Dzieci, które nie płakały i Alfred lepszy od innych…

Książka, którą trzeba przeczytać.

Miejmy to za sobą: Natalia Budzyńska Dzieci nie płakały. Historia mojego wuja Alfreda Trzebinskiego, lekarza SS, Tomasz Budzyński – gitara i śpiew; ostatnie z trzech spotkań autorskich w ramach Wybryku Kultury Kolektywne działania przyszłością nie tylko kultury: Czytaj, na zdrowie!; rotunda św. Prokopa w Strzelnie, 6 X; organizatorzy: Miejsko-Gminny Ośrodek Kultury i Rekreacji w Strzelnie, Grupa Na Poczekaniu; dofinansowanie ze środków Narodowego Centrum Kultury w ramach programu Dom Kultury+ Inicjatywy lokalne 2019.

Tego dnia we wnętrzu rotundy św. Prokopa było szczególnie chłodno i mrocznie, pomimo kolorowych reflektorów rzucających światło na ściany prezbiterium. Pierwsze mogło mieć związek z faktem, że prowadzącym telepało przeziębienie, natomiast drugie to efekt maszerowania po skąpanym w ostrym słońcu Wzgórzu św. Wojciecha. A może wcale nie dlatego? Może to wszystko zadziało się, bo w te niedzielne popołudnie każdy centymetr sześcienny romańskiego kościoła (ze świetną akustyką) wypełniły psalmy na mocny głos i akustyczną gitarę Tomasza Budzyńskiego, a chwilę wcześniej, w bardziej intymnej atmosferze, bo bez mikrofonów i bliżej siebie – na spotkanie przybyło kilkanaście osób, rozmawialiśmy z Natalią Budzyńską?
Dzieci nie płakały. Historia mojego wuja Alfreda Trzebinskiego, lekarza SS. Właściwie dwa w jednym.
Natalia Budzyńska: Osoba Alferda Trzebinskiego nie była dla mnie bodźcem, by tę książkę napisać. Chociaż faktycznie, historia tego człowieka jest ciekawa, bo pokazuje bardzo pięknie… nie powiem – rozwój człowieka, bo „rozwój” to jest złe słowo, ale jakąś karierę, to co się z człowiekiem może stać. Powodem do napisania książki były dzieci. […] Przywrócić je pamięci – to był główny powód, dla którego tę książkę napisałam.
Dzieci, czyli dwadzieścia młodych osób, na których prowadzono badania pseudomedyczne w Neuengamme, hitlerowskim obozie koncentracyjnym, gdzie lekarzem był Trzebinski. Badania dotyczyły gruźlicy, nie miały żadnych założeń medycznych – ich celem była wyłącznie kariera lekarza, który owe badania prowadził, Heissmeyera.
Natalia Budzyńska: Bullenhuser Damm. To jest miejsce, w którym te dzieci zostały powieszone. Przed wojną wielka szkoła, pod koniec wojny podobóz Neuengamme, a po wojnie, do dzisiaj, znowu szkoła. W tych pomieszczeniach – to są piwnice – jest wystawa, a konkretnie w miejscu, gdzie ten mord się odbywał – tylko tablica, nic więcej. […] Historia tej zbrodni jest w Polsce nieznana, mimo że w połowie były to dzieci żydowskie z terenu Polski. W ogóle się o tym nie mówiło (jak już, to trochę w Niemczech i w innych krajach, z których te dzieci pochodziły, bo tam były też dzieci z Holandii, z Włoch, z Francji). […] Dokładnie tak jak chcieli tego naziści. One miały po tych eksperymentach zostać zgładzone i to tak, że nikt o nich nie miał wiedzieć.
Temat bardzo ważny, mnie jednak bardziej zainteresowała postać Alfreda Trzebinskiego. Nie mogło go zabraknąć w Prokopie.
Urodzony w Wielkopolsce doby zaborów, w rodzinie mieszanej (ojciec Polak, matka Niemka), lekarz wychowany w umiłowaniu kultury niemieckiej. Jak to: Wielkopolska, ojciec Polak, a dzieci rosną na modłę niemiecką?
Natalia Budzyńska: Wątek Wielkopolan też mnie bardzo zaskoczył, bo ta moja wielkopolska rodzina była zupełnie nie taka, o jakiej mnie uczono. I to też odkryłam pisząc tę książkę. W szkołach byłam uczona, że Wielkopolanie to tacy stuprocentowi Polacy, że jak były zabory to kobiety chodziły w czerni, a mężczyźni spali w trumnach. Jak się czytało książki dotyczące Wielkopolski pod zaborami, to były tam takie rzeczy, że Polacy osobno, Niemcy osobno – dwie społeczności, które się nie mieszały, bo przecież to była wtedy zdrada. Tymczasem patrzę na drzewo genealogiczne mojej rodziny wielkopolskiej, Trzebińskich, i tam w każdym pokoleniu były małżeństwa mieszane. Dla mnie to było zupełnie nowe spojrzenie na historię Wielkopolski i życie zwykłych Wielkopolan, zwykłych rodzin wielkopolskich. […] Z wujkiem [jeden z członków rodziny, od którego autorka próbowała pozyskać materiały do książki] tak się zastanawialiśmy nad tym. To on zwrócił na to uwagę: „Zobacz, niezależnie czy niemiecki był mąż czy żona, to dzieci były wychowywane w kulturze niemieckiej”. I mogło się wydawać dziwne, ale gdzieś przeczytałam, że to było charakterystyczne i właściwie się zdarzało często, ponieważ kultura niemiecka była uznawana za bardziej prestiżową, bogatszą.
Było też o tym, że starsze pokolenia nie chcą o swoich Alfredach pamiętać, a młodszym należy podsuwać takie książki, żeby mieli świadomość, co się kryje pod słowem wojna. Było o Alfredzie – ezoteryku, Alfredzie – manipulancie, który tak naprawdę nawet w obliczu śmierci nie zrzucił z siebie płaszcza nazisty (w 1946 roku został powieszony), Alfredzie – człowieku.
Natalia Budzyńska: Na jednym ze spotkań prowadzący zaczął pytaniem, które mnie bardzo zaskoczyło: „Skąd według pani bierze się zło?”. W kontekście tej książki nie wiedziałam, co odpowiedzieć. Przyszło mi do głowy, że to zło dzieje się wtedy, kiedy człowiek myśli, że jest lepszy od innych. Jak sobie pomyślałam o Alfredzie, to ta jego droga, nie wiem, upadku zaczęła się wtedy, kiedy zapisał się do SS, do organizacji elitarnej, lepszej. Wtedy, kiedy pomyślał, że jest lepszy od innych. I on tak dalej brnął. Jak się poznaje Alfreda, to on cały czas jest człowiekiem, któremu się wydaje, że jest lepszy od innych.
I o tym, że nic nie jest takie proste, jak to w przeszłości wynikało z podręczników do historii Polski.
Natalia Budzyńska: To do mnie dotarło, kiedy byłam w miejscu pamięci w Hamburgu, które się nazywa Bullenhuser Damm. […] Wtedy bardzo dziwnie się poczułam, dotarło do mnie, że po raz pierwszy jestem w takim miejscu w zupełnie innym charakterze. Dotarło do mnie, że byliśmy przyzwyczajeni przez dziesiątki lat edukacji takiej postawy ofiary, która składa kwiaty w miejscach upamiętnienia ofiar jako przedstawiciel narodu uciemiężonego. To dla mnie było szokujące podwójnie – raz, że nagle jestem przedstawicielem zbrodniarza, który upamiętnia ofiary, a na dodatek ten zbrodniarz jest moją rodziną.
Trudno się pisało o wuju, lekarzu SS, nazistowskim zbrodniarzu?
Natalia Budzyńska: To jest właśnie dziwne, ale o nim pisałam jako o obcym człowieku. Nie chcę powiedzieć, że jestem jakaś gruboskórna, bo to źle zabrzmi, ale nie, pisząc tę książkę czułam, że robię coś, co do mnie należy, żeby tę historię przedstawić taką jaka ona jest. Mogę powiedzieć, że pierwsze łzy wylałam, tak emocjonalnie się wzburzyłam wtedy, kiedy dostałam zdjęcia [dzieci], czyli już na etapie redakcji, kiedy była składana książka. Te zdjęcia widziałam dotychczas w bardzo złej jakości, okrojone, tylko twarze. A tu dostaliśmy takie piękne… te dzieci są takie, że naprawdę chce się je wziąć na kolano i przytulić, takie żywe. Wtedy, można powiedzieć, pękłam… .

Anita Scharmach: „Nic na siłę, bez terminów”

Literatura obyczajowa w American Dream.

Księgowa, z poczuciem humoru, w wolnym czasie autorka książek, tak zwanych obyczajówek. Zaiste, rzadkie to połączenie. Żadnej z jej książek nie przeczytam, bo to nie moje rewiry, ale jeżeli będzie okazja, to na spotkanie autorskie wybiorę się raz jeszcze, ponieważ lubię towarzystwo ludzi pozytywnie zakręconych.
W Strzelnie było ponad dwadzieścia osób. Pod tym względem żadne z trzech spotkań w ramach Czytaj, na zdrowie!, Wybryku Kultury* z dopiskiem Kolektywne działania przyszłością nie tylko kultury nie było oszałamiającym sukcesem. Za to nowe miejsca – bez zastrzeżeń. O Animusie już było (więcej tutaj). Trafioną miejscówką okazała się też stylowo urządzona piwnica sklepu American Dream w Strzelnie, gdzie w sobotę (5 X) można było porozmawiać z Anitą Scharmach.
Jagoda Woźniak o książkach pani Anity: Jest to literatura o współczesnych kobietach. Nie jest ona ckliwa, jak większość, jest bardzo życiowa. Można powiedzieć, że napisana z dużym pazurem. Nie mamy tam tabu, nie mamy tam granic, mamy nawet pieprzne historyjki, pieprzne sceny, co jest odważne, zwłaszcza w literaturze kobiecej. Wszystko jest zrobione ze smakiem. Nie ma nudy. Kobiety są takie, jak kobiety w Strzelnie, czyli nowoczesne, które chcą więcej, które już nie stoją za mężczyznami, a właściwie wychodzą przed szereg.
Pani Anita o sobie i swoim pisaniu powiedziała znacznie więcej. I wątek erotyczny wcale nie był tym dominującym, ale tak to jest, kiedy notuje facet…

Moja przygoda z pisaniem zaczęła się tak jak u mojej bohaterki w „Mogę wszystko”. Tatiana poszła na zwolnienie lekarskie, ponieważ miała operację ręki. Ja również miałam operację lewej ręki i długo przebywałam na zwolnieniu lekarskim, potem miałam długą rehabilitację. Dzieci poszły do przedszkola, do szkół, nie wiedziałam co zrobić z czasem. Usiadłam, zaczęłam drugą ręką układać sobie fabułę w punktach. Tak się rozpisałam, że wyszło z tego ponad trzysta tysięcy znaków. Wysłałam do wydawcy,  którego adres znalazłam na pierwszej lepszej książce z mojej biblioteczki i otrzymałam odpowiedź: „Jesteśmy zainteresowani”.

Jestem księgową, skończyłam ekonomię. Przez jakiś czas myślałam, że uda mi się – powiem tak kolokwialnie – porzucić pracę ekonomistki i zacząć tylko pisać, jednak przebicie się […] przez […] szereg dobrych pisarzy, wymaga nie lada trudu. Musiałabym  tylko usiąść i od rana do wieczora pisać, nie zajmować się rodziną. A tak, łączę pracę ekonomistki, pisarki i mamy na pełnym etacie. Nic na siłę, bez terminów.

Otrzymałam niedawno, z czego jestem bardzo dumna, przydomek pisarski „królowa wzruszeń”. Myślę, że dlatego – jak to moja koleżanka po piórze powiedziała – że jestem takim „rollercoasterem”, czyli taka żonglerka emocjami. W recenzji ktoś kiedyś napisał: „Ciebie nie można czytać w komunikacji miejskiej, bo albo wybucham śmiechem, albo głośnym płaczem”.

Nawet nie wiem jak czasami coś nazwać. Ale mam koleżankę, która w ogóle pisze tak: „Poszli do łóżka, zamknęli się w czterech ścianach…” i koniec, podmiot domyślny. Ja chociaż tego pieprzyku tam dodam. Przy Marcie to się tak wstydziłam… ale Marta była złą osobą (mówimy o „Zaraz wracam”), ona była taka… taka jaka była ostra w życiu, taka musiała być  też w sprawach intymnych. No i… tak, trochę poszalałam. Fajnie jest mieć taką moc i upuścić wodze fantazji, chociaż fikcyjna bohaterka może poszaleć … Jejku, teraz też  się wstydzę, ha, ha. […].
W tym gatunku literackim [literatura obyczajowa] dobrze się czuję. Chciałam napisać coś w rodzaju komedii kryminalnej, ale to jeszcze nie ta chwila. Wydałam dopiero pięć powieści, mam dwie w zapasie. Jestem naprawdę na  początku drogi, mam jeszcze czas. Będę miała sześćdziesiąt – siedemdziesiąt lat to może napiszę jakiś erotyk, czort wie! Będę już na tyle odważna, że już nic mi nie zaszkodzi. A tak, to w pracy ktoś mnie przeczyta i co? Powie: „Anita, świnko ty!”. A ja tak nie mogę, jeszcze! […].
Tak naprawdę, wiek tu nie ma znaczenia, bo i kobieta sześćdziesięcioletnia może mieć problemy, i czterdziestoletnia i dwudziestoletnia. Pisałam o czterdziestolatkach, bo sama też jestem w tych okolicach. Łatwiej jest mi  odnaleźć się i wniknąć w tajniki psychiki bohaterki czterdziestoletniej,  bo wiem co ja, jako czterdziestoletnia kobieta robię – robiłam. Jak będę miała sześćdziesiąt lat to pewnie napiszę o jakiejś starszej pani, takiej klawej, kto wie? Chociaż nie, bo Irenka jest taka. Przecież Irenka w „Samkach życia”, w drugiej części dylogii… tak, ona jest świetna. O! Tam są sprośne rzeczy! Właśnie tamta sześćdziesięciolatka dała czadu! Właściwie, to ja już erotyk napisałam!.

* Wybryk Kultury Kolektywne działania przyszłością nie tylko kultury: Czytaj, na zdrowie! dofinansowano ze środków Narodowego Centrum Kultury w ramach programu Dom Kultury+ Inicjatywy lokalne 2019 (organizatorzy: Miejsko-Gminny Ośrodek Kultury i Rekreacji w Strzelnie, Grupa Na Poczekaniu)

Zdjęcie#17

Wrzesień – październik 2019.

 

Spotkanie autorskie z Anitą Scharmach, Strzelno, American Dream




Motyl




Spotkanie autorskie z Natalią i Tomaszem Budzyńskimi, Strzelno, Rotunda na Wzgórzu św. Wojciecha




Symetria

Ariadna Piepiórka, zegary, Ania z Zielonego Wzgórza…

„Czytaj, na zdrowie!”, Wybryku Kultury z dopiskiem „Kolektywne działania przyszłością nie tylko kultury” odsłona pierwsza.

Sympatyczna, skromna, cicha i uśmiechnięta. Nauczycielka języka polskiego. Autorka książek O księżycu z komina domu na wzgórzu (w tym roku nominacja do Nagrody Literackiej im. Kornela Makuszyńskiego) oraz Horologium. Czyli dom niezwykłych zegarów. Bohaterka pierwszego z trzech planowanych spotkań w ramach Wybryku Kultury Czytaj, na zdrowie!, zorganizowanego w bardzo nadającej się na tego typu inicjatywy sali w strzelneńskim Centrum Terapii Animus.
Ariadna Piepiórka. Autorka książek dla młodszych czytelników: Nie wykluczam literatury dla dorosłych, ale na razie wolałabym się zająć książkami dla dzieci, bo… lepiej się w nich czuję. Fanka Ani z Zielonego Wzgórza: Ona zawsze… Zachęcała mnie jej postawa. I rozgadanie. Zawsze chciałam taka być. Z natury nie jestem gadatliwą osobą, więc może troszkę jej zazdrościłam. Ale też to jej podejście, ta wyobraźnia przede wszystkim, bo bardzo zawsze podziwiałam jej wyobraźnię, to że potrafiła sobie tak wszystko poukładać. Życie ułożyło jej się na początku szczególnie źle, ale wszystko swoją wyobraźnią potrafiła jakoś przemienić na dobre. Czytelnikom chce uświadomić, że właśnie tak można: Na pewno chciałam przekazać, że bez względu na to jak źle nam się życie może ułożyć, to wszystko może się zmienić i dużo zależy od naszego podejścia, bo my sami też mamy wpływ na to jak się czujemy. I nawet kiedy zdarza nam się coś przykrego, to możemy poszukać wesołych chwil, które też nas spotykają i obrócić ten smutek w radość. Chciałam przekazać też to, żeby nie oceniać ludzi od razu, po pierwszym wrażeniu, ale żeby poznać ich lepiej. Marzy o… O tym, żeby nigdy nie skończyły mi się pomysły na książki, ha, ha.
Wszystkie spotkania są organizowane przez Grupę Na Poczekaniu i Miejsko-Gminny Ośrodek Kultury i Rekreacji w Strzelnie, a zostały dofinansowane ze środków Narodowego Centrum Kultury w ramach programu Dom Kultury+ Inicjatywy lokalne 2019. To w Animusie zgromadziło całkiem liczną publiczność, głównie za sprawą grup z dwóch placówek działających na terenie powiatu mogileńskiego. Było podzielone na dwie części. Po rozmowie z pisarką – zajęcia nie tylko dla dzieci i młodzieży. Można się było pobrudzić, a w resztę sobotniego popołudnia dwudziestego pierwszego dnia września wejść – jak na dom niezwykłych zegarów przystało – między innymi z własnoręcznie wykonanym zegarem.

Czytaj, na zdrowie! – więcej tutaj.

Nirvana „Unplugged In New York”

„Unplugged In New York” jest jak plastikowy odpad, który wylądował, dajmy na to, w przydrożnym rowie – całkowite unicestwienie może trwać setki lat. To oznacza jedno – umrę zakochany w tym koncercie.

(1994, Geffen)

Znowu będzie z „ja” na przedzie.
Działo się w końcówce zawodówki. Lat tyle, że dzisiaj należałoby poważnie myśleć o zasileniu szeregów płacących składki ZUS, wówczas jednak było się uczniem, który zamiast myśleć o świetlanej przyszłości delektował się rozmowami na języku polskim, zawsze liczył na to, że bez uszczerbku uda mu się przetrwać matematykę i pakiet przedmiotów technicznych, łaził po Inowrocławiu, w nieskończoność gadał o muzyce (z zaznaczeniem, że gdyby nie przypadkowa kolejność, to to ostatnie powinienem umieścić jako pierwsze).
Działo się w okresie samoograniczeń – granie takie / granie owakie, oraz nieświadomości, że pała się sympatią do muzyki prezentowanej na instrumentach obywających się bez prądu. I właśnie tym można wytłumaczyć towarzyszące lekturze niedowierzanie, niemal natychmiast przepoczwarzone w obśmiewanie, uskuteczniane z dokładnością i nieubłaganiem manometru, będące efektem (specjalnie na tę okazję wygrzebałem tę notkę): Nieprawdopodobne stało się prawdziwe… Nirvana nagrała akustyczny koncert dla MTV. Co więcej, w planach jest także wydanie płyty dokumentującej to wydarzenie […]*. Dziesięć miesięcy później, już na początku technikum (w podejściu do edukacji nic nie uległo zmianie)  okazało się, że: 1) nie byłem sam, 2) dobra piosenka sprawdzi się w każdym wykonaniu, 3) udany koncert, to koncert, który zaskoczy słuchacza. […] niewiele osób uważało pomysł występu Nirvany w cyklu „MTV Unplugged” za sensowny. A tymczasem zespół doskonale sprawdził się w tej konwencji. Okazało się, że Kurt Cobain pisze po prostu świetne piosenki i naprawdę nie ma różnicy, czy gra się je na ostro, na przesterowanej, jęczącej gitarze elektrycznej, czy też spokojnie, nastrojowo… […] warto zwrócić uwagę i na opracowania cudzych kompozycji**.
Działo się… Kaseta była katowana przez kilka dni i nocy z rzędu, co nie zdarzyło mi się w przypadku żadnej innej płyty, zarówno wcześniej, jak i później. Się dzieje…

* Pierwsza oficjalna, Tylko Rock, 1994, nr 2, strona 13
** Robert Sankowski, Płyty stamtąd: Nirvana „Unplugged In New York”, Tylko Rock, 1994, nr 12, strona 78

Wierszoklet#8

NATURALNA KOLEJ RZECZY? [WRZESIEŃ 2019]
Zaburzona sfera prywatności.
Nierównowaga.
Poirytowanie.
Niechęć.
Spadek twórczego zapału,
zaangażowania.
Zmiana?
Oddech?
Wiatr w żagle?
Prawidłowe funkcjonowanie?

Ragnar Ólafsson

 

 

 

Ragnar Ólafsson (z lewej) i David RaCampari, Kruszwica, trzynasty dzień września tego roku. Nastrojowo, klimatycznie, trochę za długo i – niezmiennie – z wiecznie zadziwionym panem na ścianie. Przyznam, że wyszedłem zawiedziony, ponieważ gospodarze… nie zapowiedzieli kolejnego koncertu w swoim domu, a przecież już przyzwyczaili publikę, że ostatnim punktem spotkania jest zaproszenie na następne

Maciej „Mec” Adamski (1966-2019)

„Mec”, wokalista i założyciel Ivo Partizan (maj 2018):

Ostatnio pani dyrektor mi powiedziała, w szkole mieliśmy mały zgrzyt: Panie Macieju, pan chodzi własnymi ścieżkami. Taki jestem po prostu, ha, ha, ha.

Zdjęcie#15

Sierpień 2019.

 

 

Kwiaty




Kwiaty




Beznadzieja czy darowane życie?




Kwiaty




Joydivision




Kwiaty




Kwiaty




Niczym walka Dawida z Goliatem?




Kwiaty