tytułem Wojna to był jeden z naszych „hitów” oczywiście. W Ikarze mieliśmy do dyspozycji całą salę kinową, ze sceną i rozkładanymi fotelami. Dziewczyny, które do nas przychodziły miały przynajmniej na czym siedzieć, he, he.

VII.
Po bardzo fajnym okresie, obfitującym w ciągłe imprezy, nadszedł czas sporów i kłótni pomiędzy członkami zespołu (jak to często bywa oczywiście), młoda krew wrze w żyłach i często dochodzi do eksplozji emocji. Jest rok 1992, z zespołu odchodzi „Kaziu”, a w jego miejsce pojawia się „Wania”. Próbujemy jeszcze grać pod inną nazwą – P.T.S.D. Pojawiła się ona nawet na jednym z plakatów zapowiadających koncert, ale Defekacja umiera śmiercią naturalną, rozpada się na dobre. Chcieliśmy już czegoś więcej.
I tak na jej gruzach, powstaje nowy zespół, Betsaida, w skład którego weszli: „Wania” (gitara), „Wowa” (perkusja), „Pająk” (bas), Rafał „Paka” Czepczyński (gitara), Leonard „Lutek” Berendt (śpiew), Marek „Moluch” Molenda (śpiew).

VIII.
Dawniej, kiedy nie było Internetu, żeby wymyślić nazwę zespołu trzeba było się bardziej wysilić, sięgnąć do pokładów swojej wyobraźni, albo skorzystać na przykład ze Słownika wyrazów obcych i zwrotów obcojęzycznych Władysława Kopalińskiego. Tam właśnie natknąłem się na słowo – „Betsaida”, które opisane jest jako „coś uzdrawiającego”. To było to, idealna nazwa dla zespołu, który swą muzyką chciał wywoływać najlepsze emocje, uzdrawiać „skołatane dusze”. 

IX.
Jeśli chodzi o najważniejsze koncerty, to mam na myśli dwa z kilku. Pierwszy zagrany w kruszwickim Ziemowicie, dlatego że pierwszy, oraz ten zagrany w bydgoskim klubie Pasikonik, dlatego że po nim zaczęto zauważać ten zespół, pojawiły się dobre opinie w zinach. Kapela zaistniała w szerszym znaczeniu.
Graliśmy też w Strzelnie w 1995 roku, koncert WOŚP w kinie.

X.
Betsaida również nie przechodzi próby wytrzymałości i po kilku zagranych koncertach rozpada się. „Kowal” współtworzy zaś znaną kruszwicką kapelę Come & Go (wykorzystali nawet w jej twórczości jeden z tekstów Defekacji).

XI.
Wilka zawsze ciągnie do lasu, jaki on by nie był, ten las. Tak, powróciliśmy do grania, to znaczy z bratem Maciejem i kolegą „Ignatz’em” pogrywamy sobie w trójkę. W chwili obecnej szukamy osoby do śpiewania.
Zauważyłem, że co raz więcej osób, tych już starszych, które kiedyś udzielały się w zespołach, chętnie chwyta ponownie za instrument. I bardzo dobrze!

Do składu dołączył też drugi gitarzysta. Dzisiaj jest to Kuba Wilento-Pióro. Wcześniej grał z wami jednak ktoś inny.
Tak. Przez pewien czas mieliśmy zaszczyt gościć w naszych szeregach super gitarzystę, super człowieka i super kumpla w jednym – Sławka „Superka” Superczyńskiego. Wniósł on nam wiele nowej energii, kunsztu i humoru.
Kuba jest młodszy od Sławka o ponad 20 lat. Różnica spora, jeśli chodzi o wiek, natomiast muszę to otwarcie powiedzieć, że rośnie nam kolejny, wybitny gitarzysta. Diament, który trzeba jeszcze oszlifować, ale to tylko kwestia czasu, kiedy zobaczymy na naszej scenie wirtuoza gitary. Jeśli będzie cały czas poświęcał się grze na tym instrumencie tak jak teraz, i będzie tak pracowity jak do tej pory – to jest to pewne.
Kuba ma dopiero 16 lat, i gra na gitarze jakby się z nią od kołyski bawił. Wlewa w nas swój optymizm, zmusza do działania. Dobrze, że z nami jest – jego energia, młodość, na nas, przyprószonych już panów, działa jak suplement diety – wspomaga!

CORR. Nazwa przywołuje skojarzenia z muzyką metalową. A tu niespodzianka – w waszym graniu słychać też zimną falę, punk rock, reggae…
Geneza nazwy wywodzi się z języka łacińskiego – „COR” to znaczy serce. Serce, które chcielibyśmy dać innym, słuchającym nas przede wszystkim.
Bardzo długo zastanawialiśmy się nad nazwą zespołu. Padały różne propozycje. Lepsze, gorsze, ale żadne nie mogły pogodzić wszystkich pięciorga członków (w tym jedna kobieta!). Pewnego dnia, jakby olśnienie spadło na umysły nasze i padło na COR. Świetnie! W końcu wszyscy zaakceptowali!
W dzisiejszych czasach, kiedy mamy do dyspozycji globalną sieć i szukamy, sprawdzamy, porównujemy, nie jest łatwo wymyślić oryginalną nazwę dla zespołu, która nie jest w obiegu. Okazuje się, że nawet banalne, nikomu nieznane nazwy już są. W naszym przypadku było podobnie. Nie wiedzieć czemu, „wyguglowany” COR nie pojawił się. Kiedy już zaakceptowaliśmy tę nazwę, zarejestrowaliśmy, to okazało się, że już istnieje zespół o takiej nazwie. Dołożyliśmy zatem jedno „R”, które podkreśla słowo COR, nadaje mu większego wyrazu, większej siły.
Logo (serce) zostało, ale teraz przynajmniej możemy nazwę tę interpretować na wiele sposobów, nazwa zyskała wiele znaczeń. CORR w różnych językach znaczy, na przykład: hej!, trend, umowa, nieparzysty, więcej, rdzeń. Jeśli zatem złączymy to razem, możemy uzyskać poważy przekaz.

Skąd ten eklektyzm w waszej twórczości?
Super! Zadając to pytanie zauważyłeś, że można doszukać się w naszej muzyce kilku gatunków muzycznych. To dobrze. O to nam tak naprawdę chodziło od samego początku, aby nie zamykać się w jednej szufladzie. Każdy z nas słucha innej muzyki, inne ma preferencje i to słychać. Jest mocne, hard/corowe uderzenie, jest psychodeliczna nuta, punkowo-nowofalowe melodie, reggae’owe wibracje, bo tacy jesteśmy. Różni w swoich wyborach.

Różni w swoich wyborach, a całość spina Kasia wokalem, przywołującym skojarzenia z Anją Orthodox.
Bardzo dziękuję za to skojarzenie. Schlebia mi to bardzo. Słyszałem to już wcześniej, czyli pewnie tak jest. Zresztą Anja Orthodox na ostatnim koncercie we Włocławku sama to powiedziała (wskazując na Kasię), że rośnie jej konkurencja.
To dobrze. Gdzieś musimy wypośrodkować te swoje emocje. W głowach mamy niezły koktajl. I jeśli wychodzi z tego muzyka, która może być porównywana z najlepszym zespołem w Polsce z gatunku Gothic Rock, to super! Mówi się, że już wszystko zostało w muzyce zagrane, zrobione i ciężko dzisiaj nie zostać porównanym z jakimś bandem, który wcześniej powstał. Zwłaszcza dotyczy to młodych kapel, które są na początku swoich dróg i cały czas szukają swojego oryginalnego brzmienia.
Tak, Kasia jest bezapelacyjnie tym brylantem, który jak mówisz spina to wszystko na samym końcu swoim subtelnym głosem.

Waszą muzykę doceniła już publiczność na X Chełmińskim Przeglądzie Kapel Rockowych Amatorock 2016 oraz słuchacze Studenckiej Rozgłośni Radiowej Radio Sygnały. A Kasia została wyróżniona na V Brodnickim Przeglądzie Zespołów Muzycznych Open Music 2016. Takie sukcesy zapewne cieszą i motywują do działania.
Oczywiście, bardzo nas to cieszy i daje potężnego kopa do dalszego działania. Do tego, aby spotkać się po raz kolejny na próbie i dać z siebie wszystko, aby wyszło jak najlepiej, żeby podczas kolejnego występu nie zawieść publiczności. W Brodnicy nasza Kasia została najlepszym wokalistą przeglądu.

Na stronie [tutaj została umieszczona nazwa nieistniejącej już strony internetowej; utwory zespołu można znaleźć na www.corr.com.pl] można znaleźć pięć waszych kompozycji. Kiedy kolejne efekty muzycznej aktywności grupy CORR? I czy planujecie wydać płytę?
W chwili obecnej realizujemy nagrania naszych trzech kolejnych utworów. Są to nowsze wersje kawałków znanych już z koncertów.
Te wcześniejsze, nagrane jeszcze ze Sławkiem z przyczyn technicznych nie są najlepszej jakości. I oczywiście w związku z tym myślimy o nagraniu materiału na płytę. Wszystko w miarę możliwości. Niebawem będziemy mogli usłyszeć kolejne odsłony zespołu CORR […].

Spytałem o płytę, ponieważ wasza muzyka w wydaniu studyjnym jest bardziej klimatyczna, co bardzo mi się podoba. Koncertowo częściej jesteście bliżej metalu (oceniam po materiałach zamieszczonych w Internecie – osobiście nie byłem na żadnym z waszych koncertów).
Tak, masz rację. Na koncertach jest ta energia uwydatniona ze zdwojoną siłą. W większości to pewnie zasługa naszego perkusisty „Ignatz’a”, który wali w bębny jak mało kto i ciągnie nas w otchłań swoich metalowych czeluści. Są emocje, jest moc! W studio natomiast jesteśmy bardziej wyciszeni. Klimat, o którym wspominasz, udziela się wtedy nam wszystkim. Jeśli podoba ci się zaproponowany przez nas nastrój, zapraszam cię (już wkrótce) do zapoznania się z naszymi nowymi nagraniami. Polecam w szczególności utwór Amanda.

Proces twórczy. W tym względzie panuje u was demokracja czy jest ktoś, kto przynosi na próbę więcej materiału niż pozostali?
Jeśli chodzi o muzykę, to są to w szczególności zamysły, projekty braci. Wymieniamy się z „Yogą”, ja zaproponuję coś bardziej mocniejszego, „na ostro” (Punks Not Dead), on z kolei coś klimatycznego, bardziej subtelnego. Czasami połączymy te dwie ścieżki i wyjdziemy na szeroką drogę, jak na przykład w utworach Kłamca czy Pragnę. Ale efekt końcowy zawsze ustala cały zespół, jest to praca wspólna, każdy jest zaangażowany w tworzenie utworu. Teksty natomiast są wyłącznie twórczością Kasi.

Za wami wspomniane koncerty w Chełmnie i Brodnicy, graliście także w Inowrocławiu i Łabiszynie. A co przed wami?
Już dzisiaj mogę oficjalnie zaprosić wszystkich na dużą, plenerową imprezę w Inowrocławiu, na której zagramy. Wystąpimy 1 lipca w ramach XIII edycji Zlotu Motocyklowego Na Soli. Dalsze rozmowy dotyczące kolejnych koncertów plenerowych są w trakcie. Myślę, że z początkiem lata odpalimy lont, wystrzelimy z tej armaty i niejedną kulą przeszyjemy serca naszych hardCORRowych fanów. Jeśli chodzi o mniejsze, kameralne imprezy, będziemy informować na bieżąco.

Kiedyś wspomniałeś mi, że chciałbyś zrobić festiwal. Możesz zdradzić coś więcej na ten temat?
Ech, załadowałeś ostrą amunicję. Jest to bardzo trudny temat. Owszem, taki pomysł cały czas chodzi nie tylko mi po głowie. Są bowiem ludzie w naszym mieście, którzy chcieliby robić tego typu przedsięwzięcia, zmieniać, ingerować, działać. Pozwolę sobie w tym momencie wymienić kilka nazwisk (i przy okazji tym ludziom podziękować): Krzysztof Loks, Jarek Hejenkowski, Krystian Szczepański, Filip „Osa” Ossowski, Krzysztof „Dracula” Pałasz.
Słowo „festiwal” kojarzy się z wielką imprezą. A ja mam na myśli zorganizowanie czegoś w rodzaju cyklicznych przeglądów amatorskich zespołów rockowych, grających często dla swoich kolegów i znajomych. Szkoda, że takie miasto jak Inowrocław nie posiada żadnego klubu, miejsca, które bez problemów zorganizowałoby tego typu imprezę. Niestety, po likwidacji inowrocławskiego Baru PRL jeszcze bardziej zwiększył się problem możliwości występu młodych, niezależnych zespołów w naszym regionie. Wielka szkoda!

Brak zaplecza, o którym mówisz, to problem nie tylko Inowrocławia.
Na koniec ponownie Defekacja i Betsaida. Te zespoły istniały w pierwszej połowie lat dziewięćdziesiątych. Teraz jest rok 2017, a ty jesteś członkiem grupy CORR. Co się zmieniło w – nazwijmy to – „uprawianiu rocka” na przestrzeni ostatniego ćwierćwiecza?
Zmieniło się dużo. Przede wszystkim mam na myśli stronę techniczną, pomijam tu fakt jakości sprzętu i jego dostępności, bo to jest przepaść. Dzisiaj każdy koncert możesz jako powtórkę obejrzeć sobie na YouTube, i spróbuj zagrać źle, nierówno, nic tobie nie wybaczą.
Widzę, że tendencja zmienia się i coraz więcej ludzi zaczyna grać, robić coś, bawić się w zespół.
Możliwości są bez porównania większe niż kiedyś. Często wracają do grania starzy załoganci, którzy mieli chwilę przerwy na pracę, karierę, dzieci.
Natomiast, jeśli chodzi o granie koncertów, to jest już problem – tutaj odwróciły się bieguny. Kiedyś sale klubów wypełnione były po brzegi, dzisiaj jest różnie. Mniej osób chodzi na koncerty, młodzi ludzie i tak obejrzą to na YouTube. A gramy przecież dla ludzi (dobra, dla siebie też trochę, ale przede wszystkim dla publiczności). Dobrze zagranego koncertu nie można prawie z niczym porównać. Niektórzy muzycy twierdzą, że dobry seks przy tym to jak ratlerek przy pit bullu. Zatem, jeśli pytasz o „uprawianie rocka”, to jest kilka spraw, które zmieniły się, ale nie wiem czy na dobre. Ze względu na zaawansowaną technikę, na coraz bardziej wybredne gusta odbiorcy, na ogromną możliwość dotarcia do słuchacza, na ograniczoną możliwość występu dla niego. Dzisiaj odbiorca jest bardziej wyrafinowany, więcej słucha, więcej wymaga. Musisz zatem jako wykonawca dać z siebie o wiele więcej, sięgnąć głęboko do pokładów swoich możliwości. Jednak cały czas, bez względu na minione lata, muzyk, który wychodzi na scenę czuje to samo – satysfakcję, podniecenie, entuzjazm. A basmani furgające nogawki od spodni. I to jest piękne. To uczucie, które przelewasz na instrument, a dalej wprost do ucha stojącego obok sceny widza.