Maciej “Mec” Adamski: “Będziemy eksperymentować”

BUNKIER I IVO PARTIZAN. CENZURA I KONCERT NAGRANY W MOGILEŃSKIM SOKOLE. SAJGON I JUGOSŁAWIA. JEZIORO, LAS I NAJBLIŻSZY KONCERT (24.05.2018) W RAMACH III OGÓLNOPOLSKIEGO FESTIWALU FILMÓW SATYRYCZNYCH PYSZADŁO 2018.

Rozmowa z Maciejem „Mecem” Adamskim, wokalistą grupy Ivo Partizan.

***

Dlaczego do reaktywowanego w 2015 roku Ivo Partizan dołączyłeś dopiero po kilku miesiącach?
Trzydzieści lat temu skończył się pewien etap, zawiesiliśmy działalność (czego nie żałuję, bo był to odpowiedni moment), ze sceny zeszliśmy z podniesionym czołem i nie wierzyłem, że kiedykolwiek wrócę.
Reaktywowanie Ivo Partizan to głównie zasługa Leszka Duszyńskiego, który cały czas miał gitarę w domu, coś tam tworzył. Nie ukrywam, że podpowiedziałem mu, żeby się spotkał ze Sławkiem Rucińskim, choć byłem sceptyczny i nie wierzyłem, że im się powiedzie. Ale założyli zespół RiD, który fajnie egzystował, miało to wszystko ręce i nogi, coraz więcej dawali koncertów.
Inicjatywa wyszła z ich strony – zapytali, czy bym spróbował. Mikrofonu nie miałem prawie trzydzieści lat w rękach, sam nie byłem pewien, jak to wszystko wyjdzie, bo jednak lata lecą – głos to nie jest gitara, którą się złapie i zagra. Ale jakoś się udało, jestem z tego powodu bardzo szczęśliwy. Dziękuję chłopakom, że stworzyli mi możliwość powrotu do śpiewania.  Czytaj dalej Maciej “Mec” Adamski: “Będziemy eksperymentować”

Lonker See “One Eye Sees Red”

Lonker See One Eye Sees Red
(2018, Instant Classic)

Trzy utwory: Lillian Gish – ponad 18 minut, Solaris Pt. 3&4 – kilkadziesiąt sekund mniej, One Eye Sees Red – na tle pozostałych zaskakująco krótki, 5 minut z małym hakiem. Czyli gratka dla miłośników rozbudowanych form.
Słowa: z Solaris Pt. 3&4 nie sposób ich wyłowić, za to jest odpowiednia wokaliza; w utworze tytułowym są słyszalne, ale o nie przepuszczeniu głosu Joanny Kucharskiej przez żaden efekt nie ma mowy. Czyli coś dla tych, którzy zamiast szukać sensu w słowach, wolą bujać w dźwiękowych obłokach.
Muzyka: luźne nawiązanie do znanego mi z Mono patentu „cicho – głośno – cicho” oraz charakterystyczny dla dokonań Japończyków muzyczny niepokój, klimat twórczości Franka Zappy (zastrzegam, że znam tylko trzy albumy tego artysty: Hot Rats, Waka/Jawaka i The Grand Wazoo). Dla osób gustujących w zaimprowizowanej, łączącej style muzyce – satysfakcja gwarantowana. Informacja dodatkowa – wyśmienity duet tworzą gitara basowa i saksofon.
Bartosz „Boro” Borowski, Tomasz Gadecki, Michał Gos, Joanna Kucharska. One Eye Sees Red to mój pierwszy kontakt z muzyką Lonker See. Podobno w dorobku mają równie intrygujące rzeczy. Niestety, już nie wszystkie ich płyty są do kupienia, co dowodzi, że na ten zespół warto zwrócić uwagę.

“Gra”

Na, jak się okazało, prapremierę wybrałem się, żeby: 1) posłuchać przygotowanej przez Macieja Zamczałę (AVE) muzyki 2)  na dużym ekranie obejrzeć Andrzeja Kortasa (Lux Vera, Poturba), 3) zobaczyć jakie filmy powstają u sąsiadów.
Gra. Dzieło Grupy filmowej Lew Art, na podstawie sztuki Michała Walczaka Piaskownica. Wystąpili: Adam Leszczyński i Wiktoria Kaźmierczak, uczniowie Zespołu Szkół Weterynaryjno-Przyrodniczych w Kobylnikach oraz członkowie Sekcji teatralnej Centrum Kultury i Sportu Ziemowit w Kruszwicy; Andrzej Kortas. Zdjęcia – Krzysztof Pazderski i Krzysztof Kosiński, montaż i dźwięk – Krzysztof Kosiński, muzyka – Maciej Zamczała, scenariusz i reżyseria – Paweł Lewartowski. Prapremiera – 2 maja, CKiS Ziemowit.
W zapowiedzi pojawiła się informacja, że będzie to historia pierwszej miłości, rodzaj nieustannej gry w uczucia. W Ziemowicie Paweł Lewartowski dodał, że słowo „gra” jest kluczem do zrozumienia tego filmu. Mnie śmieszyła nieporadność w relacjach damsko-męskich głównego bohatera – przecież przed laty byliśmy tacy sami. Ale co dalej? Pokazać, że młodzież marginalizuje znaczenie aktów przemocy i traktuje je jako coś mało znaczącego, że ich dialogi są banalne i ubogie w słownictwo, że uprawiana przez nich miłość jest taka jakaś nijaka? Czy o to chodziło Pawłowi Lewartowskiemu? I dlaczego pojawiła się postać grana przez Andrzeja?
Była okazja, żeby: 1) Kruszwicy współpracy z Lew Artem pozazdrościć, 2) kolegę Kortasa – aktora w akcji zobaczyć, 3) progresywnego, a może bardziej neoprogresywnego gitarogrania Macieja Zamczały posłuchać. Ale samego filmu „ogarnąć” nie zdołałem.

PS Gra do obejrzenia 5 maja (godz. 9:30) w Kinomax Inowrocław.

AVE w “Bunkrze”

Najmniejszy koncert świata #3: AVE
28.04.2018, Studio Bunkier w Gniewkowie
Organizator: Miejsko-Gminny Ośrodek Kultury Sportu i Rekreacji Gniewkowo

To, co umknęło w domowym zaciszu, wyszło w Gniewkowie – AVE na hardrockowo-metalowym fundamencie stoi. Słowo „alternatywa” zostaje, choć przyznać trzeba, że kiedy muzyka gitarowa wymyka się jednoznacznym porównaniom, pakuje się ją do tego właśnie przedziału.
Spodobało mi się teatralne „zacięcie” wokalisty. Nie sposób też (kolejny raz) nie zwrócić uwagi na punktujące ludzką głupotę teksty.
Żeby nie tworzyć zestawu przymiotników, napiszę tak: było dobrze, a po tym koncercie (był to mój pierwszy raz z AVE na żywo) z płyty słucham ich z jeszcze większą przyjemnością.
Studio Bunkier, czyli część Miejsko-Gminnego Ośrodka Kultury Sportu i Rekreacji w Gniewkowie – pomieszczenie wielkości pokoju gościnnego, przystosowane do nagrywania muzyki, pewnie też miejsce prób.
Tomasz Gremplewski (MGOKSiR Gniewkowo): Jest dosyć głośno, ale nie jest bardzo hałaśliwie, więc oddziaływanie muzyki na uszy, duszę, ciało jest bardzo specyficzne. Zmieściło się kilkanaście osób. Seria Najmniejszy koncert świata jest super pomysłem, jednak Bunkier – zapewne większość się ze mną nie zgodzi – to nie miejsce przyjazne takiemu gitarowemu „grzaniu” z udziałem publiczności.
AVE: Mariusz Michałowski (wokal), Robert Sadowski (gitara), Maciej Zamczała (gitara), Krzysztof Kosiński (bas), Mateusz Senderowski (perkusja).


 

 

eMCees Live Festival

eMCees Live Festival odbędzie się 30 maja w inowrocławskim Kropa Pub.
Idea festiwalu? emceesfest.pl*: Całe wydarzenie polegać będzie na zderzeniu i konfrontacji skrajnych stylistyk na jednej scenie w jednym czasie. Pomysłodawca? Dominik Rogalski z grupy Yet Another: Mój serdeczny kolega Adam Kachel (graliśmy razem w zespole Crash Test) w zeszłym roku zaprosił ludzi ze Składu Samara Studio (rap) do projektu bluesrockowego i nadspodziewanie to się sprawdziło. Od tamtego czasu zaczął mi kiełkować w głowie pomysł, tylko w troszkę większym wymiarze.
Wraz z członkiem Yet Another, eMCees przygotowują Maciej Koźmiński (nO Oxygen), Leszek Kachel (Crash Test) i Marcin Cybulski (Rejestracja Myśli – MRTNZ). Dominik Rogalski: Trzeba też wspomnieć o Kropa Pub. Bez nich to wszystko nie miałoby miejsca.
Skrajne stylistyki jednego dnia, na tej samej scenie? Sprawdzi się? Dominik Rogalski: Zdecydowanie tak. W naszym zamyśle – szerokie grono odbiorców, od fanów ciężkich brzmień do chillout-owego pulsu, wszystko ubarwione świetnie napisanymi i zinterpretowanymi autorskimi tekstami wokalistów. Z naszej perspektywy jest to na tyle ciekawy splot stylistyk, że jedynie brak środków finansowych nie pozwala całego przedsięwzięcia profesjonalnie zarejestrować. Festiwal można wesprzeć finansowo, więc może jednak tak się stanie.
Poza wymienionymi zespołami, na eMCees Live Festival wystąpią też Trup, Samara Band, P.A.L i BluntKilla. Organizatorzy czekają na zgłoszenia kolejnych wykonawców. Perkusistę Yet Another zapytałem o jedną z wypunktowanych w formularzu zgłoszeniowym zasad. emceesfest.pl*: Otrzymujesz instrumentalną wersję utworu jednego z zespołów. Dominik Rogalski: MC/wokalista dostaje utwór kompletny, bez linii melodycznej, wokalu (same instrumenty), w zamkniętej, określonej strukturze i z nim pracuje, by zaprezentować go wraz z zespołem na żywo. To, co stanowi jakieś wyzwanie to fakt, że nie są to struktury pod klasyczne raperskie 16stki. Tutaj MC musi tak rozwijać myśl i budować swoją opowieść, by zamykać się czasem w 8,10 wersach.

* Wynotowane 26.04.2018 roku.

“Rock n’Sfera Vol. 1”

Rock n’Sfera Vol. 1 (2018, Studio AiMix)

Studio AiMix: Rock n’Sfera Vol. 1. jest wyjątkową płytą. Wiecie dlaczego? Dlatego że spot[…]kali się na niej twórcy oddaleni od siebie o setki kilometrów. Każdy z twórców wniósł tutaj swój pomysł na swoją muzykę. Każdy twórca dał z siebie wszystko, aby nie zawieść swoich słuchaczy.
Pierwsi odpadli metalowcy, szczególnie ci spod znaku „death”, ponieważ nie lubię takiego grania. Grupa Bardark wykluczyła się sama – ich Krzyk sprawiedliwości to przykład fajnej muzyki (rodem ze ścieżki dźwiękowej do westernu) zepsutej nieodpowiednim wokalem. Z przyjemnością słucham:

  • Arias Bezsilni:
    Zespół przepadł wraz ze wspomnianymi metalowcami, jednak szybko się zreflektowałem – Bezsilni to bardziej „prog”, do tego świetny utwór.
  • Koty Tumbrl:
    Najbardziej odstający od reszty fragment płyty. Rock, funk, jazz.
  • The Corners I See Your Reaction!, Patologia Atomowa śmierć, Koniec Listopada Psie Sny, Terapolka Palec Maryi:
    Czy to w wersji amerykańskiej, czy też klasycznej – niech punk nigdy nie umiera.
  • AVE Rewolucja:
    Soczyste, gitarowe granie. Bardzo im się udała ta Rewolucja.
  • Łan Tajm Uśmiech rodzi uśmiech:
    Pozytywnie rozbujane. Bartosz Tomczak: Brzmienie Łan Tajm przywodzi na myśl legendy polskiego rocka, takie jak Róże Europy, Kobranocka czy IRA […].
  • Synesthesia Do I Know?:
    Pierwsze skojarzenie – młody Hey, drugie – Soundgarden. Ale to chyba nie do końca właściwy kierunek.
  • Romantic Soul Rebel Ściemnia się LIVE, Pod Prąd Moja dziewczyna:
    Ściemnia się bluesuje (żeński wokal skojarzył mi się z Natalią Sikorą), a Moja dziewczyna, też z koncertu, zapuszcza się w folkowe rejony. W uszy trochę kłuje garażowa jakość nagrań.

Płyta kompaktowa, digipack, książeczka z drukowaną informacją o każdym z dziewiętnastu zespołów. Pomysłodawcom Rock n’Sfery należą się słowa uznania za to, że w erze Internetu chce im się promować muzykę w tak szlachetnie archaiczny sposób. Już zapowiedzieli Vol. 2.

Wieczór z “Wish You Were Here”

„Wish You Were Here”. Światło, muzyka, słowa
Czytelnia Miejskiej Biblioteki Publicznej w Strzelnie, 21 III, od godz. 19:00 z minutami
Pomysł i realizacja: Jacek Łuczak i Wiesław Woźnica

Światło, muzyka, słowa – odsłona druga. Wątku „Pink Floyd” – ciąg dalszy. Koncept ten sam – laserowa oprawa świetlna, tłumaczenia tekstów i to, co najważniejsze, czyli muzyka. Znajomych twarzy – więcej. Nowe miejsce – czytelnia Miejskiej Biblioteki Publicznej. Głośność – odpowiednia. Album – wybitny. Wieczór – udany. Propozycja na przyszłość – jeżeli kolejny raz ta sama miejscówka, to zasłonić okna i zlikwidować rząd stołów zabierających przestrzeń.
O The Dark Side of the Moontutaj.

Hugo Race & Michelangelo Russo “John Lee Hooker’s World Today”

Hugo Race & Michelangelo Russo John Lee Hooker’s World Today
(2017, Gusstaff Records)

– Człowieku, zrób coś z tym krzesłem!
– Taaa, może jutro…
Ma rację. Mi też się zdarza dźwięki wydawane przez tego grata pomylić z tym, co proponują panowie Hugo i Michelangelo. Ale już nic nie mówię. Tak naprawdę, najchętniej w ogóle bym się nie odzywał. Za to bardzo lubię to krzesło, ten zadaszony kawałek świata z widokiem na niebo i pustkę po horyzont, a także… sączy się, jeszcze chłodne… do ich grania wyśmienicie pasuje…
– Bob, proszę, przestań się bujać.
Jakby to skrzypienie miało jakieś znaczenie. Hugo i Michelangelo na pewno nie mieliby nic przeciwko temu. Czy oni w ogóle by zauważyli, że jest tu ktoś jeszcze? Tną tego swojego trans-Hookera, jak to w bluesie, na jedno kopyto, ale jakby wolniej, bardziej klimatycznie, monotonnie, duszno. A kowbojki uwierają, koszula lgnie do ciała, nie ma czym oddychać… Rzut oka na horyzont – błyska się, będzie burza…

PS Podziękowania dla Artura Łuczaka, który polecił mi ten album.

New Order “Movement”

To znana historia. Samobójcza śmierć Iana Curtisa stała się też końcem żywota Joy Division. Ale nie zakończyła muzycznej aktywności pozostałych członków zespołu. Bernard Sumner: Wszyscy byliśmy zaskoczeni tym, co stało się z Ianem. Nagle musieliśmy myśleć o przyszłości. I nie mieliśmy żadnych odpowiedzi. Ale wiedzieliśmy, że uwielbiamy być w grupie i tworzyć muzykę, grać koncerty i dobrze się bawić … Wiesz, byliśmy młodymi facetami. […] Pytanie brzmiało: kim będziemy? Joy Division bez Iana? Czy to zadziała? (fragment tekstu z książeczki dołączonej do reedycji albumu Movement, seria the Factory years; 2008, London Records).
Świat zawojowali takimi hitami, jak Blue Monday, czyli muzyką do tańczenia przy stroboskopach, w klubach wypełnionych ludźmi, którzy chcą odreagować tydzień. Czy tak by brzmiało Joy Division w latach osiemdziesiątych? Zakładam, że nie, jednak zamieszczony na składance Substance utwór As You Said nie pozwala być tego pewnym.
Zanim nastał ów właściwy New Order, byli krytykowani za to, że są kopią Joy Division. Nie trzeba mieć słuchu absolutnego, by zauważyć, iż Movement (1981, Factory Records) to to samo brzmienie, ten sam klimat, te same patenty muzyczne i Bernard Sumner – wokalista, który podąża drogą wytyczoną przez Curtisa. Znaczy, do kosza?
Może jednak spróbować posłuchać tego albumu bez druzgocącego obciążenia magią Unknown Pleasures czy Closer?
A gdyby nigdy nie było Joy Division?

Ciszy nie było

Koncert z okazji Dnia Kobiet: Cisza Jak Ta
9 marca 2018 roku, Dom Kultury w Strzelnie
Organizatorzy: Burmistrz Strzelna, Miejsko Gminny Ośrodek Kultury oraz Komitety Osiedlowe Nr 2, 3 i 4 w Strzelnie

Istnieją piętnaście lat, wydali jedenaście płyt, zagrali dziewięćset koncertów. Dziewiątego marca zawitali do Strzelna. Cisza Jak Ta.
Lubię te koncerty z okazji Dnia Kobiet – są na poetycką nutę (w ubiegłym roku wystąpił zespół Nie-Toperz), dobrze wpasowują się w akustyczne możliwości sali strzelneńskiego Domu Kultury, mogą zainteresować zarówno miłośnika rocka, jak i disco, bo przecież każdemu z nas potrzebna jest w życiu choćby odrobina poezji.
Skrzypce (altówka?), flet poprzeczny, perkusja elektroniczna, gitary elektroakustyczne, bas. Sześć osób (imiona i nazwiska wszystkich członków grupy na stronie ciszajakta.art.pl). Wokalnie udzielał się każdy, nie zaśpiewał tylko basista. Szczególnie spodobał mi głos Ilony Ejsmont (skrzypce / altówka) oraz Mateusza Wyzińskiego – perkusisty, który w jednym utworze zagrał też na gitarze. Mów do mnie jeszcze Kazimierza Przerwy – Tetmajera w jego wykonaniu nie chce mi wyjść z głowy. Podobnie Dziewczyna z portretu do słów Jonasza Kofty, z mocnym śpiewem Ilony Ejsmont – tak mógłby wyglądać efekt współpracy Renaty Przemyk z Kapelą Ze Wsi Warszawa.
Koncert zacząłem z przekonaniem, że czeka mnie wędrówka po „krainie łagodności”. Na to wskazywało te kilka utworów, których posłuchałem wcześniej oraz słowa Michała Łangowskiego (gitara): Chcielibyśmy państwa zabrać w podróż w krainę wrażliwości poetyckiej. Motyw przewodni: miłość. Zaczęli od Byle nie o miłości Agnieszki Osieckiej, Wieczorem Krzysztofa Kamila Baczyńskiego i skocznego Pożegnalnego wieczoru Jonasza Kofty. Później dominował repertuar autorski, między innymi z wydanego w ubiegłym roku albumu Nieobecność. Już wspomnianym Pożegnalnym wieczorem udowodnili, że ich „kraina wrażliwości poetyckiej” to jednak nie tylko ballady. W dwóch piosenkach zespołowi towarzyszył nawet gitarzysta elektryczny (niestety, nie zanotowałem nazwiska), który nie tylko wyglądem, ale i miejscem zamieszkania jest związany z Jarocinem – w utworze Żółte tulipany przyłoił niczym muzyk jakiejś kapeli metalowej.
Super koncert, ponad dziewięćdziesiąt minut grania, bardzo dobra frekwencja, bis po wykrzyczanym przez publiczność: Cisza! Cisza! Cisza!. I pech, ponieważ nie miałem przy sobie portfela…


Godra & Brüno “Kuro”

Godra & Brüno Kuro (2017, Fuffa Recordz)

Ścieżka dźwiękowa do opowieści o mrocznej, nieprzyjaznej, pełnej beznadziei, budzącej lęk krainie? Jak najbardziej. Wrażenie potęguje zatopione w czerni, zawierające minimum informacji opakowanie, z tajemniczymi symbolami na froncie. Co znaczy „kuro”? Bronisław „Brüno” Ehrlich: Kuro to smutek, czerń…
Cztery utwory, ponad czterdzieści minut muzyki. Medium i Martwa Natura to klimat dokonań Bronisława Ehrlicha, znanego też jako Bruno Światłocień, a Non-Terrestial Officers (w porównaniu z pozostałymi – wręcz sielankowe) i Bayek to już nieznany mi Godra. Dwa pasujące do siebie światy – surowo i przestrzennie.
Zimna fala, trans, post-rock, czy nawet space post-rock (jeżeli takie określenie w ogóle istnieje), ambient, industrial. Gustujesz w którejś z tych etykiet? W takim razie sięgnij po Kuro i posłuchaj…

***

ROZMOWA Z BRONISŁAWEM EHRLICHEM  Czytaj dalej Godra & Brüno “Kuro”

AVE. Jazda po polsku

Rozmowa z Mariuszem Michałowskim, wokalistą grupy AVE z Inowrocławia.

***

Redaktor naczelny Teraz Rocka niedawno docenił waszą debiutancką płytę (szczegóły tutaj). To chyba dobrze?
To bardzo dobrze! Znakomita wiadomość, która pokazuje, że próby dotarcia do tak postawionych, znaczących w naszym świecie osób mają sens. Naprawdę, sprawiło nam to dużą przyjemność.  Czytaj dalej AVE. Jazda po polsku

“Złota era” na papierze

Już zapomnieliście o Złotej erze rocka w Strzelnie? Otwieraniu lodówki nie towarzyszy obawa, że zamiast smacznego posiłku, przyjdzie wam zmierzyć się z kolejną porcją wspomnień? O, nie, nie! Złota era ponownie puka do drzwi. Ale tym razem macie szczęście – nie będzie to kolejna rozmowa, dwadzieścia wystarczy.
Na dzisiaj zahasłowany nowyhoryzont.blog.pl niebawem zostanie unicestwiony. To dobry moment, żeby wrócić do pomysłu przelania Złotej ery na papier. Niezawodna, nieliczna i nieobliczalna Nieformalna Inicjatywa Prywatna NIE-SPOŁECZNICY poczyniła już pewne działania, mające na celu zrealizowanie tego pomysłu. Czyli jednak możecie spać spokojnie…
Czerwiec 2013: Kto się interesuje muzyką rockową i w latach dziewięćdziesiątych XX wieku chodził na koncerty organizowane przez strzeleński Miejsko-Gminny Ośrodek Kultury i Rekreacji, zgodzi się ze mną, że ostatnia dekada minionego stulecia to „złota era rocka w Strzelnie”.
Jacek Łuczak, Sławomir Sobczak, Piotr Barczak, Jacek Jackowski, Leszek Iwiński, Sławomir Tarczewski, Daniel Iwiński, Krzysztof Łuczak, Marcin Przybylski, Ryszard Nowak, Arkadiusz Kubiak, Marian Przybylski, Sławomir Antkowiak, Marcin Adamski, Grzegorz Swendrowski, Maciej Nowak, Krzysztof Sendłak i Maciej Michalak. Robert Wesołowski i Przemysław Witczak – już na stronie zapiskimuzyczne.pl.
W oczekiwaniu na słowo drukowane można też przeczytać rozmowę ze Sławomirem Antkowiakiem – jest na jego blogu (siants.wordpress.com/interview/).

Jarocin punkowo zmotywowany

Punk to postawa. Punk to nie muzyka, natapirowane włosy, irokez czy skórzana kurtka. To są klisze. Chcesz być punkiem, nie naśladuj tego, co wymyślono 20, 30 lat temu. Nie dawaj sobie wmówić, co masz robić i jak masz wyglądać. Bądź niezależny, szczery, oryginalny, a nie podrabiaj tego, co zrobili inni. Nie kopiuj wzorców, bo równie punkowa jak garażowy zespół może być orkiestra symfoniczna. Jeśli jesteś punkiem, bierzesz sprawy w swoje ręce i nie wciskasz kitu innym. Jesteś niezależny. Punk to dusza, serce, szczerość, oryginalność.

To John Lydon (Public Image Ltd./Sex Pistols. Jak meteoryt, Teraz Rock, 2013, nr 10, strona 65; rozmawiał Jacek Nizinkiewicz), człowiek, który został uhonorowany MOTYWEM tegorocznego Jarocin Festiwal (Rottenowi i jego twórczości będzie poświęcony każdy festiwalowy element – od kina, przez wystawy i spotkania, aż po książki i wystrój miasta. Wszystko to ma przybliżyć i uhonorować sylwetkę Johna Lydona na festiwalu, który w latach 80-tych XX wieku dał rodowód polskiemu punk rockowi). „Johnny Rotten” jest też AMBASADOREM, a jego grupa PiL zagra w Jarocinie.


Drugi AMBASADOR to Wojtek Mazolewski (Rola Ambasadora to także współkreacja festiwalowych projektów specjalnych, spotkania i panele tematyczne oraz aktywności pozamuzyczne). Na festiwalu nie tylko z projektem PunkFreud Army.
JF’18 odbędzie się w dniach 13-15 lipca, wzorem ubiegłego roku – w mieście. Do 20 lutego, do godziny 23:59 można zgłosić zespół do Jarocińskich Rytmów Młodych. Na stronie konkursu, w zakładce zespoły, można znaleźć między innymi AVE z Inowrocławia. O ich płycie, zatytułowanej Ave, Wiesław Weiss napisał: […] alternatywnie, chwilami jazzująco. Oryginalnie, intrygująco, niepokojąco (Teraz słucham, Teraz Rock, 2018, nr 2, strona 6).
Więcej informacji:
jarocinfestiwal.pl
rytmy.jarocinfestiwal.pl

***

Cytaty w nawiasach oraz logo MOTYW: ROTTEN – jarocinfestiwal.pl/media/materialy-prasowe

pARTyzant w Mogilnie

pARTyzant
10 lutego 2018 roku, Sala Widowiskowa Mogileńskiego Domu Kultury

Przemysław Iwo Gronkowski – ukulele, bodajże w dwóch utworach. Waldemar Krystkowiak (bas) i Maciej Krystkowiak (gitara) – goście na finał koncertu. Krzysztof „Partyzant” Toczko (gitary, wokal) i Mikołaj Toczko (perkusja, ołówki) – pARTyzant. Fragment ulotki, jaką otrzymałem po koncercie: Duet porusza się płynnie pomiędzy różnymi stylistykami, nie brakuje mocnych rockowych riffów, bluesowych smaczków, humoru i zabawy przeplatanej zadumą. Ważnym, nieodzownym elementem koncertów jest interakcja z publicznością oraz nieskrępowana improwizacja. Dokładnie tak było w Sali Widowiskowej Mogileńskiego Domu Kultury. 
Utwory z wydanej w ubiegłym roku płyty Kenopsja wymieszali z klasyką muzyki popularnej. Mikołaj Toczko, na przemian, pieścił perkusję, by po chwili walić w zestaw jak oszalały. A znany mi do wczoraj jedynie ze współpracy z grupą Dżem Krzysztof Toczko wywijał na gitarze, popisując się umiejętnością gry techniką tappingu.
Zaprezentowany repertuar autorski to granie z pogranicza rocka i bluesa, w którym nie brakowało charakterystycznego dla reggae bujania i punkowej zadziory; często w klimacie dokonań Voo Voo. Wypadło cholernie interesująco – własną Kenopsję już mam.
Z klasyki na pierwszy ogień – Smells Like Teen Spirit, później Layla, Always Look on the Bright Side of Life i jeszcze kilka innych kilerów. Wszystkie w wersjach instrumentalnych. Na ile było to tylko wykonanie cudzych kompozycji, a na ile potraktowanie ich jako punktu wyjścia do zrealizowania własnego pomysłu na muzykę? Brawo!
Inny fragment tej samej ulotki: Gitarzysta do perfekcji opanował trudną i widowiskową technikę tappingu oburęcznego, która umożliwia mu niezależne granie na dwóch gitarach jednocześnie. One z repertuaru grupy Metallica zagrane na gitarze dwugryfowej – niech żałują ci, którzy jeszcze tego nie widzieli.
A co z tymi ołówkami? Utwór Medad ha (z Kenopsji) panowie Toczko zagrali siedząc na krzesłach, z gitarą na kolanach – ojciec śmigał palcami po gryfie, a syn potraktował struny ołówkami. Kolejny przykład potwierdzający muzyczną kreatywność pARTyzanta.

PS Podziękowania dla Wiktora Mazurkiewicza – gdyby nie on, pewnie bym się nie dowiedział, że duet zagra w Mogilnie.
partyzant.eu (na dzisiaj: Witryna w przebudowie).

Vangelis “1492. Conquest of Paradise”

Nie potrafię fachowo pisać o rocku, a co dopiero o twórczości Vangelisa. Ale jak tu nie poświęcić choćby kilkunastu centymetrów bloga na tekst o jednej z dosłownie kilku płyt na bezludną wyspę, kolejną, którą nasiąkł nieśmiały, strachliwy, z kompleksami, a zarazem myślący o sobie jako o kimś wyjątkowym, nastolatek?
To nie jest najwyżej oceniany album w bogatym dorobku Vangelisa. Zapewne nie jest to też jedna z najważniejszych na świecie ścieżek dźwiękowych do filmu. Jednak kiedy w jednej ze stacji radiowych usłyszałem utwór Conquest of Paradise, stało się jasne, że zadziało się coś wyjątkowego. I poszło. Setki godzin, najczęściej ze słuchawkami na uszach, niezapamiętanej marki, pożyczonymi, które wyposażone w króciutki kabel powodowały drętwienie ciała (fotela nie można było, a może nie chciało mi się przysuwać na odpowiednią odległość).
Dzisiaj warunki są już bardziej komfortowe, a brzmienie zdecydowanie lepsze. Ale to nie ma znaczenia.
Elektronika Vangelisa. Mandolina. Hiszpańska gitara. Skrzypce. Flety. English Chamber Choir. Niepokój. Zwątpienie. Wiara. Niepewność. Marzenia. Upór. Radość. Rozgoryczenie. To wszystko tu jest. I to się czuje. Za każdym razem.
1492. Conquest of Paradise. Każdy może podbijać własne raje. Nie potrzeba filmu, choć warto go obejrzeć.

The Cranberries “No Need To Argue”

Pierwsza myśl: Może tym razem tak po prostu, normalnie?. Kolejne wieści i już wiadomo, że mogło być inaczej. Artyści…
Pozostała muzyka (nawiązując do prezydenckiego „ćwierkania” – też nie wiedziałem, że miała dzieci), a dokładnie jedna bardzo ważna płyta.
Lato roku 1995. Zombie atakowało non stop, z każdej strony. Ale pierwszy egzemplarz, wtedy jeszcze na kasecie, pożyczyłem od kogoś, kto chwilę wcześniej, wręcz z wyrzutem, zapytał: To ty nie znasz tej płyty?!. Mniej więcej tak to wyglądało. Chyba nawet tej kasety nie chciałem oddać. Fajne czasy – potężna potrzeba posiadania muzyki szła w parze z permanentnym brakiem gotówki.
Delikatna, nastrojowa, czarująca, na noc. Pisali i piszą, że związana z matecznikiem zespołu, czyli Irlandią. Ode To My Family, The Icicle MeltsDreaming My Dreams, Daffodil LamentNo Need To Argue… A śpiew Dolores O’Riordan? Grzesiek Kszczotek (Tylko Rock, 1995, nr 4, strona 70; recenzja): Śpiewa jak chyba jeszcze nikt dotąd. Delikatnym, spokojnym głosem, ale nie pozbawionym mocy, nie pozbawionym żaru […], czasem lekko rozmarzonym […], czasem unoszącym się gdzieś tam wysoko […]. Choć jest też i inna strona tego jej śpiewania. […] Jakby melizmatyczne zawodzenie […], jakby podminowane złością łkanie […].
Utonąłem. Nigdy później nie posłuchałem żadnej innej ich płyty. Obawa, że magia The Cranberries pryśnie? Nie było jej w utworach puszczanych przez stacje radiowe, więc – tak.
Od ubiegłego roku, po latach niesłuchania, mam reedycję – The Complete Sessions 1994-1995, z kilkoma dodatkowymi nagraniami. Po latach niesłuchania wyszło, że… No Need To Argue nadal jest piękne. Pomimo tego, że niektóre utwory wydają się już trochę mniej czarujące, wspomnianych bonusów mogłoby nie być, a wraz z wiekiem odeszła potrzeba zarywania nocy dla muzyki.