Wierszoklet#6

DOŚWIADCZENIE [MAJ 2019]
Okopane,
z gasnącą inwencją,
coraz bardziej skostniałe.
Oto doświadczenie –
żądne nagród i uznania,
naburmuszone,
że tego nie słyszą,
że na plecach czuć młode.

Mark Knopfler „Down The Road Wherever”

Zapewne głos człowieka będącego w zdecydowanej mniejszości.

Mark Knopfler Down The Road Wherever (2018, British Grove Records / Virgin EMI Records)

Ta płyta w odtwarzaczu to dobra okazja, żeby się do czegoś przyznać. Charakterystyczne gitara i przyprószony upływającym czasem wokal, zanurzenie w amerykańskiej tradycji oraz przepiękne smęcenie – oto powody, dla których chętniej sięgam po Marka Knopflera solo, niż po muzykę stworzoną pod szyldem Dire Straits, jednego z moich ulubionych zespołów. I Down The Road Wherever tego nie zmieni.

Halina Frąckowiak „Geira”

Długo wyczekiwana reedycja.

(1977, 1978?; 2019, GAD Records)

Halina Frąckowiak i Józef Skrzek spotkali się po raz pierwszy, gdy artystka współpracowała jeszcze z zespołem ABC, a wszechstronny instrumentalista zwiedzał Europę jako członek Grupy Niemen*.

Halina była zakochana w naszej muzyce. Była bardzo twórcza, lubiana, popularna. Było parę dziewcząt, które chciały z nami współpracować, ale tylko jej się to udało. Trudno było do nas dotrzeć, bo chadzaliśmy swoimi ścieżkami (Józef Skrzek, strona 254)**.

„Geira” powstawała w bardzo dziwny sposób. Halina Frąckowiak miała swoisty „przystanek” w swojej twórczości, w swoim śpiewaniu. Nieco się zagubiła… i wtedy spotkała Józka Skrzeka i on obiecał, że zrobi jej płytę, która będzie dla niej swoistym odbiciem, trampoliną. […] Józek był oczarowany sposobem bycia Haliny, jej osobą […] chciał jej pomóc i po prostu powiedział – „Roman, robimy płytę” (Romuald Skopowski / Julian Matej, strona 319)**.

Właściwa praca nad materiałem trwała niemal dwa lata i rozpoczęła się w czerwcu 1975 roku od „Brzegów łagodnych”, wykonanych przez Halinę Frąckowiak z towarzyszeniem SBB i Alibabek podczas festiwalu opolskiego*.

Kolejne dwa nagrania [Pieśń Geiry, Otwieram list – brązowy wrzesień], przygotowane z myślą o płycie, zaistniały w roku następnym*.

Płyta miała ukazać się pod koniec 1977 roku, choć większość źródeł wskazuje, że na jej premierę trzeba było czekać do roku następnego*.

To materiał bardzo różnorodny muzycznie, operujący z jednej strony funkowo-dyskotekowymi rytmami […], z drugiej – subtelnymi balladami, w których aksamitny głos Frąckowiak płynie po morzu syntezatorów Skrzeka*.

Józef Skrzek jako kompozytor pozwolił sobie na kilka zapadających w pamięć melodii, nie potrafiąc jednak powstrzymać się od typowych dla siebie rozwiązań harmonicznych i melodycznych, znanych z pracy z SBB*.

Nasz artysta proponuje na tej płycie konsekwentnie realizowane, dopracowane utwory z pomysłową harmonią i oryginalną – na ile trzeba „skrzekową” – melodią, dodaje też często charakterystyczne brzmienie SBB […]. Jednak i pamięta o przebojowości – nie zabrakło prostszych piosenek. Inna sprawa, że w rockowym ujęciu***.

W sumie „Geira” to godny uwagi suplement do dorobku słynnej grupy Skrzeka i najciekawsza pozycja w dyskografii Frąckowiak…***.

To wizytówka Skrzeka – kompozytora, uzupełnienie dyskografii SBB, ale nade wszystko najlepszy album Haliny Frąckowiak i skarbnica pięknych, poetyckich tekstów Juliana Mateja (strona 55)**.

Postanowiłem, że zrobię teksty, które uczynią tę płytę ciekawą literacko. Zacząłem od „Pieśni Geiry” – Geira to mitologiczna księżniczka skandynawska, która czekała nad brzegiem morza na tego jedynego… Bardzo długo pisałem ten tekst. Później „Brzegi łagodne”, „Otwieram list – brązowy wrzesień”… Robiłem tę płytę dwa lata. […] Gdy już napisałem wszystkie teksty, gdy to nagrano, gdy pojawiły się recenzje płyty, pisano o „bardzo udanej muzyce Józefa Skrzeka i SBB do poezji Juliana Mateja”. A ja będę się spierał i cały czas mówił jedno – to były dobrze zrobione teksty piosenek, a nie poezja (śmiech) (Romuald Skopowski / Julian Matej, strona 319)**.

Publiczność była podzielona – część tęskniła za prostymi piosenkami z czasów ABC, część była zachwycona świeżym brzmieniem i synergią osiągniętymi z SBB. Sama Halina Frąckowiak kilka lat później pytała retorycznie na łamach tygodnika „Razem”: „Czy wszystko trzeba zawsze robić pod kątem popularności? Ważniejsze jest chyba to, by robić, co się lubi i w co się wierzy”*.

* Tekst we wkładce do reedycji wydanej przez GAD Records
** Hojn Andrzej, Wilczyński Michał, Zych Mariusz (współpraca), SBB. Wizje. Autoryzowana historia zespołu, Katowice 2003
*** (k), recenzja wydawnictwa Halina Frąckowiak „Geira/Ogród Luizy”, Tylko Rock, 1998, nr 10, strona 52

„W kręgu kultury religijnej”, „O zdrowy chleb”

Historia, socjologia, religia katolicka; charakter ponadregionalny – każdy może znaleźć coś dla siebie.

W kręgu kultury religijnej. Publikacja Towarzystwa Czytelni Ludowych z okazji 100-lecia odzyskania niepodległości, pod redakcją Bartłomieja Gapińskiego i Ryszarda Stanka, Gniezno 2018
O zdrowy chleb: Rodzina i ojczyzna, pod redakcją Bartłomieja Gapińskiego i Ryszarda Stanka, nr 5 (2018)

Wydane przez gnieźnieńskie Gaudentinum w ramach obchodów stulecia odzyskania przez Polskę niepodległości. W Strzelnie oficjalnie zaprezentowane w marcu tego roku. Historia, socjologia, religia katolicka; charakter ponadregionalny – każdy może znaleźć coś dla siebie. Tytuły można było lepiej dobrać – W kręgu kultury religijnej niesłusznie sugeruje, że wszystko, o czym w treści, zadziało się z udziałem Kościoła, natomiast O zdrowy chleb (w połączeniu z informacją, że ukazał się pod egidą Duszpasterstwa Rolników Archidiecezji Gnieźnieńskiej) kojarzy się z tonem dziewiętnastowiecznej publicystyki katolickiej dla ludu.
W OZCH, świadomy, że być może ominęło mnie coś wartościowego, odpuściłem sobie homilie arcybiskupów Marka Jędraszewskiego (Dożynki ogólnopolskie 2018) i Stanisława Gądeckiego („Podległość i niepodległość”), wywiad z biskupem Wiesławem Lechowiczem (Młodzież i rodzina wyzwaniem duszpasterstwa) oraz artykuły Suwerenność rodziny (ks. Aleksander Sobczak) i Miłość rodzinna w ujęciu biskupa Jana Pietraszki (Bartłomiej Gapiński). Rzut oka na bibliografię oraz śródtytuły sprawił, że nie przeczytałem też  pracy, zaangażowanego w działalność strzelneńskiego Klub Dobrego Rolnika Ryszarda Stanka Tożsamość narodowa włościaństwa wielkopolskiego – nieskromnie założyłem, że tekst nie zaskoczy mnie żadnymi nowościami.
Przegląd tego, co poleciłbym czytelnikom zacznę od artykułów moich kolegów, których zawsze lubię poczytać – Sławka Tarczewskiego i Piotra Barczaka:

  • Sławomir Tarczewski: Miłość, małżeństwo, rodzina: czego jeszcze musimy się ciągle nauczyć? (OZCH). Sławek od lat działa w Duszpasterstwie Rodzin Archidiecezji Gnieźnieńskiej, w Strzelnie spotyka się z ludźmi na tak zwanych kursach przedmałżeńskich. W artykule przedstawił stosunek narzeczonych do homoseksualizmu, aborcji, antykoncepcji, wstrzemięźliwości seksualnej przed ślubem oraz wierności małżeńskiej. Najkrócej rzecz ujmując, tekst odebrałem jako apel o potrzebę zreformowania owych kursów.
  • Piotr Barczak: Aspekty tożsamości zbiorowej w Strzelnie (WKKR). Próba zebrania wytworów pamięci zbiorowej, zarówno tych materialnych (klasztor, miasto i jego ulice, pomniki i tablice, cmentarze), jak i niematerialnych (między innymi publikacje i aktywność Muzeum – Romańskiego Ośrodka Kultury im. Ottona i Bolesława, Miejskiej Biblioteki Publicznej oraz Orkiestry Ochotniczej Straży Pożarnej w ostatnich dziesięciu latach). Niestety, nie wszystko udało się wynotować. Przydałyby się też szczegółowe kalendarium wydarzeń oraz bibliografia historii Strzelna za omawiany okres.
  • Bartłomiej Gapiński: Kondycja człowieka starego w tradycyjnej rodzinie chłopskiej (WKKR), Chłopska starość (OZCH). Zestawienie tego, jak funkcjonowano dawniej, a jak jest dzisiaj, nie stanie się przedmiotem tego tekstu, ale niewątpliwie daje szansę pretekstu dla czytelników, by na własny użytek porównać przeszłość, tutaj opisywaną, ze współczesnością (WKKR, strona 79-80); Prawda, poświadczone jest na łamach tego tekstu ówczesne okrucieństwo względem starców i staruszek (bo powiedzmy sobie szczerze, wygnanie zimą na żebry czy głodzenie to prosta droga do śmierci), ale nie można przeoczyć, że seniorzy mieli atrybuty sakralne, religia i magia stanowiły o ich wielkości, potędze (OZCH, strona 50).
  • Izabella Bukraba-Rylska: O podmiotową wizję wsi i jej kultury. Porównanie stanu rzeczywistego oraz aspiracji mieszkańców wsi z obrazem kultury ludowej, wykreowanym w okresie od romantyzmu do PRL-u: [Kulturę ludową] stopniowo sprowadzono […] niemal wyłącznie do sfery zwyczajów, obrzędów i zabaw wraz z towarzyszącymi im rekwizytami i zachowaniami – barwnymi strojami, pieśniami i tańcami. Jak zauważył Ludwik Stomma, analizując zawartość klasycznego dzieła Oskara Kolberga: wesołych zajęć związanych z czasem wolnym dotyczy tam aż 84% zgromadzonego materiału! (WKKR, strona 10).
  • Bartłomiej Gapiński: Anton Onderka na tle kultury Górnego Śląska (WKKR). Rzecz o napisanym przez Onderkę (1815 – 1866) pierwszym dwujęzycznym elementarzu, zatytułowanym Elementarz polsko-niemiecki, oder polnisch-deutsches Lesebuch für die utraquistischen Elementarschulen.
  • Izabella Bukraba-Rylska: Polski chłop i jego dusze. Artykuł zaczyna się od przybliżenia pracy Dwie dusze z 1904 roku (autor: działacz ludowy Jakub Bojko) w kontekście charakterystyki mentalności znacznej części polskiego społeczeństwa (OZCH, strona 31). Dokładnie chodzi o „duszę pańszczyźnianą”. Opinie o polskim chłopie zaczerpnięte z dyskursu naukowego i mediów po 1989 roku zaczęły mnie nudzić, w związku z czym lektury nie dokończyłem.

Całości dopełniają: Towarzystwo Czytelni Ludowych we Wrześni i na ziemi wrzesińskiej w przeszłości i współcześnie (Bolesław Święciochowski, WKKR), Naród w perspektywie personalizmu (ks. Bogumił Gacka MIC, WKKR) – nie do końca ogarnąłem, Zeszyt wspomnień (Helena Miśkiewiczówna-Witczak, WKKR) – wspomnienia z nauki na Uniwersytecie Ludowym w Dalkach (lata trzydzieste XX wieku), Święty Izydor Oracz (Ryszard Stanek, OZCH) – kilkanaście wersów na temat patrona duszpasterstwa rolników (w nawiązaniu do obrazu znajdującego się w górnej sali Muzeum – Romańskiego Ośrodka Kultury im. Ottona i Bolesława).

Wierszoklet#5

UCZEŃ [KWIECIEŃ 2019]*
Pokaleczony,
spod ręki fachowca,
życia nie przeskoczysz –
za wysokie progi.
Niedoczytanie (teraz) nie boli,
zagospodarowany czas,
międzyszkolne zawody…

* Nie łączyć ze strajkiem nauczycieli.

„Rodzina ze Strzelna. Szkice i opowieści”

Rodzina ze Strzelna. Szkice i opowieści – książka dostępna tutaj.

O HANASZACH, NIE TYLKO ZE STRZELNA

Hanasz Marian, Rodzina ze Strzelna. Szkice i opowieści, Warszawa 2017

Marian Hanasz postanowił przedstawić dzieje swojej rodziny: Moja siostrzenica spytała mnie o jakieś szczegóły z życia Rodziny, chodziło o mojego dawno nieżyjącego Ojca. Zacząłem szukać, znajdowałem nowe wiadomości, korygowałem rodzinne legendy, zdobywałem informacje o innych członkach Rodziny. W pewnej chwili wydało mi się niezbędne osadzenie ich w świecie, w którym żyli, sądzę, że jakoś wyjaśniało to ich zachowanie (np. dlaczego ktoś ze Strzelna ożenił się w Zbarażu). Wypełnianie luk między wątkami wymagało poszukiwań archiwalnych, niezbędna okazała się weryfikacja znanych relacji. Początkowo miała to być jedna z rodzinnych „Czerwonych książeczek”, które dla potrzeb rodzinnych wy dawałem w liczbie 10 – 20 egzemplarzy (niektóre wymieniam w „Źródłach”). W pewnej chwili stało się to zbyt obszerne i wtedy zacząłem myśleć o wydaniu książki.
Pisanie Rodziny ze Strzelna zajęło około 5 lat, kolejne 2 – szukanie wydawcy. Marian Hanasz: Uważam bowiem, że o wartości pracy decyduje to, ile ktoś jest gotów za nią zapłacić. No ale nikogo takiego nie znalazłem, więc stało się inaczej. Własnym sumptem wydrukował 250 ręcznie numerowanych egzemplarzy. Książki nie można kupić, zainteresowanych odsyłam do strzelneńskiej Miejskiej Biblioteki Publicznej albo do autora, który 23 września będzie w Strzelnie.
Dlaczego Rodzinę ze Strzelna warto przeczytać? Pan Marian nie stworzył peanu na cześć rodzeństwa, rodziców, ciotek, wujów czy dziadków. Szkoła, studia, służba wojskowa, kariera, biznes, działalność na rzecz wolnego kraju ojczystego, domowe zacisze, kredyt hipoteczny, choroba, nieuczciwość, nieślubne dziecko, samobójstwo, wizja bankructwa, rozwód. To wszystko tu jest. Hanaszowie, zwyczajna Rodzina ze Strzelna.
Solidna, budząca uznanie baza źródłowa i bardziej popularne niż naukowe ujęcie tematu, to atuty tej książki. Pan Marian potrafi zainteresować czytelnika losami swoich krewnych, naszą wiedzę na temat Strzelna wzbogaca o nowe fakty, może sprowokować do dyskusji (Józef Hanasz i powstanie wielkopolskie na Kujawach). A kiedy zaczyna odkrywać przed czytelnikiem historię Hanaszów, którą już mógł zapamiętać, robi się jeszcze ciekawiej, ponieważ wygrzebane z archiwów czy relacji rodzinnych fakty zaczynają się przeplatać z jego wspomnieniami. Szczególnie zyskały na tym opis życia rodziny znanego poznańskiego lekarza w okresie międzywojnia a i zawieruchy wojennej 1939-1945 (rzuciła ich do Warszawy):
Wiele panujących w tym domu zwyczajów wydaje się dziś tak niezwykłych, że warto im poświęcić chwilę uwagi. Na przykład to, że co rano przychodził fryzjerczyk i golił Bolesława [ojciec pana Mariana]. Odbywało się to – nie wiadomo czemu – w „stołowym” czyli w jadalni. Bolesław w tym czasie czytał gazetę, a „golarz” mydlił mu i skrobał brzytwą twarz, obcierając pianę o palec, a potem w poufałym geście łapał za nos, by naciągnąć skórę (strona 290);
Godziny obiadu i kolacji były stałe i święte. O wpół do drugiej cała rodzina czekała w „stołowym”, każdy za swoim krzesłem, czekając na pana domu. Przy kredensie stała pokojówka w białym fartuszku i białym „czółku”, która podawała potrawy. Po wejściu ojca odmawiano modlitwę i wtedy wszyscy siadali. Rodzice rozmawiali między sobą przy stole po niemiecku lub francusku. Dzieci i służba nie musiały wiedzieć, o czym mówią (strona 291);
W dniu swoich imienin ojciec rano przyjmował życzenia zasiadając na swoim stałym miejscu w „stołowym”. Dzieci podchodziły kolejno według starszeństwa (nazywało się to dziwnie: „po starszemu na gałąź”), każde recytowało swój wiersz i całowało solenizanta w rękę. Ani przy tej okazji, ani przy żadnej innej nie zdarzało się, by ojciec brał dzieci na kolana, nucił im piosenki lub z nimi rozmawiał. Podobny do groźnego Jowisza na chmurze, był instytucją. Od jego wyroków nie było odwołania (strona 294).
Marian Hanasz niejako „rozprawił” / „rozliczył” się ze znienawidzonym przez siebie PeeReLem (nowy ustrój nie tylko pozbawił Hanaszów możliwości powrotu do świata sprzed 1939 roku  – pośrednio przyczynił się do śmierci ojca autora Rodziny ze Strzelna), starszym przypominając, a młodszym odmalowując pełne absurdu, głupoty, brutalności i szarzyzny czasy „komuny” (Moja „komuna” była czasem błogiego dzieciństwa, ale takie sukcesy pamiętam: „Osiągnęłam dziś wielki sukces: przytaszczyłam aż 15 rolek papieru toaletowego!” (10 09 1983) – fragment dziennika Heleny, matki Mariana Hanasza; strona 495. A gdzie między innymi się wystawało ów papier? U zbiegu dzisiejszych Św. Ducha i Ścianki w Strzelnie, czyli przed sklepem mieszczącym się w domu od wielu, wielu lat należącym do rodziny Hanaszów). Tutaj jednak proporcje zostały zachwiane – za często bohaterów książki w tekście po prostu brakuje. Podobnie w części o nauce w pruskiej szkole i udziału przedstawicieli Rodziny ze Strzelna w pierwszej wojnie światowej (w tym przypadku za ten stan rzeczy zapewne odpowiada brak materiału źródłowego) oraz we fragmencie poświęconym wydarzeniom poprzedzającym wybuch powstania warszawskiego (zamiarem autora było wyrażenie swojego zdania na temat zasadności rozpoczęcia tego zrywu powstańczego, zaakcentowane już tytułem podrozdziału – Za pięć dwunasta; Marian Hanasz: To, co piszę o dniach przed Powstaniem Warszawskim, do niedawna było nie do wyrażenia w moim kręgu towarzyskim, dziś ludzie się na to odważają).
„HANASZOWIE DLA STRZELNA”

Hanaszowie dla Strzelna – oto hasło przewodnie pierwszego dnia tegorocznych Europejskich Dni Dziedzictwa w Strzelnie. Spotkanie z przedstawicielami rodziny Hanaszów odbyło się 23 września w jednej z sal Urzędu Miejskiego.
Prof. dr hab. Michał Hanasz mówił o zjawisku interferometrii, interferometrze oraz detekcji fal grawitacyjnych (Od interferometru Michelsona do detekcji fal grawitacyjnych). Zaczął od zaprezentowania sylwetki Alberta Abrahama Michelsona i okazało się, że w kręgach naukowych nazwisko urodzonego w Strzelnie noblisty najczęściej wymawia się z amerykańska, czyli… „Majkelson”.
Zapowiadana w materiałach informacyjnych przerwa na muzykę to występ zespołu Poturba. Mirosław Marczyński (kontrabas), Andrzej Kortas (śpiew, klarnet) i Piotr Barczak (śpiew, puzon, akordeon, s krzypce) zagrali na kujawską i „mniejszościową” nutę. Między innymi było coś z Oskara Kolberga, a także muzyka nawiązująca do mniejszości żydowskiej i ukraińskiej, obecnych w dziejach Strzelna. Jak zawsze u Poturby profesjonalizm szedł w parze z inwencją twórczą.
Punktem kulminacyjnym była prezentacja książki Mariana Hanasza. Wystąpienie autora poprzedził Wiesław Woźnica z Miejskiej Biblioteki Publicznej w Strzelnie, który recenzując Rodzinę ze Strzelna, powiedział między innymi: Jestem naprawdę pod wrażeniem tego, co tu przeczytałem. Na koniec egzemplarze książek powędrowały do obecnych na spotkaniu przedstawicieli szkół z terenu gminy Strzelno. Niestety, nie wszystkie szkoły odpowiedziały na zaproszenie autora. Hasło Hanaszowie dla Strzelna nie wzbudziło też dużego zainteresowania wśród mieszkańców naszego regionu – prawie połowa uczestników wczorajszego spotkania to byli Hanaszowie, którzy do Strzelna zjechali z różnych części Polski.

Hasło#3

JEDEN «w Polsce używane w celu ukrycia tożsamości źródła informacji albo w sytuacji, kiedy używający tego określenia chce uzyskać informacje od innych lub wprowadzić do obiegu mniej lub bardziej zgodnego z prawdą „niusa” (na przykład: „Jeden mi mówił…”, „Słyszałem od jednego…”, „Widziałem, jak jeden…”); znane także w wersji „jedyn”; popularność – porównywalna ze sformułowaniem „statystyczny Kowalski”»

Henry No Hurry w Kruszwicy

Przez ponad godzinę uwijał się pomiędzy gitarami, ukulele, mikrofonem (a raczej – mikrofonami) i „zapętlaniem” swojego wokalu i grania.

Sobota wieczór, u znajomych w domu

HAUSE GIGS to nowa, nieznana jeszcze przez wielu forma obcowania z muzyką, z twórcami, których na co dzień próżno szukać w rozgłośniach radiowych czy stacjach telewizyjnych. Od jakiegoś czasu tych mało popularnych artystów z Polski i ze świata można usłyszeć w zaciszu własnego mieszkania. W domowych kapciach, przy lampce wina, kubku herbaty bądź kawy. To pomysł Bartka „Borówki” Borowicza z Krakowa, dziennikarza, menedżera i wydawcy, założyciela agencji Borówka Music, której przyświeca jakże wymowne motto: „Nie szukamy dziur w trasach, ale szukamy tras w dziurach”. Dzięki temu mieszkańcy niewielkich miast i miasteczek poznać mogą wspaniałą twórczość […] godnych uwagi artystów.
Między innymi taką informację Ania i Artur dołączyli do zaproszenia na koncert Wawrzyńca Jana Dąbrowskiego, jednej trzeciej bardzo przez nich cenionego zespołu Henry David’s GUN, występującego solo pod pseudonimem Henry No Hurry.
[…] zasada „hausgigowa” – nawiązując trochę do takich tradycji ulicznych – polega na tym, że za chwilę podam pierwszej osobie kapelusz i będę prosił, aby ta osoba puściła ten kapelusz w ruch, trochę jak tacę w kościele. Wysłuchaliście prawie całego koncertu Henry No Hurry i wiecie, mniej więcej, czego się po tej muzyce spodziewać. Jeżeli bawiliście się dobrze i miło spędziliście czas, to wrzućcie, proszę, do kapelusza tyle ile czujecie, że chcecie wrzucić. Jeśli to w ogóle nie wasza bajka, to… to też się cieszę, że byliście i nie wrzucajcie nic, też jest OK. Pieniądze z tego kapelusza idą na paliwo, na żarcie w trasie, na wszystko, co jest ponad i pozwala mi nadal robić to, co kocham.
To już Henry No Hurry, artysta, który 23 lutego, późnym wieczorem, zauroczył mnie swoją twórczością.
Przez ponad godzinę uwijał się pomiędzy gitarami, ukulele, mikrofonem (a raczej – mikrofonami) i „zapętlaniem” swojego wokalu i grania. „Uwijał się” to odpowiednie określenie, a jednak wszystko było właśnie takie niespieszne, klimatyczne. I okraszone odpowiednimi wizualizacjami autorstwa niejakiej Beaty Woźniak oraz słowem wprowadzającym do każdego utworu (z jednym polskim wyjątkiem – teksty w języku angielskim). Na przykład: Chciałbym się pożegnać utworem, który pierwotnie był listem – zamienił się w utwór. To jest pierwszy utwór na płycie, więc zacząłem końcem i kończę początkiem. I też wydźwięk tego utworu jest podobny, bo opowiada historię o ludziach, którzy kiedy się palą to się cieszą. Jak płoną trochę bardziej to się cieszą jeszcze bardziej, bo się dzieje. A jak płoną tak bardzo, że nie mogą wytrzymać z bólu i krzyczą, błagają, modlą się, żeby przestało, to przestaje. I wtedy modlą się, żeby żar we włosach znowu płonął (Constellations). Innym razem – nazwijmy to – duchowość mieszała się z dowcipnie podaną codziennością: W zeszłym roku grałem taką trasę, którą śmiało mogę określić trasą mojego życia. To była trasa po schroniskach górskich. Pamiętam, że jak ją planowaliśmy z moim menedżerem Bartkiem Borówką, to był ten moment, kiedy ja byłem w takiej górce i tak zadzwoniłem do niego, i z wypiekami na twarzy mówię: „Słuchaj, Bartek, mam wspaniały pomysł! W ogóle chyba tego nikt zrobił, zresztą, to nie ma żadnego znaczenia: będę jechał na motocyklu, będę miał ze sobą ukulele i będę grał po schroniskach górskich! Co ty na to?”. Bartek powiedział: „OK. Wiesz, że wyjdziesz maksymalnie na zero?” [ogólny śmiech]. Mówię: Daj spokój, robimy”. Zrobiliśmy, naprawdę było super. […] mówię o tym dlatego, że jadąc w trasę miałem takie przemyślenie, że życie każdego człowieka można właściwie przyrównać do takiej wędrówki na górę, na szczyt. I każdy, oczywiście, ma swoje przystanki po drodze, ale jak by to tak uśrednić, statystycznie, to pierwszym przystankiem mogłyby być, na przykład, dobre studia. Kolejnym przystankiem mógłby być fajny samochód, później mógłby być ładny dom, udana rodzina, fajne dzieci… I w trakcie życia, z tego, co zauważyłem – nie wszystkim, ale zdecydowanej większości – udaje się wszystko to odhaczyć. I dochodzą na ten szczyt… No właśnie, i co dalej? Gdzie wyżej? I wtedy zaczyna się chyba najciekawsza część podróży – podróż już nie w więcej, nie w wyżej, a w mniej. Dokładnie to przydarzyło się bohaterowi kolejnego utworu, który prowadzi samochód nocą i traci przytomność na dziesięć sekund. Jest oczywiste, że czas nie istnieje, a nawet jeżeli istnieje to jest względny, więc przez te dziesięć sekund trafia na olbrzymią pustynię i na tej pustyni rozpoczyna czterdziestodniowy post. I to jest najlepsza rzecz, jaka może mu się przytrafić, bo jego największym problemem życiowym było to, że on wszystko miał… (Fainted for 10 Seconds).
W jednym z owych wprowadzeń do utworu Henry No Hurry wspomniał sytuację, w czasie której swoją twórczość określił mianem indie folk. A co tak naprawdę proponuje Wawrzyniec Jan Dąbrowski w ramach swoich solowych wojaży? Trudne pytanie. Folk? Może być, ale nie ten z radiowej Dwójki. Na pewno poczułem w tym Stany Zjednoczone, a kiedy na koniec, zupełnie bez prądu, zaśpiewał i zagrał tylko na ukulele, też Wielką Brytanię. Z Kruszwicy przywiozłem świeżutki album artysty, zatytułowany The Calving Of Inner Glaciers – sam jestem ciekaw wrażeń z perspektywy własnej kanapy.
Ania i Artur planują kolejne „hausgigowe” spotkania. Jeżeli zaproszą, wybiorę się, ponieważ taka forma bardzo mi pasuje – przede wszystkim jest kameralnie, a koncerty w takim wydaniu lubię najbardziej. Ale u siebie w domu czegoś takiego na pewno nie zrobię, nawet jeżeli zebrałbym samych znajomych (co, w moim przypadku, byłoby trudne, bo założenie tych koncertów jest takie, że musi być około trzydziestu osób, he, he). Jeżeli w Kruszwicy zmroziło mnie, kiedy zobaczyłem, że na sprzęcie do odtwarzania muzyki stoi projektor multimedialny, jedna z obecnych w pomieszczeniu osób na kolumnie głośnikowej położyła kieliszek do wina, a półki z kolekcją płyt były na wyciągnięcie ręki wszystkich, to co by się zadziało ze mną w pokoju, w którym właśnie teraz siedzę? Zawał murowany…

Zdjęcie#10

Luty 2019 roku. Wykonane w trybie ScenaMagiQ, czyli podpicowywanie zdjęcia nie za pomocą programu komputerowego, a już w aparacie fotograficznym. Różnica taka, że aparat podpicowuje po swojemu.

 

Magi-ku I


Magi-ku II


Magi-ku III (Wersja bliższa prawdy tutaj)