Zaduszki w Strzelnie

Koncert zaduszkowy w wykonaniu dzieci i młodzieży sekcji muzycznych MGOKiR w Strzelnie oraz zespołu Lux Vera, 06.11.2018, sala Miejsko-Gminnego Ośrodka Kultury i Rekreacji w Strzelnie

Chłopaki, na oko tak ze środka podstawówki – Rockers Kids. Pewnie tylko trochę starsze od nich klarnecistki, dziewczyna z trąbką oraz keyboardzistka. Wokalnie mocni członkowie zespołu Gaja. Odziana w czerń nastolatka z gitarą. Sami lub wspólnie z instruktorem i innymi muzykami związanymi z Domem Kultury. Część wyraźnie stremowana.
Zgodnie z konceptem zaduszek: Kiedy byłem małym chłopcem, Wyspa, Polska Madonna, Sen o Warszawie, List do M., Tyle słońca w całym mieście i inne. Swoje dograła i dośpiewała, jakże uroczo zapowiedziana, he, he, he (nie zanotowałem – najstarsi wykonawcy lub najstarsi uczestnicy) Lux Vera: Krakowski spleen, Rzuć to wszystko co złe i (You Make Me Feel Like) A Natural Woman.
Koncert zaduszkowy w wykonaniu dzieci i młodzieży sekcji muzycznych MGOKiR w Strzelnie oraz zespołu Lux Vera, czyli młodzi ludzie dostali możliwość zaprezentowania się przed publicznością, ich rodzice – kolejny powód do dumy ze swoich pociech, my – przegląd tego, co się dzieje w tytułowych sekcjach muzycznych (życiem tętni już nie tylko ta wokalna), a wszyscy – grupę Lux Vera w świeckiej odsłonie oraz porcję kowerów. Bardzo fajny koncert.

„Stanisław Wyskota-Zakrzewski (1902-1986). «W drodze do domu»”

Paweł Politowski Stanisław Wyskota-Zakrzewski (1902-1986). „W drodze do domu” (Inowrocław 2017)

Paweł Politowski dziesięć lat temu postanowił przywrócić pamięć o pułkowniku Stanisławie Wyskota-Zakrzewskim. Stąd między innymi ta książka, napisana na podstawie obronionej w 2012 roku dysertacji doktorskiej.
Wojna szybko i łatwo wywraca świat do góry nogami, bez możliwości powrotu do tego co było. Właśnie o tym jest ta książka – biografia syna właścicieli majątku w Mirosławicach, który na Kujawach spędził krótką część życia, ale – zgodnie z ostatnią wolą – wrócił tutaj po śmierci (prochy spoczęły w Kościeszkach); uczestnika powstania wielkopolskiego, wojny polsko-bolszewickiej i kampanii wrześniowej 1939 roku; Ułana Karpackiego (Polskie Siły Zbrojne na Zachodzie), który po zakończeniu wojny postanowił nie wracać do komunistycznej Polski; patrioty stawiającego dobro ojczyzny ponad rodzinę, który po ucieczce z kraju w 1940 roku już nigdy nie stanął na ojczystej ziemi, a jego małżeństwo stało się fikcją; zawodowego żołnierza, który w wieku 46 lat musiał poszukać innego sposobu zarabiania na życie; emigranta, który w wolnych chwilach zajmował się malarstwem i działalnością w polskich organizacjach kombatanckich w Wielkiej Brytanii.

KakofoNIKT “BitNIKT ate Sauer Adler”

KakofoNIKT BitNIKT ate Sauer Adler (2018, Axis Cactus Records)

Bębnienie – plemienne, transowe, „joydivisonowe”. Wokal (z pogranicza śpiewu i melorecytacji) – gdyby Tim Williams zajął miejsce w przedziale, w którym są już Lou Reed, Nick Cave czy Ian Curtis, byłby wśród swoich. Saksofon. Te wszystkie kosmiczne dźwięki (podobno członkowie kakofoNIKT lubią zagrać na różnych rzeczach, więc czy to sprawka tylko elektroniki?), dzięki którym BitNIKT… jest tak bardzo odjechaną płytą. Teksty piosenek wydrukowane na osobnych, fantazyjnie zdobionych kartach.
Za to polubiłem ten album. Zabrakło mi tylko jednego – informacji, że utwór Hippie (We’re Beautiful People, Aren’t We?) ma cokolwiek wspólnego z Atrocity Exhibition Joy Division. A – moim zdaniem – ma.

kakofoNIKT – zespół z dwunastoletnim stażem, z Poznania; na koncie kilka płyt; do tego roku nie wiedziałem o ich istnieniu – BitNIKT ate Sauer Adler podsunął mi (nieoceniony w wyszukiwaniu alternatywno-undergroundowych perełek) kolega Artur Łuczak.

Kapela Ze Wsi Warszawa “re:akcja mazowiecka”

Kapela Ze Wsi Warszawa re:akcja mazowiecka (2018, Karrot Kommando)

Kapela Ze Wsi Warszawa – gwarancja ludowej jakości wpasowana w ramy twórczości rozrywkowej (czyli coś dla tych, którzy na dłuższą metę jednak nie mogą zdzierżyć muzyki ludowej w czystej postaci, a są zmęczeni miałkim folkiem okupującym listy przebojów).
re:akcja mazowieckaWiększość kompozycji została oparta na tradycyjnych tekstach i melodiach ludowych (informacja zamieszczona w dołączonej do płyty książeczce) plus udział muzyków ludowych z Mazowsza (czyli coś dla miłośników muzyki ludowej w czystej postaci, dla których twórczość rozrywkowa ma drugorzędne znaczenie).

“Apacze”

Edwin Sweeney Apacze. Cochise i lud Chiricahua (Państwowy Instytut Wydawniczy, Warszawa 2017)

Indianie Ameryki Północnej – za sprawą przeczytanych powieści Karola Maya temat rozpalający wyobraźnię i wykuwający osąd, że Biały Człowiek bezpowrotnie zniszczył coś wyjątkowego. Chwilę później pytanie: jak było naprawdę?, a dzisiaj hasło: ZROZUMIEĆ INDIANINA.
Apacze – wojenne dzieje tytułowego plemienia za życia Cochise’a z zaledwie migającą gdzieś w tle indiańską codziennością w czasach pokoju. Co prawda, tej codzienności mi tu brakowało, ale w zamian poznałem – nie zawsze oczywisty – sposób wojowania ludu, na czele którego w połowie dziewiętnastego wieku stanął, w Apaczach obecny od początku, znamienity człowiek: Cochise, jeden z największych wodzów Apaczów dziewiętnastego wieku. Jedyny […], który, pobudzony zaciekłą nienawiścią do Meksykanów, zabójców jego ojca, i do Amerykanów, którzy powiesili mu brata i zamordowali teścia, stawił czoło armiom dwóch krajów i czterech stanów i nigdy nie został pokonany. Walczył z całą siłą i determinacją, aż w końcu zrozumiał, że jego lud musi się zgodzić na pokój bądź zniknąć z powierzchni ziemi. Dziwną ironią losu ów nieprzejednany wódz wojenny, który spędził życie prowadząc swych ludzi do walki, zmarł śmiercią naturalną w zaciszu rezerwatu (strona 324-325). Książka wypełniona przypisami, ale bez obaw – czyta się bardzo dobrze.

XYZ, czyli historia prawdziwa bez pomysłu na bardziej udany tytuł

W pierwszej dekadzie dwudziestego pierwszego wieku nakładem samorządowej instytucji kultury X (nie o nazwy, miejsca i tytuły tu chodzi) ukazała się książka Y. O jej istnieniu dowiedziałem się czytając niedawno książkę Z, której autor korzystał z dzieła Y, co miało swoje odzwierciedlenie zarówno w treści, jak i w przypisach.
Trochę matematycznie wyszło, ale nie o to chodzi – podjęty w książce Y temat bardzo mnie zainteresował, więc postanowiłem sięgnąć do źródła.
Konsultacja w pobliskiej bibliotece automatycznie przeniosła moje działania do Internetu. Na początek obiecujący kontakt za pośrednictwem portalu społecznościowego – nabycie książki jest możliwe, wystarczy się skontaktować ze wskazanym pracownikiem. Tak zrobiłem. Przeczytanie pierwszej emalii zwrotnej sprawiło, że ogarnął mnie stan błogiego przeświadczenia, iż niebawem zatonę w obiekcie mojego pożądania – wystarczyło, że podam swój adres, a publikację otrzymam za darmo! Nie oferują jej w wygórowanej cenie (koszt dużego bochenka razowego chleba to nie majątek), więc zdecydowanie bardziej ucieszył mnie fakt, że samorządowa instytucja kultury X jest żywo zainteresowana zainteresowaniem swoimi wydawnictwami każdego potencjalnego czytelnika, nawet tego z oddalonej kilkaset kilometrów prowincji. Proszę – pomyślałem – oto ludzie z misją!
Kolejna emalia zwrotna nieco zburzyła ów idylliczny obraz – pracownik chce nawiązać kontakt telefoniczny. Hmm…. Dzień czy dwa później zadzwonił i… klops! Wyjaśnienie, że część samorządowej instytucji kultury X, w której jest zatrudniony, nie zajmuje się sprzedażą książek (oni wymieniają się z innymi instytucjami, które też parają się działalnością wydawniczą) rzuciło światło wyjaśnienia na zaczynający kuleć proces pozyskiwania dzieła Y. Gwałtownie irytująco sprawa zaczęła się mienić chwilę później – wyjawił, że nie jest  w stanie mi pomóc, ponieważ sprzedażą zajmuje się inna część samorządowej instytucji kultury X i to z nimi muszę się skontaktować. Czy będą w stanie wysłać, bo jednak mam daleko… Raczej nie, ale najlepiej, żebym dopytał.
I tak sobie pomarnowaliśmy trochę czasu. Do teraz nie mogę rozgryźć, dlaczego ów człowiek od razu nie przekazał sprawy tym, którzy zajmują się sprzedają książek – analiza zawartości ich strony internetowej wskazuje, że nie mają do siebie daleko.

PS Finał? Jakże swojski, łatwy do przewidzenia – obrażony na cały świat książkę odpuściłem.

“Krzysiu, gdzie jesteś?”

Krzysiu, gdzie jesteś? (USA, 2018)

Problem, z którym zmagamy się od pradziejów: proza życia wypłukuje z człowieka świat dziecka, a dorosłość musi być zaplanowana, poukładana, nieskończenie pędząca, planująca lepszą przyszłość. Tytułowemu Krzysiowi się poszczęściło – przyjaciele z dzieciństwa wrócili, dokonała się zmiana i wszystko znowu nabrało kolorów.
BajkaTak się nie daPrzecież to nie takie proste… Znaczy: czas najwyższy na wizytę ekipy z twojego Stumilowego Lasu! Nie muszą być z piaskownicy. Wystarczy, że wrócą ci ciut starsi, nabuzowani pasją i ideami.

“Macie swoją kulturę. Kultura alternatywna w Polsce 1978-1996”

Xawery Stańczyk Macie swoją kulturę. Kultura alternatywna w Polsce 1978-1996 (Narodowe Centrum Kultury, Warszawa 2018)

Siedemset pięćdziesiąt stron z hakiem, ponad miesiąc czytania, kilka kryzysów, ponieważ treść zanurzona w ciężkostrawnym – jak dla mnie – socjologiczno-antropologicznym sosie. Ale było warto:

  1. Jeżeli też myślicie, że pod pojęciem „kultura alternatywna” kryją się tylko krasnoludki Pomarańczowej Alternatywy, wydawnictwa QQRYQ i program Lalamido, to czas na Macie swoją kulturę -Xawery Stańczyk prześwietlił ją chyba z każdej możliwej strony (Marek Krajewski, fragment tekstu zamieszczonego na okładce książki: Autorowi udało się połączyć to, co zazwyczaj rozdzielano, pisząc o kulturze alternatywnej, a więc różnorodne przejawy kultury młodzieżowej i subkultur, kontestacyjną muzykę, antysystemowe działania i ideologie, nowe idee polityczne, wysokoartystyczne sztuki wizualne i awangardowy teatr, wielopostaciową wspólnotowość i odmienne modusy samoorganizacji).
  2. Jeżeli też chodzicie własnym ścieżkami, to przeczytajcie tę książkę  – poczucie bycia wśród swoich będzie wam towarzyszyło przez cały czas (magia tytułu pewnie już zadziałała).

PS Część przedstawionych w Kulturze alternatywnej w Polsce 1978-1996 działań artystycznych zebrałbym w jednym miejscu pod jakże trafnym tytułem – Droga przez mękę.

Wierszoklet#3

IRONII, AUTOIRONII ORAZ INNYCH PRAWD ŻYCIOWYCH I WYNIKAJĄCEGO Z TEGO ABSURDALNEGO BÓLU GŁOWY ODSŁONA SZÓSTA (SIERPIEŃ 2018): ZADZIAŁO SIĘ W TOALECIE
Tam dokąd król chadza piechotą,
siadasz
z telefonem w ręku:
oglądasz, piszesz, czytasz, rozmawiasz;
portale, opinie, mesendżery, esy
(ja – smartfonofob – nudnawe teksty
i na jedno kopyto wierszoklety).

Rzec by można:
postęp w toalecie,
bo na przełomie wieków
tylko gazeta, długopis, krzyżówka,
a jeszcze wcześniej dodatkowo radocha
gdy pod ręką była szara rolka,
rolka na wagę złota.

Hasło#2

TU «popularne wśród Polaków, którzy są przekonani, że innym zawsze żyje się lepiej; używane w kontekście miejsca zamieszkania (kraju, powiatu, gminy, miejscowości), pracy zarobkowej, jako ocena dostępności oraz jakości wszelkich usług i tak dalej, i tak dalej (na przykład: „Tu dobrze nie było i nie będzie”, „Tam mogli to zrobić, a tu…”, No, tu nic nie idzie”; domyślnie – „A my zawsze w dupę kopani”, „Ch.. z taką polityką”); stosowane też w formie „tutaj”; częstotliwość występowania – porażająca; znane są użycia niepozbawione zabarwienia ironicznego»

Hasło#1

ONI «mityczni mieszkańcy Polski, którzy nie grzeszą wiedzą, na niczym się nie znają i zawsze trzeba po nich poprawiać (na przykład: „Co oni tu odegrali??!!”, „Jak oni to zrobili??!!”, „Mówiłem im, że to nie tak”, „Oni się do tego nie nadają”, „Głupcy…”); bardzo często występują w formie „po naszymu”, czyli „uni”; tak powszechni, że aż strach rozpocząć kolejny remont w mieszkaniu, zaprowadzić samochód do innego mechanika, a w rozmowie ze znajomymi zdradzić, co poradził lekarz, że urzędnik nakazał uzupełnić dokumenty…; nietrudno ich znaleźć (przykład z życia wzięty):
W pewnej firmie pojawił się nowy pracownik gospodarczy. Pracę rozpoczął słowami:
– „Kto tu, kur…, sprzątał?”.
Po kilku tygodniach okazało się, że stan czystości pomieszczeń nie uległ żadnej poprawie».

“Zegarmistrz światła. Tadeusz Woźniak w rozmowie z Witoldem Górką”

Zegarmistrz światła. Tadeusz Woźniak w rozmowie z Witoldem Górką (Zysk i S-ka Wydawnictwo, Poznań [2017])

Tadeusz Woźniak (1972), Odcień ciszy (1974) i Ziemia (2015). Pierwszą jestem zauroczony, do drugiej wracam systematycznie, by stwierdzić, że nie mogę jej rozgryźć, natomiast o trzeciej mogę napisać z całą pewnością – nie spodobała mi się. Trzy płyty. Resztę doczytałem w publikacji Zegarmistrz światła, kupionej niedawno w jednej z tak zwanych tanich książek (zdziwiłem się, że takowe wciąż istnieją i są tak dobrze zaopatrzone – to poznański wyjątek czy najwyższy czas, żeby częściej bywać w większym świecie?). Tym samym wiedzę uzupełniłem, z czego bardzo się cieszę, ponieważ zawsze chciałem się dowiedzieć czegoś więcej o tym artyście.
W 2016 roku Tadeuszowi Woźniakowi stuknęło pięćdziesiąt lat na scenie, a ja jestem przekonany, że i dzisiaj, dwa lata po tym jubileuszu, nadal jest sporo osób zainteresowanych muzyką popularną, którzy o artystycznym dorobku „Zegarmistrza  światła” mają mgliste pojęcie. Tadeusz Woźniak: Większość tego, co w muzyce zrobiłem, jest bez śpiewania. Kojarzy się mnie, moją twórczość, głównie z tymi kilkoma najpopularniejszymi piosenkami. Popatrz na tę szafę, te wszystkie taśmy to moja muzyka instrumentalna. Nawet moi znajomi nie wiedzą, że to są aż takie proporcje (strona 246). Warto więc sięgnąć po rozmowę artysty z Witoldem Górką. Książka wydana przyzwoicie, rozmowa się klei i jest na temat, nie brakuje ilustracji – tylko czytać!

“Punkowa historia punka”

Legs McNeil, Gillian McCain „Please kill me”. Punkowa historia punka (Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2018)

Historia pierwszej fali punka w Stanach Zjednoczonych poskładana z wypowiedzi osób, które w latach siedemdziesiątych były związane z tym, co określa się właśnie mianem „punk”. I nie chodzi tylko o muzykę. „Please kill me” to obraz życia codziennego ludzi zanurzonych w kolejnej odsłonie rock’n’rollowego świata. Seks (w prawie wszystkich konfiguracjach), narkotyki, przemoc, autodestrukcja, śmierć… Książka do wykorzystania w czasie spotkań z młodymi ludźmi, z jednej strony jako przykład wręcz wstrząsającej ludzkiej głupoty, a z drugiej punkt wyjścia do rozmowy na temat: Nie trzeba być aż tak bardzo nienormalnym, żeby kochać rock’n’rolla.

  1. Prawie sześćset stron, a tylko trzy daty dzienne (w tym dwie przy cytowanym źródle prasowym) – iście punkowe podejście do tematu.
  2. Zbiór wypowiedzi uczestników opisywanych wydarzeń, czyli narracyjna historia mówiona. Z autopsji wiem, że dobrze wszystko poskładać to niełatwe zadanie – autorzy Punkowej historii punka sobie poradzili.
  3. Nie ma chyba książki o punku bez Sex Pistols – tu nie w roli motoru napędowego, a tych, którzy zrodzony w Stanach Zjednoczonych punk przywłaszczyli dla Anglii.

Wierszoklet#2

IRONII, AUTOIRONII ORAZ INNYCH PRAWD ŻYCIOWYCH I WYNIKAJĄCEGO Z TEGO ABSURDALNEGO BÓLU GŁOWY ODSŁONA PIĄTA (CZERWIEC 2018): CZĘŚĆ SKŁADOWA PROSTEGO UTWORU MUZYCZNEGO
Zmęczeni życiem ludzie,
zmęczony życiem kraj;
na niczym nikt się nie zna,
zawsze coś nie tak.

Empatia wyjechała,
i pomysł, i chęć;
tu nic się nie opłaca,
jest jak jest:

„Do »łopieki«!” –
tak mija nam dzień,
świadczeń wszelakich
kusi nas cień…

„Pani, jak to, grrrr, »nie należy się«??!!”.